Menu

Miss Saigon

Sssssunie do nassss Rok Węża

chaobella

Spór astrologów, wróżek i speców od feng shui trwa w najlepsze w tej części świata: Chińczycy i Wietnamczycy szykują się do pożegnania roku pod patronatem cesarskiego Smok, którego zastąpi tajemniczy Wąż; już 10-tego lutego przywitamy Nowy Rok oparty na kalendarzu księżycowym.
Lubię sobie rozmyślać o chińskim horoskopie i charakterystyce dwunastu znaków-zwierząt. Niektóre budzą powszechną sympatię i latom pod ich patronatem przypisujemy szczególnie pozytywne cechy: Koń, Smok, Tygrys, Pies...Inne, choć niezbyt pociągające, uchodzą tradycjnie za przychylne – chociażby Świnia. Ociężały Bawół lub histeryczny Kogut nie budzą nadzieii na wolny od trosk czas. Kilka znaków budzi szczególny niepokój przed nieoczywistą interpetacją: Szczur i właśnie .... Wąż.

Aby dodatkowo zagmatwać prognozy, należy ustalić żywioł patronującego w danym roku zwierzęcia: im bliższy jemu naturalnemu żywiołowi, tym więcej spokoju przed nami. Im większy konflikt między naturą a aspektem roku, tym więcej niepokojów i zgrzytów. Niektóre żywioły uchodzą za gwarancję powodzenia wszelakiego: wbrew typowym skojarzeniom – ogień jest bardzo pozytywnym symbolem, podczas gdy woda zapowiada niestałość i obawy.

Rok 2013 oplecie Czarny Wodny Wąż! Prawda, że brzmi łagodnie, jak baranek?
A zatem, bać się czarnej mamby, czy uczyć sie od zwinnego płaza? Oto, co mówią azjatyccy eksperci.

Zacznijmy od pesymistów:

Łatwo nie będzie! Istnieje ryzyko, że czeka nas wyjątkowo trudny rok. Wystarczy przytoczyć poprzednie lata Węża: 2001 r.  - bezprecedensowy atak terrorystyczny w USA 11-go września; 1989 r. z rewolucyjnymi zmianami w Europie Wschodniej, masakrą na Placu Tienanmen oraz początkiem afgańskiej wojny ZSRR; 1965 r. – wojska USA lądują w Wietnamie; 1953 r. – rewolucyjne zmiany na Kubie oraz mianowanie Chruszczowa na premiera ZSRR; 1941 r. – apogeum II wojny światowej i Holocaustu; 1929 r. – załamanie rynków i początek Wielkiej Depresji; 1917 r. – początek rewoucji w Rosji.  
Pierwsza połowa roku, zwłaszcza wiosna może być dynamiczna czy wręcz agresywna, drugie półrocze powinno być spokojniejsze – to teoria oparta na analizie ciała i ruchów węża.
Maj uchodzi za miesiąc pod patronatem Węża – wtedy należy się spodziewać wyjątkowej dawki jadu spowodowanej spięciem między żywiołem wody patronującej rokowi 2013 a typowym dla Węża żywiołem ognia. Ten piękny, wiosenny miesiąc może przynieść m.inn: rozpad Unii Europejskiej lub strefy euro oraz eskalację konfliktu (nie wylaczając wojny) pomiędzy dwoma „wężowymi” krajami: Chinami i Japonią.

Co mówią optymiści?

Wąż, podobnie, jak Smok – to symbole zarówno potężnych, rewolucyjnych zmian geopolitycznych, jak transformacji naszych osobistych planów. Wąż zrzuca skórę i pełza dalej – bierzmy przykład z tej asertywnej postawy! Jeśli baliśmy się czegoś podjąć - zróbmy to w tym roku! Wąż łaskawym okiem patrzy na rodzące się w jego roku fortuny - firmy założone w tym roku skazane są na sukces. Chińczycy wierzą, że Wąż jest obdarzony szczególną mądrością, zwierzęcym instynktem przeżycia i sprytem ułatwiającym podejmowanie (choćby instynktownych) decyzji oraz zdolność natychmiastowego rozszyfrowania przeciwnika. Rok 2013 ma być zatem pełen niespodziewanych wydarzeń, które nieraz przyprawią nas o szybsze bicie serca. Typowa dla Węża elstyczność pozwoli nam dostosować się do sytuacji i największą porażkę obrócić na swoją korzyść. Działajmy szybko i skutecznie, nie bójmy się podążać własną drogą, choćby na przekór całemu światu! Kreatywny Wąż przyświeca kreatywnym ludziom i może zwiastować rozkwit nietypowych, odważnych branż biznesu, a nawet koniec kryzysu. Wąż - jako symbol medycyny i farmacji - może przynieść rewolucyjne dokonania w tych dziedzinach.

Lata Węża przyniosły wiele wynalazków i przełomowych wydarzeń w nauce i technologii – od Ipod’a w 2011 r., przez radziecki podbój kosmosu w 1965 r., aż po wynalezienie prądu bezprzewodowego przez Teslę w 1917 r.

A zatem, na dwoje babka wrożyła! Ja zwykle, od nas zależy, jak przeżyjemy nadchodzący rok.

Ssssssssssamych sssssssukcessssów Wam życzę!

 

Legenda o … komarze

chaobella

Dawno, dawno temu, gdzieś na północy Wietnamu, był sobie Ngoc Lam – młody, odważny i wielkoduszny wieśniak. Ngoc Lam pojął za żonę Nhan Diep, urodziwą i czarującą młodą kobietę. W przeciwieństwie do męża, nie stroniącego od wytężonej pracy, Diep była leniwa i marzyła o życiu w luksusie.

Pomimo wad żony, Lam szczerze kochał Diep i wybaczał jej wady. Niestety, ich szczęście nie trwało długo; pewnego pięknego poranka, Diep nie obudziła się. Zdruzgotany mąż nie wyobrażał sobie życia bez małżonki i nie chciał dopuścić do pogrzebania jej ciała. Zapakował na drewnianą łódkę swój skromny dobytek i wraz z trumną żony udał się w podróż w nieznane.
Błądził po okolicy, by zatrzymać się dopiero u podnóża zielonej góry. Porastały ją niezwykłe kwiaty, którym cała okolica zawdzięczała niepowtarzalny aromat. Kiedy Lam podziwiał ten rzadki dar natury, spostrzegł starca z długą, siwą brodą. Z jego pomarszczonej twarzy bił spokój i niezwykła pogoda ducha. Młody Lam szybko pojął, że ma przed sobą czarownika. Padł mu zatem do stóp i zaczął błagać o przywrócenia życia zmarłej żonie.

Starcowi żal się zrobiło kochającego wieśniaka i tak do niego mówi:
 - Spełnię twoją prośbę, bowiem twoja miłość i cierpienie są głęboko prawdziwe. Ale pamiętaj, że możesz tego kiedyś żałować.
Następnie, kazał wieśniakowi naciąć palec i upuścić trzy krople krwi na martwe ciało żony. Lam pospiesznie wykonał polecenie, a chwilę później Diep otworzyła oczy! Juz wkróktce nabrała sił i młodzi małżonkowie mogli ponownie wędrować razem.
Przed rozstaniem ze szczęśliwą parą, starzec zwrócił się do Diep:  
- Pamiętaj o wdzięczności za miłość i poświęcenie twojego męża. Bądźcie na wieki szczęśliwi.


Lam postanowił wracać natychmiast do opuszczonego domu. Wiosłował dzień i noc, aż wreszcie zabrakło jedzenia. Udał się zatem na najbliższy targ po zapasy na resztę drogi. Wtedy do strzegącej skromnej łódeczki Diep, podplynął okazały statek. Jej właścicielem był bogaty kupiec, który zakochał się w pięknej Diep od pierwszego wejrzenia. Prosił, by ruszyła z nim w drogę i zaczęła życie na nowo.
Kiedy Lam wrócił z targu, zrozumiał, co się stało i zaczął szukać statku porywacza. Wiosłował wiele miesięcy, aż wreszcie znalazł kupca i swoją piękną żonę.  Kazał jej wracać do domu, ale Diep – nawykła już do wystawnego i łatwego życia – odmówiła. Lam poczuł się nagle ozdrowiały z miłości do niewiernej żony i powiedział:
- Masz wolną drogę. Możesz ode mnie odejść, jeśli takie jest twoje życzenie. Ale musisz mi zwrócić trzy krople krwi, którymi przywróciłem cię do życia.
Zadowolona z tak szybkiej zgody swojego głupiego męża, Diep pobiegła po nóż. Nacięła palec, ale kiedy spłynęły pierwsze krople krwi, nagle upadła martwa. 

Ta lekkomyślna i frywolna kobieta nie potrafiła jednak całkowicie opuścić świata żywych. Ngoc Lam powróciła jako brzęczący, irytujacy insekt, gryzący znienacka ofiary, by odzyskać utracone krople krwi, które niegdyś ofiarował jej mąż. Ten drobny, acz kąśliwy potwór znany jest nam wszystkim jako komar.

O czym pisac nie nalezy

chaobella

Gdybym miala czas, by opowiedziec o tym, co sie ostatnio dzieje w Wietnamie i co w zarowno posredni, jak i bardzo bezposredni sposob wplynelo na wielomiesieczne milczenie Miss Saigon, musialabym napisac o tym, o czym pisac nie nalezy. Bowiem, ci, ktorzy pisac sie odwazyli – po drzwiach wywazonych przez miedzynarodowa prase – z dnia na dzien znalezli sie za zamknietymi drzwiami.

A zatem, pozostaje pisac o banalach lub tez nie pisac wcale. Tym samym wroce juz wkrotce, lekkim krokiem, bo od ciezkich brak nadzieii spada do niepokojacego poziomu i pacjentowi nalezaloby zaoordynowac przymusowa kroplowke wraz z recepta na rozowe okulary.

Timor Leste - delfiny w cieniu ONZ

chaobella

Witamy w Timor Leste!  - powazna celniczka rozplywa sie w usmiechu, pytajac kilkakrotnie jak dlugo potrwa goscina w tym mlodym kraju.  Na moje „ ok 4-5 dni”, wpisuje w paszporcie „4”. Cztery i pol dnia pozniej urzadzi nam karczemna awanture, odgarazajac sie, ze moze nas zatrzymac i co to w ogole ma znaczyc - umysle oklamywanie urzednika panstwowego! Nie pozwala sie przekonac, ze wiza jest wazna 30 dni, a ja nie zamierzam podjac sie pracy edukacyjnej w tym kierunku. Lepiej grzecznie przeprosic za niezawionione grzechy.... Nie po raz piewszy poczulam, ze w tym miejscu globu, emocje potrafia sie rozpalic do czerwonosci w ciagu zaledwie killu minut.

Dalej, wszystko idzie jak po sznurku. W hotelu ucieszono sie na nasz widok, jakbysmy byli niezapowiedzianymi goscmi, mimo rezerwacji dokonanej miesiac wczesniej. Na nastrojowym tarasie z widokiem na szary ocean i lysawe palmy, oprocz nas siedza dwie wiekowe, zadbane damy – saczac wino, wymieniaja ploteczki o zyciu dyplomacji – oraz mloda para: umundurowany czlonek misji ONZ z dziewczyna.  Mlodzi szybko zagajaja i  uswiadamiaja, ze zgodnie z zaleceniem wiekszosci powaznych ambasad, Timor Leste figuruje na liscie krajow o statusie: „Wizyty nalezy ograniczyc do wylacznie niezbednych”. Co prawda,  ten status nie zmienia sie od niemal dekady,  kiedy smiertelne zamieszki z poczatku tego wieku zbieraly swoje kolejne, juz duzo mniej polityczne zniwo,  niz te z lat 90-tych.  
Tym razem jednak chodzi o szczegolny moment: po wyborach na szczeblu panstwowym, szykuja sie wybory regionalne, a wszystko to w kontekscie zwijajacych manatki wszechobecnych przedstawicieli sil pokojowych.
Ich czas chwaly minal wraz ze stabilizacja w regionie i dzisiaj dbajace o niedyskrecje Toyoty ONZ pruja przez Dili na sygnale, by z piskiem opon dojechac na miejsce wachty: urocza plaze, z dala od zgielku miasta.  Punktualnie o 8.15 rano, opaleni, muskularni chlopcy z trawionej bezrobociem Portugalii, zasiadaja na plastikowych krzeselkach i pilnie pracuja do zachodu slonca. Potem jogging z kolegami z policji i kolejny dzien niebezpiecznej misji pokojowej mozna zaliczyc do udanych.

W stolicy Timor Leste – Dili, pozostalosci epoki kolonialnej mieszaja sie z marazmem bezrobocia, klocacych sie ze statystykami Banku Swiatowego, ktory umiescil Timor na 2-gim po Mongolii miejscu liderow wzrostu ekonomicznego w regionie Azji i Pacyfiku: 10% PNB juz trzeci rok z rzedu. Fakt, ze kraj wystartowal z bardzo niskiej pozycji i rekorodowy wzrost powinien sie utrzymac jeszcze pare lat.
Kraj, ktory do niedawna kojarzyl sie z bratobojczymi walkami i tysiacami przesiedlonych mieszkancow, dzisiaj promuje sie jako nieodrkryty raj turystyczny. W ofercie gory, morze, rafy koralowe i zyczliwi ludzie. Brakuje infrastruktury, ale dla chcacego nic trudnego.

Wystarczy udac sie do centrum nurkowego, ktorego australijski wlasciciel byl reporterem, pozniej nurkiem, nauczycielem, a obecnie dziennikarzem. On pokieruje cie do ludzi, ktorzy rzeczywiscie zajmuja sie organizacja wypraw nurkowych – to proste, na stacji benzynowej. Ktorej stacji? Wiadomo - Tiger Fuel. Dochodzi sie do niej w pyle robot drogowych, mijajac zacieniony w uroczej uliczce polski konsulat -  wyglada, jak chatka przy zajmujacym pol kwartalu konsulacie Chin.
Na stacji benzynowej sprzedaja droga pizze i tanie pieczone kruczaki. Nurkowanie?
 - Musicie poczekac na Tonny’ego.
 - A kim jest Tonny? – pytamy.
 - To wlasciciel warsztatu samochodowego – i wszystko staje sie jasne.
W oparach benzyny pytamy o nurkowanie na wyspie Arturo – tylko tam rozkapryszeni nurkowaniem w najpiekniejszych zakatkach Azji Pld-Wschodniej, moga liczyc na prawdziwe atrakcje.
- Nie bedzie latwo, malo turystow, a do tego srodek tygodnia.... Mozecie wynajac cala lodz – za 800 dolcow.
- Nie, dziekujemy. Poczekamy, a nuz trafia sie inni chetni na wyprawe.
- Nooo, tak – ale, nie obiecuje. 
Wdajemy sie w polgodzinna rozmowe o traumie poprzedniej dekady w Dili, w walkach gangow i racjonowaniu beznyny uzywanej w innych, niz napedowych celach.  Mimochodem, okazuje sie, ze mamy wspolnych znajomych w pewnej australijskiej wiosce (!) ...
- Jesli nie chcecie wynajac lodzi, to moze wynajmiecie samochod? – pyta Tonny.
Grzecznie dziekujemy.
-  Mam tez motor – wskazuje pozbawiony lusterek terenowy model.
Bierzemy.
 - Wpadnijcie jutro, moze uda sie zalatwic to nurkowanie.

Ruszamy na podboj miasta. Motor okazuje sie zbawieniem – mijamy szkoly, koscioly, targi, sklepiki, misje walki z tradem, wdajemy sie w niechciana utarczke ze samozwanczym kontrolerem ruchu drogowego, by wreszcie wspiac sie na krete wzgorza, z ktorych roztacza sie niesamowity widok na zatoke, chroniona przez skromniejsza wersje Jezusa z Rio.

   

 


Nastepnego ranka, w pelni zmotoryzowani, odkrywamy prawdziwa perle – hotelik z widokiem na zatoke, od ktorej dzieli nas 7,5 krokow. Bielutki piasek, idealna tafla morza (pelnego zlosliwie kasajacych bestii), calkiem europejskie drzewa, w tle zielone wzgorza – a wszystko to skapane  w magicznym swietle zachodzacego slonca.

Rybacy zarzucaja sieci, dzieciaki bawia sie z psami, kilka rodzin brodzi na brzegu z dziecmi, czasami zawieruszy sie ....czarna swinia grajaca w pojedynke w kokosowy futbol. Przeprowadzamy sie.  Jest pieknie.

Wlascicielka hotelu jest zazywna Australijka, ktora tez zna naszych znajomych w australijskiej wiosce (!!), zadnej pracy sie nie boi i jest zauroczona Timorem od wielu lat. Zarzadza hotelem, piecze ciasta sprzedawane po astronomicznych cenach (czytaj: australijskich), a rano oferuje nam ....wlasny samochod, zebysmy „nie musieli sie meczyc na motorze”.
Za Jezusem w prawo, za kolejna gora, roztacza sie iscie rajski widok: zielone klify zatopione w blekitnej wodzie iskrzacej sie w samo poludnie. Puste plaze, gdzieniegdzie chybocze sie samotna lodka.  Mysle sobie, ze zyjac w takim miejscu, nie mozna miec wrzodow zoladka czy migreny.


Wpadamy kontrolnie na stacje Tonny’ego – okazuje sie, ze jest jeszcze troje chetnych, wiec ruszamy na Arturo nastepnego ranka.  Lodz prowadzi atrakcyjna, spalona sloncem 50-letnia Australijka, w jednej rece dzierzaca ster, w drugiej papierosa, a noga domykajaca wiecznie otwierajacy sie luk bagazowy. W dziesiec osob cisniemy sie na lodce dla czworga pasazerow. Warto, bo juz po godzinie drogi kapitan rozplywa sie w usmiechu:
- Patrzcie, juz sa!
Tym samym rozpoczyna sie najpiekniejszy spektakl natury, jaki mialam szczescie podziwiac.  Poczatkowo, kilka
wielorybow-pilotow, czyli czarnoskorych delfinow,
krazy wokol lodzi – niedlugo pozniej, dolaczaja do nich stalowoskore, usmiechniete i rozgadane delfiny.  Skacza przed lodzia  pojedynczo, w parach, po czym zwoluja kumpli z calej okolicy i w kilku rzedach, karnie wyskakuja niczym przygotowujac sie do plywania synchronicznego w Londynie. Setki szczesliwych delfniow doprowadza kilkoro ludzi do absolutnej ekstazy. Sprytnie graja na naszych och-ach i ach-ach – z zachwytu powoli tracimy dech. Takiego prywatnego wystepu nie uswiadczysz w najlepszym wydaniu National Georgaphic.

Nurkowanie mija zatem w cieniu popisu delfinow – pod woda jest ciekawie, ale z pewnoscia, nie lepiej, niz na Flores czy Sipadan. Niektorym zupelnie sie w glowach poprzewracalo...  

Na wyspie ludzaco podobnej do siedziby Robinsona Crusoe, witamy nielicznych mieszkancow, tkajacych w cieniu rybackie sieci i przemykajac sie po rozpalonej do ognia plazy, docieramy do bazy obiadowej; kurczak z grilla, swiezutkie pomidorki i sok z kokosowych pucharach.
Wracamy do Dili, slonce zapada sie w tafli morza. W porcie wisi baner: „Wez udzial w naszej akcji dobroczynnej. Poplyn na Arturo” – pod napisem, zarys plywaka. Patrzymy z niedowierzaniem na siebie – toz to minimum godzina drogi lodzia motorowa!
Wieczorem zasiadamy z piwkiem na plazy.  Pojawia sie odziany w czarny kostium superman - bez watpienia jeden z muskularnych pracownikow misji ONZ. Czlowiek majestatycznie wchodzi do wody (temperatura: 32 stopnie), dlugo brodzi, wreszcie ostro rusza kraulem i szybko znika za horyzontem. Siedzimy jeszcze godzine – facet nie wraca.  Nawet jesli sa bezrobotni, ci misjonarze robia wrazenie!



Wizyta-rekonesans dobiega konca – na lotnisku dostajemy po lapach za klamstwo emigracyjne i zastanawiamy sie, czy nie byloby dobrze poddac sie karze i zostac tutaj, wpasc w petle czasu...

Ta mysl nie opuszcza mnie, kiedy samolot mknie ponad rajskimi wyspami, wulkanami, skapanymi w chmurach kolorowymi jeziorami i dragonami z Komodo.......Trasa Timor-Bali to jedna z najpiekniejszych na swiecie.


    

Wietnam mnie okaleczył, Wietnam mnie uleczył

chaobella

Kim jest człowiek grający na bambusowym flecie przed sajgońską operą?
Jedni zobaczą w nim wsp
ół
czesnego pirata. Inni wybitnego muzyka. Albo starzejącego się dziwaka.
- Wpadnij kiedyś do mojego biura – rzucił mi na odchodne uśmiechnięty 60-latek po jednym z niezwyklych wystepów, podczas którego wił się jak wąż na podłodze, nie przerywając wariacji na flecie.

Jack the Snake (Wąż) rzeczywiście rezyduje w swoim mobilnym biurze – to schody opery, w samym sercu historycznego Sajgonu – obok słynnego hotelu Continental, gdzie miał zacząć się Czas Apokalipsy, a wiele lat poźniej, od ataku bombowego ledwie ustrzegł się Spokojny Amerykanin.
W przerwach między świetnymi bluesowymi koncertami w muzycznych klubach Wietnamu, Singapuru i Malezji, Jack zajmuje miejsce między operą a hotelem Caravelle, parkuje swoj rower, poprawia piracką chustkę na głowie i zaczyna koncert. Wierna publiczność składa się ze stałych bywalców w postaci ochroniarzy hotelowych, taksówkarzy i przypadkowych przechodniów. Cieszy go stapianie się muzyki z hałasem ulicznym i odgłosami natury. Ze skórzanego worka wyjmuje zestaw kilku fletów: drewniany, bambusowy i plastikowy. Potrafi na nich zagrać wszystko – od klasyki do rocka.

Kolorowy ptak grający na flecie do tylko jedno oblicze Jacka. Ciemniejsza strona utalentowanego muzyka to wciąż tkwiące w nim doświadczenie wojny w Wietnamie. Trafił tutaj po raz pierwszy jako 18-latek w 1967 roku, by opuścić kraj 2 lata później jako rozgoryczony, zbyt szybko dorosły mężczyzna.
„Bylem emocjonalnie i psychicznie zdruzgotany. Wróciłem do ojczyzny, której rząd wysłał mnie do piekła. Czułem się, jak chodzący trup. Nie potrafiłem się odnaleźć, nie pasowałem do tego świata. Unikałem towarzystwa dorosłych – wolałem spędzać czas z dziećmi, w ich niewinnie postrzeganym świecie”.
Za dnia Jack skupiał się na intensywnych treningach sportowych, w nocy walczył z nieustającymi koszmarami. Przez 20 lat pomieszkiwał na ulicach, pod mostami, utrzymując się z dorywczych prac, kiedy kończyły się ostatnie pieniądze. Pomimo wielu nieudanych prób rozprawienia się z demonami przeszłości, nie potrafił żyć normalnie. Aż do dnia, kiedy zrozumiał, że ma dość odwagi do konfrontacji.
W 1999 r. przyleciał do Hanoi. „Wietnam mnie okaleczył i Wietnam mnie uleczył. Byłem tak bardzo wewnętrznie poplątany – typowy zniszczony przez wojnę weteran na granicy szaleństwa. (...) W Hanoi spotkałem poparzonych napalmem żołnierzy. To niesamowite, że zgodzili się ze mną rozmawiać. To wspaniały kraj, wspaniali ludzie”.
Muzyka dopełniła katharsis.  We włosko-amerykańskiej rodzinie Jacka, na flecie grano od pokoleń. I on postanowił nie tylko oddać się muzyce, ale uczynić z niej swój zawód. „Kocham flet. Jego brzmienie może skruszyć skałę, także tę we mnie. Nie mogę wyrazić siebie lepiej, niż poprzez grę na flecie. To jest mój prawdziwy głos”. Jack wspomina, kiedy po raz pierwszy zagrał na flecie w Wietnamie - pewnej bezsennej nocy w pokoju hotelowym w Hanoi, w 1999 r., kiedy nie mogł spać, trawiony bólem.

Chociaż dzisiaj czuje się nowonarodzonym, pogodnym człowiekiem, wciąż nie potrafi spokojnie przespać choćby jednej nocy. Przed laty budził go najmniejszy hałas zwiastujący niebezpieczeństwo. Dzisiaj budzi się przy najmniejszym ruchu swojego 2-letniego syna.



                           Jack - pierwszy od lewej, podczas wystepu z Curtis King Band

Wietnamski tygrys ma kryzys

chaobella

Obys zyl w ciekawych czasach – pomyslalam, zakladajac w pracy specjalny folder pod kryptonimem „Kryzys”. Ku wlasnemu zaskoczeniu, odkrylam, ze to juz trzeci z podobnej serii: po „Kryzys marzec 2011 r.” i „Kryzys listopad 2011 r.”. Zabraklo najpowazniejszego z data 2008 r., ale ten byl na tyle ciezki, ze pozostawil mnie bezrobotna na prawie rok, w zwiazku z tym, nie bylo szansy na dokumentacje zawodowa tego burzliwego okresu.
Od miesiecy czulo sie nieprzyjazny wiatr zmian: zwolnienia, ciecie plac, topniejace w oczach inwestycje, surowe czola bankowcow i rosnaca fale wyjazdow cudzoziemcow. Nikt nie przeczuwal dobrych wiesci, wiec ostatni raport Banku Swiatowego nie tyle zaskoczyl, co tylko utwierdzil w przekonaniu, ze lepsze czasy nadejada, tyle, ze nie wiadomo kiedy.

Ponizej garsc informacji makroekonomicznych:
1.      PKB:
2012 1kw :          4%      
2011:                5,9%
2010:                6,8%

2.      Inflacja (rok do roku)
2012 kwiecien : 10,5%   tak szybki spadek zarowno cieszy, co niepokoi predkoscia zjawiska
2011 sierpien :  23%     szczyt inflacji w ostanich kilku latach.

3.      Stopy procentowe
Obecnie : 13% (po obnizce z 15% w kwietniu br.)
W planach dalsze obnizki o min. 1% kwartalnie do konca br. .

Przez ostatnia dekade, Wietnam szarpie sie z pragnieniem bezpiecznego zamkniecia sie w przestarzalym systemie, rozsadkiem namawiajacym do otwarcia na swiat i nieskrywana, acz bezpodstawna ambicja zdobycia tytulu tygrysa Azji Pld-Wschodniej.

4.      Kredyty inwestycyjne
Te dane wydaja sie najbardziej niewiarygodne – sama siegalam po lupe, doszukujac sie bledu w druku...(i sie doszukalam dzieki czujnemu Mateuszowi)
Kwiecien
2012 : 2,3 mld USD 
Kredyty opiewajace na sume 2 mld USD w skali rozwijajacego sie kraju o populacji przekraczajacej 80 mln, w ciagu 4 miesiecy to kiepski wynik. Dla porownania: przecietny budzet budowy sredniej powierzchni biurowca w Ho Chi Minh City to ok. 30 mln USD. Bank centralny tnie stopy precentowe kredytow, ale firm wciaz nie stac na dalsze pozyczki.  

 
Na kryzysie najbardziej cierpi budownictwo – zarowno mieszkalne, jak infrastruktura. Tnie sie koszty materialow, fachowcow... - o konsekwencjach jakosciowych przyjdzie sie juz wkrotce przekonac. 
 
Kto korzysta na kiepskiej koniunkturze? Banki i kazdy inwestor z zywa gotowka. Na potege zajmowane sa lub skupowane inwestycje w toku. Wlasciciele sa zadluzeni po uszy. Szczesliwcy, ktorym udalo sie dokonczyc budowy decyduja sie na sprzedaz ponizej kosztow. Pozostali developerzy dogorywaja, jesli jeszcze zupelni nie padli/nie ukryli sie w bezpiecznym miejscu. Zagraniczni inwestorzy dmuchaja na zimne, pamietni spektakularnych sag korupcyjnych i spogladaja lakomie na nowe eldorado w postaci otwierajacej sie powoli na swiat Birmy.  
Wietnam to dynamiczny kraj i tutejsza sytuacja moze sie odmienic w ciagu zaledwie kilku miesiecy. A jednak, ze swieca szukac ostroznych chocby optymistow. Odnosi sie wrazenie, ze wietnamski tygrys szykuje sie do zimowego snu.

Wiecej o sytuacji ekonomicznej w regionie Azji i Pacyfiku TUTAJ.

Kronikarz wojny - Horst Faas

chaobella

Odszedl Horst Faas, legendarny fotoreporter wojny w Wietnamie. Spedzil w nim ponad dekade (1962-1974), szefujac tamtejszemu oddzialowi  Associated Press.
Jako fotoreporter osiagnal dwukrotnie najwyzsze laury: nagrode Pulitzera w 1964 r. (za zdjecia z Wietnamu) i w 1972 r. (za zdjecia z Bangladeszu).

Czujny i wrazliwy obserwator, dazyl do obiektywnego przedstawienia cierpien obydwu stron konfliktu wietnamsko-amerykanskiego. Swoj zespol 70 fotografow-pasjonatow odprawial nieodmiennie slowami: Jedz i wrcaj z dobrymi zdjeciami. 
Zaslynal rowniez jako  wydawca, dzieki ktoremu swiat obiegly legendarne dzisiaj  zdjecia: egzekucji czlonka Vietcongu na ulicy  Sajgonu (TUTAJ), czy nagiej dziewczynki uciekajacej ze spalonej napalmem wioski (TUTAJ). 

Zmarlego w wieku 79 lat Faas'a zegnaja pelni uznania koledzy:
" Nie sadze, by ktokolwiek inny pracowal w Wietnamie, tak dlugo, w tak niebezpiecznych warunkach i z tak wielkim oddaniem, jak Haarst".
" Byl odwaznym fotoreporterem i wydawca, dzieki ktoremu swiat ujrzal jedne z najwazniejszych obrazow w historii ubieglego stulecia". 
  

Wiecej zdjec Faas'a, dzieki Gazecie, TUTAJ

Czas na wyprawe - Timor

chaobella

Nadchodzi taki czas, kiedy cisnienie rosnie, glowa peka od marzen, wzrok uparcie bladzi po polce z kolekcja Lonely Planet, a dalsze przekonywanie siebie, ze nawet za rogiem moze byc ciekawie, odbija sie rykoszetem o pragnienie: podrozy!

I oto nadchodzi ten niezwykly czas.
Tym razem, wybieram sie do kraju, ktory zapisal sie w moich wspomnienaich chropowatym glosem polskiego korespondenta TVP – Krzysztofa Rogali, relacjonujacego na zywo krwawe zamieszki z Dili w latach 90-tych (kiedy Timor pozostawal pod okupacja indonezyjska). Do dzisiaj pamietam, jak obraz kamery zaczal poczatkowo drgac, potem chaotycznie wirowac, po czym stal sie czarno-bialy i w koncu calkowicie zniknal z wizji. Wszystko to w tle coraz szybciej wypowiadancyh slow o tlumach zamaskowanych bojownikow, uzbrojonych w maczety i niewyczerpane poklady nienawisci. Oslupialy wyraz twarzy prezenterki wieczornych wiadomosci nie pozostawial zludzen....

Dzisiaj Timor promuje sie, jako raj wciaz nieodkryty. Z pewnoscia oferuje jedna z najlepszych na swiecie baz nurkowych, strzezonych przez delfiny i wieloryby. Nie ukrywam, ze ten ostatni argument zawazyl natychmiast na wyborze. Relacja po powrocie.

Do zobaczenia w maju!

Western drogowy made in Vietnam - zobacz to koniecznie!

chaobella

Ale Sajgon! – slysze od wszystkich polskich gosci, po przezyciu pierwszego dnia w ruchu ulicznym. Wiekszosc przeraza masa pojazdow, nadmiar klaksonow i niezbadane meandry synergii ruchu w przeciwstawnych kierunkach.
Od kilku dni, wietnamski „sajgon” trafil na usta swiata, a to za sprawa brytyjskiego Daily Mail, ktory opublikowal na swych lamach zdjecie, ktorego nie powstydzilby sie najlepszy film akcji. Bohaterem jest 37-letni policjant – Nguyen Manh Phan. Podczas rutynowej kontroli drogowej na obrzezach Hanoi, polecil on zatrzymac sie jadacemu pod prad kierowcy autobusu. Ten  jednak zignorowal polecenie, wrocil do pojazdu i odjechal. (Jest to calkowicie zrozumiale – bez dumy przyznaje sie, ze grzesze w ten sam sposob).
Kierowca nie przewidzial jednak niebywalego poswiecenia dla sluzby, jakim wykazal sie policjant. Tygrysim skokiem dopadl przeciwnika, a raczej maski autobusu i uczepiony wycieraczek, domagal sie okazania dokumentow.


Kierowca kontunuowal jazde przez kolejny kilometr (!), z nadzieja pozbycia sie intruza. Ten jednak nie dawal za wygrana i w zabiej pozycji kontynuowal poscig na czole bestii galopujacej z predkoscia 50 kilometrow na godzine. Dzielny wojownik, z trudem trzymajac sie rogow potwora, krzyczal „Policja, policja” – nie tyle do kierowcy, ktoremu nie sposob bylo zignorowac samoprzylepnego szeryfa, ale do potencjalnych wspolnikow – 30 pasazerow. Chyba jedynie pod ich presja, autobus wreszcie zatrzymal sie.  Przebiegly szeryf pozostal w postaci rozgwiazdy, uprzedzajac ewentualna zasadzke. Slusznie, bowiem kierowca okazal sie byc juz na bakier z prawem drogowym – w 2010 r. wyszedl po 4 latach z wiezienia, za spowodowanie smiertelnego wypadku. Tym razem grozi mu kara minimum 3 kolejne latka.
Dla czytelnikow o mocny nerwach : 
TUTAJ jazda na zywo.

A moze Ho Chi Minh tez byla kobieta?!

chaobella

Juz wujek Ho Chi Minh dbal o kobiety, troszczac sie o ich higiene osbista. Ten czlowiek nie tylko byl genialnym strategiem, ale bystrym obserwatorem i wiedzial, ze kobiety, juz ponad pol wieku temu, odgrywaly bardzo wazna role w wietnamskim spoleczenstwie.



Zaryzykuje stwierdzenie, ze Wietnam to swoista wyspa osobliwosci w Azji, nie tylko Pld-Wschodniej. Kobiety od dawna imaly sie typowo meskich zadan, jednoczesnie swietnie sobie radzac z typowa rola przypisana ich plci:  malzonki, matki i opiekunki ogniska domowego (obejmujacego tutaj 3-pokoleniowe rodziny).
Chociaz wciaz pokutuja typowe dla tej czesci swiata przekonania o podrzednym miejscu kobiety na drabinie spolecznej, to z roku na rok widocznie traca na sile; przewaga dziewczynek w sierocincach, selekcja plci przy planowaniu rodziny, nierownosci w wynagrodzeniu i w dostepie do stanowisk politycznych.
Jednoczesnie, coraz czesciej slysze smiale wyznania ciezarnych kobiet:
- Rodzina meza chciala chlopca, ja dziewczynke, a teraz wszyscy szaleja z radosci, ze moje zyczenie sie spelni.
Fakt, ze dziewczynki sie latwiej wychowuja (wciaz pokutuje tutaj model wychowania potulnych dziewczynek i rozpasanych chlopcow), pilnie ucza i solidniej podejmuja sie opieki rodzicow w ich podeszlym wieku.

10 lat temu zaszokowana uslyszalam rade szefa, ktora teraz sama powtarzam z przekonaniem: Panom dziekujemy.
Tutejsi mezczyzni w finanasach, to zrodlo klopotow – wedle moich wieloletnich obserwacji, ta regula potwierdza sie w 100%. I chociaz w korupcji obserwuje sie rownouprawnienie na niskim i srednim szczeblu – to juz najwieksze skandale sa dzielem wylacznie panow.
W biznesie kobiety zajmuja stanowiska na wszelkich szczeblach – Wietnamki sa przedsiebiorcze, pomyslowe, pracowite i zaradne. Chetnie biora sprawy w swoje rece i otwieraja firmy, firemki, sklepiki, salony, restauracje, czy przenosne drobne stoiska. Jednoczesnie nie dziwia juz kobiety na najwyzszych stanowiskach prezesow firm; mylny bywa jedynie ich wyglad licealistek.

Wietnamki sa dobrze wyksztalcone, chetnie sie ucza i doskonala zawodowa; odkladaja macierzynstwo na czas zyciowej stabilizacji, ale nigdy go nie wykluczaja; nie boja sie ciezkiej pracy i czesto sa glownymi (a z pewnoscia najbardizje stabilnymi)  zywicielami rodzin.
Przy wszystkich powyzszych zaletach,  Wietnamki sa piekne, kobiece i pelne orientalnego uroku.

Jak mawiaja zlosliwi:
W raju - Wietnamka jest twoja zona. W piekle - Wietnamczyk jest twoim mezem.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Co ciekawe, tutaj nikt sie obraza na swieto  i nie doszkuje w nim seksistowskich tonow – to doskonaly dzien do obdarowania sie kwiatami (takze miedzy kobietami), zbiorowego swietowania z rodzina i znajomymi, tudziez ....do spedzenia wieczoru w  gigantycznych korkach.  
Cieszy sie ono taka popularnoscia, ze .... obchodzi sie je dwukrotnie:
8-go marca - jako Miedzynarodowy Dzien Kobiet
i 20-go pazdziernika - jako Wietnamski Dzien Kobiet

Byl sobie Wietnamczyk, Amerykanin i....

chaobella

Wszystkie zaslyszane przeze mnie wietnamskie  kawaly opieraly sie na tym samym, banalnym schemacie: byl sobie Wietnamczyk i Amerykanin .... Niekiedy, na okrase, dodawano Francuza.
Wyniku tej konukrencji mozna sie latwo domyslic. Jednak nie ma lepszego ubawu, niz przekonac sie na wlasne oczy, ze ludowe przypowiesci maja wciaz ugruntowane uzasadnienie w rzeczywistosci, nawet  40 lat po wojnie.    

Tytulem wstepu:
Cu Chi – miejscowosc na poludniu Wietnamu, slynaca z imponujacej sieci tuneli, z ktorych drobni Wietnamczycy z powodzeniem atakowali poteznego amerykanskiego najezdzce. Podziemna siec obejmujaca nawet szpitale, garkuchnie i  szkoly, kryla sie kilka metrow pod ziemia. Prowadzily do niej  wlazy o srednicy maksymalnie 50 cm – czyli dostosowane jedynie do wietnamskiej tuszy. Dzisiaj kilka z nich powieszono do rozmiarow pozwalajacych szczuplym turystom ich zwiedzenie na czworaka. Wizyta na kolanach w dusznym i sliskim tunelu pozwala w pelni docenic geniusz iwetnamskich wojownikow.

I tak, autokarem wiozacym turystow do Cu Chi, zmierzaja Wietnamczyk (w roli przewodnika) , Francuzi, Polacy i Amerykanin.  Zwiedzanie okolicy, demonstarcja golych od uzywanych pol wieku temu defoliantow drzew... - wreszcie turysci dochodza do pokazowych tuneli.
- Ten tunel zostal odpowiednio poszerzony, by ulatwic turystom zwiedzanie. Prosze spojrzec – przewodnik podnosi zamaskowana klape wlazu – tutaj mozna powoli opuscic sie nogami w dol. 
- Ja, ja!  - krzyczy Amerykanin. Czy ja moge zaprezentowac?
- Taak, prosze – przewodnik uprzejmie sie usuwa.
Amerykanin gramoli sie i wije, wciska sie z oporem do wlazu, unosi nad soba zwyciesko klape i pokazujac caly garnitur zebow, krzyczy:
- Udalo sie!
Wszyscy grzecznie sie usmiechaja, podazajac za przewodnikiem. Ten zas zbliza sie do stanowiska z rzedem AK-46, z ktorych to turysta moze sobie postrzelac i poczuc sie, jak dzielny chlopczyk w dzungli.
I juz wiadomo, kto dopadnie pierwszy ciezkiej broni;  Amerykanin rzuca sie pedem do pierwszego stanowiska i nawet nie zakladajac nausznikow, puszcza serie z automatu, brawurowo ostrzeliwujac kartonowa postac.
- Udalo sie!  - wykrzykuje, pozujac jednoczesnie po pamiatkowego zdjecia. A nuz uszczesliwi sparalizowanego na wojnnie wujka w Teksasie...  
Wietnamskiemu przewodnikowi nie znika uprzejmy usmiech z twarzy. Szybka przekaska z rozgotowanej juki, spotkanie oko w oko z najgorsza woskowa kopia dzielnych wietnamskich wojownikow ukrytych za drzewem i juz wycieczka podaza waska sciezka dalej.
Za gaszczami, za krzakami, przewodnik zatrzymuje sie i wyjasnia:
-  A tutaj, prosze spojrzec na ....
- Ja, ja – czy ja moge?  - pyta retorycznie pobudzony Amerykanin i nie czekajac na odpowiedz, wskakuje do dolu, by stamtad uslyszec koniec zdania:
- ... na system pulapek na wroga – mowi przewodnik z usmiechem. Rzucajac litosciwie do wscieklego Amerykanina balansujacego miedzy kolami nadzianymi zaostrzonymi szpikulcami bambusa:
- Udalo sie!


Instrukcja obslugi slonia

chaobella

Jak slon wyglada, kazdy wie. Ale czy wiecie, jak pachnie, patrzy i zartuje azjatycki slon?
Odpowiedzi na te i wiele innych pytan, znalazlam w Laosie.  
Koniec roku u polnocnego sasiada to gwarancja rzeskiej pogody;  w ciagu dnia jest pieknie i slonecznie, wieczory i poranki to przejmujacy chlod i para lecaca z ust. Jak wtedy potrafi smakowac goraca zupa serwowana na sniadanie na tarasie, z ktorego co rano rozciaga sie ten sam widok: bosonodzy, mlodzi mnisi, udajacy sie po codzienna ofiare.
Taki klimat przyciaga specyficznych turystow:  w figurujacym na liscie dziedzictwa kultury UNESCO Luang Prabang, nie widac na szczescie polnagich, zaniedbanych pod wzgledem higieny osobnikow wpadajacych na chwile z full moon party w Tajlandii; to raczej mekka rodzin z dziecmi i mlodych podroznikow, smakujacych w urokach kraju, gdzie tempo zycia dostosowuje sie do leniwie plynacego Mekongu.

W promieniu kilkunastu kilometrow od urokliwego miasteczka rozciaga sie dzungla, a w niej.... same skarby. Najwiekszym z nich sa slonie, na ktore tutaj poluje sie wylacznie z aparatem fotograficznym.  Na szczegolne uznanie zasluguje Elephant Village – obozowisko zalozone przed 10 laty przez dwoch niemieckich przyjaciol, dzisiaj imponujacy kompleks polozony nad rzeka, gdzie znalzazlo schronienie 12 sloni, postawiono kilka bungalowow i zadbano o program edukacyjny na najwyzszym poziomie. Celem Sliniowej Wioski jest ratowanie niepelnosprawnych sloni i przystosowanie ich do nowej roli, dostosowanej do ich stanu zdrowia: zamiast wyczerpujacej kilkunastogodzinnej pracy przy ciezkim transporcie, kilka godzin spaceru po okolicznym terenie z 1-2 pasazerami na karku. 


Czesciowo slepe, czesto fizycznie okaleczone slonie trafily tutaj z roznych czesci kraju. W grupie podopiecznych znajduja sie wylacznie slonice. Tylko one sa w stanie zaakceptowac wiecej, niz jednego opiekuna (zwanego mahout) w zyciu. W przypadku sloni-samcow,  wchodzi w rachube jedynie przekazanie zawodu z ojca na syna (ktory wdraza sie do zawodu 10 lat przed oficjalnym przejeciem obowiazkow).
Mahout to jedyny szanowany przedstawiciel gatunku ludzkiego, z ktorym slon potrafi sie komunikowac. Komendy  sa przekazywane zarowno okrzykami,  jak uderzaniami  stop w tulow wielkiego uchacza. Skala trudnosci tego zadania jest proporcjonalna do grubosci sloniowej skory....
Zanim wsiadziemy na grzbiet sloni, przechodzimy trening w bazie: wejscie na slonia, zejscie ze slonia, siad na szyii, zgiecie kolan tak, by znalazly sie za uszami slonia – zaliczone!
Karmimy bestie, by wkupic sie w laski – nie jest to latwe,bo wielkeigo czworonoga zaspokaja dopiero ok. 200kg zywnosci  dziennie! Wreszcie ruszamy – na szczescie, stroma sciezka prowadzaca do rzeki jest sucha – mimo to, trzymamy sie szyi slona niemal zebami.  Chwila wahania przed zmoczeniem nog, ale pod stanowcza komenda mahouta, slonie wchodza majestatycznie do wody. Krocza majestatycznie, urozmaicajac siebie trase.... przystankami na toalete. Co i rusz na powierzchnie rzeki wyplywaja pelne siana sloniowe placki.
W tym czasie, blizej przygladam sie tym lagodnym bestiom: uszy maja sztywne i zimne, reszte karku ciepla, wysuszona sloncem,  pokryta sztywnymi jak trzcina pojedynczymi wlosami i pachnaca....ryba.   Nieustannie wilgotne oczy z dlugimi rzesami (!) dodaja im nieodpartego uroku.

Odprowadzamy podopiecznych na nocleg do dzungli, a sami siadamy przy ognisku – to swietna okazja by pogapic sie w rozgwiezdzone niebo, ogrzac zziebniete o tej porze nogi, po czym... odkryc rano, ze buty rozwarstwily sie od ognia. Jest zimo, bardzo zimno – okolo 7 stopni, a naszym bungalowie jak na zlosc zabraklo cieplej wody. To bez znaczenia, zamierzam bowiem spac w butach na nogach i kapturze na glowie.

Rano pobudka o 6-tej rano – jest jeszcze ciemno i starsznie zimo....Zaczynam sie wahac -  w programie bowiem mycie sloni w rzece. Wsiadamy do lodki i wszystkim sie udziela magia chwili: zasnuta mgla rzeka, cisza macona jedynie spiewem ptakow i .... szczekaniem zebow. Odbieramy slonie z dzungli, rozgrzewamy sie wspinajac sie na nie, a miejscowi przedonicy rozpczynaja zawody swoich podopiecznych z nami na karku. To faktycznie pozwala zapomniec o zimnie!
Kiedy dochodzimy do brzegu, nikt sie nie waha – mimo okrzykow dla zasady, okazuje sie, ze temperatura wody jest znacznie wyzsza, niz powietrza i szok termiczny ustepuje euforii.  Czyscimy naszych podopiecznych szczotkami ryzowymi -  na sloniowej glowie potrafi sie nagromadzic wiele wszelakiego dobra!
Najbardziej przezywajaca te przygode Szwajcarka, wpada w histerie, kiedy slon postanawia usiasc sobie na dnie, zanurzajac ja tym samym po sama szyje. Kiedy inna slonica probuje dolaczyc, dochodzi do niebezpiecznego zblizenia wielkiego zwierza – polaczenie masy dwoch slonic z zeslizgujaca sie, nie umiejaca plywac pasazerka moglo sie skonczyc tragicznie.



Wypucowane slonie polewaja siebie i nas obficie i nie szkodzi , ze prysznic miesza sie z podejrzanym zielonym ladunkiem dryfujacym po powierzchni rzeki...

Je
stesmy brudni, mokrzy, zziebnieci, lekko smiedzacy i szczesliwi.  To jedna z przygod do zapamietania na reszte zycia.

  

358 szczesliwych dni

chaobella

Rok Smoka to okres udanych przedsiewziec, ciekawych pomyslow i spektakularnych sukcesow. Szczegolnie bedzie sprzyjal ludziom zwiazanym z finansami (usmiech autorki bloga J). To rowniez doskonaly czas dla  zawodowych i osobistych projektow: rozpoczete w tym roku, maja ogromne szanse powodzenia.

Kazdy astrologiczny znak chinski wystepuje w pieciu odslonach pod postacia zmieniajacego sie co kazde 12 lat zywiolu: ziemii, drewna, wody, ognia i metalu.    
Najblizszym 12-tu miesiacom patronuje Wodny Smok. Woda niesie zmiany, zwroty losu, niespodzianki. Smok, symbol potegi i odwagi, sprzyja ludziom, ktorzy beda potrafili dostrzec w nich korzysci. Jesli sie zdobedziemy na odwage i rozmach, efekty moga przerosnac nasze najsmielsze oczekiwania.

Rok Smoka przynosi szczescie i powodzenie dobrym, szlachetnym i uczciwym  ludziom. Jako, ze jego patronatem szczegolnie objeci sa artysci – to przyslowiowe piec minut dla osob obdarzonych talentem.
Smok sprzyja zakladaniu rodziny, a dzieci spod tego znaku charakteryzuje bystry umysl i nieprzecietna osobowosc. Do klanu slynnych Smokow naleza m.inn: charyzmatyczni przywodcy - Joanna D’Arc, Martin Luther King, Wlodzimierz Putin; autorzy nowych trendow - Zygmunt Freud, Salvador Dali; wyjatkowi aktorzy - Shirley Temple, Gregory Peck, Al Pacino, Keanu Reeves ; nieprzecietne gwiazdy sportu: Bruce Lee, Pele; wybitni muzycy: John Lennon, Diana Krall oraz...... kazdy potencjalny Smoczek, ktory pojawi sie na swiecie w 2012 roku.

               
Czas biegnie nieublaganie, ale wciaz nam pozostaje 358 szczesliwych dni.
A zatem, powodzenia w Nowym Roku-Smoku!
  

Wejscie smoka!

chaobella

Juz za kilka dni, pogonimy strachliwego Krolika, by powitac poteznego, tajemniczego ulubienca chinskiej mitologii: wkrotce wkraczamy bowiem w Rok Smoka.
Wedlug kalendarza ksiezycowego, Nowy Rok rozpocznie sie 23-go stycznia 2012 r. Wejscie Smoka swietowac beda przed wszystkim Chiny, Hong-Kong, Tajwan, Wietnam i Singapur – a takze mieszkancy rozproszonych na calym swiecie dzielnic chinskich – od Paryza po Nowy Jork.

Kazdy kraj swietuje inaczej. Oto garsc porad z wietnamskiego podworka, gdzie Tet (od Tet Nguyen Dan – „uczta pierwszego poranka”) jest najwazniejszym swietem i ... najdluzszym okresem nietykalnego prawa do urlopu. Jak kazda tradycja, wietnamska rzadzi sie swoimi prawami. O czym nalezy pamietac w tym szczegolnym okresie? Czego unikac, by nie nadepnac na odcisk straznikom tradycji w czasie obchodow Nowego Roku? 
 

NALEZY:
1. Byc pogodnym, usmiechnietym i zyczliwym – taka postawa zwieksza szanse na jej zachowanie przez caly rok.
2. Zwrocic wszelkie dlugi przed Nowym Rokiem. Jesli rozpoczniesz go pod kreska, podobnie go zakonczysz.
3. Podziel sie bogactwem – w czerwone ozdobne koperty, nalezy wlozyc banknoty (uwaga: swiezutkie, prosto z tasmy produkcyjnej) i podarowac je wybranym, waznym dla nas osobom. Szczegolne wzgledy naleza sie dzieciom, niezameznym czlonkom rodziny oraz podwladnym. Pieniadze w czerwonych kopertach nie tylko zapowiadaja powodzenie, ale rowniez odstaraszaja zle duchy.  
4. Otoczyc sie kolorami symbolizujacymi powodzenie: czerwony i zloty sa szczegolnie mile widziane. 
5. Nosic nowe ubrania – jako symbol czystosci oraz nowego poczatku.

NIE NALEZY:
1. Przeklinac, narzekac, krytykowac; uzywanie brzydkich slow  to zaproszenie zlych duchow w nasze progi. Wszelkie przejawy agresji nie ida w parze ze szczesciem i powodzeniem.
2. Zamiatac – w ten sposob wymiata sie z domu szczescie. 
3. Ubierac sie na bialo (kolor smierci i zaloby) lub czarno (negatywny, pesymistyczny kolor).
4. Skladac wizyt w pierwszym dniu nowego roku. Gosc, ktory przekroczy nasze progi jako pierwszy powinien byc szanowana osoba, gwarantujac tym samym bezpieczenstwo i prestiz calej rodzinie przez kolejnych 12 miesiecy.  
 

Jak przystalo na „uczte pierwszego poranka”, jedzenie stanowi wazny element obchodow Nowego Roku. Na tradycyjnym wietnamskim stole nie moze zabraknac banh chung (na polnocy kraju) i banh tet (na poludniu) – ciast z kleistego ryzu z miesno-warzywnym farszem, zawinietych w liscie bananowca.

Kazde domostwo dumnie prezentuje swoje drzewka szczescia: kwitnace o tej porze roku drzewka brzoskwini (na polonocy) lub zoltych forsycji (na poludniu). Rownie popularne sa ... chryzantemy (zolte i czerwone) oraz malowane na kolorowo ....bazie.

Poza drobnymi niuansami, czy powyzszy opis nie przypomina Wam rodzimego podworka tradycji?   
 

Chuc Mung Nam Moi – Szczesliwego Nowego Roku!

O tym, co przyniesie nam Rok Wodnego Smoka juz wkrotce...

Obyś nie urodziła się w Kambodży

chaobella

„W Kambodży, rodzice sprzedają już 5-6-cioletnie dziewczynki  w zamian za opłatę ok. 100 euro.  Te same dzieci prostytuują się w domach publicznych za 500 rieli (ok. 0,15 euro).”
Somaly Mam, w swojej autobiograficznej książce „Cisza niewinności” (wydanie w języku francuskim: ”Le silence de l’innocence”, 2005 r.; w języku angielskim „ Droga utraconej niewinności”, 2006 r.), poruszająco opisuje swoje dzieciństwo –  bitej, gwałconej niewolnicy oraz tragiczne losy innych dziewczynek ; Thomdi, sprzedanej w wieku 9 lat i zmarłej na AIDS w wieku lat 17; Sokhone, sprzedanej w wieku 8 lat i zmarłej na gruźlicę i AIDS w wieku 15 lat i setek innych.

Aby walczyć z handlem ludźmi, Somaly Mam oraz jej mąż – Pierre Legros załoyżli w 1997 r. fundację AFESIP (Agir pour les femmes en situation precaire – Akcja na rzecz kobiet w sytuacji kryzysowej). Ta pozarządowa organizacja działa obecnie w Kambodży, Tajlandii, Wietnamie i Laosie, ratując ofiary niewolnictwa seksulanego i umożliwiając im resocjalizację oraz naukę zawodu.  Dotychczas, AFESIP przyjął ponad 4000 osób. Szacowany procent pomyślnie zakończonej resocjalizacji szacuje się na 60% (nie obejmuje on dziewcząt zmarłych lub powracających do domów publicznych z własnej woli lub w wyniku porwań). W samym 2010 r., 339 kobiet i dzieci trafiło do Afesip, 121 podjęło nowe życie, z czego 32 dzięki mikro-kredytom ofiarowanym rpzez Fundację. Obecnie, w placówkach AFESIP przebywa 194 osoby (z rzadka, do placówek trafiają również chłopcy).  Więcej o Fundacji : TUTAJ.

Oto relacja jednej z dziewczynek przebywających w centrum Afesip w Phnom Penh (ok. 2005 r):
„ Nazywam się Chan Ry. Urodziłam się w wiosce Anlong Goman, prownicji Kandal. Pewnego dnia, jakaś pani przyszła porozmawiać z moją mamą, a potem  zabrała mnie, obiecując pracę. Ale kiedy dotarłyśmy do jej domu w Phnonm Penh, zamknęła mnie na klucz. W domu znajdowało się około dziesięciu dziewczynek – Kambodżanek i Wietnamek. Byli tam też strażnicy – trzech lub czterech, którzy zmuszali dziewczynki do przyjmowania klientów. Codziennie musiałam przyjąć  dziesięciu-piętnastu klientów, nawet kiedy byłam chora.  Klienci byli miejscowi i zagraniczni.
Potem, sprzedano mnie ponownie, ale nie znam ceny. Zszyto mnie trzy razy, na żywo (za dziewice klienci są gotowi zapłacić krocie).  Czasami klienci przychodzili w grupach.
W trzecim domu pracowały starsze dziewczyny – 18-19-sto letnie, ale też bardzo młode w wieku 6-8 lat. Przyjmowałyśmy średnio po 15 klientów dziennie.  Zostałam tam dwa miesiące, po czym zabrała mnie policja.
Kiedy trafiłam do pierwszego domu, miałam tylko 7 lat. Klienci wolą młode dziewczynki, takie jak ja wtedy.  Wszyscy klienci są okropni, ale najgorsi są Kambodżanie. Cudzoziemcy mają dziwne, trudne wymagania – kiedy odmawiałam, przypalali mnie papierosami.”

To tylko jedna z niezliczonych relacji – każda wydaje sie bardziej nieprawdopodobna, okrutniejsza od poprzedniej. Wściekłość, bezsilność, rozpacz można przekuć w realną pomoc Fundacji AFESIP:  
5 USD pokrywa koszt miesięcznej opieki psychologicznej dla 1 osoby
10 USD pokrywa miesięczny koszt opieki zdrowotnej dla 1 osoby
25 USD pokrywa miesięczny koszt szkolenia dla jednej osoby w następujących dziedzinach: krawiectwo, fryzjerstwo, tkactwo, obsługa komputera, nauka angielskiego, zarządzanie małym przesiębiorstwem.
54 USD kosztuje miesięczne wyżywienie dla 1 osoby, w postaci 3 pełnowartościowych posiłków dziennie.
135 USD pokrywa wszystkie wyżej wymienione koszty dla 1 osoby oraz zakup ubrań, artykułów higienicznych, zamieszkania i zajęć rekreacyjno-sportowych.
1.270 USD – tyle potrzeba, by zmienić życie jednej kobiety pragnącej zacząć życie na nowo po opuszczeniu Fundacji i zakończeniu nauki zawodu.

Wpłat dokonywać można na następujący rachunek:
Nazwa banku: The Foreign Trade Bank of Cambodia
Adres banku: No 3, St. 53/114 Kramoun Sar, PHONM PENH
Nazwa odbiorcy: AFESIP
Numer rachunku: 010-30-060-002959-3
SWIFT: FTCCKHPP

Pomyślności w Nowym Roku!

chaobella

Wcześnie rano, weź rulon papieru, wieczne pióro i usiądź w cieniu starego drzewa.
Spisz, czego pragniesz dla siebie, dla swoich bliskich i dla świata. Skup się na teraźniejszości.
Rześki wiatr będzie strącał liście – przyjrzyj się im. Suchy liść spadnie na nierealne oczekiwania, młody listek wskaże cel, na którym warto się szczególnie skupić. Pomyśl o tych wskazówkach, ale nie pozwól im podciąć Twoich skrzydeł.
Złóż rulon w zacienionym miejscu. Kiedy rozwiniesz go ponownie za rok, przekonasz się, że wszystkie liście uschły. Co stanie się z Twoimi marzeniami zależy od Ciebie.

Pomyślności w Nowym Roku!


Pełnia księżyca

chaobella

Jeśli robisz plany w dniu przypadającym na pełnię księżyca, podziel swoje oczekiwania przez trzy.

W ostatni piątek siedzimy sobie w najlepsze na zebraniu w firmie, świadomi, że należy je zakończyć punktualnie o 10-tej, kiedy to pojaiwć się ma intratny klient. Jest  8.50, mamy czas. Ledwie omówiliśmy pierwszy z 15 tematów, uchylają się drzwi i wchodzi oczekiwany za godzinę klient, pytając z uśmiechem, dlaczego zaczęliśmy bez niego. Konsternacja... Cóż, w milczącym akcie solidarności, zwijamy manatki i wychodzimy, zastanawiając się, kto zwariował – klient, czy szef?
Zebranie trwa bagatela do 16-tej. Koledzy wychodzą z niego, jak po serii prania wirnikowego.  Pytam retorycznie, jak poszło.
- Jak cholera! Jakbyśmy rozmawiali w pięciu różnych językach (co zważając na towarzystwo angielsko-wietnamsko-izraelsko-rosyjskie brzmiało całkiem przekonywująco).
- Dogadaliście się w końcu?
- Tak, ale szło jak po grudzie. Aż zapytałem wietnamską koleżankę, czy przypadkiem dzisiaj nie wypada pełnia księżyca, ale spojrzała na mnie ironicznie i wytknęła, że się po prostu źle przygotowaliśmy.
Kiedy  pożegnaliśmy gości, postukała w klawiaturę telefonu i oznajmiła z ulgą:
- Oczywiście, miałeś rację – dzisiaj pełnia księżyca! Nie ma się czym przejmować – kolejne zebranie we wtorek, księżyc będzie w fazie wzrostowej – to idealny czas na budowanie pozytywnych relacji.

I tak rozmyślając nad potęgą natury, wbijam się w ruch uliczny, wprost pod koła autobusu przekonanego, że jemu – jako większemu, choć głupszemu należy się pierwszeństwo. Kierowca wydziera płuca, co szczęśliwie zagłusza moja muzyka. Kończy się na wymianie obraźliwych gestów i ruszamy w swoje strony.

Jak przystało na piątkowy wieczór, planujemy podrygi przy kubańskich rytmach. Jeszcze tylko szybko odebrać dostawę lodówki (między 18-tą a 18.30), która ma zastąpić ryczącego jak helikopter i grzejącego jak szklarnia potwora.  Dochodzi 20-ta i nasza tolerancja dla spóźnialstwa przekracza delikatną granicę.
Chłodne wino łagodzi jednak grzechy świata.  Dochodzi 21-wsza. Nie wytrzymuję i dzwonię do sklepu. O dziwo, przełączają mnie do mówiącego po angielsku pana z działu obsługi klienta.
- Czekamy już 3 godziny na dostawę....
- O, madam, proszę się nie martwić, pani produkt dotrze na czas.
- Taką też miałam nadzieję, ale już jest po czasie...
- Madam, moi pracownicy już jadą.
- A o której dojadą w moją okolicę?
- O, madam, proszę się nie martwić, nie będzie problemu.
- Czy to oznacza, że będą przed 21.30?
- O, madam! Nie wiem...
- ??
- Ruch na drogach dzisiaj bardzo zły. Baaardzo!
- Rozumiem, że będą najpóźniej o 22-iej, kiedy kończycie godziny pracy?
- O, tak! Ale, madam, dzisiaj moi pracownicy są bardzo zajęci. Pierwszy dzień wielkiej promocji w sklepie....
- Tak, do tego piątek – zagaduję porozumiewawczo (chłodne wino łagodzi obyczaje).
- O, madam – dzisiaj pełnia księżyca!
- ??
- Moi pracownicy mieli przyjęcie w sklepie i będą późno. Full moon party, madam... – czyli po kwadransie lania wody przechodzimy do sedna.
- Ale proszę się nie martwić, pani dostawa dotrze na czas....

Jest  23-cia, kończymy wino, dzwonek do drzwi – wjeżdża lśniący chromem potwór, a my podziwiamy zza bambusowej dżungli otoczonego tęczowym pierścieniem  sprawcę całodziennych kłopotów.


Ale Sajgon! - czyli wstrzymaj oddech

chaobella

Wiele lat temu, kiedy ruch uliczny w Sajgonie, mimo pozorów dramatu, był zjawiskiem niewinnym, jak  dziecię i takoż nieświadomym swojej przyszłości, zaprosiłam odwiedzającego mnie kolegę z Polski na przejażdżkę motorem. Paweł, doskonały nota bene kierowca samochodowy,  obdarzony wzrostem, który zapewne potęgował jedynie korek wśród drobnych miejscowych kierowców, wsiadł i na długo zamilkł.
Sądziłam, że zastosował się do moich instrukcji: siedź, nie ruszaj się i nie oddychaj. Ale powód okazał się inny. Kiedy wreszcie wydostaliśmy się z ośmiorniczych objęć potwora w postaci ronda przy targu Ben Than, zsiadł i odzyskawszy mowę, oświadczył: „ To było najgorsze doświadczenie w moim życiu”.

Następnego dnia,  wrocił z kaskiem i nakazał nie ściągać z głowy, po czym skrupulatnie co roku odpytywał, czy jest w użyciu. Niestety, w tamtych czasach, jazda w kasku nie była obowiązkowa – nosili je jedynie pojedynczy cudzoziemcy, narażając się tym samym na rolę maskotek, które pozkazywało się dzieciom, jak cudaczną małpkę.

Dzisiaj ilość pojazdów w Sajgonie uległa wielokrotnemu procesowi pączkowania,  a sytuacja na drogach przyprawia w godzinach szczytu o głeboką nerwicę. Dlatego też ucieszyłam się z zabawnego ukazania problemu TUTAJ . 
Póki się potrafimy śmiać z tego, co nas normalnie smuci, damy radę!   

Taniec na niepogodę (ducha)

chaobella

Jeśli kiedykolwiek narzekałeś na swój los, złą pogodę i nieustannie rzucane przez życie kłody – przyjrzyj się tym ludziom.
60 mln Chińczyków jest niepełnosprawnych. Spośród nich wywodzą się członkowie Chińskiego  Artystycznego Zespółu Osób Niepełnosprawnych. Powstał w 1987 r., kiedy grupa zawodowych artystów postanowiła dać szansę młodym amatorom; nie tylko pozbawionym uprzedniego doświadczenia scenicznego, ale również - i przede wszystkim - niepełnosprawnym. Z dnia na dzień, niewidoma, głucha, niepełnosprawna fizycznie lub psychicznie młodzież trafiła ze szkół specjalnych, pól, fabryk, a najczęściej zza zamkniętych szczelnie drzwi domów na deski teatru. Mozolna praca z terapeutami, choreografami i muzykami przyniosła zapierające dech efekty: kliknij TUTAJ.

Komunistyczny rząd Chin chętnie chwali się dokonaniami zespołu, który według władz utożsamia potęgę i niezłomność państwa.

Dla mnie to dowód na potęgę Człowieka
 

Trzeci Świat gra w golfa

chaobella

Jak przystało na niedawno określany jako kraj Trzeciego Świata, Wietnam ma ambicje osiągnięcia pozycji azjatyckiego lidera w dziedzinie golfa. Nie chodzi oczywiście o wyniki sportowe, a liczbę powstających pól golfowych i ich amatorów.
Dotychczas, tej „sportowej” rozrywce oddawali się głównie miejscowi nuworysze i obcokrajowcy. Od niedawna, grono amatorów powiększyło się o pracowników strefy budżetowej, głównie ministerstw Socjalistycznej Republiki Wietnamu Niepodległość-Wolność-Szczęście.

Skala zjawiska osiągnęła na tyle niepokojące rozmiary, że Minister Transportu wydał oficjalne oświadczenie, w w którym zakazał pracownikom gry w burżuazyjnego golfa. Według niego, rozrywka ta pochłania podwładnym zbyt wiele czasu i tym samym odbija się negatywnie na ich wydajności w pracy.  Wiele projektów opóźnia się lub tkwi w zupełnej stagnacji tylko dlatego, że pracownicy spędzają zbyt wiele czasu na trafianiu w biała piłeczkę. Co ciekawe, minister krytykuje zarówno grę w golfa w czasie godzin pracy, jak podczas wakacji.

Dodatkowo, tym razem w związku z popularyzowaniem idei środków masowego transportu wobec zalewającej masy samochodów osobowych, rząd wietnamski zobowiązał swoich pracowników do używania przynajmniej raz w tygodniu dotowanych przez miasto autobusów miejskich.

I to byłby, oficjalnie, koniec mody na sukces wietnamskiej budżetówki. Przy sporym nakładzie wysiłków, ten chwalebny stan może potrwać nawet do przedługich trzech miesięcy, po czym upadnie pod ciężarem rozbuchanych obchodów Nowego Roku (Tet).



© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci