Menu

Miss Saigon

Polska tańczy (w ukryciu) w Sajgonie

chaobella

Wystarczyło wykazać się 10-letnią cierpliwością, pozbyć się wielkiej acz nieuzasadnionej wiary w możliwości polskich placówek dyplomatycznych oraz spuścić zasłonę milczenia na sposób promocji gościnnego występu – by obejrzeć polskich artystów na sajgońskiej scenie.

Po cichutku, na zaproszenie Opery HCM City, przybył do nas
Śląski Teatr Tańca z Bytomia.

Niewidziany przeze mnie od blisko 15 lat, wystąpił ze spektaklem „ Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy” w choreografii legendarnego założyciela zespołu – Jacka Łumińskiego. Pokaz cieszył innowacją przekazu, świeżością  i dynamiką tancerzy oraz niespotykaną tutaj techniką.  Spektakle tańca nowoczesnego stanowią zawsze pewne ryzyko dla widzów – można je pokochać lub całkowicie odrzucić. Mnie ujęła imponująca technika budowania piramid ludzkich  - statycznych, ruchomych, powstających w biegu... Międzynarodowy zespół, różne temperamenty, zmiany nastroju – godzinna uczta artystyczna minęła niepostrzeżenie.

Zachwycona publika, złożona głównie z członków sajgońskiego zespołu baletu, z którym Śląski Teatr Tańca (STT) prowadził 2-tygodniowe warsztaty, entuzjastycznie dziękowała za występ.  Konferansjerka zaprosiła zespół na scenę, do rozmowy z publicznością (w tym kraju to szokująca nowość). Zmęczeni, ale promieniujący tancerze usadowili się wygodnie na brzegu sceny, by odpowiedzieć na zasadnicze pytania gospodarzy:
 1. Czy podoba wam sie Wietnam?
2.  Czy lubicie wietnamskie jedzenie?
Tancerze odpowiadali , publika szalała, konsternacja rosła.   
I to by było na tyle, dziękujemy, do widzenia.

Zespół jest w trakcie miesięcznego tournée po  Azji, obejmującego Seul, Sajgon, Pekin i Macau. Przesympatyczni tancerze w kulisach cieszyli się na rychłą podróż i występy w Pekinie i zarzekali się, że nieprędko tkną podstawowe danie ich wietnamskiej monodiety: wołowinę z ryżem trzy razy dziennie (ryba z makaronem zawsze „wychodzi” wcześniej).

Jaka szkoda, że zabrakło promocji STT na pystyni kulturalnej Sajgonu! Poza dyskretną wzmianką w poczcie mailowej i pospiesznie zawieszonym posterem zespołu przy wejściu do „teatru” – zabrakło informacji o występie, którą kilkuosobowa polska publiczność przekazywała sobie jedynie pocztą pantoflową.
Nie obyło się bez gaf... Przed wejściem do sali koncertowej umieszczonej za drzwiczkami dla krasnoludków, w świetnie wyposażonym bunkrowatym pomieszczeniu, zaczepiono nas pytając, czy jesteśmy z ambasady. Obawiając się, że odpowiedź negatywna może skutkować zakazem wstępu, przytaknęliśmy. Nasz wybór miejsc w pierwszym rzędzie tylko utwierdził organizatorów w mylnym przekonaniu o nadaniu odpowiedniej rangi wydarzeniu artystycznemu. Kiedy nas ponownie zapytano o ambasadorskie pochodzenie,  przyznaliśmy,  że nie mamy z nim nic wspólnego i gotowi jesteśmy ustąpić miejsc spóźnionym ambasdorskim gościom. Ci jednak nie przybyli, więc pozostało robić dobrą minę do ustawionej w naszym kierunku kamery i gospodarza wyjątkowo uprzejmie ściskającego nam dłonie na powitanie.

Ambasadorzy wszystkich krajów przybywajcie – poziom kultury drastycznie spada nam we krwi!

Cichy zastrzyk zamiast kuli

chaobella

Już wkrótce, cichy, dyskretny i tani zastrzyk zastąpi plutony egzekucyjne, wykonujące wyroki śmierci w Wietnamie. Nowy dekret wejdzie w życie (sic!) w listopadzie br. Do tego czasu, władze penitencjarne mają zapewnić warunki do wykonywania śmiercionośnych zastrzyków, a Ministerwstwo Zdrowia zapewnić dostawę trzech głównych skladników zastrzyku. Śmiercionośna mikstura składa się z 5 g barbituranu tiopental, 100 mg zwitoczającego mięśnie bromku pancuronium (słynny Pavulon) oraz 100 mg chlorku potasu. Przed wykonaniem ostatniego zastrzyku, skazany musi być w stanie narkozy, w wyniku uprzedniego podania leków usypiających. To ogromny postęp wobec strzałów, których echo dochodzi co jakiś czas do uszu graczy na luksusowym polu golfowym w Sajgonie...

Ministerstwo Spraw Publicznych oświadczyło, że koszt wprowadzenia nowych zasad wykonywania kary śmierci nie wiąże się z dodatkowymi kosztami, gdyż „liczba wyroków jest niewielka, poniżej 100 przypadków rocznie”. Wprowadzone zostały również zmiany dotyczące zasad pochówku skazanych: dotychczas chowano ich na wydzielonych cmentarzach, teraz rodziny bedą mogły pochować ciała w dowolnym miejscu, „pod warunkiem, że nie będzie to stanowiło zagrożenia dla porządku publicznego i bezpieczeństwa państwa”.

Kara śmierci obejmuje w Wietnamie m.inn. następujące przestępstwa: morderstwo, przemyt narkotyków, korupcję, falszerstwo pieniędzy, terroryzm, wandalizm mienia nalezacego do armii.  
W 2009 r., z powyższej listy usunięto gwałt, a obecnie trwają starania o usunięcie m.inn. korupcji i fałszerstwa pieniędzy.

Nie istnieją oficjalne dane dotyczące liczby wyroków śmierci w Wietnamie (podane przez prasę dane mówią np. o odroczeniu 83 egzekucji i wykonaniu 8 w 2009 r.). Natomiast, publicznie informuje się o liczbie objętych amestią: 17.000 osób w ubiegłym oraz 10.000 w bieżącym roku.

Zwolennicy utrzymania kary śmierci cytują szczególnie okrutne morderstwa, które zbulwersowały ostatnio  wietnamską opinię publiczną: 
- Dekapitację młodej kobiety podczas napadu rabunkowego dokonanego przej jej .... 26-letniego narzeczonego; skazanego w listopadzie 2010 r. i oczekującego na wykonanie wyroku.
- Napad na sklep jubilerski w sierpniu br. przez 18-latka, którego proces jest w toku; podczas napadu, zamordował malżeństwo właścicieli i ich kilkumiesięczną córkę. Uratowano jedynie starszą córkę, której napastnik odciął rękę.

Niepoprawni optymiści mają nadzieję, że powyższe zmiany to wstęp do zniesienia w przyszłości kary śmierci.

Wietnam będzie drugim Singapurem - czyli przegląd miejscowych wierzeń

chaobella

Miało być tak pięknie… Wietnam w krótkiej przyszłości stanie się drugim Singapurem – słyszę nieustannie od 9 lat. Czas mija, refren się nie zmienia. Reczywistość za to, i owszem, dostaje zadyszki od ciągłego biegu: naprzód, nieraz w bok, czasem potykając się – dookoła, omijając rozliczne przeszkody.

Wystarczy przyjrzeć się faktom – twierdzą zwolennicy teorii singapurskiej:
- liczba samochodów na drogach wzrosła o minimum 1000 %
- liczba inwestycji lokalnych i zagranicznych bije co roku rekordy
- rozwój infrastruktury widoczny jest gołym okiem
- powszechna dostępność towarów i usług
- wzrost wynagrodzeń i wyraźny wzrost poziomu życia mieszkańców

To tylko pozory - ripostują trzeźwo myślący (niesłusznie zwani pesymistami):
- kraj dusi się w korkach i spalinach
- korupcja bije rekordy w tempie znacznie przekraczającym przyrost inwestycji
- stan ekonomii (kiedy już uda się wydostać przybliżone do rzeczywistości dane) przyprawia o ciarki, a poziom inflacji o ból głowy,
- internet kosztuje grosze, w przeciwieństwie do publicznej edukacji i służby zdrowia
- wzrost wynagrodzeń idzie w parze ze wrostem postawy roszczeniowej oraz spadkiem efektywności

Wietnam ma  ogromny potencjał turystyczny: chwalą optymiści, jeśli nie utoną akurat na nieserwisowanej łodzi przemierzającej Zatokę Ha Long, będącą częścią dziedzictwa naturalnego UNESCO.

Imponujące tempo inwestycji  w infrastrukturę zachwyca tych, którzy mieli szczęście nie paść ofiarą zapdającego się mostu (powód: skorumpowany zakup wadliwych materiałów od kolegi brata szefa).

Poziom życia ludności  nigdy nie był wyższy w historii kraju: wille warte 2 miliony dolarów i nowiutkie audi  są jednak rzadko owocem uczciwej pracy.

Edukacja nigdy nie stała na lepszym poziomie:  przepaść między poziomem nauczania na zagranicznych i państowych uniwersytetach jest dramatyczna, często tragikomiczna.

Pozostaje nadzieja, że Wietnam obudzi się, zanim pochłonie sam siebie w kompulsywnym ataku zamozachwytu. I choć nadzieja jest piękną rzeczą, to marzenia o drugim Singapurze w Wietnamie należy włożyć między bajki.  

Donosiciel

chaobella

Czy i wam zdarza się donosić do firmy?
Nie wiem, co macie na sumieniu i z czego wynika wasza niedola. Wiem jednak, co popycha  australjskiego inżyniera pracującego dla „zagranicznej” firmy w Sajgonie do tak desperackiego kroku.

Już na rozmowie o pracę usłyszał:
- Nasza firma nie oferuje pracownikom żadnych dodatkowych apanaży poza wynagrodzeniem.
Przytaknął z pewnym zrozumieniem, domyślając się, że za ubezpieczenie zdrowotne przyjdzie samemu zapłacić.
- Komputer musi sobie pan sam zapewnić – sprecyzował przedstawiciel pracodawcy.
- ?? 
- My nie wysposażamy pracowników w taki sprzęt. Zresztą, sam pan rozumie – na placu budowy byłoby to ryzykowne.
Po tygodniu pracy w bunkrze na placu budowy, faktycznie okazało się, że nawet właściciel wielomilionowego projektu został okradziony
J


W pierwszym dniu nowej pracy, inżynier przygotował sobie zestaw pierwszej potrzeby: ołówek, gumkę, zestaw flamastrów, ryzę papieru, notes oraz rzeczony komputer.

Drugiego dnia skompletował: kubek, słoiczek z kawą i słoiczek z cukrem. Taktownie nie zapytałam o łyżeczkę. Natomiast dowiedziałam się, że pracodawca zapewnia wodę!

Trzeciego dnia (nie wiedzieć czemu, tak późno!) przygotował dwie rolki papieru toaletowego.

I na tym polega przewaga wietnamskiego socjalizmu nad polskim, sprzed lat: u nas się papier toaletowy pracodawcy kradło, tutaj się donosi. 

Ściągnij sobie dług

chaobella

Jeśli robisz interesy w Wietnamie, pamiętaj o popularnej zasadzie gry na pieniądze: ostatnia faktura za wykonanie usługi  ma dla klienta charakter symboliczny i nie wymaga uregulowania. Ignorantom z Zachodu, zwłaszcza podejumjącym się samobójczej współpracy z lokalnymi firmami na północy kraju, tłumaczę: ta niecna praktyka jest częścią „kultury biznesowej” Azji Płd-Wschodniej. 

Pewnien oporny klient – miejscowy developer - zwodził nas miesiącami, najpierw negocjując warunki spłaty dwuletnich należności,  potem będąc w wiecznej podróży słubowej, wreszcie, oświadczając wprost, że możemy mu, mówiąc delikatnie, niewiele zrobić. 
Ruszyła więc machina prawna i parę tygodni później sąd arbitrażowy otrzymał nasze pękate dossier. Po analizie i zatwierdzeniu wniosku, należało wybrać jednego z trzech arbitrów. Polecono nam tego, którego apetyt na łapówki mieści się w granicach normy. Drugiego przekupił klient. Pozostało rozgryzienie trzeciego – wygląda na to, że klient próbował przekupić, ale my obiecaliśmy wiecej. Zgodnie z oczekiwaniem oraz - co nie bez znaczenia - na podstawie dokumentów prawnych przemawiających ewidentnie na naszą korzyść, ogłoszono wyrok: klient musi zapłaić zaległą należność i odsetki karne.
Wezwaliśmy klienta do wykonania przelewu  - ale w zamian dostaliśmy jedynie apelację od prawomocnego wyroku sądu arbitrażowego.

Dwa miesiące póżniej, siedzimy na sali rozpraw sądu w Mieście Ho Chi Minha. Wysiadła klimatyzacja, powietrze chłodzi więc warczący zajadle wiatraczek. Po chwili, na naszych oczach, kabel zajmuje się ogniem i wiatraczek zamiera. W kościelnych niemal ławeczkach, przebieramy nogami, podnosząc je żwawo z powodu karaluchów. W połowie mowy,  obrońcy klienta rozdzwania się telefon, wypełniając piwniczne pomieszczenie łzawym żeńskim śpiewem. Sędzia przywraca personel do porządku, sam zabiera głos i już po jego tonie,  można się domyślić treści decyzji: grzmi, gestykuluje, by kilkanaście minut później, ogłosić wyrok na naszą korzyść. Ten człowiek nie dostał od nas ani grosza i przywrócił mi wiarę w istnienie resztek przyzwoitości i ucziwości w tym skorumpowanym kraju.
Próbowaliśmy porozmawiać z klientem, obcenym w sądzie, ale z taką mocą wpatrywał się w płyty chodnika w naszej obecności, że próba dialogu spełzła na niczym.

Uzbrojeni w prawomocne decyzje, udajemy się do komornika. Komornik ma kiepską płacę i nie przemęcza się niepotrzebnie. W tradycyjny sposób, budzimy w nim poczucie misji, obiecując złote góry w przypadku ściągnięcia długu, a tymczasem przekazując  motywującą, okrągła zaliczkę. Komornik nie traci czasu – działa więc wyłącznie na podstawie informacji dostarczonych mu przez poszkodowanego. I tak, czując potencjał śledczy u mojej głównej księgowej, powierzam jej misję detektywistyczną. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Całymi dniami szuka informacji o rachunkach bankowych klienta, jego dobrach ruchomych i i trwających inwestycjach. Na trzech namierzonych rachunkach, udaje się zablokować  7 tys. dolarów, czyli raptem 4% długu. Wieczorem, księgowa udaje się dyskretnie na przejadżkę wokół biura klienta; na podstawie spisanych numerów rejestracyjnych samochodów, policja teraz ustala ich status prawny, by następnie przekazać łup poszkodowanemu.
Nazajutrz mijam księgową ubraną w dość niecodzienny sposób – „na bogato”. Rusza służbowym samochodem do biura sprzedaży klienta i podaje się za potencjalnego klienta zainteresowanego zakupem mieszkania. Przy wymaganej zapłacie depozytu, prosi o rachunek bankowy firmy. Prośba budzi zdziwienie wśród obsługi  – przecież wszyscy płacą gotówką! Po chwili okazuje się, że „z przyczyn technicznych”, nie można udzielić informacji o rachunku bankowym.  Cóż, sprzyja nam czynnik ludzki w postaci zdeterminowanego sprzedawcy, który zupełnie prywatnie przesyła wzór umowy i numer rachunku potencjalnemu nabywycy.  Z nowymi danymi w zębach, biegniemy do komornika, by zablokował rachunek, zanim wyparują z niego zdeponowane środki. Komornik kwituje nasze gorące informacje westchnięciem: Ach, wreszcie znależliście ten rachunek...

Księgowa odmłodniała, nabrała elegancji i pewności siebie, a ja już powoli tracę orientację w składzie drużyn policjantów i złodziei.  

Dlaczego o nas nie piszesz?

chaobella

Polska społeczność w Sajgonie rośnie odwrotnie proporcjonalnie do słupka przyrostu naturalnego w ojczyźnie. Dziesięć lat temu było nas pięcioro, dzisiaj pewnie dziesięć razy tyle. Na pożegnalnej imprezie jednej z polskich par, padło znienacka:
- Dlaczego ty o nas nie piszesz?
Tłumaczyłam, że pewnie ani czytelników, ani  mnie, nie interesuje saga wypadków Polaków na obczyźnie. Zrozumienie moich argumentów w oczach rozmówcy było niewielkie.
- Przecież tyle się dzieje! Mieliśmy konsula, a dzisiaj nawet po konsulacie nie pozostał ślad. Pisałaś o tym?
- Nie...
- A o tym, że Ania miała wernisaż obrazów?
- Nie...
- A o tym, że my wyjedżamy z Wietnamu – zapytał gospodarz?
- Też nie....
- To o czym ty w ogóle piszesz?!

Jako, że obecny rok niesie ze sobą falę masowych wyjazdów cudzoziemców z Wietnamu, kilka dni później, spotykamy się ponownie z okazji pożegnania pary polskojęzycznych Czechów.
- Może uda nam się spotkać gdzieś w świecie za 10 lat – pada znad patelni z paellą.
- Ciekawe, jak będzie wyglądało nasze życie... – nostalgiczny nastrój udziela się wraz z ubywającym winem.
- Ania będzie znaną malarką, Alicja będzie miała dom, Gabrysia własny hotel, a ona marską wątrobę...

Wszystko zostało zatem powiedziane – następny wpis o Polakach w Sajgonie pojawi się za 10 lat w celu weryfikacji powyższych zobowiązań.

Ze specjalną dedykacją dla Mirka (będącego dzisiaj sobowtórem Gorbaczowa, a w młodości Marlona Brando) i Gabi (która postanowiła wypisać się z pewnej totalitarnej insytucji).

Módl się i leć!

chaobella

Kiedy próbujesz dokonać rezerwacji online na lot z indonezyjskim przewoźnikiem, szybko wpadasz pod zimny prysznic: wpisana w google nazwa każdego z nich odsyła cię najpierw do rejestru katastrof lotniczych , tudzież czarnych list przewoźników, z którymi nie należy podróżować.  W tychże optymistycznych okolicznościach przyrody, rezerwuje lot z Lion Air – po raz pierszy od ich ostatniej katastrofy, która nastąpiła na tydzień po pierwszych wakacjach na Bali w 2004 r. Niewiele się zmieniło: w schowku na magazyny pokładowe i instrukcje bezpieczeństwa, znajduje ponownie niezbędnik pasażera:  laminowana karta z menu modlitewnym w trzech językach, dla wyznawców wszystkich głównych religii, poza tą niemile widzianą w krajach muzułmańskich. W przeciwieństwie do lotu sprzed lat, nie dostaję przekąski w postaci kleistgo ryżu z mięsem w liściu bananowca. Przekaz jest jasny: módl się i leć!

 

Tę podróż trzeba odbyć mimo ryzyka: za kazdym razem, widok indonezyjskich wysp Komodo i Flores zawsze zapiera dech w piersiach.  



Tym razem, wyprawa jest krótka i skondensowana; w planach nurkowanie i wspinaczka.
Rafa koralowa w okolicach Komodo jest jedną z najpiękniejszych na świecie, a wielu ekspertów w dziedzinie oceanografii twierdzi, że dzierży palmę pierwszeństwa. Fakt – takich kolorów i rozmiarów, jakmi zadziwia, nie spotkałam nigdzie indziej! Dzienniczek nurkowań się zapełnia i rozpada, ale dopiero teraz zapisuje w nim: „nurkowanie w pralce wirnikowej”. Takie się bowiem odnosi wrażenie poddając najpierw bardzo silnym prądom, a następnie warując przy dnie, uczepionym skały, patrząc, jak prąd dyryguje stadami ryb. Setki tuńczyków, dziesiątki barakud i tysiące drobniejszego zwierza przemieszcza się falami, warstwami, w pionie i poziomie, przyprawiając o istny zawrót głowy. A tę trudno utrzymać na karku z powodu potwornego prądu.  Rekiny podpływają na tyle blisko, że można im zajrzeć do paszczy... Módl się i nurkuj!
Po istnym National Geographic na żywo, kolejne zejście pod wodę rozczarowuje: płyniemy ponad pół godziny przez .... podwodne pole kamieni. Poza nimi, nie ma nic. Ale, kiedy pojawia sie ona, rozpływamy się w zachwycie. Ogromna, 3.5 metrowa manta, wyprzedza mniejsze koleżanki, by na osobnej scenie zaserwować nam półgodzinny pokaz tańca. Z niepowtarzalną gracją, frunie majestatycznie, pozwalając podpłynąć blisko, zbyt blisko.



Emocje nurkowe tylko pozornie uspokaja chłodne piwo Bintang – połączone z wrażeniami spod wody i widokiem na skąpaną w zachodzącym słońcu zatokę Labuanbajo, mocno uderza do głowy.

Adrenalina na najwyższym poziomie domaga się zwiększonych dawek. Płyniemy zatem na wysepkę Rinca – podbnie, jak słynne Komodo, upodobały ją sobie ogromne, wszystokżerne potwory. Nieodłączne dwumetrowe szpikulce w rękach przewodników potwierdzają, że mimo pozornego spokoju, jesteśmy otoczeni nieprzewidywalnymi bestiami, które potrafią po kolacji z człowieka zostawić jedynie niesmaczny aparat fotograficzny. Zrobiło się naprawdę gorąco, kiedy jednego z dragonów wybudziły z letargu bielutkie dziecięce pośladki, kuszące bestie przez uchylone drzwi toalety. Strażnicy jednak byli czujni i szybko uziemili bestię szpicem w kształcie ogromnej procy. Matka dziecięcia nawet nie zdała sobie sprawy z akcji ratowniczej, ubrała dziecko, a my wszyscy wypuściliśmy głośno powietrze z napiętych płuc.

 

Dragony przyczyniły się do ciekawego spotkania. Kiedy pstrykałam zdjęcia pod wielkim posterem reklamującym park na Komodo, poszarpanym tak straszliwie, jakby trafił pod żelazne szczęki czołowej atrakcji turystycznej wyspy – podszedł starszy pan w typowej, indonezyjskiej koszuli i zagadnął, skąd przybywam. Jak zwykle, wziął Poland za Holland, ale kiedy już zrozumiał, radości nie było końca:
- Z Polski, z samej Polski pani jest ?!  - padło po angielsku.
I zaraz dodał po polsku:
- Ja też jestem Polakiem, chociaż już 47 lat na Flores. A gdzie mieszkasz w Polsce?
- W Warszawie – ucinam, by było prościej. Ale pochodzę z Tarnobrzegu – wyjaśniam, bez nadziei na zrozumienie.
- Nie może być! Toż to moje rodzinne miasto! – cieszy się, ściskając do bólu moje ramię.
I tak poznałam legendarnego Polaka, którego wszyscy znają na Flores: ojciec Stanisław Wyparło. Co ciekawe, każdy mieszkaniec potrafi wymówić bezbłednie jego nazwisko. Ksiądz od lat buduje kościoły na tej chrześcijańskiej wyspie jednego z największych krajów muzułmańskich. Dzięki niemu powstają szkoły, świetlice dla dzieci i przychodnie. Słynie z działań na rzecz integracji między wyznawcami różnych religii. Nie zaburza to jednak jego surowego osądu muzułmańskich ekstremistów i terrorystów. To on, między innymi, pomagał Wojciechowi Tochmannowi (pisarz, dziennikarz Gazety Wyborczej) w odnalezieniu śladów Beaty Pawlak (reporterki GW) – jedynej polskiej ofiary zamachu na Bali w 2002 r i ... specjalistki od terroryzmu.  



Położone na zachodnim wybrzeżu Labuanbajo nie pozwala wyjechać – uzależnia widokami na zatokę o każdej porze dnia, które o zachodzie słońca grożą przedawkowaniem ochów i achów, a aparatowi wyzionięciem ducha.



Pod słodkim przymusem, czas jednak ruszyć na podbój nieznanego. Odlot do Ende, na wschodnim krańcu wyspy, o 14.35.
- Przyjadę po was o 14.30 – mówi Kancek, nasz lokalny przewodnik.
- Nie, nie, to zbyt późno!– oponuję.
- Tutaj należy być na lotnisku w porze planowanego przylotu. To czas na kawę w kawiarni z widokiem na pas startowy. Kiedy samolot wyląduje, wtedy można powoli udać się do odprawy.
Tak też się dzieje, a godzinę póżniej lądujemy w zachmurzonym Ende. To baza wypadowa do miejsca, które mnie prześladuje od 10 lat: Kelimutu – nieczynny wulkan, na którego szczycie na poziomie 1.640 metrów, uformowały się trzy jeziora o różnych kolorach.    
Pogoda kiepska – istnieje ryzyko, że kolorowe tafle jezior skryją się w chmurach. Ruszamy o 7 rano, wbrew instrukcjom: „ pobudka o 4-tej, wyjazd o 4.30, by zdążyć na wschód słońca”. Dzięki temu, w drodze do celu (z poziomu 1.200 metrów),mijamy nieliczne grupki turystów schodzących ze szczytu i cieszymy się samotoną wędrówką.
Na ten moment trudno się przygotować – po krótkiej wspinaczce na czworaka i przekroczeniu barierek ochronnych – stajemy twarzą w twarz z ... przepaścią, na dnie której rozciąga się ogromna zielona tafla jeziora Tiwu Nuwa Muri. Tutaj, wedle wierzeń, trafiają dusze poczciwych ludzi i dzieci. Na lewo od siostrzanego jeziora, oddzielona skałą, znajduje się kolejna perełka: to Tiwu Ata Polo o turkusowej  tafli. Tutaj trafiają dusze niepoczciwców. 



Sporo dalej i wyżej, znajduje się ostatnie z gorących jezior: czarodziejskie Tiwu Aba Mbupu o czarnej tafli, odbijającej światło tak, że z czasem zastanawiam się, czy w dole jest woda, czy tylko ogromne lustro. Odosobnione i przerażające jezioro jest domem dla dusz starych ludzi.

Siedzimy na szczycie, popijamy czarną kawę serwowaną przez dwóch miejscowych sprzedawców: dzielimy się czekoladą, wypalamy goździkowego papierosa i z całkowitym zrozumieniem, wymieniamy w swoich językach  uwagi na temat potęgi wiecznego piękna natury.

Same same, but different - odc. ostatni

chaobella

Jeszcze będzie przepięknie – pocieszyła się w duchu – tyle, że nie teraz. Zdecydowała się na wyjazd w ostatniej chwili....Miniaturowy samolot na ekranie przelatywał właśnie nad Pragą, kiedy Lulę zaczął dopadać sen – dzielnie, acz nieskutecznie z nim walczyła na raptem godzinę przed lądowaniem. 

Sny przewijały się z prędkością rozpędzonej ruletki; Sajgon i Phu Quoc, upał i pora deszczowa, śniadoskórzy i skośnoocy, zielone palmy i rozpalona słońcem pustynia, aromatyczna kawa i zielona herbata, foki i krowy, aromatyczna kawa...Otworzyła oczy, poruszyła nozdrzami – zapach najprawdziwszego cappucino z nutką cynamonu powoli budził ją ze snu. Za oknem, nieśmiałe słońce siłowało się z gęstymi chmurami. Zanurzyła palec w filiżance, oblizała, zamykając oczy, by w pełni rozkoszować się słodką, leciutką pianką. To było najlepsze cappucino od czasu włoskiego majstersztyku na Phu Quoc. Odstawiła filiżankę - kofeina zaczynała powoli krążyć we krwi, wyrywając ją stopniowo z błogostanu. Spojrzała na zegarek – była ósma piętnaście. To niemożliwe – poszła spać o jedenastej! Pamiętała, że przestawiła zegarek, zgodnie ze zmianą stref czasowych, jeszcze na pokładzie samolotu. Wyskoczyła z łóżka na równe nogi. Musiała przespać prawie dobę; jest ranek – następnego dnia! 
Sięgnęła po kolejny łyk gorącej kawy, kiedy dostrzegła kopertę włożoną pod porcelanowy spodek. Miała złe przeczucie, co do listu, którego nawet nie zamknięto, najwyraźniej pisząc go w pośpiechu. Powstrzymując ciekawość, stanęła w otwartym oknie, wzięła głeboki oddech, by opanować narastającą złość na z góry oczywistą treść listu, po czym gwałtownie rozdarła kopertę.

Na złożonej w pół kartce papieru, czarnym flamastrem narysowano fokę siedzącą na rowerze – zagadka, której Lula nie zdążyła rozwiązać przed wyjazdem z Sajgonu. Uśmiechnęła się z czułością – to miła forma pożegnania. Sięgnęła ponownie po kopertę – och, to nie koniec! .....

***********************************
Ciąg dalszy ...... tutaj nie nastąpi :-). 
Jeśli polubiliście Lulę, mam nadzieję, że będziecie mieli okazję przeczytać wszystkie jej przygody w papierowej wersji.

Same same, but different - odc.14

chaobella

- Dzisiaj mamy spotkanie z potencjalnym inwestorem – Tom mierzwił potarganą już czuprynę. Podoba mu się nasza działalność i byłby gotowy sypnąć groszem – albo bezpośrednio, albo poprzez pomoc w wyposażeniu naszych placówek. Rozumiesz – gruba ryba.... I chciałem cię prosić, żebyś dołączyła do nas na zebraniu – jesteś nowa, wygadana, no i mógłbym pochwalić się naszymi dokonaniami w kwestii procedur ISO...

- Ależ, ja dopiero zaczęłam czytać o tym, jak ugryźć problem. Mój raport z ostatniej misji mówi głównie o udoju w rękawicach ogrodniczych i ryzyku urazów kończyn w wyniku poślizgu na oborniku – broniła się Lula.
- Krok po kroku, od czegoś trzeba zacząć – uspokajał Tom. Facet ma się pojawić około dziesiątej. Zawołam cię, kiedy przyjdzie czas na prezentację, pewnie godzinę później. Ach, zapomniałbym o jednym! Czy nadal masz ten profesorski kostium, którym oczarowałaś nas w pierwszym dniu pracy?
- Taaak, pamiętam, że cieszył się dużym uznaniem – skrzywiła się ironicznie Lula.
- Otóż to! Na dzisiejsze, oficjalne spotkanie, będzie jak znalazł. Zrób się na bóstwo, moja droga. Facet jest Włochem, więc sama rozumiesz... zawiesił znacząco głos i wrócił do domu, w którego oknie stała już złowieszczo kontrolująca sytuację małżonka.

Robienie się na bóstwo było wykluczone w warunkach galopującej wilgotności i powietrzu nieskażonym najlżejszym podmuchem wiatru. Wciśnięta w kostium i buty na obcasach, Lula czuła się, jak żółw: za mały, by pozbyć sie skorupy, za duży, by całkowicie się w niej ukryć. Jej ulubiony kierowca już czekał za bramą i aż gwizdnął na jej widok. Ograniczone możliwości komunikacji nie pozwalały im na głębszą konwersację, ale cmokanie z podziwu należało zinterpretować jednoznacznie – wyglądała zacnie i gdyby nie mokre włosy, które zamierzała wysuszyć na wietrze, mogłaby ponownie ubiegać się o profesorski tytuł. Niełatwo było wsiąść na motor w długiej, wąskiej spódnicy – bez narażania garderoby na uszczerbek, a honoru na splamienie. Nieoceniony kierowca zademonstrował jej pozycję, którą nieraz widywała na ulicy; należało usiąść jak amazonka – na boku siedzenia, z nogami założonymi jedna na drugą – z gracją wskazującą na wieloletnie doświadczenie w przejażdzkach na jednym półdupku. Za trzecim podejściem udało się, choć o gracji nie mogło być mowy; trzymała się kierowcy tak kurczowo, że przypominała posturą raczej jadącego na oklep jednonogiego kowboja, niż zacną damę. 
Dotarła do biura przed czasem i na widok zdumionej miny pana Chau przypomniała sobie, że ostatni element jej toalety wymagał wciąż  retuszu. W lustrze z trudem rozpoznała swoją głowę – włosy zdażyły wyschnąć, ale wyglądem przypominały trafioną przez piorun miotłę; splątane nimiłosiernie, stojące niemal dęba tworzyły ciekawą kompozycję z nienagannym kostiumem. Pan Chau pojawił się dyskretnie, donosząc lekko przybrudzony grzebień. Niezwykła rzecz, zważywszy na jego łysą głowę. Rozczulona tym przejawem troski, Lula zabrała się żywo do roboty. Po wyczesaniu kilku kołtunów i wyrzuceniu trzech garści włosów do kosza, zaczynała wyglądać jak człowiek. Upinała  włosy w kok, kiedy usłyszała ostateczny wyrok:
- Och, teraz panienka znów wygląda jak pani profesor!

Tom, również elegancko ubrany, czekał już w swoim gabinecie na ważnego gościa. Pan Chau parzył świeżą kawę, a recepcjonistka poprawiała idealnie ułożone kwiaty w wazonie. O punkt dziesiątej, rozległ się dzwonek i wszystkie oczy, w całej niedyskrecji, zwróciły się w stronę drzwi.
- Dzień dobry – rozległ się melodyjny głos. Nazywam się Fabio Scotto i mam spotkanie z panem Tomem.
Gość miał ciepły głos, siwe włosy i rozpiętą pod szyją koszulę. Tom wyszedł na spotkanie, uprzednio zostawiając na oparciu krzesła marynarkę.
- Fabio! Cieszę się, że wreszcie udało nam się spotkać. Zapraszam do mojego biura – powiedział, przepuszczając gościa i dając znak panu Chau, że nadszedł czas na kawę.
Zainteresowanie personelu zniknęło wraz z gościem, jedynie Luli pozostawało czekać na sygnał. Nie wiedziała, czym ma mu zaimponować, więc oddała się pogawędce z panem Chau.
- Pan Fabio to jeden z najdłużej mieszkajacych w Wietnamie obcokrajowców; jest tutaj od piętnastu lat i zarządza włoską firmą importującą maszyny poszukiwane przez największych asów w naszym kraju. Od fabryk, przez szpitale, aż po kopalnie. To bardzo porządny człowiek – zawyrokował.
- Czy Tom zna go równie dobrze, co pan? – zapytała z nutą ironii?
- Tego nie wiem. Pan Tom mnie o nic nie pytał, ale ja znam kierowcę pana Fabio i stąd moje informacje – wyjaśnił skromnie.
Kawa zaczynała rozbudzać wszystkie zmysły i kiedy Lula już ulegała ochocie na przedpołudniową porcję aromatycznej kofeiny, otworzyły się drzwi gabinetu szefa i usłyszała słodki głos Toma:
- Lula, pozwól na chwilę. Chciałbym ci przedstawić naszego gościa.
Lula chciała mieć ten moment za sobą – weszła energicznie do gabinetu, niezbyt dyplomatycznie spostrzegając:
- Bardzo mi miło: chętnie poznam człowieka, którego kierowca dobrze się o nim wyraża.
Tom uśmiechnął się niepewnie, czekając na reakcję gościa, który zgodnie z oczekiwaniami Luli, wybuchnął śmiechem, uderzając się w uda.
- Fabio, jak już wspominałem, zainteresowany jest współpracą z nami, co się doskonale składa, bo każda pomoc nam się przyda, a co dopiero wsparcie ze strony tak doświadczonego biznesmena.
- Myślę, że powinniśmy zacząć pracować nad wspólnymi projektami jak najszybciej. Jeśli jesteście gotowi, proponuję pierwsze techniczne zebranie u mnie w biurze, we wtorek rano.
- Doskonale – zgodził się Tom. Lula, zarezerwuj sobie czas, a my tymczasem udajemy się na nieformalną cześć spotkania w restauracji obok. 
-
Ależ, Tom! Jak możesz pozbawić nas tak uroczego towarzystwa na czas obiadu? Ech, ci Francuzi i ich maniery wobec dam – westchnął Fabio. Czy zechce pani do nas dołączyć?  

Włoska restauracja Pendolasco, w wolnym tłumaczeniu Luli – „Dzyndzylisko” - ukryta była w gąszczu bambusów i bananowców. Zacienione podwórko prowadziło do eleganckiego wnętrza, żywcem przypominającego tradycyjną środziemnomorską trattorię. Fabio był najwidoczniej stałym bywalcem – kelnerzy pozdrawiali go, odgadując kulinarne zachcianki, podtykając najnowsze wina i świeżo upieczone pieczywo. Wreszcie pojawił się sam właściciel, gromko pozdrawiając gościa po włosku i galanteryjnie podejmując jego towarzyszy.
- Zapraszam do naszego najlepszego stolika – będziecie mieli święty spokój, o co w porze obiadu niełatwo – zachęcał.
Zasiedli przy nakrytym już dla trzech osób stole, na którym chłodziło się białe wino. W koszyczku na pieczywo znajdowały się wszelkie zabójcze dla linii smakołyki: świeżo upieczony chleb z oliwkami, bułeczki z suszonymi pomidorami i pałeczki z kminkiem.
- Proszę, zaczynajcie, moi drodzy – zachęcał Fabio. Pozwolicie, że polecę wam najlepsze dania szefa kuchni?
- Ależ oczywiście!  - odparł z ulgą Tom, studiując pierwszą z dziesięciu stron menu.
- A zatem spaghetti bolognese dla pana i dla mnie. A dla pani, hmmm... co powiedziałaby pani na penne puttanesca? – zwrócił się do Luli Fabio.
Lula poczuła, że dławi się kminkowym paluszkiem. Nie znała włoskiego, choć domyślała się znaczenia, porównując włoskie słowa do francuskich i hiszpańskich. W tym właśnie był cały kłopot. „Penne” kojarzyło jej się z oglądanym niegdyś filmem hiszpańskim, w którym, niezbyt wyszukanym językiem, koledzy komentowali miłosne podboje w wieku szczenięcym. Cieszący się najmniejszym powodzeniem bohater został zdiagnozowany przez bezwzględnych kumpli, poprzez określenie jego męskości mianem „penne”. Nie znała na tyle języka, by zorientować się, co dokladnie miało to oznaczać, ale jedno było pewne: nie był to komplement, a w kontekście kulinarnym nie powodował bynajmniej wzrostu apetytu. Fabio zauważył rozterkę na jej twarzy i zapytał:
- Nie odpowiada pani penne, czy puttanesca?
Lula siegnęła po szklankę wody, by pokryć zmieszanie. Niewątpliwie melodyjna nazwa oznaczała dla niej jedno: „dziwkarski zwis” i mimo najszczerszych starań, nie potrafiła wyobrazić sobie konsumpcji takiego kuriozum.
- Euuh, czy mogłabym zamówić gnocchi z sosem serowym? – zapytała, pamiętając, że najlepszą formą obrony jest atak.
- Doskonały wybór! – ucieszył się Fabio. W takim razie spaghetti bolognese dla Toma, gnocchi dla pani, a dla mnie penne puttanseca – zadecydował.
- Moi drodzy, pierwsza dostawa sterylizatorów do mleka nadejdzie w sobotę. Tak, jak proponowałem – spotkajmy się we wtorek w moim biurze. Będę już wiedział w jakim stanie są maszyny i ile z nich będę mógł wam podarować. Oczywiście, mówimy o początku współpracy. Będziecie mieli czas je przetestować przed kolejna dostawą za miesiąc.
A teraz, proponuję wznieść toast za spotkanie i powodzenie we współpracy – Fabio wzniósł kieliszek.
- Za współpracę – powtórzyli zgodnie na trzy głosy.
- I zdrowie pięknych pań – dodał Fabio, schylając galanteryjnie głowę.
Kelner pojawił się z wypełnioną tacą i zapytał, naśladując włoski zaśpiew:
- Penne puttanesca?
Lula odczyuła nagłą potrzebę poszukania pod stołem przypadkiem zrzuconej serwetki. Kiedy wreszcie podniosła głowę, zobaczyła prawdziwą twarz kuriozum: na talerzu Fabia piętrzył się rurkowy makaron z sosem pomidorowym, sowicie posypanym kaparami i drobniutkim czosnkiem... Jej ulubiona kompozycja! Gnocchi okazały się być nieco bardziej wyrafinowanymi kopytkami z mile drażniącym powonienie roztopionym serem.
- Czy pani przyjechała do Wietnamu sama, czy z rodziną? – dopytywał Fabio.
- Sama i proszę... Mam na imię Lula – proszę sobie oszczędzić grzeczności, zwłaszcza, że pewnie jestem w wieku pana córki – nie wiedzieć czemu, miała ochotę drażnić tego pewnego siebie Włocha.
- Faktycznie, moja córka skończyła właśnie osiemnaście lat, czyli tyle, ile ty miałaś jakieś dwa lata temu.
- Raczej dziesięć lat temu – sprecyzowała Lula.
- Doprawdy? Czy wszystkie Polki wyglądają tak uroczo i wiecznie młodo? – dopytywał tonem słodkim, jak reklama olejku do niemowlęcych pośladków.
- Absolutnie wszystkie – skwitowała z powagą Lula. Podobnie, jak Wietnamki, Włoszki i Kamerunki. Jak bowiem wiadomo, na świecie nie ma brzydkich kobiet...
- Och, cóż za trafna uwaga!
- .... tylko wina czasem brak – dokończyła Lula.
- Nnno, cóż. W takim razie, wypijmy zdrowie pięknych kobiet zanim zabraknie wina – powiedział Fabio, wypełniając gościom kieliszki.
Pyszne jedzenie znikało z talerzy w tempie wprost proporcjonalnym do postępu lekkiego rauszu w głowie rozgrzanej upałem. Panowie oddali się dyskusji o interesach, w których Lula miała dopiero wkrótce zacząć uczestniczyć; nie miało to mieć wiele wspólnego z opieką nad dużym zwierzem, ale pozwalało jej na poznanie nowego, choć niezbyt ekscytującego świata. Tak naprawdę, marzyła jej się sjesta – choćby wzorem koleżanek z biura, na podłodze, z encyklopedią pod głową. Och, zdrzemnąć się, choćby na dziesięć minut... Czuła, że zasypia z otwartymi oczami, a jej głowa niepokojąco ulega prawom grawitacji.
- Alora, que faciamo? – usłyszała gromki głos Fabia i nie panując nad pierwszym skojarzeniem, jakie podchwycił jej język na dźwięk skądinąd znajomego wyrażenia, wypaliła:
- Faciamo l’amore!
Fabio spojrzał wyraźnie zaintrygowany, po czym, maskując wybuch śmiechu, dodał:
- Niezwykle kusząca oferta, ale myślałem raczej o deserze... – zawiesił głos, skutecznie odwracając uwagę Toma. Na co masz ochotę: tiramisu, mus czekoladowy, czy ciasteczka z owocem pasji?
- Ja poproszę... – wtrąciła Lula.
- Taaak, dla pani ciasteczka z owocem pasji – oświadczył kelnerowi Fabio. Może to niezbyt rozsądne, ale z pewnością bezpieczniejsze...
Lula czuła, że się płoni – wiele by dała, by nastąpiło w tej chwili trzęsienie ziemii, albo przynajmniej awaria prądu, która zmusiłaby gości do opuszczenia lokalu. Nie tylko nie nastąpił koniec świata, ale padł kolejny komplement pod jej adresem:
- Tom, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak cennym nabytkiem jest Lula – powiedział teatralnym szeptem Fabio.
- Och, stary – Tom wyraźnie się rozluźnił pod wpływem wina – czego ona nie potrafi! Doi krowy gołymi rękami, uprawia jazdę ślizgową na oborniku, zajada się kurzymi zarodkami i uprawia czary. Nawet moja doświadczona w materii żona jej się obawia. Zgadzam się – to prawdziwa perła.
Lot Luli po równi pochyłej zbliżał się do niebezpiecznej strefy pod poziomem morza i zgodnie z najbanalniejszą receptą na wyjście z patowej sytuacji, oświadczyła:
- Przepraszam, ale muszę wracać do biura. Mam zebranie z Fredem w sprawie raportu o naszych podopiecznych na Phu Quoc. Spieramy się co do krytyki techniki udoju...
- Ale przecież Fred jest chory.... – powiedział Tom, po czym dodał pod obstrzałem lodowatego spojrzenia Luli;
- ... był chory, dziś rzeczywiście obiecał pojawić się w biurze po południu.
- Miło mi było cię poznać – zwróciła się do Fabia.
- Ależ cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział, szarmancko całując ją w dłoń. 

W biurze panowała już piątkowa laba, poparta przeświadczeniem, że szef już się tego dnia nie pojawi. Jedynie mróweczka Lan pilnie stukała w klawiaturę. Wyraźnie się ucieszyła na widok Luli:
- Nie widziałam cię całe wieki, albo ciebie nie ma, albo by jesteśmy w rozjazdach.
- Faktycznie, a zapowiada się, że będzie jeszcze większy ruch w interesie – westchnęła Lula i rozjerzawszy się po biurze, zaproponowała:
- Muszę dokończyć raport, ale może miałabyś ochotę na drinka po pracy? Dzisiaj piątek, znam przyjemny bar w okolicy.
- Oj, nie mogę. Dzisiaj nie mogę. Jest piątek, nie mogę – Lan dukała zakłopotana. Nie wiedziałam wcześniej, nie przewidziałam więc żadnego wyjścia... Muszę wracać do domu.
- Możemy wyjść wcześniej, nikogo już nie ma... – oponowała Lula.
- Nie, nie, naprawdę nie mogę. Może w następnym tygodniu, też w piątek? – zaproponowała Lan.
- Spróbujmy zatem w następny piątek – ucieszyła się Lula. Może i dobrze – powinnam zająć się przeprowadzką. Jutro się przenoszę na swoje!
- Doprrrawdy? – Tai wyrósł nagle jak spod ziemii. Opuszczasz pałac Toma? Cóż za afrrront! Masz rrrację – nie ma to, jak być na swoim. Jeśli potrzebujesz pomocy, możesz na mnie liczyć. Jestem zajęty od dziesiątej do dwunastej i potem od czterrrnastej trzydzieści do piętnastej... To znaczy, o czterrrnastej mam pierwszego pacjenta, czyli ...
- Dziękuję, Tai, ale poradzę sobie sama – przerwała ten niebezpieczny monolog. Mam raptem dwie walizki; obrócę motorem w godzinę.
- Motorrrem?! Jeździsz motorrem? – Tai nie krył zdziwienia.
- Próbuję... Nie szło mi łatwo, ale nie tracę nadziei – westchnęła Lula.
- Brrrawo, odważna kobieta! - spojrzał na nią z uznaniem. Więc, tak jak mówiłem, będę zajęty do piętnastej trzydześci, ale jeśli mogę w czymkolwiek pomóc – zrrrobię to z największą przyjemnością. 

 Wybiła szesnasta. Pan Chau, z uroczystą miną, oświadczył znad otwartej kroniki :
- Pan Tom zadzwonił o piętnastej dwadzieścia i poinformował firmę, że dzisiaj pracuje z ważnym klientem, więc nie należy już spodziewać się go w biurze.
I ściągając okulary w złotej oprawce, dodał:
- Nie należy to do moich kompetencji, więc nie wyrażę swojego zdania. Ale wydaje mi się, że nie byłoby rażącym naruszeniem prawa....
- ... gdybyśmy poszli do domu – dokończył Tai, pakując się w ekspresowym tempie. Wygląda na to, że pacjent z ekstrrrakcją trrrafi pod sklapel jeszcze przed wieczorrrem. 

Same same, but different - odc. 13

chaobella

Niewielki piętrowy domek, o błękitnej fasadzie, od razy urzekł Lulę; na dachu powiewały pióropusze palm kokosowych, na podwórku kwitły bugenwile, oplatając bramę purpurowo-białym szalem. Na podwórku stał mężczyna w nieokreślonym wieku: gdyby nie nieumiejętnie ukryta łysina, mógłby być dwudziestolatkiem. Uśmiechał się szeroko i zapraszał do środka.
- Piękna żona – skwitował gospodarz, podając Fredowi filiżankę herbaty.
- Dziękuję, ale to nie moja żona – jesteśmy kolegami z pracy i pomagam Luli znaleźć mieszkanie – wyjaśnił Fred, ku uciesze Luli.

- Och, jaka szkoda! – kontynuował właściciel.
- Ja też żałuję – przytaknął Fred.
- Państwo pozwolą, że się przedstawię; mam na imię Dat. Doktor Dat, powtórzył – podajac obojgu swoją wizytówkę. Pracuję w dziale naukowym koncernu energetycznego. A to moja żona i dzieci – wskazał dumnie pozostałych domowników.
- Ja mam na imię Lula, mój kolega nazywa się Fred. Dopiero przyjechałam do Wietnamu i poszukuję małego lokum w tej okolicy.
- A pani jest sama, czy z rodziną? – zapytał Dat.
- Sama, rodzina została w Polsce. To znaczy, rodzice i rodzeństwo. Na własną rodzinę muszę jeszcze poczekać.

- Ale, ale! Cóż pani mowi? Z Polski? - uderzył dłońmi w uda. Ja studiowałem w Moskwie, całe dziesięć lat. To znaczy, mieszkałem tam dziesięć lat, bo doktorat zrobiłem w trzy. Och, Moskwa to był dla nas raj – dobrobyt, piękne kobiety... – zafrasował się, patrząc na żonę, po czym przypominając sobie, że nie mówi po angielsku, kontynuował.
- Poznałem tam piękna kobietę – Olenę. Ech, cóż to była za krasawica! Ależ, skoro pani z Polski, to może pani mówi po rosyjsku? Może się napijemy czegoś mocniejszego? Taka niespodzianka!
Fred mrugnął do Luli – negocjacje, zanim się na dobre zaczęły, zapowiadały się owocnie. Dat zniknął w kuchni, by pojawić sie po chwili z butelką podejrzanie ciemnego napitku. Rozlał go do półlitrowych kufli z plastiku i uroczyście oznajmił:

- To domowej roboty nalewka, według receptury mojego ojca. Na zdarowie, moi mili! Mot, hai, ba, joooo! – krzyknął gromko i stuknął w kufle gości z taką mocą, że najmłodsze dziecko zaczęło głośno płakać. Fred poprawił nienagannie nażelowane włosy i szepnął do Luli:
- Moja droga, czas przejść do negocjacji – i głośniej, do gospodarza: Może moglibyśmy obejrzeć dom?
- Och, oczywiście – zapraszam! – Dat wyraźnie się ucieszył, wstając i spoglądając na swój pusty kufel, zastrzegł: - Ale najpierw napijmy się. Za zdrowie gości i przyjaźń polsko-wietnamską. Mot, hai, ba, joooo! – kufle ponownie stuknęły, narażając się na poważne uszkodzenie.
Małżonka i goście nie nadążali za tempem gospodarza. Ten odchrząknął kilkakrotnie, głośno odsapnął i patrząc mglistym wzrokiem w dal, powiedział:
- Pani mi przypomina moją koleżankę ze studiów – piękna, rosyjska doktorantka na wydziale ekonomii.  Miała takie, jak pani blond włosy i niebieskie oczy... Ech, cóż to były za czasy – rozmarzył się.
Fred spojrzał przytomnie na brąz czuprynę Luli i zajrzawszy w jej ciemne oczy, zaproponował, jak echo: - A może moglibyśmy obejrzeć dom?
- Och, oczywiście! Proszę za mną.
Na parterze, poza salonem z ciężkimi meblami, uwierającymi w pośladki po piętnastominutowej nasiadówce, znajdował się pokój, ochrzczony przez Lulę graciarnią; właściciele przechowywali tam kolekcję mioteł, miotełek do kurzu, dwie drabiny, dziecięcy samochód bez dwóch kółek, materace i uszkodzone karnisze.  Kuchnia, wychodząca na salon, składała się z turystycznego palnika, zlewu, ciągu szafek kuchennych z materiału podejrzanie przypominającego wzmocnioną tekturę i dziury w ziemii, która najwidoczniej służyła do mycia naczyń częściej, niż pusty zlew.
- Kuchnia jest w pełni wyposażona – wyjaśnił Dat. Jest lodówka, pralka i kuchenka gazowa. Macie dzieci?
- Taaak, ja mam dwójkę – odpowiedział Fred, ale Lula jeszcze nie ma rodziny.
Gospodarz spojrzał na nich, wyraźnie próbując zrozumieć tok myślenia gości.
- Ooo, to na początek, niewielka kuchnia wam wystarczy. Zresztą cudzoziemcy rzadko gotują w domu, prawda?
Schody, wyłożone terakotą kładzioną zapewne w czasach kryzysu, mieniły się kilkoma odcieniami: co parę schodków, biały zastąpiony był beżowym, ten z kolei jasnym różem, który to zwieńczony został żółtym wykończeniem. Na pierwszym piętrze, podłoga była na powrót beżowa. Po prawej stronie dwie sypialnie; niewielkie, ale ustawne pokoje z szafami wnękowymi o podejrzanie kartonowej strukturze, za to z pięknymi, stylowymi zasłonami.
- Dom jest nowoczesny, mamy klimatyzację i wiatraki; nie w każdym pokoju, bo przecież dla dzieci naturalny klimat jest najzdrowszy – wyjaśnił Dat, dodając:
- Tutaj mamy sypialnie z żoną, obok śpią dzieci. Wy możecie urządzić się podobnie.
Fred spojrzał porozumiewawczo na Lulę, równie skonfudowaną.
Korytarz prowadził do gabinetu pana domu, w którym piętrzyły się książki techniczne, przykurzone papiery i kolejny samochodzik dziecięcy – tym razem z kompletem kół. W końcu korytarza stała szafa w starym, indochińskim stylu, a na jej szczycie ołtarzyk rodzinny: fotografie gospodarzy i ich rodziców oraz potomstwa. Obok, oświetlony mrugającymi czerwonymi lampkami, uśmiechał się korpulentny Budda z porcelany, noszący na wydatnym brzuchu i łysej głowie ślady pozostawione przez gekony i spopielone kadzidełka ofiarne.
- Moja żona jest buddystką, a ja komunistą – zadeklarował  gospodarz, wskazując na stojący obok zdjęć rodziny, portret Ho Chi Minh’a, którego Lula początkowo uznała za założyciela rodu.
Schody prowadziły na kolejne piętro, w całosci zajęte przez taras: naturalnych rozmiarów palmy w doniczkach, krzaki bazylii, bugenwile, jaśmin i gigantyczne szeflery. Lekka bryza ciągnęła od rzeki, która leniwie toczyła się sto metrów dalej.
- Biorę! – szepnęła Lula. Wracajmy dopiąć szczegóły, zanim podejmą nas kolejnym kieliszkiem tego korzennego alkoholu. 
Dat już czekał na dole, nalewając gościom kolejną porcję podejrzanego napitku.
– Dom jest niewielki, ale funkcjonalny i przyjemny. Sam nadzorowałem projekt i budowę kilka lat temu – dumnie obwieścił Dat i dodał: - Siadajcie, moi mili – napijmy się za spotkanie i za przyjaźń między Wietnamem, a byłym okupantem, którego pokonaliśmy pod Dien Bien Phu – mrugnął porozumiewawczo do Freda. Dochodziła dziewiąta i należało podjąć kolejną próbę powrotu do celu wizyty.
- Dom mi się podoba, choć wymaga odświeżenia i kilku drobnych napraw – zaczęła Lula.
- O, tak – to bardzo dobry dom. Szkoda, że będziemy musieli się wkrótce wyprowadzić – zamyślił się Dat.
- Panie Dat, przejdźmy do konkretów: za ile pan chce wynająć dom? – Fred kuł żelazo, póki gorące.
- Ustaliliśmy z żoną, że cena wyjściowa wynosi pięćset dolarów.
Lula szybko oszacowała swój budżet, uznając, że cena jest do zaakceptowania, kiedy Fred, zaszczycając małżonkę godnym Don Juana uśmiechem, powiedział po wietnamsku:
- Hmmm, myślę, że czterysta to dobra cena.
- Taaak, czterysta to dobra cena, ale Hindusi zgodzili się płacić pięćset – powiedział Dat.
- Hindusi?! – zdziwiła się Lula.
- Tak, Hindusi, którzy wynajmą ten dom, zgodzili się na pięćset dolarów – wyraźnie cieszył się Dat.
- Chwileczkę, czegoś tutaj nie rozumiem – powiedział Fred. Ten dom jest już wynajęty?
- O, tak – to bardzo dobry dom, bardzo funkcjonalny. Wczoraj podpisaliśmy umowę z hinduskim małżeństwem.
Lula poczuła nagle, że litr podejrzanego likieru uderza jej do głowy. Mogła to być równie dobrze stłumiona złość. Tudzież poczucie, że osławione różnice kulturowe mają w zanadrzu jeszcze niejedną niespodziankę.
- Czyli państwa dom nie jest już do wynajęcia? – powtórzyła najwolniej i najspokojniej, jak umiała.
- Nie, już nieaktualne – machnął ręką Dat, a małżonka ponownie uśmiechnęła się.
Fred, wyraźnie zirytowany, przeczesywał palcami idealnie ułożone włosy, mlasnął niecierpliwie i wstając, oświadczył:
- Bardzo miło było państwa poznać. Myślę, że zaszło jakieś nieporozumienie – sądziliśmy, że wasz dom jest do wynajęcia.
- Och, cała przyjemność po naszej stronie – kłaniał się Dat. Może jeszcze kieliszeczek nalewki?
- Nnnie, dziękujemy. Dziękujemy za gościnę. Dobrej nocy. – wydukała załamana Lula. 

************************************************
Ranek, jak zwykle, oznaczał pustki w biurze, mimo tykającej na zegarze dziewiątej. Dopiero pół godziny później, w drzwiach stanął Fred:  
- Dzwonił do mnie Dat, nasz przemiły gospodarz domu do niewynajęcia! Prosił mnie o twój numer... Jeśli masz zamiar spędzić kolejny wieczór na piciu tego zajzajeru, to niestety, ale na mnie dzisiaj nie licz.
Telefon Luli zaterkotał parę sekund później:  
- Allo, tawariszczka Lula?! – głos po drugiej stronie wydawał się znajomy, ale trudny do identyfikacji.
- Da, eta ja – odpowiedziała, nie będąc jednak pewna, czy powinna podawać się za tawariszczkę.
- Mówi Dat. Doktor Dat. Pamiętasz mnie, a?  - kontynuował po rosyjsku.
- Ah, Dat! Miło pana słyszeć. Fred wspominał, że prosił pan o mój numer telefonu – teraz zaczynała kojarzyć fakty.
- Tak, dzwoniłem już do męża...
- Fred jest kolegą z pracy – ja nie mam męża – powtórzyła Lula.
- O, wsio rawno! Dzwoniłem do męża, .... to znaczy do towarzysza Freda, bo mam pewną propozycję.
- Taaak? – Lula podejrzewała, że powinna szybko wymyślić dyplomatyczną odmowę w razie zaproszenia na degustację kolejnej nalewki.
- Nuuuu, rozmawialiśmy z żoną i się wahamy... Podpisaliśmy już umowę z Hidusami, ale mojej żonie ty się bardziej podobasz. Mnie zresztą też, moja droga. Może mogłabyś zajrzeć dzisiaj do nas, a? Porozmawiamy, napijemy się i coś uradzimy.
- Oczywiście, mogę być za godzinę.... – Lula próbowała ukryć niepohamowany entuzjazm.
- W pariadkie – czekamy zatem u nas w domu – zakończył Dat.

Zachodziło słońce i spokojna okolica wydawała się iście wakacyjną destynacją; dzieciaki w mundurkach skautowskich niespiesznie wracały do domu, sprzedawcy rozkaładali swoje stoiska z jedzeniem, licealistki w białych ao dai jechały na rowerach z gracją, pozwalając wiatrowi wachlować ich długie włosy. Błękitny domek wydawał się jeszcze bardziej przytulny w popołudniowym, miękkim świetle. Krzewy na podwórku, świeżo skropione deszczem, uginały się pod ciężarem nowego wysypu kwiatów, palmy na dachu kołysały lekko ciemnozielonymi pióropuszami, kontrastującymi z pomarańczowym niebem. Na podwórku już czekał Dat.
- A, witam obywatelkę! Proszę, proszę do środka.
W salonie, w tym samym miejscu i tej samej pozie, siedziała jego małżonka, serdecznie się uśmiechając. Nalała wszystkim po filiżance zielonej herbaty i zapraszajacym gestem, wskazała Luli miejsce przy stole, po czym zwróciła się do męża. Jej twarz była wciąż uśmiechnięta, ale w tonie głosu czuć było stanowczość i Lula coraz bardziej nabierała przekonania, że w tym domu, to ona jest szefem. Dat wtrącił słowo i ponaglony przez żonę, zwrócił się do Luli:
- Tak, jak wspominałem, nasz dom już był wynajęty. Nowi lokatorzy podpisali umowę i mieli wprowadzić się pod koniec miesiąca... A może kieliszeczek czegoś mocniejszego? – przerwał.
- Nie, nie – dziękuję. Wolę herbatę – proszę powiedzieć żonie, że jest wyjątkowo smaczna – Lula kuła żelazo, póki gorące.
Małżonka zaszczyciła ją uśmiechem, skinęła głową na znak podziękowania i ponagliła męża.
- Więc, tak jak mówiłem – do wczoraj, dom był już zajęty. Ale po waszej wczorajszej wizycie, zaczęliśmy się wahać. Was jest tylko dwójka, a Hindusi mają troje dzieci.
- Tak, jak już mówiłam – Fred to mój kolega z pracy; pomaga mi szukać mieszkania, ale to nie jest mój mąż... – Lula miała wrażenie, że przeistacza się w samonakręcającą się katarynkę. Dat, jakby pierwszy raz słysząc, zwrócił się do żony, tłumacząc na wietnamski tę ostatnią rewelację. Wymienili ze sobą kilka zdań i Dat, prostując plecy i odchrząkując trzy razy, oświadczył:
- Jednym słowem, jeśli jesteś wciąż zainteresowana – wolelibyśmy wynająć dom tobie. Rachunek jest prosty: jeden lokator zamiast pięciu – większy porządek, mniej strat, mniej problemów.
Lula uśmiechnęła się od ucha do ucha, przybierając najmilszy wyraz twarzy, na jaki było ją stać.

- Jestem jak najbardziej zainteresowana i zależy mi na czasie. Chciałabym się przeprowadzić choćby jutro. Ale..., pomówmy o szczegółach.
- Potrzebujemy z żoną kilku dni na przeprowadzkę – powiedzmy w niedzielę dom  byłby wolny.
- A co w takim razie z hinduską rodziną? – zapytała.
- Nuuu, jakoś to odwołamy.... – podrapał się po głowie Dat. Tutaj jest umowa – musisz wpisać swoje dane, zostawić nam zadatek i wprowadzić się za parę dni.
Umowa była sporządzona na dwóch stronach i tylko jeden szczegół przykuł uwagę Luli: cena wynosiła pięćset dolarów, podczas gdy wczoraj była mowa o czterystu.
- Jeśli chodzi o cenę.... – zaczęła, na co Dat od razu powiedział, machając ręką:
- O, to poprzednia umowa; Hindusi zgodzili się płacić pięćset, ale tobie wynajmiemy za czterysta. Już poprawiam!
Lula zaczęła się zastanawiać, gdzie jest pułapka; nie była dobra w negocjacjach i nie potrafiła się targować. Kiedy jednak oferta z dnia na dzień staje się nie tylko aktualna, ale i tańsza, należało wzmóc czujność.
- Bardzo doceniam wasz gest, ale ... muszę zapytać: dlaczego chcecie odwołać umowę z ludźmi, którzy nie tylko zarezerwowali dom pierwsi, ale są gotowi płacić wyższy czynsz?
Dat uśmiechnął się niepewnie, zwrócił do żony, która w podobnie zmieszany sposób obdarzyła Lulę przepraszajacym uśmiechem, i powiedział:
- Wiesz, od razu nam się spodobałaś: miła dziewczyna, do tego mówi po rosyjsku... Nie masz rodziny, więc będzie spokój... I moja żona bardzo cię lubi...
- Dziękuję, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego wolicie mnie, tracąc sto dolarów miesięcznie! – drążyła Lula.
Dat sapnął, ponownie odchrząknął i oświadczył:
- Mnie to aż tak nie przeszkadzało, ale żona nie polubiła hinduskiej rodziny... Oni są mili, ale jacyś tacy sztywni... A do tego, cały problem w tym, że.... jakby to powiedzieć....? Chodzi o to, że ten Hindus wygląda jak terrorysta... Rozumiesz? Jak Bin Laden!

Lula próbowała pozostać poważna wobec tych kuriozalnych rewelacji i z pełnym przekonaniem, że mimowolnie gra na strunie uprzedzeń rasowych, powiedziała:
- Doskonale! W takim razie, podpisujmy – jutro przyjdę z zadatkiem i spiszemy ostateczną, poprawioną umowę.
Dat wyraźnie się ucieszył, przekazał żonie dobrą wiadomość, uścisnął Luli rękę i zaznaczył:
- Och, nie ma pośpiechu z zadatkiem; jesteśmy umówieni! Zaraz odwołamy Bin Ladena!
Na dźwięk nazwiska terrorysty, małżonka wstała zza stołu, uśmiechnęła się do Luli i podała jej delikatną jak porcelana dłoń, mówiąc po angielsku: Dziękuję bardzo. 


Lula Słyszała w życiu różne komplementy – mniej lub bardziej prawdziwe, ale ten najnowszy był szczególnej wagi: nie była podobna do Bin Ladena! Ostatni z tej kategorii padł w Afryce, kiedy na wieść, że pochodzi z Polski, wskazano portret Jana Pawła II, ciesząc się i tłumacząc, że musi być rodzoną córką słynnego rodaka.

Same same, but different - odc. 12

chaobella

Sajgon huczał, wył i trąbił; powrót do miasta, po kiku dniach spędzonych na wyspie, okazał się nie lada wyzwaniem. Pokonanie piętnastu kilometrów dzielących lotnisko od domu wydawało się wiecznością. Niezliczona masa ludzka („Czy to możliwe, że populacja miasta uległa w międzyczasie podwojeniu?”) przemieszczała się różnymi środkami transportu w zróżnicowanym tempie; konwersujące ze sobą pary na motorach snuły się leniwie, ignorując wszystkich wokół i beztrosko powodując korki; szaleni młodzieńcy śmigali zygzakiem, siejąc popłoch wśród staruszek, próbujących przedostać się na drugą stronę ulicy; potężne ciężarówki z cysternami benzyny trąbiły jak szalone, by utorować drogę własnej głupocie lub uszkodzonym hamulcom. Lula przyglądała się chaosowi z rosnącym przerażeniem. To, co początkowo ją bawiło, napawało teraz bezgranicznym zdziwieniem i wręcz grozą.
- Sądziłam, że niedziela to najbezpieczniejszy dzień na drogach – zauważyła Lula.
- Tak, ale wcześnie rano i w południe, jak zresztą każdy inny dzień – zafrasował się pan Chau. Ale, ale! Mam dla panienki niespodziankę. Pokażę, kiedy dojedziemy do domu pana Toma. On jest teraz tak bardzo zajęty i wygląda na bardzo zmęczonego, odkąd został ojcem; to już dobre 48 godzin – dodał z kronikarską skrupulatnością. 

Pod domem Toma panowała grobowa cisza, wygaszone były światła i wyglądało na to, że gospodarzy nie ma w domu. Pan Chau położył palec na ustach i wyszeptał:
- Odkąd urodziło się dziecko, pani Elsa bardzo dba o jego spokój. Wszyscy są w domu, ale dziecko potrzebuje ciszy – wyrecytował. Wy, na Zachodzie, macie inne podejście do wychowywania dzieci.
Pan Chau odprowadził Lulę do jej domku i wciąż szepcąc, wskazał przykryty brezentem przedmiot przy śmietniku:
- Oto niespodzianka dla panienki!
Zrzucił pokrowiec gestem zawodowego odsłaniacza pomników ku czci i dumnie wyrecytował:
- Na tym motorze jeździłem ja, moja żona i moje córki. Jest mały i idealny do nauki dla początkującego kierowcy. Jeśli panienka sobie życzy, możemy zacząć natychmiast. 
- Panie Chau! Ależ mnie pan zaskoczył! Natychmiast, teraz, wieczorem? – dopytywała Lula. 
- Na naukę nigdy nie jest za późno, a o tej porze ulica jest pusta.

Luli nie trzeba było powtarzać dwa razy – zostawiła bagaż przed drzwiami i stąpając jak czapla, by zapewnić ciszę nowonarodzonemu, podążyła za przemieszczającym się z gracją lisa przewodnikiem, pchającym motor w stronę ulicy. Była ósma wieczorem i poza kilkoma spacerujacymi licealistkami z książkami w ręku, nie było żywego ducha. Dziewczęta, ubrane w gustowne piżamki dla dzieci w wieku przedszkolnym, zasiadły pod uliczną lampą i zaczęły wzajemnie się odpytywać. Pan Chau grzecznie przedstawił im Lulę, informując, że właśnie zaczyna pierwszą lekcję jazdy. Dziewczyny uśmiechnęły się, życzyły powodzenia i wróciły do książek.

Pan Chau zaczął fachowo – od technicznego opisu motoru, jego rodzinnej historii, wad i zalet:
- To stary model Hondy, mniejszy od większości, które jeżdżą po Sajgonie. Ale, jak mówiłem, do nauki jest najlepszy. Wynajmę go panience na parę miesięcy, a potem mogę wymienić na większy. Wszystko zależy od postępów ucznia – poklepał Lulę po plecach.
Lula poznała tajniki techniczne, z których zapamiętała najbardziej istotne: gaz, hamulec, światła i zbiornik na benzynę. Pan Chau jeszcze wykładał teorię silnika i drogę hamowania, ale Lula chciała jak najszybciej zacząć jazdę. Przywykła, co prawda, do masy motorów i ich kierowców w wieku od dziesięciu do osiemdziesięciu lat, ale wizja dołączenia do tej zmotoryzowanej społeczności nie przestawała jej ekscytować. Wreszcie będzie mogła być niezależna, wolna i dyspozycyjna wedle własnych potrzeb. Będzie mogła zapomnieć o taksówkach, poszukiwaniach kierowców motorowych w jadłodalniach, jechać do miasta choćby o północy!
-  Zaczynajmy! – powiedziała z radością.
- Proszę usiąść, odpalić motor, dojechać do zakrętu, pokonać go i wrócić do mnie – polecił z profesorską miną pan Chau.
Lula podeszła ostrożnie do motoru, próbując nawiązać z nim nić porozumienia, po czym, uprzytamniając sobie, że nie ma do czynienia z żywym zwierzem, siadła niepewnie, jak siada się na wystawowej sofie w sklepie meblarskim. Pan Chau poprawił jej posturę: dłonie musiały obejmować zarówno kierownicę, jak hamulce ręczne. Nogi, zwarte kolanami, tkwiły oparte o metalowe stópki, tak by jednocześnie panować nad hamulcem nożnym. Gaz w prawej ręce, hamulec w lewej – wszystko jasne. Odpaliła motor z kopa, dodała delikatnie gazu i ruszyła, podpierając się zwieszonymi nad ziemią nogami. Dojechała do zakrętu, pokonała go łagodnym łukiem, lewą stopą zaryła w żużlu i wróciła dumnie do nauczyciela, odnotowując po drodze, że szybkościomerz podskoczył do pięciu kilometrów.
- Bardzo ładnie – pochwalił pan Chau, ale proszę się nie bać i dodać gazu oraz nie dotykać nogami ziemii. I jeszcze jedno – dodał, wskazując z przepraszającym uśmiechem na kolana Luli:
- W Wietnamie kobiety jeżdżą ze złączonymi kolanami, na wypadek, gdyby wiatr zadarł im spódnice.
- Ależ, ja mam spodnie! – oburzyła się na ten seksistowski przepis.
- Jak panienka uważa, ale złączone kolana wygładają skromniej.
- Zajmę się tym później – zawyrokowała. Na razie chcę umieć prowadzić i móc przeżyć na drodze.

Nie czekając na kolejne instrukcje pana Chau, odpaliła ponownie motor, dodała gazu i unosząc nad ziemią nogi, dojechała do zakrętu. Tam, nabrawszy pewności siebie, skręciła w uliczkę, przejechała zygzakiem, śmiejąc się głośno, po czym zawróciła, kładąc tym razem stopy na wyznaczonym do tego miejscu i, dodając ponownie gazu, wjechała na prostą prowadzącą do wyglądającego jej pana Chau. 
- Brawo, brawo! Pojętny uczeń z panienki. Proszę teraz ćwiczyć przez kolejną godzinę i pamiętać, że do umiejętności jazdy należy dodać ostrożność na drodze. Do zobaczenia jutro – pan Chau ukłonił się i wsiadł do samochodu, z którego jeszcze zdążył dorzucić:
- Oczywiście nie ma mowy, by panienka jechała do biura motorem. Najpierw proszę ćwiczyć w spokojnej okolicy, a za tydzień sam będę ponaglał.
Lula była absolutnie zachwycona nową zabawką – może nie wyglądała poważnie; właściwie należałoby ją nazwać motorynką, do tego te kluczyki z breloczkiem w postaci pluszowego misia.... Ale cieszyło poczucie wolności, nawet przy prędkości siedmiu kilometrów na godzinę. Przejechała jeszcze po okolicy, w tempie pozwalającym na honorowe mijanie spacerowiczów. Nie musiała już szorować nogami po ziemii i tym samym obwołała się geniuszem motoryzacji, po czym zdała sobie sprawę, że umiera z głodu. Obok machała do niej pani sprzedąjaca jaja z zarodkami, na co Lula przełknęła nerwowo ślinę, dodała gazu i ruszyła na rekonesans za kolejnym punktem strategicznym, jakim było skrzyżowanie ze światłami, aktualnie zepsutymi i wskazującymi niezmiennie żółte. A tam czekała na nią niespodzianka w postaci sprzedawcy kukurydzy!
Wstępne śledztwo olfaktyczne nie wykazało powodów do niepokoju: kukurydza wygladała na prawdziwą, tak też pachniała. I to jak pachniała! Gorącą, posypaną solą i polaną masłem, zaserwowano jej na papierowej tacce, kolejną pakując, jako, że sprzedawca nie miał drobnych i przekonał Lulę, by wzięła dwie sztuki. Warto było – choć ziarna parzyły, a topiące masło lało się po brodzie, Lula była zachwycona tą nieprzewidzianą końcówką i tak wypełnionego po brzegi weekendu. Po drugiej stronie ulicy, młoda kobieta wyciskała sok z trzciny cukrowej; dwumetrowej długości kawałki trafiały pod ręczną prasę, sok ściekał do kadzi, w której mieszano go ze świeżą lemonką i lodem. Taką imponującą mieszankę zaproponowano Luli. Ech, co to był za smak! Słodki, ale jednocześnie kwaskowy, świetnie łagodził poparzone kukurydzą dziąsła. Ta improwizowana kolacja kosztowała Lulę pięć tysięcy dongów, czyli równowartość jednej trzeciej dolara. Pożegnała się ze sprzedawcami, wsiadła na motor i z prędkością całych piętnastu kilometrów na godzinę ruszyła w drogę do domu. Wyłączyła silnik przed bramą, wprowadziła motor, pozostawiając go przy śmietniku i upewniwszy się, że dom Toma nie wykazuje oznak życia, wyczerpana padła na łóżko.

Obudziło ją ciepło i niewygoda; spała bowiem w dziwnej pozycji – plecami na łóżku, a nogami na ziemii. W boku wyraźnie ją coś uwierało i promieniowało ciepłem. Lula przetarła oczy – spała głęboko, ale zaledwie godzinę. Uwierało ją nie ziarnko grochu, ale wciąż ciepła kolba kukurydzy. Rzuciła się na nią z apetytem, odnotowując z wyrzutem sumienia, że masło kapie na pięknie haftowaną pościel.
Dochodziła północ, a Lula absolutnie nie była w nastroju do spania – wypoczęta, najedzona i pełna energii, przypomniała sobie o istnieniu basenu, tuż pod oknem. Księżyc był w pełni – szkoda byłoby przegapić taką atrakcję. Szybko wycierając maślane ręce w spodnie, chwyciła ręcznik i strój kąpielowy. Woda była idealnie rześka – Lula zatkała nos i wskoczyła do basenu, poddając się trwającemu ułamek sekundy skrzyżowaniu gorąca z zminem, powietrza z wodą. Przepłynęła kilka długości i spojrzała w niebo – księżyc oświetlał hojnie całą okolicę: dachy okolicznych domów, palmy kokosowe. Nawet śmietnik w księżycowej poświacie prezentował się zjawiskowo. Kolejnych kilka długości – tym razem na plecach; nie tracąc w ten sposób spektaklu natury.
- Jest cudownie! – powiedziała ni to do siebie, ni to do łysego księżyca.

Nie chcąc budzić sąsiadów, przepłynęła jeszcze raz, jak okręt podwodny, zupełnie bezdźwiękowo, ganiąc się za poprzednią brawurę skoku na bombę. Dom Toma wydawał się jednak pogrążony w głebokim śnie. Lula zaczynała marznąć – otuliła się w ręcznik i obeszła raźnym krokiem basen. Dopiero teraz, w pełnym świetle księżyca, jej wzrok padł na przykryty brezentowym ochraniaczem motor – nową zabawkę. Uśmiechnęła się do siebie, pogłaskała maszynę jak zwierzę i dopiero wtedy zauważyła wielką plamę na cementowej posadzce.
- Rany boskie! Benzyna wycieka – pomyślała spanikowana i przypomniała sobie wiecznie popalającego papierosy strażnika. Nie widziała go dzisiaj, ale na pewno jest w okolicy, jak co nocy.
Obeszła dom, zajrzała do stróżowki – ani śladu po żywym duchu. Otworzyła bramę – za nią też nikogo nie było.
Przytrzymując opadający ręcznik, wróciła do motoru, by dokładniej się przyjrzeć wyciekowi. Ulegała lekkiej panice – garaż był przytulony do jej domku, ale był pozbawiony drzwi: jeśli strażnik nie zauważy tej cholernej plamy i rzuci zapałke – tragedia gotowa. A przecież, po drugiej stronie spała niewinnie cała trzyosobowa rodzina. Lula zaczeła na serio się obawiać najgorszego. Strażnik wciąż się nie pojawiał, a ona nie mogła dłużej czekać. Przynajmniej wypchnie motor na tył posesji – jeśli dojdzie do dramatu, to straty będą ograniczone. Zdjęła pokrowiec i zaczęła pchać motor w stronę bramy. Szło opornie – dopiero teraz zauważyła, że maszyna nie była w pozycji „luz”. Przekręciła kluczyk i delikatnie, nie chcąc hałasować, nacisnęła nogą na sprzęgło. Była na trzecim biegu – jeszcze trzy kopnięcia w sprzęgło i powinno być na luzie. Nacisnęła raz – bez rezultatu; bosa noga błądziła po sprzęgle. Schyliła się więc, by zmienić bieg ręką. Najwyraźniej udało się, bo motor zaczął warczeć. Nie poczuła, że wciąż śliska od kukurydzianego masła ręka, zamiast przytrzymywać neutralnie kierownicę, znalazła się na gazie. Podniosła się, szybko, by wyłączyć silnik. Próba utrzymania równowagi z jedną ręką na pedale sprzęgła, a drugą na uchwycie gazu, przy jednoczesnym opadającym z talii ręczniku, nie powiodła się. Silnik pracował pełną parą, budząc zapewne całą okolicę. Lula szybko wsiadła na motor, by opanować rumaka. Nacisnęła ponownie sprzęgło – zaskoczyło! Była już na trójce. Jeszcze raz – wyświetliła się dwójeczka i Lula odetchnęła z ulgą. Ha! Nie była w końcu w ciemię bita. Podniosła się na siedzeniu, by przytrzymać opadający ręcznik. Lewa stopa pośliznęła się na sprzęgle, zmieniając bieg na pierwszy. Motor zawył i wyrwał do przodu. Lula spanikowała, nie wiedząc co się dzieje. Nacisnęła hamulec, motor przyspieszył. Wył coraz głośniej i zrywami przemieszczał się do przodu. Na śliskiej i mokrej trawie, niełatwo byłoby manewrować nawet zawodowemu kierowcy. Kolejny zryw wprawił Lulę w furię – powoli traciła orientację, co się dzieje z maszyną i na ile ma nią wpływ. Kolejne podejście do zmiany biegu i kolejny rzut do przodu. Lula pociła się mocno i powoli gubiła się w gąszczu techniki: lewa ręka – gaz, prawa ręka – hamulec. Do licha, więc czemu próbowała odwrotnie?! Do tej pory maszyna warczała i rwała do przodu przy próbie zmiany biegów.
- No tak, pomyliłam się! - pomyślała i cisnąc pedał hamulca, użyła jednocześnie ręcznego, by wreszcie zmienić bieg na luz. Motor wystrzelił do przodu jak rasowy rumak, Lula jeszcze próbowała hamować nogami po mokrej trawie, testując w pośpiechu odwrotną kombinację: prawa ręka – gaz, lewa ręka – hamulec. Szamotanina przypominała walkę z duchami – Lula zmierzała wprost do basenu. Nie, nie! Tylko nie to! Kolejny rzut rumaka do przodu, ostatni ryk; Lula orząc stopami trawę ląduje o dwa kroki od basenu, głową w świeżo posadzonych gardeniach, zaś motor, ostatnim rumaczym skokiem, trafia w krzaki i milknie.
Nie, nic jej nie boli, nie wpadła z motorem do basenu, wciąż nie wie, po której stronie kierownicy jest gaz, a gdzie hamulec i ma to dokładnie gdzieś. Grunt, że nic się nie stało.
- Co tam, do cholery, się dzieje?! – na balkonie stała rozczochrana Elsa.
- Uhhhm, to ja, Lula – powiedziała, wstając i owijając się ręcznikiem.

- Przecież widzę, że to ty. Ale co się tam, do cholery, dzieje? – krzyczała zirytowana.
- Miałam mały wypadek na motorze, o mało nie wpadłam do basenu – w ostatniej chwili udało mi się wyhamować na trawie – wyjaśniła Lula i dodała:
- Przepraszam za hałas, ale chciałam nas ustrzec od pożaru i kiedy zobaczyłam plamę benzyny w garażu....
- Co mnie obchodzi jakiś pożar? Co to za brednie, do cholery? – Elsa była już najwyraźniej obudzona.
- Elsa, przepraszam za to zamieszanie...Z tego wszystkiego zapomniałam ci pogratulować – nie widziałam jeszcze małej, ale musi być słodka – Lula wysłała całe ciepło świata do kobiety rzucającej piorunami.
- Nie mam teraz czasu na takie głupoty, jest północ. Idź wreszcie spać – rzuciła i trzasnęła drzwiami.
Lula poczuła, jakby ktoś jej dał w twarz. W ciemności rozrzedzonej poświatą księżyca, zauważyła stojącego przy oknie Toma – patrzył, potrząsając głową i rozkładając przepraszająco ręce.


W biurze panował poniedziałkowy rozruch: dziewczyny raczyły się śniadaniem – tym razem wyjatkowo ostra woń wypełniała zastałe od dwóch dni powietrze zamkniętego wnętrza, nieskażonego klimatyzacją. Pan Chau, anioł stróż, pojawił się znikąd, wyciągając na dłoni... ulubione czekoladki Luli:
- Dzień dobry. Jak się panienka miewa? I jak miewa się motor? Proszę się poczęstować i opowiedzieć, jak się udała nauka jazdy.
Zagryzając porcję marcepanu i czekolady, Lula wyznała:
- Och, bardzo dobrze! Poznałam cała okolicę – gdyby nie motor, nie znalazłabym sprzedawcy kukurydzy i soku z trzciny cukrowej. Wracałam z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę!
- Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Proszę kontynuować naukę, a w następny weekend powinna pani przyjechać na motorze do pracy. Jeśli będą jakieś problemy z pojazdem, proszę mi dać znać – Tom jeździć potrafi, ale nienajlepszy z niego mechanik.
Pan Chau otworzył swoją kronikę, przerzucił kilkanaście stron i wyrecytował:
- Pan Tom miał dzisiaj awarię silnika w motorze marki Honda Wave. Naprawa została przeprowadzona w zakładzie pana Nguyen Tri Pham, pod adresem 43/2 Hai Ba Trung, w pierwszej dzielnicy. Koszt naprawy: 120.000 dongów. Pan Tom był ustatysfakcjonowany wynikiem naprawy. 
Tom wyraźnie jej unikał od wczorajszego incydentu o północy. Rankiem, kiedy Lula miała nadzieję, że wyjaśni osobiście, na spokojnie, zaszłe zdarzenie – dom był zamnknięty na cztery spusty. W garażu stał samochód – nie zostało jednak po nim śladu, kiedy piętnaście minut później wychodziła do pracy. Nie znosiła zamiatania śmieci pod dywan i czekała cierpliwie na jego przybycie.  
Tom pojawił się dopiero przed południem i przywitawszy się z całym personelem, zaprosił Lulę do swojego biura.
- Słuchaj, nie wiem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało albo komicznie, albo tragicznie – zaczął, wyraźnie zatroskany. Gdybym był dyplomatą, powiedziałbym, że moja żona przechodzi kryzys emocjonalny albo depresję poporodową. Jako weterynarz, dopatrywałbym się typowego dla samic zachowania, służącego ochronie potomstwa. Jako zwykły facet, mogę powiedzieć jedno: mojej żonie odbiło!
- Ależ Tom....- próbowała wtrącić Lula.
- Nie przerywaj, wiem, co mówię – znam ją od paru lat. Jest słodka, kiedy chce coś osiągnąć, ale kiedy ma już zdobycz w rękach, pokazuje prawdziwą, często nienajpiękniejszą twarz. Czy wiesz, że miałem naszą córkę w ramionach tylko po urodzeniu, tydzień temu?! Elsa wpadła w paranoję – nie pozwala oglądać dziecka, dom jest zamknięty na klucz, podobnie jej sypialnia. Najpierw nasłuchałem się o złym, który patrzy z oczu obcych ludzi – pamiętaj, ona wychowała się na Karaibach i wierzy w cała masę przesądów. Potem zostałem oskarżony o niewierność – usłyszałem całą listę zarzutów, wraz z imionami domniemanych kochanek; dla twojej informacji, byłaś tam zarówno ty, jak córka pana Chau, którą widziałem trzy razy w życiu i która ma jakieś czternaście lat. Jestem załamany. Kiedy wczoraj rzucała w ciebie piorunami, stałem bezradnie, jak dziecko – ale każda moja próba interwencji kończy się karczemną awanturą. Daję sobie jeszcze jakiś czas, ale na razie obawiam się najgorszego – straciłem żonę i dziecko, zanim je poznałem.
- Tom, to się zdarza – Lula była mocno poruszona zarówno wyznaniem Toma, jak jego wyglądem; był przybity, blady, z podkrążonymi oczyma i przeraźliwie smutnym wzrokiem. Daj sobie i wam więcej czasu, niedługo wszystko powinno wrócić do normy.
- Próbuję sam w to uwierzyć, a tymczasem muszę gasić drobne pożary, zanim przeistoczą się w prawdziwą tragedię – westchnął. Głupio mi prosić cię o ...
- Nie przejmuj się – wiem, że dla dobra wszystkich, powinnam się wyprowadzić. Nie wiem, czy uda mi się znaleźć coś w ekspresowym tempie, ale do końca tygodnia obiecuję zniknąć Elsie z pola widzenia.
- Dziękuję, czuję się jak kretyn, ale sama widzisz, że próbuję stawić czoła kretyńskiej sytuacji – powiedział Tom. O wilku mowa – dzwoni Elsa. Uciekaj, zanim wyczuje cię na odległość.

***************************************

Same same, but different - odc. 11

chaobella

W powietrzu wisiała burza – wilgotność osiągnęła apogeum, a powietrze przypominało parujący piekarnik. Niebo zasnuło się i w przeciągu kilku sekund, nabrało złowieszczych kolorów. Nagle, z całą siłą, runęła ściana wody; nie deszczyk, nie porządna ulewa, ale solidna burza z piorunami i grzmotami wokół. Krowy uciekały w popłochu, podobnie jak pracownicy misji. Deszcz lał tak mocno, że widoczność ograniczyła się do zaledwie metra. Lula poczuła ramię ciągnącego ją Freda. Już nawet nie próbowała się chronić przed deszczem – była zupełnie przemoczona. Zwolniła więc tempo, rozkoszując się tropikalną burzą.
- Nie czas na romantyczne spacery – krzyknął Fred. Biegnij, zanim trafi cię piorun na tej pustej polanie.
Biegli razem i już widzieli machającą w drzwiach Hanh, kiedy na ostatniej prostej, pośliznęli się i wylądowali, hamując brzuchami, na trawie. Na mecie czekała nagroda, przed którą z całą siłą próbowali się uchronić; Hanh zakrywała oczy z bezsilności obserwatora, który widzi nadjeżdżający pociąg i już wie, że siedzący na torach człowiek nie umknie przeznaczeniu. Lula zapierała się  instynktownie rękoma, niewiele widząc spod oblepiających jej twarz włosów. Usłyszała jedynie krzyk Freda:

- Cholera jasna!,
po czym wylądowali w krowim placku. A raczej, w całej górze krowich odchodów, które suszono na nawóz. Deszcz sprawił, że suche już dawno nie były, tworząc naturalną masę poślizgową. Lula, wobec całkowitej niemocy, dostała niekontrolowanego ataku śmiechu. Fred próbował się podnieść, wycierając ręce o trawę. Z jego ust padały najbardziej wyszukane przekleństwa, jakie tylko mieszkaniec południa Francji byłby w stanie wymyślić. Mowa była o synach matek wykonujących najstarszy zawód świata, o samych matkach z podkreśleniem braku szacunku do tychże, o wulgarnie określonych krowich pośladkach i ich życiowej funkcji, o niedogodnościach pogody tropikalnego kraju, o prostej filozofii życia i jego urokach. Lula tak się zasłuchała w tym śpiewnym monologu, że nie zauważyła nawet, kiedy przestało padać. 
- Szlag by trafił! Zawsze to samo – dopiero kiedy tkwisz po uszy w gównie, przestaje padać. Nie masz się z czego śmiać, Lula – wyglądasz strasznie, choć nie widziałem jeszcze samego siebie... – powiedział i już chciał podać rękę leżącej Luli, kiedy rzut oka na stan jej upaćkanych dłoni powstrzymał go od pomocnego gestu.
Hanh biegła już w ich kierunku, ze stertą ścierek, a za nią podążał pomocnik z wężem ogrodniczym. Nie próbując nawet powstrzymać śmiechu, pocieszała oboje:
- Skoro robiący na głowę ptak zapowiada szczęście, to wyobraźcie sobie, co oznacza taka masa nawozu: wygląda na to, że będziecie szczęśliwi po pachy, a raczej po .... łokcie – powiedziała, przyglądając się uważniej ofiarom.
Oboje poddali się ablucjom wodą z sikającego węża. Zadziwiona własną reakcją Lula, znajdowała w całym wydarzeniu sporą przyjemność – przypomniała sobie spędzane w dzieciństwie wakacje na wsi i nie mogła powstrzymać zupełnie niedorosłego śmiechu.
- Pamiętasz, mówiłem ci, że kiepsko nam płacą, ale za to się świetnie bawimy? – Fred odzyskiwał dobry humor. Nie miałem na myśli aż tak pysznej zabawy – życie jest pełne niespodzianek i nigdy nie wiesz, kiedy wdepniesz w gówno. Nie wiem, jak ty, ale ja chyba pozwolę sobie na przerwę w pracy – jazda brzuchem po trawie, zakończona lądowaniem w świeżym nawozie wydzieliła u mnie sporą dawkę adrenaliny i o dziwo, wzmogła apetyt. Nie masz ochoty na wołowinkę z grilla? – puścił oko, wycierając z obrzydzeniem ręce.
- Wracaj do Toniego, ja jeszcze zostanę – odpowiedziała Lula. Wierz mi lub nie – ale mnie się tutaj coraz bardziej podoba.

Hanh parzyła herbatę, za oknem niebieściło się niebo, a lekki wietrzyk koił starganą przygodami duszę.
- Równa z ciebie dziewczyna – uśmiechnęła się Hanh. Cały personel zasłonił z trwogi usta, obawiając się najgorszego, kiedy lądowaliście na trawie. Kiedy zaczęłaś się śmiać i oni z ulgą zaczęli rechotać. Bez urazy, ale to jeden z najśmieszniejszych wypadków, jaki w życiu widziałam. Wiesz, ten pomysł z rękawicami ochronnymi mógłby być całkiem przydatny – nie tylko podczas dojenia...

- Ciao, bella! Siadaj, już parzę pyszną kawę – Toni ucieszył się na  widok Luili.
- Och, marzę o kolejnym cappucino!
- Cappucino? – zafrasował się Toni. O tej porze? Pięknym kobietom wszystko mogę wybaczyć, nawet ignorancję co do kawowej procedury.
- Toni, spędziłam cały dzień na gadaniu o procedurach, które można o kant ... potłuc. Wiem, że nie pija się cappucino po południu, ale mam to gdzieś – w końcu nie jesteśmy na Via Romana, a ja doprawdy nie spędziłam dnia na wąchaniu fiołków, więc coś mi się od życia należy! Lula umyła po raz siedemnasty ręce, porządnie jej obwąchała, nie znalazła powodów do niepokoju i zmęczona, opadła na wygodną sofę z widokiem na topiącą się w morzu kulę słońca.
Toni krzątał się za barem, parząc kawę i torturując otoczenie feerią zapachów: świeżo mielona kawa, cynamon, czekolada i świeża śmietanka mieszały się z morską bryzą napływającą z każdym podmuchem wiatru. Dopiero teraz dostrzegła porzucone przed zamnkniętymi drzwiami buty – nie miały już śladów nawozu, ale nie pozostawiały  wątpliwości, co do przynależności do Freda. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie porzucone obok spodnie należące do tego samego właściciela oraz stojąca obok para damskich klapek. Zza drzwi dochodziły pojedyncze jęki, przerywane co jakiś czas wyraźnie artykułowanymi okrzykami: „och”, „ooo, tak”. Lula, skonsternowana, spojrzała na Toniego, wciąż pochłoniętego mieszaniem śmietanki do kawy. „Och, mocniej”, „Teraz!” usłyszała głos Freda.
Z niczym niezmąconym spokojem, Toni postawił przed nią filiżankę cappucino marzeń – puszysta pianka przykrywała szczelnie wierzch filiżanki, a na jej wierzchu, zmielona czekolada tworzyła wzór palmy kokosowej.
- Mówiłaś, że lubisz piankę, więc zaserwowałem ci podwójną porcję – przyznał dumnie Toni.
„Och, taaak!” padło zza zamkniętych drzwi. Lula była coraz mocniej zakłopotana i doprawdy nie wiedziała, gdzie odwrócić wzrok. 
- Skłamałam, mówiąc rano, że piłam najlepszą w życiu kawę – zadeklarowała uroczyście. To cappucino jest absolutnie doskonałe! – odstawiła głośno filiżankę, zagłuszając rumor dochodzący zza drzwi.
Te zaś, po chwili, otworzyły się szeroko, pojawił się Fred w samych slipach, leniwie poprawiając podkoszulek i czule całując w policzek piękną dziewczynę:
- Merci, kochana. Jesteś prawdziwym skarbem.
Lula czuła, że dławi się pianką.
- Mia cara! Najdroższa! Pozwól, że przedstawię ci naszego nowego gościa – Toni ucieszył się na widok dziewczyny.
Piękna dziewczyna, szybkim gestem związała spływające do pasa włosy w kok, poprawiła króciutkie szorty i podeszła do Luli.
- Lula, poznaj Mien, moją żonę – powiedział Toni.
Mien uśmiechnęła się szeroko, uścisnęła delikatnie rękę Luli i poklepała Freda po pośladkach.
- Miło cię poznać, Lula. Mam nadzieję, że ci się u nas podoba.
Lula była zakłopotana i najwyraźniej miała to wypisane na twarzy.
- Wyglądasz na wykończoną, moja droga – zatroskał się Fred. Bierz ze mnie przykład – porządny masaż z najlepszą w kraju specjalistką i czuję się, jak nowonarodzony.

************************

Wieczór zapowiadał się rześki – wraz z zachodzącym słońcem, gęste i lepkie powietrze stawało się lżejsze, a lekka bryza powoli chłodziła rozgrzaną całodziennym słońcem ziemię. Z kuchni dochodziły zapachy smażonego czosnku, kalmarów, oregano, pomidorów, bazyli i topionego sera. Na stole chłodziło się białe wino, którym popijali świeży, domowy chleb maczany w oliwie z rozmarynem. Toni dołączył wraz z piękną żoną, patrzącą na niego z niegasnącym uwielbieniem. Rozmawiali ze sobą po wietnamsku, przy czym, co jakiś czas, Mien wybuchała śmiechem i poprawiała małżonka.
- Toni radzi sobie świetnie w naszym języku, nie tak jak kiedyś – powiedziała, na co oboje odpowiedzieli kolejną salwą śmiechu.

- Poznaliśmy się pięć lat temu – zaczął Toni. Włóczyłem się po Azji bez pomysłu na życie, ale z zamiarem porzucenia Włoch.
Phu Quoc było wtedy zapuszczoną wyspą, z raptem dwoma hotelami; strasznie tam zdzierali z turystów, więc szukałem noclegu u miejscowych. I tak, przypadkiem, trafiłem do domu Mien. Wyjaśniłem na migi, że szukam miejsca do spania. Właściciele byli niezwykle gościnni: nie tylko zgodzili się mnie przyjąć, ale zaprosili na rodzinną kolację. Było niezwykle miło, choć nasza rozmowa ograniczała się do wymiany uśmiechów. Po posiłku, pan domu wyciągnął ze spiżarni butelkę własnej roboty likieru. Po kilku kieliszkach, palce nabrały giętkości i rozmawiało nam się coraz lepiej. Niestety, serce nie sługa, a pęcherz ma ograniczoną pojemność. Próbowałem więc zapytać o drogę do toalety, ale mimo sprężystych palców nie mogłem się porozumieć – próbowałem po angielsku, francusku i włosku. Bez powodzenia. A pęcherz cisnął coraz bardziej, zwłaszcza na widok pana domu, który zniknął w kuchni w poszukiwaniu kolejnej butelki. Zacząłem więc od nowa tłumaczyć jego żonie – po angielsku, francusku i włosku. Wreszcie na migi: pokazywałem na brzuch, lekko uginałem kolana, wreszcie kucałem. Patrzyła na mnie rozbawiona, choć mnie wcale nie było do śmiechu. Chwyciłem się ostatniej deski ratunku, choć wstyd mi było, mniej jednak, niż na myśl, że za chwilę będę miał mokre spodnie.  Powtórzyłem więc całą serię z brzuchem i kucaniem. Nic. Pokazałem więc na swoje przyrodzenie, powtarzając WC, WC. Odniosłem wrażenie, że ujrzałem w jej oczach cień porozumienia. Kontynuowałem więc, wskazując tę samą część ciała i pytając na migi: gdzie? Kobieta patrzyła na mnie zakłopotana, a ja już ledwo przebierałem nogami. Wtedy wrócił z kuchni mąż. Szybko mu coś wytłumaczyła, na co uśmiechnąłem się z wdzięcznością za okazane mi zrozumienie i pośpiech. Mąż stężał na twarzy, spojrzał na mnie, na żonę, znów na mnie. Byłem już bliski omdlenia. Wtedy, jak na zawołanie, przed domem rozległ się dźwięk motoru. Gospodarz wyszedł przed dom, wysyłając żonę do kuchni.
Po chwili w drzwiach stanęła najpiękniejsza dziewczyna, jaką w życiu widziałem. Mien wygładała jak anioł i obdarzyła mnie cudownym uśmiechem, który jednak zniknął natychmiast, kiedy ojciec do niej przemówił, wskazując na mnie i nerwowo coś opowiadając. Jeszcze tliła się we mnie nadzieja, że gospodarz wyczuł powagę mojej sytuacji i próbuje mi pomóc. Wtedy podeszła do mnie Mien i powiedziała łamanym angielskim:
- Moj ojciec mówi, że ty chcieć pieprzyć moja matka!
Zamarłem nie tylko słysząc te słowa, ale słysząc je z ust tak pięknej dziewczyny. Była wyraźnie zdenerwowana, ale jej głos brzmiał słodko i melodyjnie, mimo wypowiadanych ostrych słów. Ostatkiem sił wytłumaczyłem, na tyle spokojnie, na ile pozwalało mi napięcie wstrzymywania moczu:
- Panienko, potrzebuję iść do toalety!
Mien spojrzała na mnie, jak na dziecko, które mówi niewyraźnie.
- Do toalety? A, to tutaj – po lewej stronie – pokazała drzwi obok kuchni.
Nie miałem czasu na wyjaśnienia, pobiegłem w te pędy, ratując spodnie i twarz. Kiedy skończyłem, zastałem całą trójkę śmiejącą się i klepiącą po kolanach. Matka naśladowała mnie, pokazując Mien, w jaki sposób pytałem o toaletę. Ojciec parodiował samego siebie, kiedy wściekły, był gotowy mnie bić. Kiedy zauważyli mnie, ucichli na chwilę, by ponownie wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem.
- Tak właśnie poznałem Mien, moją ukochaną żonę – wyjaśnił Toni.

************************

Na stole pojawiła się właśnie pizza, potem świeże pomidory z bazylią, risotto z małżami, smażone kalmary... Pachniało bosko!
- Stary, Lula milczała jak zaklęta, ale kiedy wychodziłem z masażu z Mien, patrzyła na mnie wzrokiem zabójcy. Czy ty naprawdę myślałaś, że ja z Mien...? Pod okiem męża i gospodarza? Przyjaciela?
- Nie dziw się dziewczynie – odpowiedział niewzruszony Toni. Drzesz się zawsze, jakby cię torturowano, płaczesz, sapiesz i stękasz. Niejeden może wyciągnąć mylne wnioski.
- A ty, Lula – dodał, zwracając się w jej stronę – musisz sama spróbować potęgi talentu mojej żony – jest doskonałą masażystką, kształconą przez najlepszych zarówno w Azji, jak w Europie. Rozgniata złogi w palcach u nóg i oczyszcza kanały energetyczne. Pacjenci płaczą i śmieją się na zmianę, ale wszyscy wracają.
- Que faciamo? – zapytał Toni i szybko dodał – Jeszcze wina?

Mien, nieudolnie kryjąc uśmiech, zniknęła w kuchni, szukając kolejnej butelki, a Toni snuł dalej:
- Od historii z WC, nasza znajomość potoczyła się jak burza. Rodzice, początkowo nieufni, do tego wiecznie rozbawieni moją poprzednią gafą, nie chcieli, by córka wiązała się z białym facetem, bez pracy i wizji przyszłości. Ale podbiłem ich uporem i niegasnącym zapałem w zabieganiu o uczucia Mien. Kiedy rozpocząłem budowę hotelu na wyspie, wiedzieli, że nie żartuję, mówiąc o osiedleniu się na Phu Quoc. Brakowało jednego – znajomości języka. Mien mówiła bardzo słabo po angielsku, a ja, jak już wiecie, nie potrafiłem dogadać się nawet w życiowej sprawie. Zaczęliśmy się uczyć nawzajem: ona mnie wietnamskiego, ja ją angielskiego. Próbowałem najpierw przekonać ją do włoskiego, ale zrezygnowałem po pierwszej wizycie u moich rodziców. Początkowo wtrącałem co jakiś czas słowo lub dwa po włosku i uczyłem Mien, by powtarzała jak papuga. Niektóre zwroty łapała szybko, inne szły ciężko. Nie wiedzieć czemu, najbardziej w pamięć zapadło jej jedno.
Kiedy nieraz sam sobie zadawałem głośno pytanie „Que faciamo?” (Co robimy?), Mien powtarzała je jak echo. Postanowiłem ją nauczyć kilku zwrotów, które pasowały do okoliczności: „Chodźmy na spacer”, „Popływajmy w morzu”, „Obejrzyjmy film” i „Kochajmy się”. Sami rozumiecie – samo życie, zwłaszcza na początku naszej znajomości. Po jakimś czasie, ja zapomniałem o nauce, ale nie chłonny mózg Mien.

Na krótko przed ślubem, wyjechaliśmy do rodzinnego Mediolanu. Rodzice przygotowali uroczysty obiad, zaprosili całą rodzinę, by poznała moją przyszłą żonę. Było pięknie,  choć jak przystało na tradycje katolickie w rodzinie, nieco sztywno – w końcu żyliśmy wciąż bez ślubu, choć według rodziny - w czystości. 
Atmosfera się jednak ocieplała – zadziałały urok i skromość Mien oraz nasze rychłe plany małżeńskie. Kiedy więc, po deserze, moja osiemdziesięcioletnia babcia, wciąż nosząca żałobę po mężu zmarłym dwadzieścia lat temu, zapytała „Alora, que faciamo?”, Mien, szczęśliwa, że wreszcie może wziąć czyny udział w rozmowie, wypaliła:
„ Faciamo l’amore!”

Babcia niemal nie udusiła się czystą wodą, a wszystkie kobiety zaczęły nerwowo paplać między sobą, by wreszcie, niezwykle poważnie, zapytać, czy aby nie spodziewamy się poczętego bez ślubu dziecka.

Mien przyniosła kolejną butelkę schłodzonego wina i koszyczek pachnącego chleba. Postawiła je na stole, podsuwając Toniemu korkociąg i zapytała figlarnie:
- Alora, que faciamo?
- Ha! Proponuję wznieść toast za Rose – powiedział Fred, odczytując wiadomość ze swojego telefonu: „Wczoraj w nocy urodziła nam się  młoda gazela – 57 cm wzrostu i 3 kg wagi, czarnulka, absolutnie zniewalająca”. To od Toma – dodał. Wszystko więc wskazuje na to, że ojciec też żyje, choć spędził w szpitalu trzy doby.

Same same, but different - odc. 10

chaobella

-  Jakiż  mamy piękny dzień – Fred wkroczył do biura, roztaczając wokół siebie zapach mocnych perfum i żelu do włosów.
- Szkoda byłoby marnować taki piękny poranek na pracę – w końcu zdążymy się jeszcze w życiu narobić. Pan Chau ma ukrytą w schowku pyszną kawę: 
- Panie Chau, chyba należało by podjąć naszą drogą koleżankę filiżanką porządnej kawy, prawda?
Pan Chau oderwał się od zapisków, poprawił na nosie okulary w złotej oprawie i zniknął w kuchni.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość – zwrócił się do Luli Fred. Rozmawiałem dzisiaj z Tomem – ciągle nie mogą urodzić... Nalegał, by nie odwlekać twojej pierwszej wizyty na Phu Quoc; wydaje się, że wkrótce będą nam potrzebni nowi sponsorzy, należałoby więc szybko poznać teren i zająć się rozwojem misji. Tom chciał cię osobiście tam wprowadzić, ale sama rozumiesz – nie da teraz rady. Tak więc, wspólnie uznaliśmy, że to ja ci przedstawię całą miejscową strukturę.
- To jak? Gotowa do wylotu za dwa dni? Jeśli zaczniemy w czwartek, będziesz mogła zostać na wyspie na weekend – jeśli przypadnie ci do gustu ta krowia ziemia.
- Och, już się cieszę – nie kryła emocji Lula. Tak, tak – jestem gotowa, choćby jutro!
- Przygotuj się na niezbyt luksusowe warunki pobytu – zagaił delikatnie Fred. Mamy ograniczony budżet... Nie znaczy to, że będziesz nocować w namiocie, ale z pewnością nie bedzie to pięciogwiazdkowy hotel.
My się zatrzymujemy u Toniego – to uroczy Włoch, który osiadł na wyspie kilka lat temu. Otworzył rodzinny hotelik – raptem kilka domków z drewna, ale mają swój klimat i piękny widok na morze. Toni świetnie gotuje, a jego żona jest doskonała masażystką. Powinno ci się spodobać. Luli podobało się na wyrost i z nowym zapałem zabrała się za raporty, kiedy Fred pojawił się z pachnacą kawą.
- Specjalna receptura pana Chau, dla jego ulubionej pracownicy – zapowiedział szarmancko Fred i dodał teatralnym szeptem:
- Pan Chau zna się na kobietach, dlatego tak dobrze się rozumiemy...

Lotnisko o świcie było równie zatłoczone, co w południe, wieczorem i w nocy; wielopokoleniowe rodziny odprowadzały bliskich, by życzyć im szczęśliwej podróży na drugi koniec kraju. Powietrze pieściło niespotykaną normalnie świeżością, wiał lekki wiaterek, który Luli przywodził wspomnienia z letniego poranku na mazurskiej wsi, zaś dla miejscowych stanowił zapewne koszmarne wspomnienie srogiej zimy na północy; widać było czapki, grube swetry i kurtki z kapturem, choć temperatura oscylowała wokół 23 stopni. Lot na Phu Quoc był tyleż poważny, co rozmiar samolotu, który miał go wykonać: czterdzieści pięć minut na pokładzie ATR-u, mieszczącego pięćdziesięciu pasażaerów.
Fred był wyraźnie rozbity tak wczesną porą, za to Lula cieszyła się jak dziecko, tkwiąc z nosem przy oknie przez całą podróż. Było na co popatrzeć – zalane monsunowymi opadami pola ryżowe wygładały na brunatne, mętne jeziora; przy dobrej widoczności, można było dostrzec dzieciaki kąpiące się wraz z potulnymi bawołami. Sama wyspa została sowicie obdarzona przez naturę: gęste lasy, górzysty teren, pola uprawne, a wokół spokojne jak tafla szkła morze. Z lotu ptaka, wyspa wydawała się być bezludna, co jednak nie groziło permanentnym stanem, zważywszy na wypełniony po brzegi samolot.
Silnik ryczał jak opętany, Fred chrapał, dziatwa obok wrzeszczała, mnisi zawzięcie o czymś dyskutowali, para obok kłóciła się o miejsce przy oknie, a pani w motorowym kasku na głowie próbowała drzemać na boku.

Na lotnisku czekał tłum taksówkarzy, a wśród nich młody chłopak z tabliczką „Weterynarze Świata”. Po wymianie podstawowych zwrotów z kierowcą: „Jak się masz?”, „Jak się nazywasz?”, „Skąd jesteś?”, „Czy masz męża i dzieci?”, ich możliwości komunikacyjne wyczerpały się i Lula z przyjemnością oddała się kontemplacji okolicy. Przede wysztkim uderzył ją kolor ziemi – rdzawy, niemal czerwony, w porannym świetle dnia. Wzdłuż drogi ciągnęła się luźna, przypadkowa zabudowa, przerywana plantacjami czegoś, co nie mogło być tym, na co wygładało – o winnicach w Wietnamie nigdy nie słyszała... Samochodem rzucało niemiłosiernie po wyboistej, piaszczystej drodze, a każdy z rzadko mijanych pojazdów wzbijał tumany kurzu, redukując widoczność do zera. Kiedy się w końcu zatrzymali, Lula nie zauważyła niczego, poza uśmiechem kierowcy oświadczającego „ To tutaj”.
Fred przeklinał pod nosem i gramolił się niezgrabnie z samochodu.
- Chodź, chodź – to tylko wyglada na zapadłą dziurę, w rzeczywistości nie jest tak źle: dziura – to fakt, ale nie zapadła – najwidoczniej odzyskiwał humor i formę.
Szli wąską ścieżką prowadzącą wśród wspartych na długich kijach winorośli.
- Jeśli sądzisz, że to wino, to jesteś w błędzie – czytał w jej myślach Fred. Phu Quoc słynie na cały kraj z uprawy pieprzu – są tu jego wszystkie odmiany: czarny, biały i zielony.
Na końcu zacienionej alejki wyłaniał się zarys budynku – prostego, drewnianego domu, a raczej kompleksu mieszkalnego. Ciemne drzewo pokryte było roślinnością , dającą z daleka poczucie przyjemnego chłodu.
- Pięknie tu jest! A już się bałam, że zastanę baraki pokryte dachami z blachy falistej – ucieszyła się Lula.
- Nie chciałem cię od razu narażać na drastyczne przeżycia, więc zaczniemy od najlepszej kawy na wyspie; Toni już na nas czeka, a robota nie zając – zauważył, nie bez słuszności, Fred. 
Na zacienionym tarasie stał młody, opalony człowiek z uśmiechem grzejącym mocniej niż słońce tropików. Na ich widok zaczął z radości klepać się po kolanach:
- Ciao! Stary, nie było cię tu ze sto lat! – rzucił się w ramiona Freda i długo, serdecznie klepał go po plecach.
- O, będzie z pół roku... Brakowało mi ciebie tak mocno, jak twojej niezrównanej kawy – odwdzięczył się Fred i ściszając głos, dodał:
- Nie jestem sam.... Przyjechałem z tą piękną dziewczyną. Pamiętaj, by dbać o nią, jak o własną żonę! Lula, przedstawiam ci Toniego – właściciela hotelu, kucharza, gawędziarza, świetnego kompana i przyjaciela.
- Ciao, bella! Witaj na Phu Quoc i czuj się jak u siebie w domu – powiedział Toni, serdecznie ściskając rękę Luli. Niech zgadnę – cappucino dla obojga?
Lula uwielbiała cappuccino pasjami i filiżanka pachnącej kawy, z gęstą pianką, posypaną cynamonem podbiła jej serce równie mocno, co gospodarz:
- Toni, to najlepsze cappucino, jakie piłam w życiu – wymlaskała, oblizując łyżeczkę.
- Dziękuję, mia cara. Nieprzeciętna kobieta zasługuje na wyjątkowy napój – odwdzięczył się Toni, szarmancko serwując porcję migdałowych ciasteczek i spodek ciemnego dżemu. To własnej roboty konfitura tamaryndowa – jeśli nie podbiłem cię kawą, ta mikstura zapewni mi stałe miejsce w twoim sercu.
Konfitura była w istocie wyśmienita – słodka i kwaskowata zarazem, o lekkim miodowo-agrestowym smaku. Lula maczała w niej ciasteczka, dodając kawowej pianki i oblizując łapczywie palce.
- Ech, co za kobieta – romarzył się Toni. Gdybym nie był żonaty, to kto wie, co mogło by się zdarzyć.
- Widzisz, stary – to samo sobie codziennie powtarzam - wtrącił  Fred. A propos kobiet – nie widziałem twojej uroczej małżonki. Mam nadzieję, że ma się dobrze?
- Mien jest zajęta organizacją salonu masażu – szkoda, by jej talent się marnował; klienci ustawiają się w kolejce, więc trzeba zatrudnić nowy personel – chwalił się Toni. Ona będzie masowała tylko specjalnych gości – wśród których ty jesteś na czele listy. Zawsze miała do ciebie słabość, stary. Wpadnijcie po pracy – na risotto i uciechy cielesne.

Siedziba misji mile zaskoczyła Lulę: kilka nowowybudowanych budyneczków, zadbane obejście i ogromny teren do wypasu krów; zauważyła ich małe stadko i aż zmruczała z wrażenia. Białe, kremowe, rudawe – wszystkie były smukłe, łagodnie patrzące migdałowymi oczami, czyściutkie i abslolutnie urocze. Jakież one były piękne i pełne gracji! Z rozanielonego stuporu wyrwał ją głos Freda:
- No, dosyć tych pieszczot – jeszcze się nimi nacieszysz, a jeśli szukasz mocnych wrażeń – niezapomninych dostarczy ci badanie wymion. 

Szefową misji była drobna, młoda dziewczyna – no oko szesnastoletnia – o najłagodniejszym obliczu, jakie zdarzyło się Luli widzieć w całym życiu; delikatne oczy w kolorze karmelu, niespotykane w tej części świata, miękkie loki otaczające muśniętą słońcem twarz o idealnych rysach, sylwetka łani. Fred twierdził, że to jedna z najlepszych specjalistek w weterynarii zwierząt hodowlanych w Wietnamie. Trudno było uwierzyć w jej dorosły wiek, doświadczenie w zawodzie i wybór profesji inny niż eteryczna śpiewaczka operowa. 

- Dzień dobry, cieszę się, że was widzę – niemal wyszeptała. Nazywam się Hanh, a ty to pewnie Lula?  Chodźmy, oprowadzę cię po naszej misji – zaproponowała.
Na imponującym rozmiarami terenie pasły się urocze jałowki oraz dorosłe, równie wdzięczne, krowy i byki. Wszystkie miały przywiązane do szyi dzwoneczki – różniły się kolorami i rozmiarami; duże i białe u jałówek, drobne i niebieskie u dorosłych krów, czerwone u byków.
- To nasz system identyfikacji, użyteczny zarówno dla nas, jak i na wypadek zawieruszenia się naszego zwierza.
Część byków jest wykastrowana – takie już do nas trafiły. Kastracja metodą ludową – jądra podwiązane sznurkiem nylonowym lub kawałkiem drutu. Biedne byki cierpiały na zakażenia, które leczyliśmy całymi miesiącami.
- Moim oczkiem w głowie jest Clara – Hanh czule pogłaskała uroczą, rudą jałóweczkę, jakby żywcem wyjętą z albumu z dzieciństwa.
- Clara? – uśmiechnęła się Lula. Czyżbyś należała do kubańskiej emigracji studentów wietnamskich?
- Dobrze się orientujesz – przytaknęła Hanh. Studiowałam medycynę w Hawanie, a po powrocie do kraju, skończyłam dodatkowo weterynarię. Sentyment do hiszpańskiego pozostał – stąd Clara. Na szczęście, nie trafiło na samca, bo pewnie Che byłby źle widziany na pastwisku – w Wietnamie nie żartuje się z bohaterów.

***   ***   ***
Carlos uśmiechnął się pod wąsem:
-W Kolumbii też z rzadka krytykowano Fidela, choć to raczej ze względu na jego przyjaźń z naszym najlepszym produktem eksportowym.
- Z kokainą? – wyrwało się Luli.
Carlos, potarł wąsa, by ukryć rozbawienie:
- Mam na myśli jego przyjaźń z Gabo, któremu wszystko wolno, odkąd popełnił ...
- Sto lat, zatem – wznieśmy toast za bohaterów – powiedziała Lula, mimowolnie zerkając na mapę – miniaturowy samolot wisiał właśnie nad Afganistanem.  

***   ***   ***

Dochodziło południe, krowy leniwie kładły się w cieniu i Lula chętnie podążyłaby ich śladem. Powietrze stało w miejscu, nawet kolorowe dzwonki na krowich szyjach zamilkły. Należało teraz zwiedzić dojarnie, zapoznać się z warunkami higieny pod kątem wprowadzenia procedur ISO. Pierwsze wrażenie było niezwykle pozytywne – czysta hala, obszerne boksy, ręczne dojarki i zbiorniki na mleko. Wokół kręciło się kilka kobiet, doglądając zwierząt i znakując wypełnione bańki mleka.
- Prawda, że możemy być dumni? – zapytała Hanh. Oczywiście, nasze warunki odbiegają daleko od przeciętnych standardów udoju w kraju, ale założę się, że w twoim raporcie znajdzie się cała lista uwag...
- To nie mój pomysł, by wprowadzać ISO w warunkach wiejskich, ale ponoć sponsorzy nalegają i Tom znajduje się pod dużą presją – zawstydziła się Lula, czytając głośno:
- Brak rękawic ochronnych u pracowników. Brak specjalnego obuwia ochronnego. Brak stanowisk do mycia rąk personelu.
- Brak również klimatyczacji dla naszych krów i opieki psychologicznej dla ich młodego potomstwa – dodała Hanh. Gdybym mogła zasugerować dalsze zmiany, proponowałabym wprowadzenie do użytku neutralizatora zapachu odchodów, ochronne obuwie dla krów i płaszcze przeciwdeszczowe – idzie monsun, szkoda by było, gdyby biedulki dostały kataru.

Nadchodziła pora obiadu – personel zniknął, jak za dotknięciem różdżki. Hanh nakryła stół w biurze; smażone naleśniki z krewetkami, świeżymi ziołami i sosem chili; tofu z grzybami i czosnkiem, ryż i ryba z grilla.
- Jedzmy, póki ISO nie ureguluje naszych gustów kulinarnych; trudno, biedne zwierzęta będą skazane na nasz przesycony czosnkiem oddech – Hanh mrugnęła o Luli i zaserwowała jej kopiastą porcję smakołyków.

Same same, but different - odc. 9

chaobella

Wczesny poranek w tropikach miał niezwykły urok – rześkie powietrze, żwawe przed upalnym dniem ptaki śpiewające w trzech tonacjach, piękne o tej porze dnia światło i rosa na trawie. Błękitna toń wody kusiła tak mocno, że Lula nie zdążyła się zastanowić, zanim wskoczyła do basenu. Woda była zimna, choć należałoby ją uznać za wrzątek w porównaniu z Bałtykiem. Dziesięć długości obudziło ją skuteczniej, niż kawa, na którą nie mogła liczyć w zaryglowanej kuchni. Kolejnych dziesięć napełniło ją energią, która pozwoliłaby jej góry przenosić.
Czas stawić czoła temu nowemu krajowi i jego nieprzetartym szlakom – postanowiła solennie i w podskokach wpadła do domu. Koniec z profesorskim strojem, w którym czuła się idiotycznie. Włożyła lniane spodnie, przewiewna koszulę i klapki na koturnie: – Przynajmniej, nie od razu przemokną mi stopy – pomyślała.
Za bramą toczyło się już na dobre życie – przejeżdżał młodzieniec z niemiłosiernie hałasującą grzechotką, za nim kobieta z gadajacą wagą, po chwili człowiek na rowerze, któremu tylko czubek głowy wystawał znad dmuchanych zabawek, pan lodziarz z gadajacą lodówką, a za nimi dreptała staruszka z nosidłami wypełnionymi parującymi pierożkami. Ich zapach przypomniał Luli o ściśniętym żołądku, ale po wczorajszej uczcie embrionów, obiecała sobie staranną weryfikację przyjmowanego jedzenia – kontrola podstawą zaufania.
Rozejrzała się wokół, ale kierowców do wynajęcia nie było ani na ulicy, ani za jej rogiem. Na ulicy obok był jeden, ale spał na motorze z otwartą buzią i Lula doprawdy nie miała sumienia go budzić. W przeciwieństwie do centrum miasta, tutaj znajomość angielskiego była śladowa i pozostawał jedynie nieomylny instynkt przeżycia oraz wrodzona spostrzegawczość.

Lula przeszła kolejnych kilka metrów w nadziei znalezienia chętnych do zarobienia kilku tysięcy dongów – nikt nie zwracał na nią uwagi, nikt nie niepokoił – miała wrażenie, że jest przezroczysta. Rozglądała się uważnie dookoła, ale po motorowych taksówkach nie było ani śladu. Zauważyła jednak umorusanego smarem człowieka naprawiąjącego motor, a raczej coś, co mogło być motorem w poprzednim życiu – z ramy wystawał jedynie silnik i plątanina kabli. Ten człowiek na pewno jej pomoże!
Przyspieszyła kroku i zapytała, z nabytą w ekspresowym tempie erudycją:
- SEOM? Brum-brum? – dodała, pokręcając wirtualna kierownicą dla wzmocnienia efektu.
Człowiek spojrzał na nią, odsłonił w uśmiechu białe zęby i pokazał dłonią coś pośredniego między wkręcaniem żarówki, a machaniem rączką przez dwuletnie dziecko.
- SEOM? Ja, SEOM, jechać do pracy. Tam – Lula wskazała bliżej nieokreślony kierunek na wschód.
Tym razem, mechanik, po szybkim geście wkręcania żarówki, pokazał wyraźnie, w którym kierunku powinna się udać. Przeszła kolejnych kilka metrów i zaraz za rogiem dostrzegła spory napis, który wywołał uśmiech ulgi na jej twarzy: COM. Roześmiała się w duchu z własnej głupoty – tak to jest, kiedy nie zna się języka – Tom wspominał o SEOM, ale ona przecież nie miała zielonego pojęcia, jak się ów wyraz pisze: ech, ta francuska wymowa!
W pomieszczeniu zaaranżowanym na małą restaurację, mieściło się kilka plastikowych stolików i krzesełka dla przedszkolaków, na których siedzieli kierowcy. Lulę ucieszył widok kilku kobiet - w końcu jako kierowcy są ostrożniejsze, więc chętnie skorzystałaby z ich usług. Zaniepokoił ją widok nieletnich kierówców, ale domyśliła się, że byli tu jedynie w celach towarzyskich. Uśmiechnęła się uprzejmie do wszystkich i szybko zastanowiła się, kogo wybrać. Niestety, wszyscy byli chwilowo zajęci – pochyleni nad dymiącymi miskami z ryżem, zapewne jej nie zauważyli. Co prawda, była ósma rano, ale już wiedziała, że Wietnamczycy potrafią jeść o różnych porach, wiele razy dziennie, najchętniej ryż na każdy posiłek. Odczekała chwilę i wykorzystując fakt, że jeden ze stolików był opuszczany przez pracowników, zwróciła się do młodej kobiety:
- SEOM? SEOM do pierwszej dzielnicy?
Kobieta wydawała się nie rozumieć, wieć Lula wskazała na napis COM przed wejściem:
- SEOM? Transport?
Komunikacja wielojęzykowa i międzykulturowa najwyraźniej nie zdawała egzaminu, więc Lula ponownie wskazała na napis i wykonała ruch imitujący dodawanie gazu na motorze.
Kobieta wskazała jej miejsce przy stoliku obok, uśmiechnęła się, odpowiedziała coś po wietnamsku i zawołała koleżankę. Młoda dziewczyna również się uśmiechnęła i zniknęła za zasłonką, zza której wróciła dwie minuty później z miską wypełnioną ryżem, podejrzanie zielonym zielskiem i wieprzowym kotletem.
Lula lekko zbaraniała – miała już okazję poznać wietnamską gościnność i bardzo ją te przyjazne gesty cieszyły, zwłaszcza, że była głodna. W końcu miała czas, w pracy powinna by dopiero za godzinę, a podróż nie powinna zająć więcej, niż piętnaście minut. Uśmiechnęła się z wdzięcznością do personelu i zabrała za jedzenie. Zielsko zostało przezornie odsunięte na bok – gorący ryż i grillowany kotlet były może dalekie od jej typowego menu śniadaniowego, ale smakowały znakomicie i odsuwały w niepamięć wspomnienie wczorajszych embrionów. Na stoliku Luli pojawił się kufel herbaty z lodem i mokry ręczniczek do wycierania rąk.

Jej wypatrzona taksówkarka właśnie wstawała od stolika i wsiadała na jeden z zaprakowanych przed wejściem motorów – o dziwo, nie na miejsce dla kierowcy, ale pasażera.
„Pewnie kończy swoją zmianę i wraca do domu” – pomyślała Lula i zaczęła szukać wzrokiem kolejnego kandydata na kierowcę. Obok niej siedział sympatyczny, około pięćdziesięcioletni jegomość, popalając papierosa i uśmiechając się do niej przyjaźnie. Udwzajemniła uśmiech i zadała po raz kolejny pytanie:
- SEOM? Teraz? SEOM?
Człowiek spojrzał na nią, pokazał znany jej już gest wykręcania żarówki i odezwał się czystą francuzczyzną:
- Czy panienka szuka taksówki motorowej?
- Och, mówi pan po francusku! – ucieszyła się. Tak, muszę jechać do pracy i szukam transportu. Ale wy, Wietnamczycy, jesteście tak uroczym narodem, że zanim skorzystałam z usług kierowcy, podjęto mnie tym pysznym ryżem, jakby odgadując, że umierałam z głodu.
- Panienki kierowca jest tutaj?  - dopytywał jegomość, marszcząc czoło.
- Z tym właśnie mam problem – chciałam wybrać jednego z tutejszych kierowców, ale wtedy poczęstowano mnie, a upatrzona taksówkarka właśnie odjechała przed chwilą. Niestety, nie znam waszego języka. Nie zechciałby mi pan pomóc? – zapytała Lula z nadzieją.
- Och, chętnie panience pomogę - proszę podać adres pani biura i wskazać kierowcę. Wszytko mu wytłumaczę – zaoferował sympatyczny jegomość.
- To jest właśnie problem. Nie wybrałam jeszcze żadnego z kierowców – wszyscy byli zajęci jedzeniem, więc nie chciałam przeszkadzać – odparła Lula. Ale, bardzo proszę – niech pan wybierze któregokolwiek, na przykład tego pana ze stolika obok – wskazała ruchem głowy na uśmiechniętego sąsiada.
Tłumacz wciąż marszczył czoło, ale zwrócił się do mężczyzny obok. Wymienili kilka zdań, obaj zmierzyli wzrokiem Lulę, po czym jegomość odpowiedział:
- Ten pan nie rozumie, o co panience chodzi. Chętnie by panią podwiózł do pracy, ale właśnie musi jechać do szpitala odwiedzić żonę – wyjaśnił. Może panienka się pomyliła?
Tym razem, to Lula zmarszczyła czoło i zrezygnowana odparła:
- W takim razie, proszę, niech pan wybierze kierowcę, ja się dostosuję. Bardzo panu dziękuję za pomoc – powiedziała z wdzięcznością.
- Panienko, mam wrażenie, że zaszło jakieś nieporozumienie; chce pani jechać z kierowcą, ale jego tutaj nie ma – prawda? – dociekał starszy pan.

- Nie mam własnego kierowcy, więc przyszłam do tej korporacji, by skorzystać z usług taksówkarzy – wyjaśniła spokojnie Lula.
Jegomość zamyślił się i powtórzył, jak echo:
- Przyszłam do tej korporacji....
- Tak, przyszłam tutaj, by znaleźć kierowcę – powiedziała, z nutą irytacji w głosie. Siedzę tu już pół godziny, nie znalazłam taksówkarza chętnego do pracy, za to nakarmiono mnie ryżem.
W tej chwili podeszła do stolika dziewczyna z karteczką, na której widniała liczba 20.
- Ach, wygląda na to, że problem sam się rozwiązał – ucieszyła się Lula. Jadę z kierowcą numer 20. Nie wie pan, gdzie go znajdę?
Dziewczyna stała wciąż przy stoliku, więc Lula zapytała na migi, wskazując na karteczkę z numerem: gdzie jest numer 20?
Dziewczyna wyjęła z kieszeni kalkulator i wystukała liczbę 20.
Lula uśmiechnęła się z pobłażaniem: „Może nie znam języka i zachowuję się, jak niezbyt rozgarnięta, ale liczyć potrafię”. Dziewczę wciąż zagadkowo milczało, by w końcu sięgnąć do portfela i wyjąć banknot o nominale dwudziestu tysięcy dongów. Zrozumiała, że za transport płaci się z góry, co uznała za dobry pomysł – wyklucza próby oszustwa, choć nie bierze pod uwagę dystansu – nie zdążyła przecież podać nawet adresu biura! Wyjęła wskazany banknot, podała dziewczynie, która grzecznie podziękowała, uprzątnęła naczynia ze stołu i zniknęła za zasłonką.

Lula nie na żarty zaczęła się denerwować – nie chciała się spóźnić, a intuicja jej podpowiadała, że koniec transakcji jest daleki.
Kiedy tylko dziewczyna pojawiła się ponownie, złapała ją za łokieć i pokazała palcem napis przed wejściem:
- SEOM? Ja, SEOM – dla jasności, pokręciła wyimaginowaną kierownicą.
Dziewczę patrzyło w nią, jak w obrazek i wydukawszy po angielsku „Chwileczkę”, podeszło do jegomościa, zawile mu coś tłumacząc.
Kątem oka dostrzegła starszego pana, popatrującego to na nią, to na napis przed wejściem. Jego czoło przestało się marszczyć, a na twarzy pojawił się uśmiech chochlika, który próbował opanować na widok Luli.
- Panienko, zaszła pomyłka – zwrócił się do niej, wciąż próbując powstrzymać śmiech, chociaż młoda dziewczyna zupełnie go nie kryła.
- Cieszę się, że docenia pani naszą gościnność, ale tym razem nie o nią chodzi. To jest restauracja – wskazał na napis przed wejściem.
- Ale, przecież.... – zająknęła się Lula, przecież powiedziano mi, że SEOM oznacza postój taksówek motorowych.
- SEOM to rzeczywiście określenie motoru, ale pisze się to inaczej. Na skrawku papieru z wypisaną dwudziestką, dopisał „Xe om”; SEOM to dosłownie „objąć motor”, pokazał, krzyżując na piersi dwie ręce. Co prawda, obejmuje się kierowcę motoru, a nie sam pojazd i jestem przekonany, że kierowcy nie mieliby nic przeciwko temu, by taka urocza panienka ich obejmowała podczas jazdy – starszy pan nie próbował dłużej kryć uśmiechu.


- O Boże, znów namąciłam – zatroskała się Lula. Co w takim razie oznacza napis COM?
- „Jeść”, a dokładniej „jeść ryż” – odpowiedział jegomość. Bywa, że stołują się tutaj kierowcy, ale łatwiej będzie panience znaleźć kierowcę na rogu ulicy. Proszę za mną, chętnie pani pomogę.
„Piekielne skażenie francuzczyzną. Zupełnie poprzewracali mi w głowie” – pomyślała, pogubiona w polsko-wietnamsko-francuskiej wymowie.
Na Luli skupione były wszystkie oczy klientów, choć gdy spojrzała na nich, z impetem zabrali się do jedzenia, często już nieistniejących porcji.
Na rogu ulicy stało trzech kierowców; dwóch oddawało się grze w warcaby rozłożonych na siedzeniu motoru, trzeci zaś żywo machał na widok zbliżających się potencjalnych pasażerów. Starszy pan rozmówił się z młodym mężczyzną w kasku, choć na bosaka, zapytał o adres biura Luli i oświadczył:
- On panienkę zawiezie – proszę tylko nie zapomnieć go obejmować podczas jazdy – puścił oko i dodał:
- Nazywam się Hung i mieszkam niedaleko, mam więc nadzieję, że jeszcze nieraz spotkamy się na późnym śniadaniu.


Same same, but different - odc. 8

chaobella

Fred był szczęśliwym posiadaczem popierdującej Vespy – włoskiego modelu skutera, który wyglądał jak gruszka przechylona w lewą stronę, gdzie znajdował się silnik. Maszyna kopciła niemiłosiernie, kiedy już udało się ją odpalić. Fred nie tracił humoru, podejmując tę próbę po raz siódmy z rzędu. Zaskoczyło!
Wieczór był przyjemny – rzęsista ulewa schłodziła upalne powietrze i zostawiła po sobie lekką bryzę i zapach swieżo zmoczonych, rozgrzanych przez majowe słońce ulic. Oświetlone miasto wydawało się nabierać brakującego mu za dnia charakteru – w prakach spracerowały rodziny, na chodnikach parkowały flirtujące na motorach pary, a w powietrzu unosił się zapach grillowanego mięsa.

Wjeżdżali już na most dzielący zatłoczone miasto od willowej okolicy; zgromadzona podczas ulewy woda spływała kaskadami wprost do płynącej, a raczej stojącej w dole rzeki. I wtedy Lula poczuła pierwszą, kolejną, wreszcie cały strumień kropli deszczu – najpierw na twarzy, potem na rękach i na koniec - strużkę cieknącą jej po plecach.
Fred zatrzymał motor, tak jak pozostali kierowcy, którzy już skutecznie blokowali most – naciągając na siebie peleryny lub przynajmniej okrywając głowy plastikowymi  siatkami na zakupy; niektórzy odkrywali brzuchy, by naciągnąć na czoło koszulki, inni zakrywali czoło gazetą lub gołymi rękoma. Fred ofiarował Luli to, co miał – czyli połowę swojej peleryny, przy czym, zważywszy na jego posturę, była to znacznie mniejsza połowa. Luli nie sprawiało to większej różnicy, jako, że nogi miała już przemoczone do kolan, a strój pani profesor, który teraz mocno przeklinała, nijak nie chronił przed deszczem; wąska spódnica zmuszała do zajęcia pozycji amazonki, czyli siedzeniem półdupkiem na jednej stronie motoru, z nogami skrzyżowanymi dla przeciwagi po przeciwnej stronie, niż silnik opasłej Vespy.
Z głową przykrytą płaszczem nie widziała wiele, a raczej pole widzenia ograniczone było do przemoczonej koszuli siedzącego przed nią Freda. Coś do niej mówił po drodze, ale brzmiało to, jak odsłuchiwanie radia z zatyczkami w uszach. Deszcz zacinał z ukosa i nie wiedzieć czemu spadał tam, gdzie najbardziej doskwierało: po dotychczas suchych plecach oraz tam, gdzie kończy się ich szlachetna nazwa.

Lula miała dość podróży, pory deszczowej i korków, które niebezpiecznie oddalały od niej moment wypełnienia zagłodzonego żołądka. Elsa obiecała zostawić w kuchni pieczonego kurczaka i na myśl o nim, Lula gotowa była do dalszej męki, zwłaszcza, że najwyraźniej nie posiadała żadnego wyboru. Deszcz tracił na sile, zgodnie z zasadą: „Jak długo by nie padało, deszcz ustaje dopiero wtedy, kiedy znajdujesz miejsce, by się przed nich schronić”.
- No, nie da się ukryć, że pierwszy chrzest masz za sobą – śmiał się Fred, wylewając z butów wodę przed domem Toma. Nie ma co się denerwować tropikalną pogodą – i tak na nią nie mamy wpływu – zauważył nie bez racji. A teraz zostawiam cię, rodzina czeka. Do jutra! – pożegnał się Fred i zniknął za zakrętem, pozostawiając za sobą smugę dymu. 

Lula zdjęła buty, wyżęła spódnicę i włosy. Trafienie mokrym kluczem w zamek nie należało do łatwych zadań, ale udalo się i nagroda warta była zachodu: ciepły, suchy domek kusił czystą i suchą pościelą, czystą i suchą podłogą, a z prysznica leciała mokra, co prawda, ale przyjemnie gorąca woda. Kiedy już przychylniej spojrzała na świat, dotarło do niej, że jest głodna, piekielnie głodna. Deszcz tracił na sile, więc przebieżenie kilku metrów do domu Toma zajęło raptem kilka sekund. Drzwi były zamknięte, w środku panowała ciemność. Lula przypomniała sobie pozostawiony przez właścicieli „na wszelki wypadek” klucz. Pytanie, gdzie on się podział? Kolejny bieg przez kałuże, w zapadającej się od nagromadzonej wody trawie – kto wie, jakie bestie potrafią czyhać na niewinne bose stopy po tropikalnej ulewie? – pomyślała Lula. Wspomnienie węża znalezionego w jej butach nieco wyostrzyło zmysły; klucz do domu Toma znajdował się na parapecie. Kolejna przeprawa przez podmokły ogród, tym razem w butach...Za drzwiami imponującej willi panował mrok, co było dość dziwne, zważywszy na zamiłowanie gospodarzy do wszelakich lamp, których pokaźna kolekcja ozdabiała każdy zakamarek domu. Zanim Lula niemal nie rozdeptała jednej z nich, udało się znaleźć kontakt i chociaż częściowo oświetlić wnętrze.
- Hej, to ja – Lula!  - zawołała.
Obeszła całe piętro i powtórzyła w kierunku schodów:
- Tom! Elsa! Jesteście?

Brak dopowiedzi i podejrzana cisza postawiły Lulę w stan pogotowia. Na piętrze nie było żywego ducha, za to wokół panował dziwny rozgardiasz; na podłodze rorzucone były damskie ubrania – sukienka, bielizna i o dziwo, jeden klapek kąpielowy. Nie leżały jednak na kupce, ale prowadziły ewidentnie w kierunku łazienki – jedynego miejsca, skąd sączyło się słabe światełko. Niepewnie, Lula zawołała po raz kolejny gospodarzy. Cisza, jak makiem zasiał. Skrępowana naruszaniem prywatnej przestrzeni Toma i Elsy, wiedziona jednak przeczuciem nieszczęścia wiszącego w powietrzu, udała się w kierunku światła. W łazience zobaczyła drugi klapek kąpielowy, rozrzucone na podłodze ręczniki, na których leżało kilka porzuconych kosmetyków. Zza kotary prysznicowej okalającej wannę wystawał kolejny mokry ręcznik, z któregi wciąż kapała woda, nadając scenie coraz bardziej makabryczny nastrój. Lula widziała zbyt wiele filmów Hitchcock’a, by przejść nad tym widokiem do porządku dziennego. Zbyt wystraszona, by policzyć do dziesięciu, odliczyła do trzech i  pociągnęła zasłonę. W wannie nie było nic, poza niezgrabnie porzuconym ręcznikiem.... Próbowała zebrać myśli: w grę wchodził nadpad, napad z porwaniem, rozbój dokonany przez znajomą osobę (drzwi do domu były przeciez starannie zamknięte), próba morderstwa... Brakowało jednak śladów przemocy i ofiar. Zebrawszy w sobie ostatki odwagi, Lula odszukała kontakt i zapaliła wszystkie dostępne światła. Zeszła na dół i to samo zrobiła na parterze. Wtedy dopiero zauważyła zamnknięte drzwi kuchni – zaniepokoiło ją to zarówno z racji potencjalnie kryjącego się tam napastnika, jak też właśnie przypominającego o sobie skurczami żołądka głodzie. Klamka nie ustępowała, a żaden z posiadanych przez Lulę kluczy nie pasował do zamka. Opadła na sofę, by zebrać myśli i odzyskać równy oddech. I wtedy dopiero zauważyła leżącą na ławie kartkę: 
"
Lula, alarm lotniczy - Elsa rodzi. Jedziemy do szpitala, nie wiem, kiedy wrócimy. Trzymaj kciuki. Tom”.
Lula poczuła ulgę – nie tylko nie ma ofiar, ani braków w posiadaniu, ale właśnie rodzi się kolejny obywatel świata, a ona, na dodatek ma całą chatę dla siebie, na calutki wieczór, a może nawet noc! Rzut oka na bogatą kolekcję filmów, z których natychmiast gotowa była obejrzeć przynjamniej dwanaście, wprawił ją w szampański humor. Szkoda tylko, że za zamkniętymi drzwiami kuchni pozostała otwarta wczoraj butelka dobrego chardonnay. Nic to – znajdzie coś do jedzenia na ulicy i urządzi sobie samotną ucztę przed telewizorem w domu – przyda się chwila odosobnienia po szczelnie wypełnionych dniach. Zamknęła starannie drzwi i wyszła w poszukiwaniu choćby skromnego posiłku.

Na ulicy życie tętniło, ale głównie w kawiarniach, gdzie prócz kawy i herbaty z lodem, nie serwowano niczego. Pani sprzedająca sok z trzciny cukrowej uśmiechnęła się przepraszajaco na pytanie Luli o jedzenie, ale uprzejmie wskazała stoisko z dymiącym grillem. Pachniało przednie, ale w ofercie były jedynie kurze łapki, których nienawidziła szczerze od dzieciństwa, równie mocno, jak wołowego jęzora w sosie chrzanowym, podstępnie zwanego ozorkiem.

Dziewczynka sprzedająca owoce pakowała już straganik i nie miała do zaoferowania nic, poza odpadkami, w których właśnie grzebały psy.

- Hello, Madam! – usłyszała za sobą. Jeść, madam? – powtorzył głos należący do uśmiechniętej kobiety przycupniętej za wózkiem z ....... najprawdziwszymi pieczonymi ziemniakami! Lula nie mogła uwierzyć własnym oczom! Dałaby się pokroić za pieczone ziemniaczki,  o których nawet nie śmiała marzyć w płynącym ryżem Wietnamie. W dodatku, były takie, jak uwielbiała – niemal spalone, czarne, ze skórką pokrytą sutą warstwą przypraw.
- Jeść, jeść! - wykrzyknęła Lula i pokazała na palcach trzy sztuki, wybierając najokazalsze z nich.
Zapłaciła i obiecała sobie, że nawet nie włoży nosa do torebki z zmieniakami – otworzy je z całym należnym splendorem, kiedy już dotrze do domu i usadowi się wygodnie przed dobrym filmem. Wracała wesoła, uśmiechajac się w myślach do ojca, który przed wyjazdem do Wietnamu próbował ją namówić na zabranie ze sobą sadzonek kartofli. „Oj, tato, tato – nie tylko mają ziemniaki, ale nawet je pieką jak my!” – pomyślała, otwierając bramę do domu.

W salonie sączyło się pozostawione przez nią, przydymione światło lampy z jedwabnym kloszem w kształcie kwiatu lotosu. Kanapa z tekowego drzewa, przykryta egzotycznymi poduszkami, kusiła z daleka... Mimo wilczego głodu, Lula ostrożnie złożyła pieczone ziemniaczki na stole i torturując się oddalającą się ucztą, zabrała się za przeglądanie filmoteki. Wahała się między „Wielkim błękitem”, „Wakacjami w Rzymie” i „Lotem nad kukułczym gniazdem” – wszystkie je widziała już wiele razy, ale w tropikalnym deszczu za oknem na pewno smakowałyby wyjątkowo. Wtedy jej wzrok padł na piękną buzię młodej dziewczyny na okładce filmu Oliviera Stone’a – „Między niebem a ziemią”. Wybór nieznanego filmu dokonał się  naturalnie, dodając tej nieprzewidzianej samotnej uczcie dodatkowego smaczku. Marzył jej się czosneczek z solą i topniejące na gorących ziemniakach masełko, ale kuchnia wciąż była zaryglowana, a poza tym – nie można mieć wszystkiego.
Gorące ziemniaczki! Lula nie potrafiła się dłużej opierać naturze. Na ekranie falowały niesamowicie zielone pola ryżowe, na których tle wiatr niósł porwany z głowy wietnamskiej ślicznotki stożkowy kapelusz. Lula poczuła się wdzięczna życiu, że rzuciło ją w ten uroczy zakątek świata i przymykając oczy z rozkoszy, z impetem wgryzła się w pieczonego kartofelka.
To, co stało się z jej umysłem i wszystkimi receptorami udanie oddała kanonada na ekranie – wojska Vietcongu atakowały niewinne wioski, lała się krew, a przerażonej Luli lało się coś po brodzie. Ziemniaczek był najwidoczniej nieświeży...
„ Co to, do licha jest?” – obrzydzenie wykręcało jej usta. Na kolanach widniała wielka żółta plama, z brody zwisał kleisty glut, a w zębach chrupała zapewne ostatnia plomba. Nie bacząc na wypolerowaną podłogę, wypluła świnstwo i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, co miała w ustach. Nie było wątpliwości – surowe jajko! Nie wierzyła własnym oczom. Zapaliła kolejne lampy, wycierając rękawem obrzydliwą maź na ustach. To, co wydało jej się pieczonymi ziemniakami, było w istocie pokrytymi czarną warstwą wiórek jajkami. Surowymi jajkami. Ze skrzypiącą skorupą i kleistym białkiem, żółtko bowiem w całości wylądowało na brodzie i spodniach Luli. Ale najgorsze czekało na odkrycie. Kiedy bowiem zbierała z podłogi skorupy, zauważyła TO. To wyglądało na zarodek, na żywy zarodek. Który cudem nie skończył, skazanego z góry na porażkę żywota, w żołądku Luli.

O szóstej rano, obudził Lulę śpiew ptaków i telefon jednocześnie. Ki diabeł? – zaklęła, przecierając oczy.
- Lula? Spałaś? Ha, ha, ha – to już pewnie nie śpisz – Tom wyraźnie cieszył się, że ktoś jeszcze na ziemi może mieć ciężki poranek.
- Tom?! Jak dobrze, że dzwonisz! Co się dzieje? – Lula szybko odzyskała jasność umysłu.
- A, no, widzisz – dzieje się sporo, ale owoców wciąż nie widać. Elsa miała rodzić wczoraj w nocy, ale okazało się, że to falszywy alarm. Boże, jaki ja jestem zmęczony!
- Ty, zmęczony? A jak się czuje Elsa?
- Nie jest jej łatwo, to pewne, ale robi wszystko, by i dla mnie było to niezapomniane przeżycie – westchnął Tom, robiąc się bardziej rozmowny:
- Najpierw nasłuchałem się o swoich rzekomych romansach, potem o braku szacunku do jej matki, do niej samej i przekonaniu, że wolałbym syna, niż zwlekającą z przyjściem na świat córę...
- To hormony, nie przejmuj się – Lula powtórzyła zasłyszaną w kinie kwestię.
- Tak, tak – wszyscy tak mówią. Aż się boję, co będzie potem. Ale czekamy, czekamy niecierpliwie na tego małego gada, który zwleka z poznaniem własnych rodziców. Ech, wiesz, mam taką chętkę na piwo, zimne, lodowate piwo, które zmyłoby ze mnie zmęczenie i grzechy tego świata – Tom był równie zmęczony, co natchniony.
- Tom, jest szósta rano... – zauważyła Lula.
- Wiesz, zawsze, gdzieś na tej planecie, jest takie miejsce, w którym jest koło piątej po południu i warto by się było napić – zarechotał Tom.
- Chętnie bym wam zapełniła lodówkę świeżą dostawą, ale kuchnia jest zamknięta na trzy spusty...
- Och, zapomniałem na śmierć! Pewnie umierałaś z głodu? Elsa miała obsesję włamania na kilka godzin przed wyjazdem do szpitala – odesłała pomoc domową, zgasiła wszystkie światła i zaryglowała drzwi. Kiedy wróciłem do domu, przez chwilę zawahałem się, do jakiego szpitala ją najpierw zawieźć – zasępił się Tom.
- To hormony – powtórzyła jak echo Lula. Ale dzięki temu, miałam ciekawy wieczór – opowiem ci po powrocie.
- Już mi się podoba! – zaśmiał się Tom. Mam słuszne pewnie wrażenie, że masz talent do ciekawych przygód.
Lula nie mogła zaprzeczyć.
- Słuchaj, gdybyś kiedykolwiek miała kłopot z dostaniem się do miasta, zapytaj na ulicy o S-E-O-M. Wiesz, to kierowcy motorów do wynajęcia, taka motorowa taksówka.
- Dzięki, na pewno skorzystam. Wczoraj odwiózł mnie Fred, ale chyba czas na większą samodzielność.
- Otóż to, otóż to – ucieszył się Tom. Lula, uważaj na siebie – ja muszę wracać na front. Mam nadzieję, że do wieczora, ale któż to wie....

Bob Dylan w Sajgonie !

chaobella

600 piosenek, 50 albumów, 11 nagród Grammy, 1 Oscar, 1 Złoty Glob, Nagroda Pulitzera, Jedna ze 100 Najważniejszych Postaci XX wieku wg Time Magazine....
Wstrzymywaliśmy oddech do ostatniej chwili…. A jednak będzie! Bob Dylan w Sajgonie!!!

To legendarne  wydarzenie odbędzie się w niedzielę 10-go kwietnia, pod gołym niebem. Tym samym, które 40 lat temu orały amerykańskie bombowce, mimo protestów po drugiej stronie oceanu. Dylan po raz pierwszy zawita w kraju, który od lat pojawiał się w jego twórczości. Protest songi, którymi zasłynął wraz z Joan Baez, w dużej mierze adresowane były do Władców Wojen.



Wietnamski koncert jest częścią tournée Dylana po Azji – przyleci do nas wprost z Chin: po budzących ogromne emocje i kontrowersje koncertach w Szanghaju 8/04 i w Pekinie 9/04 (przez ostatnich kilka lat, Pekin konsekwentnie, w ostatniej chwili, odmawial artyście wizy). Chiński koncert dojdzie do stuktu dzięki ... kompromisowi: Dylan dopasuje repertuar do wymogów cenzorów. Oficjalnie, wietnamskie władze nie zajęły stanowiska na temat konieczności zatwierdzenia porawności politycznej tekstów wielkiego barda przez wielkiego brata...

Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl o perspektywie spotkania z Dylanem, nawet jeśli jego obecne możliwości wokalne rzadko zachwycają nawet najwierniejszych fanów.
Legendarny muzyk, mimo zaangażowania w ruch przeciwko wojnie wietnamskiej, nie jest praktycznie w ogóle znany wietnamskiej publiczności. Dla miejscowych władz, występ Dylana jest ważny z racji światowej rangi artysty,  nie zaś jego wysiłków na rzecz pokoju.

Organizator koncertu - Sound System, przygotowal 8.000 miejsc na stadionie Australijskiego Uniwersytetu RMIT.

Będę tam i ja!

Same same, but different - odc.7

chaobella

W biurze panowała senna atmosefera – jak przystało na tropiki, dwugodzinna przerwa w południe była święta; panowała cisza, przerywana co jakiś czas jedynie mlaskaniem dochodzącym z ciemnego kąta, gdzie, na rozłożonych matach, leżały dziewczyny – drzemiąc, cicho rozmawiąjąc, pogryzając arbuza. Pani Yen uśmiechnęła się przepraszająco:
- Trudno mam przeżyć cały dzień bez sjesty w południe. Jeśli masz ochotę – dołącz, znajdziemy dla ciebie matę i poduszkę. 
- Dziękuję, ale wolę rozejrzeć się po biurze – wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie spojrzałam na mapę waszych misji w terenie – odpowedziała Lula. 
Pani Yen wydobyła z jednego z dziesiątek zakamarków niezbędnik do spania i dołączyła do drzemiących już koleżanek; niektóre spały tradycyjnie na matach z malutkimi jaśkami pod głową, inne na sporych poduszkach (Gdzie, do licha, można upchać w biurze dziesięć sporych poduszek?), jeszcze inne na tomach książek; wśród których Lula rozpoznała „Historię weterynarii”, „Encyklopedię zwierząt hodowlanych”, „Słownik wietnamsko-francuski” i „Rachunkowość małych przedsiębiorstw”. Tai, wreszcie milczący, leżał obok żeńskiej części personelu, odróżniając się od reszty rozłożoną na twarzy gazetą – jak przystało na światowego człowieka, nie byle jaką, ale najprawdziwszym „New York Times’em”.
Lula rozejrzała się po biurze  i dopiero teraz dostrzegła pana Chau – siedział pochylony nad wielkim zeszytem, w którym zawzięcie coś notował, przechylając co chwila głowę, jakby ważąc każde zapisane słowo. Podeszła do niego, czując się jednak nieswojo w niby pustym biurze.
- Dzień dobry, panie Chau. Nie przeszkadzam? – zapytała cicho Lula.
- Och, oczywiście, że nie. Proszę, proszę, niech pani spocznie – pan Chau podsunął jeden z taborecików przeznaczonych dla dzieci we wczesnym wieku przedszkolnym.
- Ja już jestem za stary na sjestę. A w biurze jest zawsze coś do zrobienia; a to naprawić kran, a to uszczelnić okna, a to dopilnować poczty. 
-
A czym pan się teraz zajmuje, jeśli można wiedzieć – zapytała zaciekawiona Lula.
- Och, to takie notatki bieżące – odparł pan Chau, odkładając na bok wieczne pióro i dyskretnie zamykając zeszyt. Czasami warto zanotować pewne uwagi, to znaczy, wydarzenia – to się może przydać, zwłaszcza w sprawach pocztowych i kurierskich – dodał pan Chau, po czym wstał i uprzejmie się pożegnał:
- Panienka wybaczy, ale muszę załatwić kilka spraw w mieście. Do zobaczenia jutro – pan Chau przybrał ponownie swój prezesowski wygląd; poprawił nienagannie leżącą koszulę, okulary w złotej oprawce, spakował skórzany neseser i ukłonił się wychodząc.  

Dochodziła druga po południu i Lula zaczynała popadać w stan odrętwienia spowodownego rosnącą temperaturą – dopiero teraz zauważyła, że klimatyzacja nie działała, choć na zewnątrz panował ponad trzydziestostopniowy upał. Włączyła więc klimatyzator, ustawiła temperaturę na 20 stopni i z ulgą poddała się tej sztucznej, ale jakże przyjemnie chłodnej bryzie. Chwilę później, jedna po drugiej, z zaimprowizowanej sypialni zaczęły wynurzać się dziewczyny – mocno zaspane, przeczesywały odruchowo włosy, poprawiały wymięte ubrania, wciąż lekko ziewając.
- Troi oi! O matko droga! Jak tu zimno! – Lan niemal skurczyła się w oczach. No tak, nic dziwnego – jakiś idiota ustawił klimatyzację na 20 stopni! – podeszła do klimatyzatora i kilkoma piknięciami podniosła temperaturę do 28 stopni.
Lula pilnie zajęła się wpatrywaniem w mapę misji WŚ, nie zauważając, że położyła ją przed sobą do góry nogami.


- Aha, widzę, że nie próżnujesz – zagadnął Fred, który nagle pojawił się w drzwiach. Może ci pomóc? Mógłbym zacząć od odwrócenia mapy, a potem opowiem ci o naszych misjach w terenie.

Lula spojrzała na niego z wdzięcznością; ten człowiek o nienagannie nażelowanych włosach, imponujacej posturze i skarpetkach idealnie dobranych kolorem do koszuli, budził w niej zaufanie, może za sprawą  ewidentnego figla goszczącego w jego oczach.
- Istniejemy w Wietnamie od pięciu lat, ale w terenie jesteśmy aktywni od jakiś trzech – najpierw trzeba było rozpoznać środowisko, jego potrzeby, pozyskać i przeszkolić personel, przekonać mieszkańców wiosek do współpracy z nami. Francuzi zostali pokonani w Wietnamie 50 lat temu, ale starszyźnie wciąż się źle kojarzymy. Potrzeba było sporo czasu, by zyskać ich sympatię i zaufanie. Tom wykonał kawał świetnej roboty, przygotowując fundamenty – my je teraz musimy utrzymać i rozwinąć. Na razie nie można narzekać – ostatnio usłyszałem nawet komplement od 12-letniej dziewczynki z okolic naszej misji: „Mamusiu, ten pan jest z Francji, ale jest bardzo miły”.
- Mówisz po wietnamsku? – zapytała Lula
- Radzę sobie, choć głównie moim marsylskim wdziękiem, he he – odpowiedział Fred. A serio – zacząłem się uczyć od Chi Be, naszej pomocy domowej; kiedy żona była w ciąży, sporo nam pomagała i tak się zaczęło...
- Nie wiedziałam, że masz dzieci! – wtrąciła Lula, oddychając z ulgą, że postawa playboya jest jedynie dodatkiem do żelu na włosach.
- Nie wspominałem? Mamy dwie córki: młodsza to model tegoroczny, starsza już lekko przechodzona – ma cztery lata. O czym to ja mówiłem? Ach! Do dzisiaj zdarzają mi się wpadki – ostatnio, przeczytałem notatkę Chi Be, że zabrakło na targu cukinii, a ja zrozumiałem, że umarł jej ojciec i niemal nie dostałem zawału serca, kiedy ją zobaczyłem śmiejącą się w drzwiach parę godzin później.
- Tom mówi wciąż słabo, więc może przekonasz go, by zabrał się wraz z tobą za naukę. Najlepszy sposób na poznanie języka, to związek z miejscową dziewczyną – może dlatego, tak nam kiepsko idzie. Ale w końcu nic straconego, he he! – Fred był wiecznie zadowolonym z siebie człowiekiem i jego pogoda ducha udzielała się Luli.
- Ale wróćmy do pracy! W końcu marnie nam płacą, ale jak się przy tym bawimy! Tom przypisał cię do sekcji Phu Quoc; piękna wysepka nad Morzem Południowo-Chińskim, skąd przy dobrej widoczności, zobaczysz Kambodżę. Wprowadzmy tam program rozmnażania populacji krów o wyjątkowo bogatym w składniki odżywcze mleku. Przyjemna praca, bo okolica iście wakacyjna, a jednoczeście zaledwie 40 minut samolotem od Sajgonu. To znaczy, od Ho Chi Minh City – Wietnamczycy używają tej nazwy miasta; Sajgon jest dla nich pochwałą kolonizatorów i upadłego reżimu. Część z nich nie przywiązuje wagi, ale niektórzy są wyjątkowo czuli na punkcie nazewnictwa – niedaleko szukać, nasz kolega Tai nie omieszka cię poprawić w razie językowej wpadki.
- Phu Quoc? Czyżby to stamtąd pochodziła ta urocza jałówka o migdałowych oczach, której zdjęcie wysłał mi Tom, by przekonać mnie do pracy w Wietnamie? – Lula przypomniała sobie nic jej wcześniej niemówiący podpis pod zdjęciem dołączonym do jej kontraktu.
- Taaak, to mogła być daleka kuzynka naszych podopiecznych – Fred spojrzał niepewnie w stronę Luli. Tom w ostatniej chwili zadzwonił do mnie o północy, pewnego pięknego wieczoru, pytając, czy nie mam zdjęcia jakiejś uroczej jałówki. Byłem juz w łóżku, ale jemu się wyraźnie spieszyło. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to zdjęcia z pobytu w Kambodży, latem ubiegłego roku...
- Och! – jęknęła Lula.
- Nnno, wiesz – krowa krowie podobna, na Phu Quoc znajdziesz ich od groma. Nie bądźmy tacy drobiazgowi, małe kłamstewko w dobrej intencji jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A dzięki temu mamy przynajmniej uroczą współpracownicę – puścił oko Fred.
- Projekt na Phu Quoc jest szczególnie ważny – dostaliśmy na niego największą dotychczas dotację od organizacji pozarządowych we Francji: sto tysięcy dolarów rocznie, z możliwością zwiększenia w kolejnych latach, jeśli misja się powiedzie – tłumaczył Fred.
- Pan wybaczy, jeśli mogę się wtrącić, ale mam wrażenie, że pomylił się pan, co do kwoty dotacji – pan Chau, jak zwykle pojawił się nagle i z miną zawodowego bankiera dodał:
- Dotacja została przyznana w trzech transzach: dwie po czterdzieści tysięcy i trzecia w wysokości trzydziestu tysięcy, czyli w sumie sto dziesięć tysięcy dolarów. W przyszłym roku, może ona ulec zwiększeniu o dziesięć procent wobec sumy wyjściowej.
- Dziękuję, panie Chau – powinienem być dokładniejszy na przyszłość, zwłaszcza wprowadzając tak uroczą osobę w tajniki naszej pracy – odparł Fred.
- Pan Chau to skarbnica wiedzy – dodał głośno. Jeśli masz jakikolwiek problem, wal do niego jak w dym.
I już ciszej dodał:

- Nikt nie wie, co notuje w swoim kajecie, ale podejrzewam, że nasza misja nie przetrwałaby bez tej skarbnicy wiedzy w razie pożaru biura.
- Rzeczywiście, zauważyłam, że zapisuje całe stronice – odpowiedziała Lula. Mówił, że to informacje na temat przesyłek kurierskich...
- O, to z pewnością bardzo użyteczna rzecz, choć zdarzają nam się góra dwie przesyłki w tygodniu – zauważył Fred. Wierz mi – ściszył głos – on ma tam absolutnie każdą informację z życia biura i nie tylko. Ostanio podał mi wyniki meczu Wietnam-Laos z 2002 roku, kiedy usłyszał, że zakładam się z kumplem o butelkę wina. Uratował mi zakład, bo obstawiałem o jednego gola za mało. Na wszelki wypadek, zaraz po narodzinach mojej drugiej córy, podałem mu dokładną datę i wymiary małej – kto wie, może kiedyś umknie mi z pamięci, a tak pan Chau zapewni wieczność informacji.
- Czasami myślę – Fred ściszył głos do szeptu – że nieoceniony pan Chau jest szpiegiem. Wiesz, takim niegroźnym szpiegiem... Tylko wciąż nie wiem, dla kogo miałby pracować – przecież nie donosi naszym mućkom o strategii misji? Hmm, zna kilka języków – angielski, francuski, japoński i chiński. Czasem notuje w robaczkowym alfabecie i nie sądzę, aby to były raporty na temat przesyłek kurierskich.
- No, moja droga – wystarczy na dzisiąj tego wprowadzania. Tom opowie ci resztę, jak już wróci z niekończących się zebrań z szychami z Komitetu Ho Chi Minh City.
- Fred, powiedz tylko – kiedy będę mogła wyjechać w teren? – zapytała Lula.
- Nie jestem pewnien, ale sądzę, że wkrótce – może już w przyszłym tygodniu. Na razie życzę powodzenia w trawieniu dokumentów. I pamiętaj o kawie po pracy – mrugnął Fred.

Drzwi biura otworzyły się gwałtownie i oczom wszystkich ukazał się uśmiechnięty, choć przemoczony du suchej nitki Tom. Dyskretnie, ale widocznie gołym okiem, cały personel zabrał się ochoczo do pracy, wyłączono płytę z niemiłosiernie zawodzącym głosem miejscowego piosenkarza, a Hien, niby przypadkiem, podeszła do klimatyzatora, obniżając temperaturę do 20 stopni.
- Och, Tom! Jesteś całkowicie przemoczony! – wykrzyknęła. Zaraz przyniosę ci ręcznik i ciepłą herbatę.
- Dziękuję, serduszko, przyda mi się odrobina domowej atmosfery po zmarnowanym poranku. Te szychy z komitetu doprowadzają mnie do białej gorączki. Tydzień temu zostałem zaproszony na zebranie zatwierdzające nasz plan na następny rok. Wszystko było gotowe, mieliśmy się spotkać jedynie w kwestii formalnej, by uzyskać podpis pana Du i pieczęć władz.
Dzisiaj, po dwóch godzinach wymienianych uprzejmości i litrach lotosowej herbaty, dowiedziałem się, że musimy dodać zdjęcia z terenu. Szlag by to trafił – niekończąca się droga przez mękę – złorzeczył Tom. Nigdy nie wiadomo, czym cię zaskoczą; jeśli w kolejny poniedziałek wymyślą coś nowego, nie zdzierżę.
Tom wszedł do swojego biura, zdjął mokrą koszulę, odsłaniając kawałek torsu, czym tyleż zgorszył, co zafascynował cały personel.
- Ach, szefie! Ależ ty masz piękny tors! – figlarnie zagadnęła Hien.
- Taak, ci cudzoziemcy nie mają żadnego szacunku dla miejscowej kulturrry osobistej – mruknął pod nosem Tai, spoglądając zawistnie na Toma i nie przerywając jednocześnie dłubania w nosie.
- Do tego to obrzydliwe owłosienie na klatce pierrrsiowej – jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem typowo, jak na człowieka południa,  sowicie owłosionego Freda.
- Ej, Tai – nie bądź zazdrosny, wiele byś dał za taką klatę, nie? – wtrącił złośliwie Fred, wzbudzając nerwowy chichot koleżanek.
- Nie życzę sobie tego typu osobistych, sprrrrośnych uwag, drrrogi kolego – Tai najwidoczniej został dotknięty do żywego i zajął się wpatrywaniem w przestrzeń, by szybko powrócić do uważnego studiowania raportów. Czytał szybko i pochłaniał jedną stronę po drugiej, przewracając je z szelestem. 
Dopiero teraz Lula dostrzegła coś, czemu wcześniej nie poswięcała uwagi; lewa dłoń Tai uzbrojona była w imponującej długości paznokieć; mierzył jakieś cztery centymetry i zaczynał się lekko zawijać pod siebie. Nie był to widok należący do zbyt przyjemnych, zwłaszcza, kiedy Lula uświadomiła sobie, do jakiej czynności został chwilę wcześniej wykorzystany. Patrzyła jednak zafascynowana, z ciekawością badacza: to właśnie tym krogulczym paznokciem Tai przewijał kolejne strony raportu – ot, taki podręczny wskaźnik i dłubalnik w jednym.
Tom pojawił się w koszulce z napisem „Kocham Kambodżę”, krótkich spodenkach i klapkach plażowych.
- Ależ szefie, ile razy mówiłam, że taki strój w biurze źle wpływa na obraz i potęgę szefa – powiedziała filuternie Hien, podając mu kubek dymiącej herbaty.
- Kochana, sama wiesz, że szefem jest się tutaj – Tom klepnął się w czoło. I, że nie szata zdobi człowieka. I, co najważniejsze - że szef ma zawsze rację.
- Z pewnością nie taka szata – wtrącił pod nosem Tai. Żeby jeszcze miał napis „Kocham Wietnam”, to rozumiem, ale Kambodżę? Każdy dobrze wie, że Kambodżanie nienawidzą Wietnamczyków. Możesz z takim spędzić cały dzień na piwie, a on na koniec i tak wbije ci nóż w plecy.
- Co ty mówisz?! – zaniepokoiła się Lula, która przecież miała pracować na misji blisko Kambodży. Mam nadzieję, że nie zdarzyło ci się to osobiście...
- Oczywiście, że nie – nie byłem w Kambodży i nie zamierzam. Zacofany kraj, który zamiast wdzięczności za wyzwolenie przez nasze wojska, ciągle grymasi i narzeka na nasze sąsiedztwo. 

- Czemu nie mielibyśmy zrobić sobie przerwy teraz? Tom wychodzi, a po jego wyjściu i tak nikt nie będzie pracował. W dodatku mam straszną ochotę na papierosa – zaproponował Fred.
- Dobry pomysł, ja też chętnie zapalę. Mam paczkę, której nie zdążyłam nawet otworzyć od przylotu. Dunhill’e – świeża dostawa z lotniska.
- Dunhill’e? Hmm, nie znam – powiedział Fred, ale chętnie sprobuję. Ja mam paczkę Junili.
- Hmmm, też nie znam – zamyśliła się Lula.

Kawiarnia znajdowała się po przeciwnej stronie ulicy; szyld Cafe Deli wisiał zaraz obok znaku drogowego zakazującego przewozu fok na rowerach. Ki diabeł z tymi fokami?! -  pomyślała Lula.
- Słuchaj, Fred, muszę zadać ci pytanie – zaczęła niepewnie Lula
- Przykro mi, ale tak – jestem już żonaty i tak - mam nawet dwójkę dzieci – przerwał jej Fred.
- Nie żartuj, chodzi mi o te cholerne foki na rowerach – o co chodzi, to jakiś żart?

***   ***   ***
- Foki na rowerach?! – Carlos gwałtownie zakrztusił się szampanem. Mieszkam w Wietnamie od lat i, wierz mi – rowerów w tym kraju nie brakuje, ale foki – jeśli by się nawet uchowały od ostatniego opadu śniegu trzydzieści dwa lata temu, nie miałyby szansy przeżyć w kraju, gdzie nie gardzi się dużo bardziej popularnymi czworonogami.
- Foki nie są czworonogami – zaprotestowała Lula.
- Chyba, że wsiądą na rower – Carlos trzymał się za brzuch, śmiejąc się jak dziecko.
Lula wychyliła resztkę szampana i ostentacyjnie zatopiła wzrok w widoku za oknem, by po dobrej chwili spostrzec, iż zostało szczelnie zasłonięte roletą.
- Pozwól sobie pomóc – czarnooki sąsiad nie dawał za wygraną - narysuj mi te foki.
Cierpliwie przyglądał się wysiłkom Luli, kreślącej krzywe linie na pomiętej serwetce. Nie przestawała go intrygować, aż do momentu, kiedy domniemana foka znalazła wciśnięta w krąg nie budzący, mimo marnego talentu plastycznego, wątpliwości. 
Carlos zbył błąkający się uśmiech, pozorując atak kataru i gwałtownie pocierając nos.
- Wybacz – wydukał, ocierając łzawiące ze śmiechu oczy – od dziecka mam alergię na zwierzęta futerkowe.      

***   ***   ***

Kelner podał pachnącą kawę, Fred przeszukiwał kieszenie.
- Jakie foki? O czym tym mówisz? – sięgając po papierosy.
Oboje wyciągnęli jednocześnie identyczne paczki mentolowych Dunhill’i.
- Co takiego?! Palisz te same, co ja? – roześmiała się Lula. Przecież mówiłeś o Junilach, czy jak tam się zwały twoje papierosy...
- Jak to, to ty też palisz Junile? - odezwał sie, jak echo Fred.
- Ech, wy, Francuzi i wasza wymowa po angielsku! Tak, czy owak - Dunhile, Junile – zapalmy za spotkanie – roześmiała się Lula.

Lula nieraz już służyła za tłumacza z frangielskiego na angielski; jeśli nie znasz francuskiego, nie zrozumiesz Francuza wysławiającego sie po angielsku! Bo choćby bardzo chciał, bardzo się starał i napinał, nie umknie pułapce dodawania angielskich końcówek do francuskich słów. Jeśli do tego dodać chroniczną niemożność wymówienia „h” i akcentowania wszystkiego na ostanią sylabę – powstaje mieszanka wybuchowa.

Same same, but different - odc. 6

chaobella

Restauracja znajdowała się tuż obok biura i od razu spodobała się Luli – daleko jej było do wyszukanych wnętrz Palarni, a nawet do miejsca, gdzie w pierwszy wieczór napchała żołądek do granic wytrzymałości. Wnętrze, a raczej zewnętrze - jako, że restauracja znajdowała się pod gołym niebem, nie licząc skromnego daszku z blachy falistej – przypominało raczej kantynę z czasów obozów harcerskich; rzędy plastikowych stołów, krzeseł i wielka lada, za która uwijały się kucharki. Wybór dań był ogromny, choć po wstępnym śledztwie, Lula uznała, że w grę wchodzi jedynie gotowany ryż, smażona ryba i gotowane warzywa.
W nieustającej wrzawie, klientela kłębiła się i wypełniała talerze często niezidentyfikowanymi potrawami. Wreszcie nastała kolej Luli, w dużej mierze dzięki pomocy koleżanek, jako że w kolejce obowiązywała zasada – podchodzę do lady, udaję, że tylko oglądam, po czym szybko zamawiam i uciekam w najdalszy kąt sali.
Do kopiastej porcji parującego aromatycznie ryżu, uśmiechnięta serdecznie kucharka dołożyła pokaźną kupkę gotowanego listowia - przypominającą żywcem szpinak, którego Lula nie znosiła – i zapytała na migi, którą, ze smażonych ryb życzy sobie klientka. Wzrok Luli przykuł spory kawałek – niestety już suto oblany rybnym sosem, którego zapach mimowolnie wykręcał jej nozdrza i kiszki. Wskazała więc palcem drobne rybki, przypominające sardynki i już była dumna z wyboru dania, kiedy jedna z rybek zeskoczyła z chochelki nieustannie uśmiechającej się kucharki. Lula zamarła, ale kuchareczka szybko zażegnała kłopotliwą sytuację, zdzieliwszy niedobitą rybkę wierzchem chochli. Lula poczuła, że jej żołądek niebezpiecznie się wypełnia i podchodzi do gardła. Szukała wsparcia u koleżanek, ale te najwidoczniej niczego nie zauważyły.
Podjęła więc nadludzki wysiłek przekonania samej siebie, że podrygująca, żywa rybka, która niemal nie wylądowała na jej talerzu, była co najwyżej złudzeniem optycznym, przegrzaniem organizmu, czy też efektem nie do końca opanowanego jeszcze rozstroju organizmu spowodowanego różnicą czasu.

Ryż smakował wyśmienicie – gorący, idealnie ugotowany, pachnący i miło wypełniający żołądek. Ugotowane zielsko okazało się bardzo smaczne, zwłaszcza z dodatkiem sosu sojowego wymieszanego z rozdrobnioną papryczką chili. Zmagała się dzielnie z pałeczkami, z podziwem patrząc na wietnamskie koleżanki, które pochłaniały dania z iście mistrzowską perfekcją.
- Nie przejmuj się – jeśli wolisz jeść widelcem, poprosimy o sztućce. Ale sama się szybko przekonasz, że wyłącznie jedzenie pałeczkami pozwala w pełni docenić smak ryżu – zachęcała serdecznie Lan.
- Smakują ci wietnamskie potrawy? – dopytywała Hien.
- O, tak! – wydukała Lula, rozgryzając nadaremnie zielsko sprawiające wrażenie wielocentymetrowego sznurka. Miała wciąż jeden koniec na talerzu, a drugi gdzieś w okolicach przełyku.
- Och, jak to miło słyszeć, że cudzoziemcy lubią naszą kuchnię – zachwycała się pani Yen.
- Wy jadacie głównie chleb i ziemniaki, my nie wyobrażamy sobie dnia bez ryżu lub makaronu.
- Hmmmhm, przzzzepyszne – Lula czuła, że końcówka zielska dociera właśnie do żołądka.
Próbowała odgryźć drugi koniec, ale zielsko rozmiarami i konsystencją zaczynało przypominać kabel elektryczny.
- Czego się napijesz? – zapytała Lan.
- Jest ciepła herbata lub herbata z lodem, cha da.
- Poprrrszę hrbtę z lodem – jęknęła Lula, czując, że zielsko przedostaje się, niestrawione, wprost do jelit.
Parę sekud później, pojawił się kelner z kuflem zimnej herbaty, do której wrzucił hojnie dwa kawały lodu; nie prezentowało się to szczególnie pięknie, ale zimna herbata koiła pragnienie, a Lula miała nadzieję, że pomoże jej przepchać resztę listowia przez przełyk. Dziewczyny pałaszowały ryż, dodając co jakiś czas rozmaite sosy i drobne dania serwowane w miseczkach. Lula opróżniła talerz zielska, mieszając zawartość w misce ryżu, który sowicie podlała sosem sojowym.
- Wszyscy cudzoziemcy zachowują się tak samo na początku – zamiast stopniowo degustować dania, dodając ich małą porrrcję do rrrryżu – tłumaczył Tai, który mimo zapewnień Hien dołączył do ich babskiego grona.
- Używają też swoich pałeczek częstując się ze wspólnego talerza, co nie jest zbyt higieniczne, ale to zapewne wynika z rrrróżnic kulturrrowych. Ale nie marrtw się, nauczymy cię wszystkiego!
Lula miałą wrażenie, że szpinak przedostaję się do jelita grubego, podczas gdy drugi koniec zielska tkwił wciąż na talerzu. Gdyby nie resztki przyzwoitości, po prostu wyplułaby część, której nie była w stanie przegryźć. Ale po uwagach Tai na temat higieny, czuła się nieswojo.
- Może jeszcze herrrrbatki? – zaproponował Tai.
- Phhrrrszzzzę – wystękała Lula, zdając sobie sprawę, że głupotą byłoby umrzeć z uprzejmości.
Kelner wlał do jej kufla kolejny litr zielonej herbaty, po czym zniknął za ladą, zza której wystawał olbrzymi blok lodu leżący wprost na cementowej posadzce. Bosy człowiek ochoczo zabierał się do jego cięcia za pomocą piły do metalu i drewnianej pałki. Uśmiechnał się do Luli, czując na sobie jej spojrzenie, jednocześnie przytrzymując kolanem bryłę lodu i pospiesznie dłubiąc w nosie. Piła skrzypiała niemiłosiernie, dzieląc wielki blok lodu na mniejsze, choć wciąż imponujące rozmiarami kawały. Te trafiały do wora o podejrzanym kolorze, tam były traktowane drewnianą pałką i w postaci kruszonej lądowały w wiaderkach na lód.
Kelner pojawił się w mgnineniu oka, zmiótł pozostawione resztki jedzenia wprost na podłogę, przetarł szmatą stół, uprzednio zmoczywszy ją w wiaderku z lodem, z którego wyciągnął chwilę później dwa kawały lodu i wrzucił je szczypcami do kufla z herbatą.
Lula miała gdzieś zasady higieny – musiała przepić dwumetrowe zielsko, zanim ulegnie śmierci przez zadławienie. Rzuciła się na herbatę i pochłonęła olbrzymi łyk wraz ze sporym, nieskruszonym kwałkiem lodu. Lód utkwił jej w gardle, skutecznie znieczulając przełyk...
- Lula, czy wszystko z tobą w porządku?! – zaniepokoiła się Lan i nie czekając na odpowiedź, mocno zdzieliła Lulę w plecy. Powtórzyłą całą akcję trzykrotnie i stał się cud – kawał lodu stopił sie w gardle Luli i powoli wracało jej czucie. Z ulgą stwierdziła, że zielsko zostało całkowicie pochłonięte, tarfiając jednocześnie na szybko zapełniającą się listę „Rzeczy, których nigdy więcej robić nie należy”.
- Och, widzę, że ci smakowało – ucieszył się Tai. Zjadłaś co do ostatniego ziarrrnka rrryżu. To kolejna wpadka cudzoziemców – u was pozostawienie pustego talerza świadczyć ma o apetycie, u nas jest oznaką brrraku taktu. Jeśli zostawiasz pusty talerz, to znaczy, że podana porrrcja była niewystarrrczająca, a to stawia gospodarza w złym świetle.
- Przecież, do jasnego gwinta, nie jesteśmy w gościach! – Lula miała powyżej dziurek w nosie trajkocącego Tai, jego rad i potwornego listowia.
- A mówiłem wam – wszyscy cudzoziemcy są nerrrwowi – stwierdził wyniośle Tai i włożył do ust całą pięść uzbrojoną w wykałaczkę, drugą dłonią dysktretnie osłaniając swoje poczynania.
- Nie zwracaj na niego uwagi. Lubi brylować, choćby w ulicznej kantynie – Lan nachyliła się przyjaźnie do Luli. Chodźmy, wydaje mi się, że miałaś sporo wrażeń jak na pierwszy dzień w pracy.

Przy wyjściu z restauracji, uśmiechnięta kucharka pozdrowiła Lulę skinieniem głowy i z niegasnącym uśmiechem na ustach powiedziała coś do Lan, która cierpliwie odpowiadała, spoglądając ukradkiem na Lulę.
- Pytała, czy jesteś mężatką i ile masz dzieci – nie kryła zadowolenia.

Zaraz za uliczną restauracją, tuż przy kolejnym znaku drogowym zakazującym przewozu fok na rowerach (Cóż za licho z tymi fokami ?! - pomyślała Lula), stało kilka karetek, przy których kręcił się lekarz i pielęgniarka.
- Zupełnie zapomniałam ci powiedzieć o naszych sąsiadach. W budynku obok naszego biura mieści się prywatna przychodnia. Prowadzi ją Dr Koss – bardzo miły człowiek! – pani Yen szczęśliwie potrafiła odwrócić uwagę Luli od gastronomicznych doświadczeń sprzed paru minut.
- Nieraz wspólnie pracujemy przy misjach w terenie. Dr Koss ma doskonały sprzęt medyczny i własny helikopter, któremu zawdzięcza doskonałą znajomość terenu.
- Jeśli będzie na miejscu, przedstawię cię – powiedziała pani Yen, otwierając drzwi kliniki.
Wewnątrz panowała amtosfera pośpiechu; białe kitle lekarzy mieszały się z płaczem dzieci, nawoływaniem recepcjonistek i dzwoniącym bez ustanku telefonem. W sali obok, łysawy meżczyzna ze stetoskopem na szyi głaskał po głowie płaczące dziecko i dyktował pielęgniarce po angielsku listę leków do przepisania małemu pacjentowi, jednocześnie prowadząc po francusku rozmowę przez telefon.
- To Dr Koss, niezwykle zajęty człowiek. Do tego szalenie uzdolniony i przedsiębiorczy – wyjaśniała Yen. Pochodzi z Izraela, ale jest w Wietnamie od 20 lat. Był pierwszym lekarzem, który szukał zaginionych w akcji amerykańskich żołnierzy. Jednocześnie współpracował z naszym Ministerstwem Zdrowia i najlepszymi szpitalami w kraju.
Dr Koss zauważył gości i uśmiechając się szeroko:  
- Ach, witam moją ulubioną koleżankę z sąsiedztwa! – uścisnął dłoń pani Yen, najwyraźniej zadowolonej z takiej oficjalnej dystynkcji.
- Dzień dobry, doktorze. Wiem, że jest pan zajęty, ale przechodziłyśmy obok i postanowiłam przedstawić naszą nową koleżankę. To jej pierwszy dzień w pracy.
- A witam, witam serdecznie – Dr Koss miał stanowczy uścisk dłoni. Czyżby kolejny nabytek z krainy amatorów sera i wina?

- Lula przyjechała z misji w Afryce, ale pochodzi z Polski – wyjaśniła pani Yen.
- Aaa, to zmienia postać rzeczy! - powiedział Dr Koss płynną polszczyzną. A skąd ty jesteś, moja droga? I jakże ty masz na imię?
Lula nie kryła zaskoczenia. Dawno już nie słyszała polskiego języka i ta nagła niespodzianka zamiast uczynić ją rozmowną, wprawiła w lekki stupor.
- Lula. Nazywam się Lula. Ależ mnie pan zaskoczył.... – wydukała.
- No, ja wiem, że cię zaskoczyłem! - doktor wyraźnie cieszył się z osiągniętego efektu. 
- A skądże ty jesteś, Lula?  - powtórzył.
- Z Warszawy.
- Ale gdzież ty w tej Warszawie mieszkasz? 
- Na Nowolipkach. Nie wiem, czy panu to coś mówi...
- Ale dlaczego ty mówisz do mnie pan? – śmiał się doktor. Ja się nazywam Marek. Urodziłem się w Gdyni, ale moja ciotka mieszka wciąż w Warszawie, na Stawkach – te Stawki są chyba niedaleko od Nowolipek?
- Tak, bardzo blisko, spacerkiem – Lula zmiękła na dźwięk nazwy swojej ulicy.
- Moi rodzice od dawna żyją w Izraelu, ale wciąż rozmawiamy po polsku - do mamusi dzwonię codziennie. Czytać po polsku to ja nie potrafię, ale ja wiem, że były jakieś panny na Nowolipkach... – zamyślił się Marek.
- Dziewczęta z Nowolipek – sprostowała Lula, całkowicie podbita urokiem doktora.
- Ach, faktycznie, Panienki z Nowolipek! Moja mamusia mi opowiadała...
- Och, bardzo miło cię poznać, Marku – Lula nie kryła szczerego zadowolenia.
- Ja teraz zajęty jestem, ale ty kiedyś wpadnij na kawę, to sobie pogadamy.
- Oczywiście, chętnie, bardzo chętnie!
- I pamiętaj – jak ty masz jakiś problem ze zdrowiem, to przychodź, albo dzwoń.
- Dziękuję. Odpukać, ale mam nadzieję, że spotkamy się po prostu na kawie – odpowiedziała Lula.
- A ty nic mówisz i ja nic nie wiem; ty sama jesteś w Wietnamie, czy przyjechałaś z mężem? A dzieci ty masz?
- Nie, nie – przyjechałam sama, nie mam rodziny.
- A to ja ci dam pierwszą radę; w Azji nie mówi się „Nie mam męża i dzieci”, bo oni będą  myśleć, ze ty jakaś nieudana, zepsuta jesteś. Mów: „Jeszcze nie mam rodziny”, albo, że do ciebie wkrótce dołączy.
- Aha... Rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale rozumiem, że to pewnie ułatwia życie – skwitowała Lula.
- No właśnie, no właśnie – cieszył się Marek.
- A ty uważaj, jeśli ci się do dzieci nie spieszy. Te kobiety – Marek ściszył głos, choć nikt nie mógł ich rozumieć - one są wszystkie w ciąży! Ona jest w ciąży – to moja asystentka. I ona też – moja księgowa. I tamta - recepcjonistka, i jeszcze ta – ta młoda pielęgniarka – wskazał ruchem głowy prześliczną dziewczynę o sarnich oczach i posturze  uczennicy szkoły podstawowej.
- One są wszystkie w ciąży, te kobiety! Jak przyjmowałem je do pracy, były płaskie jak deski, a teraz wszystkie z brzuchami są! One chyba od tej wody mineralnej zachodzą w ciążę, te kobiety!
Lula nie nadążała za tokiem myślenia Marka, jednocześnie ulegając melodii dawno nie słyszanego, zanikającego języka na pograniczu dialogów filmowych z lat 40-tych i żydowskiego zaśpiewu.
- Ja ci mówię, one piją tę wodę i zachodzą w ciążę! Odkąd wstawiłem w korytarzu baniak wody mineralnej, one ją piją i im rosną brzuchy, tym kobietom. Ty się trzymaj od tej wody z daleka! A tak, czy owak – dzwoń. Bardzo miło cię było poznać; a teraz lecę, pacjenci czekają – Marek poklepał Lulę po plecach i zniknął tak szybko, jak się pojawił.

- Och, nie wiedziałam, że doktor Koss mówi po polsku. Ależ niespodzianka! Mam nadzieję, że będziesz pod dobrą opieką w razie choroby – pani Yen promieniowała dumą z udziału w spotkaniu trójstronnym.
- Tak, to przemiły człowiek – Lula nie kryła zadowolenia, ocierając czoło – nie wiedząc – z gorąca, czy nadmiaru wrażeń.
- Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się pani Yen. Usiądź, przyniosę ci szklankę wody.
- O, nie! Nie, nie, dziękuję... - Lula nagle odzyskała siły. Chodźmy, hmmm, nie chcę przeszkadzać...

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci