Menu

Miss Saigon

Noworoczny przegląd prasy-cz.I

chaobella

image2

image3

 

W cieniu tragicznych wieści z Francji, postanowilam zajrzeć do lokalnej prasy.Z Nowym Rokiem, nowym rokiem, czyli sajgońskiej prasy przegląd numer 1.

 

Rekiny podgryzają internet


Położone na dnie oceanu łącze zaopatrujące w internet kraje azjatyckie znowu szwankuje. Tym razem znaleziono winnego – to nie system, to rekiny! Ponoć uprawiają tę dywersję od 2009 roku.

W Hanoi ruszył pierwszy publiczny autobus wyłącznie dla kobiet

Patrząc na kobiety w maskach na twarzy, w getrach, rekawiczkach i kapeluszach oraz kaskach, odnieść można wrażenie teleportacji do egzotycznych krain. Zniesiono zakaz zawierania małżeństw tej samej płci
 Nie oznacza to jeszcze legalizacji małżeństw homoseksualnych, ale i tak stawia Wietnam na pozycji lidera w tej kwestii w tej czeęści świata. Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że nowy ambasador USA w Wietnamie jest gejem.

Jazda taxi będzie tańsza


Korporacje taksówkarskie łaskawie obniżyły ceny w reakcji na rekordowo niską cenę ropy. Taksówkarze to równi goście – wystarczyło 13 kolejnych obiniżek cen paliwa, kilka oficjalnych ponagleń ministra transportu i grożenie palcem ministra finansów.

Hanoi grozi wyludnienie! 


Ponad 6.500 gospodarstw domowych zostanie przesiedlonych z hanojskiej starówki, by ratować wpisany na listę dziedzictwa światowego kompleks architektoniczny. Kolejki do piwa i pho powinny się nieco skurczyć. 


Wodolotem do Mui Ne


Zamiast 6 godzinnej podróży na trasie 200 km pociągiem klasy wątpliwej, czy też 9-godzinnej jazdy autobusem w pozycji horyzontalnej, amatorzy kitesurfingu i plaży w Mui Ne będą mogli skorzystać z ... wodolotu. Jak za zimnej wojny, w nieznane najpierw ruszyli Rosjanie. Cena za pokonanie 300 km – 250 USD ob obcego, 175 USD od swojego, czyli jedynie 20 razy więcej niż pociąg. Okazja!


Zamalowali nam pocztę!

Jeden ze sztandarowych zabytków Sajgonu - budynek Poczty autorstwa G. Eiffel’a został właśnie odnowiony. Teraz już nikt nie zgubi do niego drogi – żarzy się złotą żółcią, ale wg szefa Poczty, kolor zmyje się w deszczu. Cóż, cukierkowo różowy kościół przy Hai Ba Trung, oślepia mimo wielu lat hojnych pór deszczowych.

 

 

Poradnik małego buddysty

chaobella

Nasza kadrowa – pani Hanh, która sama w sobie zasługuje na powieść w odcinkach, wyznała mi kiedyś, że jest zaangażowaną buddystką, a na grzecznościowe pytanie, jakie ma plany na weekend, odparła : -Będę w pagodzie.

Kiedyś więc, dla przełamania lodów, pokazałam jej moją ówczesną lekturę: Thích Nhất Hạnh “ No Death, No Fear”. Nawisko słynnego mistrza zen z Wietnamu nic jej nie mówiło, a na widok 200-stronicowej książki, westchnęła: - Nie mogę czytać, bo po pierwszej stronie od razu zasypiam. Jednak kilka tygodni później, dumnie oświadczyła, że jej pagodowa starszyzna jak najbardziej podziwia mistrza i tym poniekąd uznała mnie za wtajemniczoną w meandry jej wiary, a może nawet za adeptkę buddyzmu. Praktyka buddyzmu w wydaniu pani Hanh jak najbardziej obejmuje akcje charytatywne, ale jej codzienne przejawy sprowadzają się głównie do przestrzegania kodeksu zasad, który reguluje zarówno dietę w piątki, jak wybór kolejnego wcielenia.

Niedawno, z porozumiewawczym uśmiechem, podarowała mi małą żółtą książeczkę pod tytułem „Prawo przyczynowości” – po wietnamsku, chińsku i angielsku. Cóż to jest za pozycja! Zbiór naiwnych powiastek  w stylu czarnej Wołgi porywającej niewinne dzieciątka z wymownymi obrazkami ilustrującymi zasady przyzwoitości, myślenia, higieny i stosunków społecznych. To fascynujące, jak szerokie spektrum zagadnień obejmuje ta kilkunastostronicowa biblia: z jednej strony uniwersalne zasady moralne, z drugiej – przyczyny garba, koślawych nóg i zajęczej wargi.

Oto kilka perełek:

1. Konsekwencją podsycania bliskich do nienawiści będzie atak tygrysa lub ukąszenie węża.              

Wątpliwość Niewiernego Tomasza: co spotka buddystów z Katowic lub Oslo za ten niecny postępek?

2. Ufundowanie w poprzednim życiu budowy mostu lub naprawy drogi zapewni komfort przemieszczania się godnym środkiem transportu w kolejnym wcieleniu.

Teraz już rozumiem inwazję chińskich firm budowlanych na świecie!    

3. Dlaczego nieszczęśnik jest niewolnikiem w obecnym życiu? Nie odwdzięczył się bowiem za uzyskaną przysługę.

Ech, w tym przykładzie jak na dłoni widać problem korupcji w tej części Azji – usługa za usługę, pomogę ci, bo potem ty mnie pomożesz. Intrygujące jest również poruszenie kwestii niewolnictwa w komunistycznych krajach w 2014 roku!

Żarty żartami, ale poddawanie w wątpliwość buddyjskiej doktryny grozi ogłuchnięciem na przynajmniej jedno ucho.

     

 

Fabryka osobliwości – odc.II

chaobella

Zgodnie z najgorszymi oczekiwaniami, po raz drugi w 15-letniej historii firmy, doczekaliśmy się kontroli skarbowej.  Pewnego pięknego ranka, na teren fabryki zajechała lśniąca Toyota, z której wysiadła para ok. 50-letnich inspektorów. Przyjechali wreszcie, bo główny księgowy opornie podszedł do tematu: Zapłaćcie, a nasza noga nawet nie postanie w waszej firmie. Musimy was skontrolować za ostatnich 6 lat – po co wam to?  

Cóż, nikt nie jest święty, a zwłaszcza firma, w której procedury wewnętrzne do najmocniejszych nie należą, a kierownictwo zmieniło się kilka razy. 
Ugościliśmy inspektorów w biurze wypełnionym akcesoriami wystroju wnętrz, które zbladły w cieniu kilogramowego złotego zegarka szefa ekipy, pod którego ciężarem facet dorobił się wyraźnej skoliozy. 
Spędzili długie dwie godziny patrząc w okno, podczas gdy ja naradzałam się z księgowym, jak ich udobruchać.  To nie pierwsza i nie ostatnia tego typu akcja, więc poruszam się w miarę sprawnie po tym grząskim terenie. Ustalamy zatem 250 $ na głowę i z uśmiechem na ustach przekazujemy gościom koperty na powitanie w progach firmy. Chwilę póżniej – wybiła wszakże godzina 11.30, inspektorzy królewskim gestem zapraszają całą ekipę księgową na obiad. Tzn. – oni zapraszają, firma płaci. Normalka. 
Biuro za ścianą wyludnia się na bite 3 godziny!  Kiedy wreszczie wracają, księgowy przeprasza i tłumaczy, że nie mogli wrócić wcześniej, gdyż goście zaprosili do restauracji ....kolegów po fachu, a ci mocno się spóźnili. Pięcioro inspektorów zamówiło po butelce wina do posiłku dla 10 osób – stąd rachunek: 250 $. Wina nawet nie otwarto, tylko sprawnie zapakowano do domu. Normalka. Tego dnia już nie wracają do pracy. Ale zdążyli przekazać, że nasze koperty są śmiechu warte.  
Następnego dnia próbujemy z księgowym wybadać oczekiwania skarbówki. Bez większych ogródek proponują 2.500 $ na dobry początek i zawzięcie odmiawiają ustalenia ostatecznej wartości okupu. Po czym znów porywają całą ekipę na 2 godzinny obiad – tym razem bez gości i bez wina, ale moja cierpliwość i tak dobiega końca. Począwszy od jutra zapraszamy państwa do naszej kantyny! 
Jednocześnie instruuję księgowego, żeby zwalił na mnie całą winę za niezrozumiały opór wobec powszechnie przyjętych praktyk: Ot, ta biała szefowa dopiero od niedawna jest w Wietnamie i nic nie rozumie. Nie mamy nic do ukrycia i przedstawimy inspektorom wszelkie wymagane informacje. 
Odpowiedź skarbówki jest jasna: następnego dnia nie zjawiają się. 
Ale już w poneidziałek czarna Toyota parkuje przed budynkiem i tym razem, po raz pierwszy od tygodnia, inspektorzy biorą się do pracy. Zespół miota się między stertami folderów z dokumentami sprzed lat, odkurza stare pudła ze zwilgotniałymi fakturami i pożółkłymi przelewami bankowymi. Tak mija kolejny tydzień solidnej, kilkugodzinnej dziennie pracy. Nie pojawia się już temat rekompensaty dla inspektorów, natomiast mnożą się problemy podatkowe w naszej firmie. 

Nawet pudła tradycyjnych ciast z okazji  święta jesieni  (tak, tak – obchodzimy je awansem) nie udobruchały pana ze złotym zegarkiem. 
Pozostaje uzbroić się w cierpliwość – negocjacje wznowimy za tydzień, zanim na raporcie z kontroli spocznie czerwona pieczęć.   

tax

Fabryka osobliwości – odc. 1

chaobella

Odkąd pracuję w fabryce, nie mogę narzekać na nudę!  

Francuska firma meblarska skupia trzy centra produkcyjne - w sumie skupisko ponad 1.000 pracowników, stanowiące szerokie spektrum obserwacji sojologiczno-osbowościowych. Do tego należy dodać dziesiątki dostawców, urzędników, terminów i kłopotów – dzień, w którym nie drży ziemia z definicji należy do podejrzanych.

Już w pierwszym tygodniu odwiedziły mnie dwie panie reprezentujące firmę skupującą odpady drewna: dąb, sosna, świerk, drzewo kauczukowe – jest w czym przebierać . Było dużo usmiechow, wymownego ruszania brwiami, wreszcie niepozostawiająca złudzen prezentacja Power Point: my co miesiąc płacimy paniom 7 milionów dongów (ok. 333 USD) za usługę wywozu odpadów, one zaś odpłacają się pięknym za nadobne. Stawka wynosi  5 milionów – ta kwota ma zapewnić sprawną współpracę, która w najlepsze trwa od 10-ciu lat. 5 razy 6 miesięcy wakatu na stanowisku dyrektora finansów = 30 baniek (ok. 1.500 USD) w gotówce, co potwierdzał ostatni slajd prezentacji na zakurzonym pyłem drzewnym ipadzie, tudzież kupka banknotów obwiązanych gumkami recepturkami. Mimo moich najlepszych wysiłków, nie potrafiły zrozumieć, ze wraz nowym szefem nastają nowe porządki i co miesiac wracały z coraz większą kupką. Ostatnio namolne wizyty starciły resztki pozorów – panie zostały odesłane do księgowego i straciły zupelnie poczucie szachu. Wtedy tez straciły resztki czujności: któregoś dnia przesłały mi przedłużenie umowy ich usług do czerwca 2015 – nieudany dokument w PDF-ie, podczas, gdy niepodpisany oryginał spoczywał centralnie na moim biurku.  

Postanowiliśmy przyjrzeć się
konkurencji i szybko okazało się, że oferuje nie tylko przejrzyste zasady, ale jest 3-krotnie bardziej opłacalna.
Ktoś musiał za taki afront zapłacić! 
Padło na niczego  niewinną szefową personelu. Pewnego dnia, kiedy ta zażywna 60-latka wracała motorem do domu (tak, tak – to tutaj standard), ruszył za nią pościg w postaci dwóch facetów z o wybrakowanym uzębieniu, acz z wyrafinowaną znajomością zastosowania metafory w interesach. Z pomocą zardzewiałego noża, tłumaczyli szefowej, że nie warto „rozbijać garnka z ryżem, bo jego odłamki mogą skaleczyć”. Kobiecie udało się dojechać bezpiecznie do najbliższej przydrożnej garkuchni, skąd wezwała pomoc. Kiedy następnego dnia pożaliła się szefowi , ten wezwał właścicielkę firmy odpadowej i obwieścił (nie probując dochodzić prawdy), że takie zachowanie spotka się następnym razem z reakcją policji. Kobieta nawet nie próbowała się tłumaczyć, czy zaprzeczać, tylko stwierdziła, że ma prawo bronić się przed utratą interesu.  

Kiedy pewnego ranka oznajmiłam paniom, ze wybraliśmy innego kontrahenta i dziękujemy im za 10-letnią współpracę, najpierw ze szklącymi się oczyma pytały, czym zasłużyły na tak okrutną karę, potem szybko podbiły stawkę o 20% powyżej dowolnej ceny konkurencji, po czym – usłyszawszy, że jest za późno na negocjacje – zaserwowały mi uścisk ręki, na którego wspomnienie do dzisiaj przechodzą mnie ciarki.     


Więcej osobliwości z fabryki – już wkrótce. 
 

Antychińskie demonstracje w w Wietnamie

chaobella

 

Od kilku dni trwają w Wietnamie zamieszki na tle konfliktu na Morzu Południowochińskim wokolicach Wysp Paracelskich, o które roszczą sobie prawa zarówno Wietnam, jak Chiny. Spór trwa od dawna, ale wyjątkowo przybrał na sile odkąd Chiny zainstalowały platformę wiertniczną w rejonie konfliktu. Doszło do starć statków obu państw, a każda strona oskarża przeciwną o eskalację napięcia.

Kiedy w niedzielę tłumy protestujących wyszły na ulice Hanoi, przecierałam oczy ze zdumienia: prawdziwa, polityczna manifestacja w kraju, gdzie demonstracje są nielegalne, a przy podejrzanej grupce 5 osób natychmiast pojawia się policjant! Demonstrowano przeciw zakusom Chin na suwerenność kraju, przy cichej aprobacie rządu, zadowolonego z tak spontanicznej deklaracji patriotyzmu.
Wczoraj, fala demonstracji wylała się na ulice prowincji Binh Duong, 30 km od Ho Chi Minh City - zamieszkałe przez blisko 2 miliony mieszkańców przemysłowe zaplecze HCMC. W kilku strefach ekonomicznych, korzystając z preferencyjnych stawek podatkowych, wielkie zagraniczne przedsiębiorstwa dają zatrudnienie setkom tysięcy pracowników. Tutaj produkuje się wszystko: buty, meble i stal, często przez 7 dni w tygodniu. Ta pozbawiona uroku okolica jest niezwykle spokojna. Aż do wczoraj.

Około 20.000 robotników ruszyło w pokojowym mraszu, nawołując pracowników okolicznych fabryk do solidarności z nimi. Sytuacja wymknęła się spod kotroli, kiedy pojawił się pomysł ataku na chińskie fabryki – a takich tutaj nie brakuje. Przy okazji do jednego tygla wrzucono chińskie, koreańskie i tajwańskie firmy. Pod naciskiem tłumu padły bramy, w ruch poszły kamienie, stalowe pręty, koktajle mołotowa. Patriotyczne slogany ustąpiły miejsca najniższym instynktom: zaczęto niszczyć, kraść, palić mienie, zastraszać pracowników, grozić manadżerom.

Miejscowa prasa milczy jak zaklęta na temat zamieszek, w sukurs przychodzi przeklęty facebook. Nieznana jest liczba ofiar – mówi się o 2 zabitych chińskich przedsiębiorcach, 1 policjancie i 2 demonstrantach oraz wielu rannych. Spalono co najmniej 15  fabryk, a kilkaset splądrowano
lub zdewastowano.  



 Francuska fabryka mebli, w której od niedawna pracuję, nie zostala pominięta (jak niemal wszystkie zagraniczne firmy w okolicy). Ot, uznano, ze skoro zagraniczna, to można założyć, że prawdopodobnie wroga. Tłum przewrócił bramę, wybił szyby w paru oknach i odpuścił kiedy zobaczył
europejskie twarze szefostwa. Dzisiaj z samego rana, wywiesiliśmy baner: „Jesteśmy francuską firmą. Popieramy dążenia Wietnamu, itd.”. Do tego, zatknęliśmy flagę narodową, którą – jako produkt deficytowy - szybko porwali młodzieńcy na motorach patrolujący okolice. Byliśmy jedyną otwartą fabryką, poza wietnamskim konglomeratem stalowym. Szybko pojawiły się groźby pod adresem pracowników i żądania zaprzestania pracy, „skoro inne fabryki nie pracują”. W południe, w miarę napływu informacji, postanowiliśmy zamknąć podwoje do jutra. Dwie pozostałe fabryki,
polożone w sąsiednich parkach przemysłowych zostały zamknięte z samego rana po oszacowaniu strat z poprzedniego i ryzyku dzisiejszego dnia.

Niektóre okolice przedstawiają krajobraz jak po wojnie: spalone i splądrowane budynki, sterty szkła na ulicach, tlące się od wczoraj lub całkiem świeże pożary, odcięty prąd, patrolujący okolice helikopter wojskowy, wozy strażackie i hordy buntownikow z bożej łaski prujący na motorach,  machając czerwonymi flagami z żółtą gwiazdą.

Sytuacja wydaje się być pod kontrolą, aczkolwiek nieobecność policji jest porażająca. Inna rzecz, że w zaistnialej sytuacji, bardziej przydatne wydają się ciężkie jednostki wojskowe. Ruszyły posiłki z HCMC i ponoć doszło do pierwszych aresztowań. Przypuszczam jednak, że oto na naszych oczach poszło w ruch koło historii. Te największe od 60 lat demonstracje antychińskie i arogancka postawa wielkiego brata wobec sąsiadów i reszty świata, z pewnością nie wróżą niczego dobrego, a świadomość władzy narodzonej podczas protestów wobec zewnętrznego wroga może szybko zmienić adresata.



Festiwal Sztuki w Hue - 2014

chaobella
 
 

Już tradcyjnie, jak co dwa lata od 1998 roku, cesarskie miasto Hue otworzy historyczne podwoje festiwalowi sztuki.  Co wieczór, w XIX-wiecznej cytadeli, występować będą goście z Wietnamu oraz 20-stu krajów dookoła świata. Od 12-go do 20-go kwietnia,  publiczność ósmej edycji festiwalu będzie mogła delektować się bogatym menu. W  ofercie tegorocznego programu znajdują się koncerty, występy tańca,  wystawy, pokazy latawców, instalacje artystyczne, pokazy sztuki ulicznej, wartsztaty (np. kaligrafii) i targi. Organizatorzy obiecują również zajęcia dla niepełnosprawnych, zawody sportowe oraz wycieczki po okolicy.

Jak przystało na bogatą historię Hue, nie zabraknie pokazów tradycyjnej wietnamskiej sztuki dworskiej, w charakterystycznych dla tego regionu kostiumach (m.inn. tradycyjne ao dai w fioletowym odcieniu).

Wśród rozmaitych
atrakcji, warto zanotować  m.inn. :

12/04                     Uroczysta ceremonia inauguracji festiwalu, o godz. 20.00

13/04                     Pokaz „Noc orientu”

14/04                     Wielki pokaz „Ao dai”

16, 18/04              Spektakle teatralne

16/04                     Koncert muzyki dworskiej

18/04                     Pokaz tradycji Nam Giao (uroczystych poświęceń)

19/04                     „Noc cesarska” – pokaz tradycji dworskich zakończony królewskim bankietem

20/04                     Ceremonia zamknięcia festiwalu,. o godz. 20.00

 



Na szczególną uwagę zasługuje festiwal sztuki ulicznej; popołudniami, ulice miasta zapełnią się zagranicznymi artystami, m.inn. z Brazylii, Japonii, Indii, Norwegii, Mongolii, Australii, Rosji, Argentyny, Węgier i Polski (Orkiestra OSP z Nadarzyna). Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Koneserów (nie tylko sztuki) z pewnością ucieszy wiadomość, że w tym roku, festiwalowi w Hue towarzyszyć będzie promocja gastronomii.
Jak przystało na dworskie miasto, sm
aczna i delikatna kuchnia Hue powstała, by zadowolić nawet królewskie podniebienia.  Oprócz kuchni wietnamskiej, można będzie spróbować dań z Laosu, Kambodży, Tajlandii, Birmy, Singapuru, Malezji, Indonezji, Japonii, Koreii i Chin.

A zatem, ucztę zmysłów czas zacząć!  

Żenię się.... niechcący

chaobella

Są tacy, którzy ślub planują z pompą wiele miesięcy naprzód; inni wolą spontaniczne ceremonie w stylu Las Vegas, a jeszcze innych sama wizja przeraża tak bardzo, że żyją w wolnych związkach z obawy przed ogarnięciem logistyki przyjęcia (zwłaszcza, jeśli miałoby się powtarzać co kilka lat). 
Mój dobry francuski kolega - nazwijmy go Paul - mieszka od kilku lat ze swoją wietnamską dziewczyną – nazwijmy ją Hong. Ona mówi rodzinie, że mieszka w akademiku, on się nie musi nikomu tłumaczyć. Nic nie zakłócało sielanki, aż do niedawnej wizyty rodziców chłopaka w Wietnamie. Chcąc sprawić wszystkim przyjemność, postanowił  zorganizować uroczystą kolację w wyjątkowym miejscu. Jak pomyślał, tak zrobił, a raczej – zlecił zadanie specjalne Hong. Ona przyklasnęła i zaczęła dzwonić do restauracji na uroczej wysepce Than Da. Paul co jakiś czas pytał o postęp w logistyce, ale jako, że wszystko wydawało się być pod kontrolą, nie wnikał w szczegóły, bądź co bądź, planowanej kolacji dla czworga.
Pięć dni później, Hong poprosiła go o odebranie sukienki zamówionej na kolację – w końcu nie co dzień podejmuje się rodziców chłopaka, w dodatku przybyłych z dalekiej Francji. Paul wpadł do krawca po pracy, machinalnie zapłacił i dopiero porozumiewawcze spojrzenie wlaściciela pracowni oraz nieoczekiwana waga paczki ze strojem wzbudziła jego podejrzenia. Odbierał bowiem tradycyjny, kobiecy kostium ślubny! Uśmiechnął się pod nosem – w końcu nie tak dawno bawił się przez całą noc na przyjęciu zorganizowanym przez znajomych cudzoziemców, gdzie część gości paradowala w  wietnamskich strojach ślubnych – ot, nostalgiczny i elegancki wybór kostiumu na pożegnanie się z krajem.
Następnego dnia, wraz z Hong, udał się do restauracji – ot, sprawdzić, czy faktycznie miejsce zadowoli rodziców. Zamiast stolika dla czworga,
zastał
bogato udekorowaną salę na sto osób. Styl nie pozostawiał cienia złudzeń. Spojrzał na Hong, która rozpłynęła się w dumnym uśmiechu: tak pięknie sobie poradziła z życiowym zadaniem, w zaledwie pięć dni! Ma też nadzieję, że Paul’owi spodoba się jego tradycyjny strój ślubny – w drodze powrotnej, wpadną do krawca do przymiarki.
Cóż było robić? W akcie paniki, Paul obdzwonił dziesięciu najlepszych znajomych, z których tylko co drugi mógł się zjawić w ekspresowym tempie na niespodziewanym ślubie nazajutrz. 

Kiedy, niczego nieświadoma, zapytałam Paula w poniedziałek, co słychać, usłyszałam:
- No cóż, jak by to powiedzieć...., wygląda na to, że niechcący się ożeniłem...



Poprosię McProsię

chaobella

40 lat po zakończeniu wojny z USA, Wietnam wyciągnał rękę do imperialistycznego kapitalisty i byłego wroga; w HCM City, na rogu ulic Dien Bien Phu (jakże wymownie) i Nguyen Binh Khiem, McDonald’s szumnie otworzył swoją 38-ą franczyzę w Azji i 10.000-czną placówkę w regionie. 



Jego konkurencja już tutaj jest : KFC, Burger King i Pizza Hut będą musiały podzielić między siebie 90-milionową populacje konsumentów. Przynaję uczciwie:wszystkie te przybytki znam jedynie z widzenia i słyszenia. Moja noga postała w McDonaldzie raz – w czeskiej Pradze, o 4 rano, kiedy po całonocnej podróży nie sposób było znaleźć otwartą restaurację.

Wybór Wietnamu był oczywisty dla dyrekcji McDonald’s – to jeden z największych krajów w regionie, z bardzo młodą populacją i rosnącym apetytem na zachodnie atrakcje. Podobnie jak Chiny, Wietnam pozostaje komunistyczny w różnych aspektach, ale na pewno nie w sensie ekonomicznym.   

Wizyta w najsłynniejszej hamburgerowni świata to symbol statusu społecznego i prosty przejaw ciekowości– Wietnamczycy nie robią sobie złudzeń, co do jakości posiłków. Droższe (Big Mac kosztuje ok. 2 euro) i mniej wyrafinowane niż większość dań serwowanych przez lokalne restauracje i garkuchnie,
McDonald’s ma szanse podbić rynek otwartymi przez 24 godziny drzwiami oraz systemem drive-thru, do którego już w dniu otwarcia stanęły kolejki motorów. W odpowiedzi na miejscowe preferencje,  stworzono także McPork’a (czytaj: McProsię).  

Co ciekawe, krajowa licencja McDonald’s, w wyniku długotrwałego i przejrzystego procesu, trafiła w ręce… Henry’ego Nguyen’a - zięcia wietnamskiego Premiera (na zdjęciu, w środku). Wychowany w USA, ponoć całe życie marzył o otworzeniu wietnamskiej sieci McDonald’s, gdzie jako nastolatek zarabiał na życie. Dynamiczny 40-letni biznesman jest przekonany, że to dopiero początek ekspansji sieci w całym kraju.  


W świetle rosnącego problemu otyłości wsród dzieci i młodzieży, pojawienie się McDonald’s wydaje się niepokojący. Miejmy nadzieję, że po pierwszym zachłyśnięciu się nowością, miejscowe świeze sajgonki i aromatyczne pho zwyciężą ze sztucznym i importowanym menu.

  

(McDonald’s spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem cudzoziemców w Sajgonie – na zdjęciu kubańska piosenkarka Lissette)

Drogówka się opłaca

chaobella

Pod presją konieczności podejmowania postanowień noworocznych, zaczęłam od najprostszych; znajdę wreszcie porzucone nonszalancko prawo jazdy, które przyszło mi zdobyć w pocie ponad 10 lat temu. Pot był dosłowny – jako, że test z jazdy odbywał się z dyżurnym, niepierwszej świeżości kaskiem na głowie.

Dekada spędzona w Wietnamie zrobiła swoje: płacenie drogówce wydaje się tak oczywiste, jak pora deszczowa w maju. W zależności od skali występku, stopnia uporu policjanta i naszego wolnego czasu,  z kłopotów drogowych wydostajemy się za około 200.000 -500.000 dongów (ok. 10-25 USD). To stawka za święty spokój. Dopiero jednak niedawno trafiłam na oficlajny dekret z oficjalną listą mandatów dla niepoprawnych kierowców dwuśladów. I co się okazuje? Ze przepłacamy!
Jednocześnie, dzisiaj podliczyłabym się na jakieś 2.500.000 VND (punkty 5,6,7, 8,15,20), głownie dlatego, że wiozłam delikatną porcelanę ....
Skandalicznie niski  mandat za brak prawa jazdy nie działa zbyt motywująco do kontynuowania poszukiwań w przepastnych szufladach tego unikatowego certyfikatu.

Do moich ulubionych kategorii poniżej należy jazda na jednym kole oraz jazda bez trzymanki.  Zaś najgorsza plaga: skręcanie bez użycia sygnału świetlnego wyceniono na marne 10-20 USD. Co gorsza, niegdzie nie znalazł się występek, który nieraz posuwa mnie do chęci popełnienia zbrodni z premedytacją: wyjeżdżania na pełnym gazie z drogi zależnej na głowną patrząc jedynie przed siebie, w myśl zasady ”po nas choćby potop”.

A co Wy macie na sumieniu?

Te rozstania i powroty...

chaobella

Ach, te rozstania i powroty… Wietnam, to chyba jedyny kraj, w którym podczas tygodniowej nieobecności potrafi bez śladu zniknąć ulubiona willa, powstać nowa restauracja, a własny dom zmienić kolor. Tym razem, powrót z trzytygodniowej wizyty w ojczyźnie zaowocował nie tyle zmianami architektoniczno-przestrzennymi (choć oczywiście takich nie zabrakło), co obyczajowymi. Pytanie, czy zmieniła się wietnamska rzeczywistość czy też skrzywieniu/wyprostowaniu uległo moje postrzeganie.

Na lotnisku w Sajgonie, odebraliśmy od Vietnam Airlines bagaż w całości i w ciągu kwadransa od przylotu. W Warszawie, Air France traktowała nas per noga, mimo złotej karty podróżnej i zagubionego bagażu na dzień przed wigilią.

Ruszyliśmy na szybkie zakupy, by zaopatrzyć pustą lodówkę. Czas spędzony na tejże operacji: pół godziny łącznie z transportem (motorem). W Warszawie należałoby poświęcić ponad godzinę i sporo nerwów.

Wieczorem świętowaliśmy urodziny koleżanki w pobliskiej restauracji. Nasiadówka pod palmami, zimne wino nad basenem – z niedowierzaniem powtarzaliśmy sobie, że jeszcze dobę temu przytupywaliśmy z zimna na spacerze po warszawskiej Starówce.

Następnego dnia ruszyałam na zakupy na tzw. ruskich targach; tutaj można dostać zarówno wyroby znanych marek za grosze, jak trzykrotnego użytku koszulki, spodenki itd. Szybko odnalazałam ulubionego sprzedawcę, u którego stale zaopatruję się w ubrania do jogi. Facet wyraźnie się ucieszył – poklepaliśmy się nawzajem po plecach. I zaraz się zaczęło:
- Ile kosztuje ta bluzka?
- Sprzedawca: 3 dolary.
- Dam dwa – negocjuje miejscowa klientka.
- Nie, nie, nie mogę! To dobra cena – broni się sprzedawca ( i trudno się z nim nie zgodzić).
- Dam dwa – upiera się kobieta.
Sprzedawca patrzy na mnie i doznaje olśnienia:
- Ale madame (to o mnie...) płaci taką samą cenę, a to stała klientka, więc powinna mieć upust. Ale ja wszystkich równo traktuję.

Reklama dźwignią handlu – sprzedawca zyskuje podwójnie: klientka płaci bez dalszych dyskusji, a za nią podchodzą nowe.

W innym miejscu pytam o cenę sukienki: 15 dolarów. Sprzedawczyni wypytuje, czy mieszkam na stałe w Sajgonie, bo takiej ceny nie zaoferuje turystom. Kłopot w tym, że za chwilę podchodzi młoda Wietnamka i pyta o cenę tej samej sukienki. Sprzedawczyni wije się i udaje, że nie słyszy. Z całym okrucieństwem pozostaję na stanowisku – już wie, że rozumiem po wietnamsku. Sciszonym głosem podaje cenę: 12 dolarów. Wietnamka patrzy z dezaprobatą: może dać 10 albo nic. Kupuje i odchodzi, teraz czas na renegocjację mojej oferty. Sprzedawczyni jest nie w sosie, ale proponuje dalsze zakupy.
- Może torebkę?
- Czemu nie? Ale szukam takiej ze skóry.
- Wszystkie są ze skóry! – zachwala, po czym łapie pierwszą lepszą z brzegu i opala zapalniczką. Torba się nie zajmuje ogniem – to jest dowód na najwyższą jakość skóry!
Widziałam ten sam numer z najwyższej jakości 100% jedwabiem. Nie znam się na fizyce i chemii, ale skórę i jedwab od plastiku łatwo potrafię odróżnić. Wierząc w niezłomną potęgę edukacji, cierpliwie tłumaczę, że chodzi mi o prawdziwą skórę – taką, z jakiej jest zrobiona moja obecna torebka.
- Aaaa, to skóra numer jeden, my mamy tylko skórę numer dwa – uśmiecha się sprzedawczyni.
- A może Mulberry – skóra, oryginał!
- W jakiej cenie ma pani ten orygniał ? – syczę złośliwie.
- Jak dla pani, bo pani mieszka w Sajgonie – to 30 dolarów.
- Jak na oryginał, to zaskakująca cena – cedzę z zadowoleniem (odbywam taką rozmowę co najmniej raz w roku od 11 lat).
- Madame – szepcze sprzedawczyni – to kopia, ale oryginalna kopia!


Po drodze do domu, zatrzymuję się u ulicznego szewca. Pastuje, sznuruje i reperuje buty wprost na chodniku – od rana do zachodu słońca. Podchodzi pomocnik – umorusany pastą, bosonogi  16-18-stolatek. Pokazuję buty z oderwanym paskiem i tłumaczę na migi, co trzeba zrobić. Patrzy na mnie, odrzuca grzywkę na czoło i odpowiada po angielsku: Trzeba zszyc, bo klej nie wystarcza.
Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię.

Po drodze klnę na korki i nieudolną policję drogową. I obiecuję sobie, że w końcu wyrobię sobie kopię zagubionego przed laty prawa jazdy, zamiast, jak zwykle uciekać stróżom prawa.

I jak nie lubić tego kraju?  

  

Nie zdradzaj, biedaku!

chaobella

Przez dekadę spędzoną w Wietnamie, nigdy nie słyszałam o dekrecie regulującym niemoralne prowadzenie się małżonków, aż rozpętała się burza medialna wokół środków karania niewiernych.
Otóż, kilka miesięcy temu ogłoszono, że pożycie pozamałżeńskie spotka się z karą pieniężną w wysokości od 10 do 48 USD (czyli dwukrotność wcześniej obowiązującego przedziału 5-25 USD). Grzesznikami według nowego prawa są zamężni obywatele, którzy jednocześnie żyją w bigamicznym związku. Wyjaśnienia oczywiście wymaga pojęcie bigamii. Choć jasne z punktu widzenia prawa, wydaje się łatwym łupem nadużyć. Bo bigamistą może zostać określona osoba żyjąca „tak jak w związku małżeńskim” bez jego formalizacji. Wyobraźnia zaczyna więc hulać: chociaż ustawa uderza w niemoralne związki między rodzicami i dziećmi, teściami i małżonkami dzieci, kuzynostwem i rodzeństwem, równie dobrze dotyczy nieformalnych związków pozamałżeńskich czy par tej samej płci. Czy pod ten sam przepis podpadną pary umawiające się na romantyczne lub płatne schadzki bez wiedzy ich małżonków?
Ustawa nie precyzuje w jaki sposób nielegalne związki będą wykrywane, ani jaki sposób ich „natychmiastowego zakończenia” zadowoli władze. Ciekawe, w jaki sposób zostaną przeszkolone specjalne jednostki; być może zostaną wysłane na szkolenie do szariackich regionów Afganistanu...

Co ciekawe, na stronie miejscowego dziennika informującego o kontrowersyjnej ustawie miga reklama skąpo odzianych dziewcząt promujących ... portal randkowy „Tajskie pocałunki”.   

Tajfun Haiyan ominął Wietnam

chaobella

Jak juz wiadomo, potężny tajfun Haiyan ominął Wietnam szerokim łukiem.  
A jednak, przez cały ubiegły tydzień z niepokojem spoglądaliśmy w niebo. Eskalacja paniki przebiegała stopniowo. Najpierw, w ubiegłą środę, po raz pierwszy na taką skalę, władze nawoływały o zachowanie najwyższych środków ostrożności. Grzmiały media, uliczne głośniki, policja i ubezpieczyciele. Po południu odwołano zajęcia w szkołach i zalecono pozostanie w bezpiecznym miejscu. Patrzyłam w niebieskie niebo i nie mogłam powstrzymać się od przejażdżki rowerem. Jedynie wyludnione ulice wskazywały na wyjątkowość sytuacji. Co rzadkie w Sajgonie, niebo wieczorem przybrało piękny różowy kolor, by później pokryć się skrzącymi gwiazdami. W końcu spadł deszcz. Zanim zaryglowałam wszystkie okna, przestało  padać. A zatem tak wygląda groźny tajfun?!
Deszcz wrócił nad ranem – z nieba lało się bez przerwy przez 6 godzin – nic wyjątkowego pod koniec pory deszczowej. A jednak, w połączeniu z wysokim poziomem rzeki – w mieście Ho Chi Minh’a nastąpił przysłowiowy sajgon. Zalane ulice stanęły w gigantycznych korkach – posłuszeństwa odmawiały motory i samochody, pojawiały się ...czółna.  Istny armagedon. Sami popatrzcie:


 (wiecej zdjec TUTAJ)

Kiedy już otrząsnęliśmy się z tropikalnych atrakcji, media zaczęły trąbić o tajfunie stulecia. Haiyan miał uderzyć w Filipiny i tradycyjne dotrzeć rykoszetem do centrum i północy Wietnamu. To zdarza się co roku – pomyśleliśmy. Kiedy jednak BBC powtarzało kilka razy dziennie, że najgorsze zacznie się w niedzielę, a znajomi dookoła świata przysyłali zaniepokojone maile, zaczęliśmy się obawiać najgorszego. Kiedy już dowiedzieliśmy się, do jakiej tragedii doszło na Filipinach, w Sajgonie nieskazitelnie błękitne niebo wydawało się śmiać nam w twarz. Choć władze ewakuowały 600.000 osób na północy kraju, tajfun wyhamował na trasie do Wietnamu. Padało i wiało na północy i w centrum kraju, my na południu – z konsternacją śledziliśmy BBC powtarzające wciąż alaramujące wiadomości o nieuniknionej katastrofie.

Władze wykazały się wyjątkową w historii zapobiegliwością  - Haiyan nas ominął, ale skala zniszczeń na Filipinach przypomina, że ostrożności nigdy za wiele.
Chciałam podkreślić, że Wietnam przekazał 100.000 dolarów pomocy filipińskim ofiarom. Tyle samo, co regionalna i światowa potęga – Chiny....  

  

Kalejdoskop reklamowy

chaobella

Z nimi źle, bez nich.... trudno wyobrazić sobie codzienny krajobraz. Bywa, że łakomie spojrzymy na apetyczne negliże albo wyszukane artystycznie projekty, ale zazwyczaj narzekamy na zalew reklamami, uznając je  za paskudny dodatek do rzeczywistości.  

Wietnamskie władze przez długi czas uznawały reklamy na przejaw imperialistycznej ingerencji – po zakończeniu wojny z USA w 1975 r., banery na wiele lat zniknęły z ulic Sajgonu. W czasach globalnej  wioski, większość tutejszych reklam niczym nie różni się od ich odpowiedników w bardziej rozwiniętych krajach. Ostatnie bastiony antyreklamowe padają – miejscowe władze właśnie zezwoiły na bezprecedensowe zamieszczanie reklam na autobusach!

Niedawno trafiłam na stare zdjęcia Sajgonu ze staromodnymi reklamami w tle i wyraźnie się rozczuliłam... Sami popatrzcie.

Bambus twój wróg!

chaobella

Parafrazując  przebój sprzed lat: Bambusowe pole rosło wokół nas....

Trzy lata temu, wprowadzając się do domu z pasmem ziemii udającym ogródek, postanowiliśmy wyczarować na nim ... tropikalny las. Kilka sadzonek bambusowych drzew trafilo wprost do ziemii i pozostawało wyczekiwać, czy zieloni goście zadomowią się na dobre.  Rzeczywistość  przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Bambusy są najszybciej rosnącymi roślinami na świecie. Rekord Guinessa należy należy do jedngo z tysiąca gatunków bambusa, który rośnie 91 cm dziennie! Najwyższe drzewa osiągają 40 metrów w tropikach i 20-30 metrów w klimacie umiarkowanym.
Cykl życia drzew bambusowych to zaledwie ok. 10 lat. Dzięki temu, cieszą się one opinią najbardziej ekologicznego materiału budowlanego.  Doskonała adaptacja klimatyczna (bambusy potrafią przetrwać nawet przy -29 stopniach C!) pozwala na obsadzenie nawet niezbyt użytkowych ziem. Dekadę później, kiedy drzewo obumiera, drewno bambusowe rozpoczyna swój proces reinkarnacji. Bambusowe pnie potrafią osiągnąć do 20 cm średnicy i charakteryzują się wyjątkową odpornością i sprężystością. Z bambusowego drewna powstają mosty, domy, dachówki, rusztowania, łodzie, meble, rowery, deskorolki, papier , a nawet tekstylia. Pędy bambusa trafiają na nasze stoły, gęste listowie  skutecznie chroni przed słońcem, a sama roślina jest symbolem długowieczności w Azji.  Rzecz doprawdy doskonała!

A jednak bambus potrafi mieć wrogów. Kilka miesięcy temu, nasi sąsiedzi zaczęli narzekać na nasz strzelisty ogród. Otóż, bambusy – rzecz niesłychana – tracą liście. Targane tropikalnymi wiatrami, kołyszą się z gracją kilkanaście metrów nad ziemią i obsypują okolicę jaskrawozielonymi listkami. To zresztą doskonała podściółka  - chroni rozgrzaną ziemię od tropikalnego słońca i zatrzymuje wilgoć. A jednak, potrafi to rozzłościć zwolenników domów z betonu.
I tak, któregoś pięknego dnia, grzecznie uśmiechnięty pan pojawił się na naszym podwórku, gdzie – drogą kompromisu – miał przyciąć bambusy po sąsiedzkiej stronie. Zapachniało sporem Kargulów z Pawlakami. To drzewo rośnie w naszą, a to w sąsiada stronę...
Kiedy już zakończyliśmy selekcję, pan przystąpił do dzieła, wyjmując z kieszeni .... sekator do róż. Z przejęciem obserwowałam jego zmagania i topniejącą w południowym słońcu wiarę, że może się udać. Po 10 minutach, z tajemniczym uśmiechem na twarzy, człowiek nisko się skłonił i zniknął, by po chwili pojawić się z siekierką. Ten wybór zapowiadał nieuchronnie tragiczny koniec; ostrze groźnie błyskało między żylastymi łydkami oprawcy. W czysto humanitarnym odruchu, zaproponowałam mu zestaw dwóch pił ręcznych.  Z widoczną ulgą chwycił piłkę do drewna i zaczął wycinać. Pięć metrów ściętego bambusa to namiastka dżungli na podwórzu. Pomnożona przez 15 sztuk, ścinka utworzyła swoistą leśną górę. Oprawca zarzucił las na plecy i udał się na wrogi teren za międzą. Efekt interwencji był zgodny z oczekiwaniami i naszym własnym doświadczeniem w tym zakresie: amatorskie oko nie ujrzałoby żadnej różnicy pomiędzy lekko przeczesanym buszem.

Wróg nie dawał za wygraną – nie dość, że nie osiągnął celu, to jeszcze utracił twarz. Tydzień później, w pewne popołudnie, nad sąsiedzkim murem, na wysokości siedmiu metrów, zasiadł oprawca – montując tym razem siatkę. Cóż, będzie zasłaniać niebo, ale jako że nie padło na najgorzy wybór wzornictwa, uznałam to za ciekawe urozmaicenie krajobrazu.  Wyglądało to jednak na typowo miejscową robotę – szybko sklecone elementy tańczyły na wietrze, co i rusz obsypując nimi okolicę. Siatkarz działał na dwa fronty – montował instalację i wycinał wszystko, co przekraczało jej poziom. Zadrżałam, obawiając się prawdziwej rzezi bambusów.   Wiatr wiał coraz mocniej i zaczęłam się zastanawiać, czy mizerny siatkarz nie odleci w nieznane. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Niebo zasnuło się czarnymi chmurami, zagrzmiało, zahuczalo, po czym doszło do typowego w porze deszczowej oberwania chmury. Nie od razu zorientowałam się, że odgłosom natury towarzyszą niezidentyfikowane dźwięki. Błyski, syki i pospolite ruszenie wzbudziło moją podejrzliwość. Wybiegłam na podwórze, by ze zgrozą ujrzeć siedzącego okrakiem na siedmiometrowej siatce człowieka, operującego w strugach deszczu.... lutownicą! Fakt, należało połatać elementy konstrukcji, ale przy burzy z piorunami, zakrawało to na samobójstwo. Co ciekawe, za ścianą słychać było nerwowe ponaglanie sąsiadki – najwidoczniej umówiła się na umowę o dzieło i nie zamierzała spocząć przed końcem roboty. Pytanie, czy dzieło ujrzy koniec przed końcem wykonawcy... Facet uwijał się między kroplami deszczu, ślizgając się pośladkami po mokrej oprawie siatki. Z prawdziwą ciekawością badacza, zaczęłam się zastanawiać, czy nie spadnie na wycięte pole bambusowych kikutów. Jak wiadomo, bambusowe pułapki są niezwykle cenioną bronią w czasie wojen w tropikach. A jeśli spadnie na naszą stronę? Czy będę oskarżona o atak na wroga? Przerażona, zamknęłam sie na cztery spusty w domu i postanowiłam wyjść dopiero rano.

Na tle błękitnego nieba, ścięte, gołe kikuty sprawiały dramatyczne wrażenie... Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kiedyś ..., że może uda się im odbić.  Obiecałam sobie nie patrzeć  na pole hańby przez tydzień. Nie wiem, w jakim tempie rosną moje bambusy, ale po 2 tygodniach gołe trzonki obsypały się liścmi i sięgnęły pierwszego piętra. Dzisiaj, po 2 miesiącach od ataku wroga, moje poletko zastosowało się do zasady olimpijskiej – wyżej, dalej, lepiej. Ścinka podziałała na nie odmładzająco; są mocniejsze i  gęstsze, a siatka okazała się świetnym wsparciem dla ich wzrostu.
Ślinka mi cieknie w oczekiwaniu na kolejne odsłony bambusowej tragikomedii... 


Zmarł legendarny generał Giap

chaobella
W wieku 102 lat, 4.10.2013 r. zmarł legendarny generał Giap. Odszedł w otoczeniu rodziny, w wojskowym szpitalu w Hanoi, gdzie przebywał od 3 lat. 

Giap opuścił biuro polityczne  w 1982 r. a oficjalnie wycofał się z polityki w 1991 r. Do końca lat 90-tych, pozostawał jednak uważnym obserwatorem życia politycznego kraju i niejednokrotnie zabierał głos, krytykując m.inn. korupcję władzy oraz degradację środowiska spowodowaną niekontrolowanym procesem modernizacji kraju.

Zapraszam do ponownej lektury o generale : TUTAJ oraz słynnego wywiadu z nim przeprowadzonego przez Orianę Fallaci : TUTAJ 


Miss Saigon na facebook'u

chaobella

Drodzy Czytelnicy,

Miss Saigon udziela się również na facebook’u – ot, znak czasów... 

Blox pozostaje głównym źródłem artykułów, podczas gdy wersja na facebook’u obejmuje również krótkie notki i zdjęcia z życia codziennego w Wietnamie.

Zapraszam TUTAJ !


Ale Sajgon! (zapnijcie pasy bezpieczeństwa)

chaobella
Jeśli macie wolne 3 minuty i 41 sekund, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Sajgonie. 
Ku zadowoleniu jednych i rozpaczy innych, miasto rozwija się z każdym rokiem, o dziwo, wciąż zachowując swój niepowtarzalny urok. 

Zadanie specjalne dla tych, którzy byli w Sajgonie i przeżyli: spróbujcie nazwać przynajmniej trzy przedstawione sztandarowe symbole miasta. 

Zapnijcie pasy bezpieczeństwa i w drogę!

Kliknij TUTAJ 





Przypraw sobie rogi (nosorożca).

chaobella




Kiedy nasz tanzański przewodnik usłyszał, że przybywamy z Wietnamu, jedynie smutno pokiwał głową. Skojarzył sąsiedztwo z największym wrogiem nosorożców – Chinami, choć nie wiedział, że sam Wietnam nie ustaje w wysiłkach zajęcia 2 miejsca w tym karczemnym procederze. Popyt na kły nosorożca istniał już w latach 60-70tych i drastycznie wzróśł w połowie lat 90-tych, kiedy bogacić zaczęły się Chiny.
 
Chociaż oficjalnie produkt jest nielegalny, sproszkowane kły nosorożca można dostać chociażby w sklepach „medycyny naturalnej” w Hanoi, gdzie handluje się również np. nalewką z niedźwiedziej łapy. 
75% światowej populacji nosorożców żyje w Afryce Południowej. Od 2008 r., liczba nielegalnych polowań na nosorożce gwałtownie wzrasta; od 20 rocznie do ... 668 sztuk w 2012 roku i 663 dotychczas w 2013 roku. Apetyt na nieposiadające żadnych wartości odżywczych kły wydaje się wciąż niezaspokojony. Chińczycy i Wietnamczycy wierzą, że sproszkowane kły są panaceum na wszytko: od kaca, przez impotencję, po nowotwór. Ponadto, wśród dorobkiewiczów, panuje moda na ofiarowanie kłów jako symbolu wysokiego statusu społecznego.          


Światowy Fundusz  na rzecz Przyrody (World Wildlife Fund) przeprowadził na terenie Wietnamu badania konsumenckie na 720-stu korespondentach z Hanoi i Ho Chi Minh City.  Potwierdziły one zapotrzebowanie na kły nosorożca głównie jako oznakę statusu społecznego. Jedynie 35% badanych wykazało brak zainteresowania cudownym proszkiem. Pozostali albo słyszeli i doceniają, albo już konsumowali (5%), albo dążą do jego zakupu (16%). Na przeszkodzie stoi głównie cena specyfiku: ok. 60.000 dolarów za kilogram. Do klienteli należą zamożni, często dobrze wykształceni Wietnamczycy. Biznesmeni, czuli mężowie, zatroskane dzieci – kupujący sobie rogami atencję, interes lub naśladujący bogatszych sąsiadów. „Skoro kolega kupił ojcu tak wyrafinowany specyfik, to i ja kupię” – powtarza się jak mantra, choć wielu z ofiarodawców wątpi w cudowne działanie proszku.

Klienci doskonale zdają sobie sprawę z nielegalnego charakteru medykamentu – ale poczucie winy maleje wraz z odległością. W końcu proszek przemierza wiele tysięcy kilometrów, a jego postać nijak nie kojarzy się z prehistoryczną, dziwną bestią z czarnego lądu. Ponadto, któż słyszał o aresztowaniu przemytników rogów nosorożców w Wietnamie? Skoro nie ma winnych, to nielegalny handel nie może być aż tak nieprzyzwoity.

Przed nami długa droga edukacji w kwestii prawa. Niestety, do dorosłych ludzi, zaślepionych kompleksami i chęcią podboju piramidy społecznej trudno przemawiać językiem rozsądku i elementarnym wykładem na temat dobra i zła. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś dotrze do nich prosta prawda – o chybionej inwestycji.

Jak dobitnie stwierdził nasz przewodnik w Lake Nakuru, w Kenii: w rogach nosorożca można znaleźć to samo, co w ludzkich włosach i paznokciach – trochę białka, wody
i tłuszczu. 

 
   

Postęp, spocznij!

chaobella




Wietnam miał niegdyś ambicję osiągnięcia poziomu Singapuru lub przynajmniej Chin – dzisiaj wydaje się raczej zmierzać w kierunku Birmy. 

Z dniem 1-go września 2013, Dekret 72 reguluje zasady wolności słowa w przestrzeni internetowej. Tym samym, miejscowi dostawcy internetu mogą wyłącznie działać poprzez serwery zarejestrowane w kraju. Dotychczas, ta zasada była stosowana wybiórczo: i tak, użytkownicy pewnych firm telekomunikacyjnych mogli swobodnie korzystać z usług oficjalnie zakazanych i śmigać po stronach niecnych imperialistów ukrytych pod kryptonimem BBC, CNN czy Facebook. Nadal jednak istnieja taka możliwość: wystarczy zmienić numery serwera tak, by wskazywał na zagraniczną lokalizację – instrukcja dostępna w internecie oraz u każdego informatyka. 

Nowe prawo reguluje zasady użytkowania szatańskich mediów społecznych: „Twitter i Facebook mogą być wykorzystywane w celu wymiany wyłącznie osobistych informacji”. Nieprawomyślne jest również publikowanie jakichkolwiek informacji uderzających w rząd wietnamski oraz narodowe bezpieczeństwo kraju.  
Tak luźna legislacja będzie, rzecz jasna, idealną bronią do nadużyć i swobodnych interpretacji. Czy karalne będzie jawne krytykowanie rządu, czy również „dzielenie” się informacją o powodziach na stronie BBC albo „lubienie” informacji o postępie w rozmowach o arselnale Syrii? 

Azjatyckie Stowarzyszenie Internetowe – grupa zrzeszająca m.inn. Google i Facebook, oznajmiła, iż Dekret 72 przyczyni się do zahamowania innowacyjności w biznesie oraz zniechęci zagranicznych inwestorów. W dobie kryzysu, to przysłowiowy strzał we własną stopę.   

Kochane słoneczko

chaobella

Modlimy się o deszcz,  z nadzieją, że przegoni upały, odświeży powietrze i w końcu pozwoli żyć! Już o poranku, temperatura osiąga 29°, a potem tylko rośnie: do 36° oficjalnie, faktycznie jest pewnie z 54°C.  Do tego oblepiająca wilgoć. Od tygodnia, wpatruję się w prognozę pogody jak w obraz: już od (ostatniego) poniedziałku burze i deszczyk! Nic z tego: owszem, zachmurzyło się, ale poza obiecującymi pomrukami, z nieba nie spada ani jedna kropla deszczu. Przynajmiej zaczyna od czasu do czasu powiewać wietrzyk, czasem nawet pożądny wiatr: to na pewno znak rychłej ulewy!  Bywa, że liście zrywa z drzew, zwierzęta przezornie chowają się w domach, a jednak okazuje się, że znów daliśmy się nabrać... Sprawdzam raz jeszcze prognozę, przyglądam się uważnie symbolom pogody: fakt, nikt nie obiecywał deszczu, a jedynie grzmoty i błyskawice. Na grzmotach się skończyło... Od soboty znowu słoneczko i tylko 34 stopnie – czyli spore ochłodzenie! Póki co, zaczarowując rzeczywistość, nabyłam płytę z odgłosami natury: Deszcze i Burze. Część burzowa faktycznie daję złudzenie zapowiedzi ochłody, ale Deszcze bardziej przypominają szum zepsutego telewizora w czasach PRL-u. A zatem skazani jesteśmy na grzmoty, a póżniej znowu słoneczko.

To dobrze, słońce to symbol życia, nadzieii, wzrostu, optymizu! Jak tylko spadnie upragniony deszczyk i zaczniemy brodzić po kolana w wodzie, narzekać na odpadający ze ścian tynk i gnijące pranie, jeszcze zatęsknimy za kochanym ciepełkiem.

Zdaję sobie sprawę, że tekst ten nie spotka się ze zrozumieniem rodaków nad Wisłą, z racji czego bolejąc,  dodatkowo się pocę.   

Dobrych powtórek nigdy dosyć: zapraszam do lektury bardzo adekwatnego tekstu poniżej, aczkolwiek on także nie spotka się ze zrozumieniem rodaków z krainy wiecznej zimy.

"Dziennik Chryzantema Dupino w Pensylwanii" , Zoé Valdés, "Cud w Miami ", wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2004


Dwunasty sierpnia
Dziś przeniosłem się do mojego nowego domu w Pensylwanii. To skromy, ale wygodny dom, z kominkiem w każdym pokoju. Kominki są bardzo romantyczne!Marzyłem o takim romantycznym i spokojnym miejscu. Jakiż tu spokój! Wszystko tu jest higieniczne, ładne i przytulne... Góry są takie majestatyczne! Aż trudno mi usiedzieć w miejscu, mam ochotę bez przerwy podziwiać górskie szczyty, całe w śniegu. Jak dobrze, że uwolniłem się w końcu od upału,wilgoci, ruchu ulicznego, huraganów i tego ciągłego kubańskiego podrygiwania. Miami?!?! To jest życie. Życie w świętym spokoju z dala od błędów.

Czternasty października
Pensylwania jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem w życiu. Liście drzew miały już wszystkie odcienie czerwieni, były pomarańczowe, złote i srebrzyste, a jak pachną! Cudownie jest oglądać cztery pory roku. Wyszedłem na spacer do lasu i po raz pierwszy w życiu widziałem jelenia. One są takie zwinne, takie eleganckie... to jest jedno z najwspanialszych zwierząt, jakie Bóg stworzył. To jeden z Jego najlepszych pomysłów. Nie wątpię, że to ma coś wspólnego z rajem. Mam nadzieję, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Słodkie i przyjemne.

Jedenasty listopada
Niedługo rozpocznie się sezon polowań na jelenie. Nie mogę sobie wyobrazić jak człowiek może chcieć zabić to naprawdę boskie stworzenie. Nadeszła zima. Przypomina delikatną melodie delikatnego cudzołóstwa. Mam nadzieje, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Życie w miłości bliźniego. Bez zazdrości i politykierstwa.

Drugi grudnia
W nocy spadł śnieg. Obudziłem się i zobaczyłem krajobraz przykryty białą kołderką. Jak na pocztówce... albo w filmie. Wyszedłem zeby odśnieżyć schodki i ścieżkę przed domem. Tarzałem się szczęśliwy w śniegu, potem urządziliśmy sobie z sąsiadami bitwę na śnieżki. Wygrałem. Kiedy przejechał pług musiałem znowu  odśnieżyć. Co za piękne zjawisko - śnieg! Jak kulki bawełny fruwające wolno w powietrzu. Jakie to wspaniałe miejsce. W Pensylwanii to jest życie. Takie, o jakie chodziło starożytnym Grekom. Sztuka i zabawa.

Dwunasty grudnia
Znowu w nocy padał śnieg. Jestem zachwycony. Pług znów zapaskudził mi ścieżkę. No, trudno, co mogę poradzić, i tak miałem uprzątnąć kupy tych nielicznych ptaków, które nie odleciały, bo im się nie chciało. To jest życie.

Dziewiętnasty grudnia
W nocy znów padał śnieg. Nie mogłem do końca odśnieżyć ścieżki, bo znowu przejechał pług, i teraz nie mogę wyjść do pracy - drzwi się nie otwierają pod naporem zlodowaciałego śniegu. Trochę jestem zmęczony odgarnianiem śniegu, który chyba nigdy nie przestanie padać. Co za życie!

Dwudziesty drugi grudnia
W nocy dla odmiany spadł śnieg, albo raczej to białe gówno. Ręce mam poharatane, całe w pęcherzach od łopaty. Wydaje mi się,że ten pług obserwuje mnie zza rogu i czeka, aż odśnieżę, żeby ruszyć w trasę. Kurwa jego mac! Życie tutaj w zimie jest gówno warte.

Dwudziesty piąty grudnia
Wesołych świąt, całych w bieli! I to, kurwa, naprawdę całych w bieli, bo pełno tu tego białego gówna, żeby to szlag trafił! Jak dorwę tego skurwysyna, kierowcę pługu, to przysięgam - własnymi
rękami zaduszę. Nie rozumiem dlaczego nie posypują ulic solą, żeby się szybciej roztapiał ten jebany lód.

Dwudziesty siódmy grudnia
W nocy znów srało na biało. Juz trzy dni jestem uwięziony w domu. Wychodzę tylko po to żeby odśnieżyć, po tym, jak przejedzie pług. Nigdzie nie mogę wyjść przez te zasrane śnieżyce. Samochód stoi
zakopany pod kupa błotnistego śniegu. W wiadomościach powiedzieli, że wieczorem ma spaść jeszcze dziesięć cali. Nie do wiary!

Dwudziesty ósmy grudnia
Ten obłąkany spiker z wiadomości się pomylił! Nie spadło dziesięć cali śniegu. Spadły trzydzieści cztery cale! Pierdolona biała sraka. Jak tak dalej pójdzie, to to wszystko nie zdąży się do lata
roztopić. Okazało się, że pług się popsuł gdzieś niedaleko, i ten pojebany kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę. Bezczelny! Powiedziałem mu, że połamałem już sześć przy próbach odgarnięcia lodu, który zostaje po jego pługu. Walnąłem go łopatą przez łeb. Zasłużył sobie, gównojad jeden.

Czwarty stycznia
Wreszcie dzisiaj udało mi się wyjść z domu. Pojechałem kupić coś do jedzenia i jakiś pierdolony jeleń stanął mi na drodze i go zabiłem. Kurwa mać! Naprawa samochodu będzie mnie kosztowała trzy tysiące dolarów! Nie rozumiem, dlaczego myśliwi nie wytłukli ich wszystkich w zeszłym roku. Ja bym sobie z nimi poradził. Sezon polowań powinien trwać cały rok. Pierdlona kraksa.

Piętnasty marca
Poślizgnąłem się dzisiaj na lodzie, który ciągle jeszcze leży na ulicach tego pierdolonego miasta, i złamałem nogę. Jakbym miał bazookę, strzeliłbym sobie w łeb. Koszmarni Eskimosi. W nocy śniło mi się, że sadzę palmy.

Drugi maja
Jak tylko lekarz zdjął mi gips, zaprowadziłem samochód do warsztatu. Mechanik powiedział, że wszystko jest przerdzewiałe od spodu z powodu kurwajegomać soli, którą obsypali tu ulice. Kto, do kurwy nędzy, wpada na takie pomysły?!?! Nie znają bardziej cywilizowanych sposobów roztapiania lodu?

Dziesiąty maja
Przeprowadzam się z powrotem do Miami. Tam to dopiero się żyje! Cudownie! Ciepło, wilgoć, ruch uliczny, huragany i Kuba. Jak słowo daje, każdy, komu strzeli do łba pomysł, żeby zamieszkać w jakiejś jebanej Pensylwanii, odciętej od świata, odgrodzonej lodem, musi być porządnie rąbnięty, prawdziwy szaleniec ze śniegiem zamiast mózgu. W Miami to dopiero jest życie!"

 

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci