Menu

Miss Saigon

Antychińskie demonstracje w w Wietnamie

chaobella

 

Od kilku dni trwają w Wietnamie zamieszki na tle konfliktu na Morzu Południowochińskim wokolicach Wysp Paracelskich, o które roszczą sobie prawa zarówno Wietnam, jak Chiny. Spór trwa od dawna, ale wyjątkowo przybrał na sile odkąd Chiny zainstalowały platformę wiertniczną w rejonie konfliktu. Doszło do starć statków obu państw, a każda strona oskarża przeciwną o eskalację napięcia.

Kiedy w niedzielę tłumy protestujących wyszły na ulice Hanoi, przecierałam oczy ze zdumienia: prawdziwa, polityczna manifestacja w kraju, gdzie demonstracje są nielegalne, a przy podejrzanej grupce 5 osób natychmiast pojawia się policjant! Demonstrowano przeciw zakusom Chin na suwerenność kraju, przy cichej aprobacie rządu, zadowolonego z tak spontanicznej deklaracji patriotyzmu.
Wczoraj, fala demonstracji wylała się na ulice prowincji Binh Duong, 30 km od Ho Chi Minh City - zamieszkałe przez blisko 2 miliony mieszkańców przemysłowe zaplecze HCMC. W kilku strefach ekonomicznych, korzystając z preferencyjnych stawek podatkowych, wielkie zagraniczne przedsiębiorstwa dają zatrudnienie setkom tysięcy pracowników. Tutaj produkuje się wszystko: buty, meble i stal, często przez 7 dni w tygodniu. Ta pozbawiona uroku okolica jest niezwykle spokojna. Aż do wczoraj.

Około 20.000 robotników ruszyło w pokojowym mraszu, nawołując pracowników okolicznych fabryk do solidarności z nimi. Sytuacja wymknęła się spod kotroli, kiedy pojawił się pomysł ataku na chińskie fabryki – a takich tutaj nie brakuje. Przy okazji do jednego tygla wrzucono chińskie, koreańskie i tajwańskie firmy. Pod naciskiem tłumu padły bramy, w ruch poszły kamienie, stalowe pręty, koktajle mołotowa. Patriotyczne slogany ustąpiły miejsca najniższym instynktom: zaczęto niszczyć, kraść, palić mienie, zastraszać pracowników, grozić manadżerom.

Miejscowa prasa milczy jak zaklęta na temat zamieszek, w sukurs przychodzi przeklęty facebook. Nieznana jest liczba ofiar – mówi się o 2 zabitych chińskich przedsiębiorcach, 1 policjancie i 2 demonstrantach oraz wielu rannych. Spalono co najmniej 15  fabryk, a kilkaset splądrowano
lub zdewastowano.  



 Francuska fabryka mebli, w której od niedawna pracuję, nie zostala pominięta (jak niemal wszystkie zagraniczne firmy w okolicy). Ot, uznano, ze skoro zagraniczna, to można założyć, że prawdopodobnie wroga. Tłum przewrócił bramę, wybił szyby w paru oknach i odpuścił kiedy zobaczył
europejskie twarze szefostwa. Dzisiaj z samego rana, wywiesiliśmy baner: „Jesteśmy francuską firmą. Popieramy dążenia Wietnamu, itd.”. Do tego, zatknęliśmy flagę narodową, którą – jako produkt deficytowy - szybko porwali młodzieńcy na motorach patrolujący okolice. Byliśmy jedyną otwartą fabryką, poza wietnamskim konglomeratem stalowym. Szybko pojawiły się groźby pod adresem pracowników i żądania zaprzestania pracy, „skoro inne fabryki nie pracują”. W południe, w miarę napływu informacji, postanowiliśmy zamknąć podwoje do jutra. Dwie pozostałe fabryki,
polożone w sąsiednich parkach przemysłowych zostały zamknięte z samego rana po oszacowaniu strat z poprzedniego i ryzyku dzisiejszego dnia.

Niektóre okolice przedstawiają krajobraz jak po wojnie: spalone i splądrowane budynki, sterty szkła na ulicach, tlące się od wczoraj lub całkiem świeże pożary, odcięty prąd, patrolujący okolice helikopter wojskowy, wozy strażackie i hordy buntownikow z bożej łaski prujący na motorach,  machając czerwonymi flagami z żółtą gwiazdą.

Sytuacja wydaje się być pod kontrolą, aczkolwiek nieobecność policji jest porażająca. Inna rzecz, że w zaistnialej sytuacji, bardziej przydatne wydają się ciężkie jednostki wojskowe. Ruszyły posiłki z HCMC i ponoć doszło do pierwszych aresztowań. Przypuszczam jednak, że oto na naszych oczach poszło w ruch koło historii. Te największe od 60 lat demonstracje antychińskie i arogancka postawa wielkiego brata wobec sąsiadów i reszty świata, z pewnością nie wróżą niczego dobrego, a świadomość władzy narodzonej podczas protestów wobec zewnętrznego wroga może szybko zmienić adresata.



Festiwal Sztuki w Hue - 2014

chaobella
 
 

Już tradcyjnie, jak co dwa lata od 1998 roku, cesarskie miasto Hue otworzy historyczne podwoje festiwalowi sztuki.  Co wieczór, w XIX-wiecznej cytadeli, występować będą goście z Wietnamu oraz 20-stu krajów dookoła świata. Od 12-go do 20-go kwietnia,  publiczność ósmej edycji festiwalu będzie mogła delektować się bogatym menu. W  ofercie tegorocznego programu znajdują się koncerty, występy tańca,  wystawy, pokazy latawców, instalacje artystyczne, pokazy sztuki ulicznej, wartsztaty (np. kaligrafii) i targi. Organizatorzy obiecują również zajęcia dla niepełnosprawnych, zawody sportowe oraz wycieczki po okolicy.

Jak przystało na bogatą historię Hue, nie zabraknie pokazów tradycyjnej wietnamskiej sztuki dworskiej, w charakterystycznych dla tego regionu kostiumach (m.inn. tradycyjne ao dai w fioletowym odcieniu).

Wśród rozmaitych
atrakcji, warto zanotować  m.inn. :

12/04                     Uroczysta ceremonia inauguracji festiwalu, o godz. 20.00

13/04                     Pokaz „Noc orientu”

14/04                     Wielki pokaz „Ao dai”

16, 18/04              Spektakle teatralne

16/04                     Koncert muzyki dworskiej

18/04                     Pokaz tradycji Nam Giao (uroczystych poświęceń)

19/04                     „Noc cesarska” – pokaz tradycji dworskich zakończony królewskim bankietem

20/04                     Ceremonia zamknięcia festiwalu,. o godz. 20.00

 



Na szczególną uwagę zasługuje festiwal sztuki ulicznej; popołudniami, ulice miasta zapełnią się zagranicznymi artystami, m.inn. z Brazylii, Japonii, Indii, Norwegii, Mongolii, Australii, Rosji, Argentyny, Węgier i Polski (Orkiestra OSP z Nadarzyna). Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Koneserów (nie tylko sztuki) z pewnością ucieszy wiadomość, że w tym roku, festiwalowi w Hue towarzyszyć będzie promocja gastronomii.
Jak przystało na dworskie miasto, sm
aczna i delikatna kuchnia Hue powstała, by zadowolić nawet królewskie podniebienia.  Oprócz kuchni wietnamskiej, można będzie spróbować dań z Laosu, Kambodży, Tajlandii, Birmy, Singapuru, Malezji, Indonezji, Japonii, Koreii i Chin.

A zatem, ucztę zmysłów czas zacząć!  

Żenię się.... niechcący

chaobella

Są tacy, którzy ślub planują z pompą wiele miesięcy naprzód; inni wolą spontaniczne ceremonie w stylu Las Vegas, a jeszcze innych sama wizja przeraża tak bardzo, że żyją w wolnych związkach z obawy przed ogarnięciem logistyki przyjęcia (zwłaszcza, jeśli miałoby się powtarzać co kilka lat). 
Mój dobry francuski kolega - nazwijmy go Paul - mieszka od kilku lat ze swoją wietnamską dziewczyną – nazwijmy ją Hong. Ona mówi rodzinie, że mieszka w akademiku, on się nie musi nikomu tłumaczyć. Nic nie zakłócało sielanki, aż do niedawnej wizyty rodziców chłopaka w Wietnamie. Chcąc sprawić wszystkim przyjemność, postanowił  zorganizować uroczystą kolację w wyjątkowym miejscu. Jak pomyślał, tak zrobił, a raczej – zlecił zadanie specjalne Hong. Ona przyklasnęła i zaczęła dzwonić do restauracji na uroczej wysepce Than Da. Paul co jakiś czas pytał o postęp w logistyce, ale jako, że wszystko wydawało się być pod kontrolą, nie wnikał w szczegóły, bądź co bądź, planowanej kolacji dla czworga.
Pięć dni później, Hong poprosiła go o odebranie sukienki zamówionej na kolację – w końcu nie co dzień podejmuje się rodziców chłopaka, w dodatku przybyłych z dalekiej Francji. Paul wpadł do krawca po pracy, machinalnie zapłacił i dopiero porozumiewawcze spojrzenie wlaściciela pracowni oraz nieoczekiwana waga paczki ze strojem wzbudziła jego podejrzenia. Odbierał bowiem tradycyjny, kobiecy kostium ślubny! Uśmiechnął się pod nosem – w końcu nie tak dawno bawił się przez całą noc na przyjęciu zorganizowanym przez znajomych cudzoziemców, gdzie część gości paradowala w  wietnamskich strojach ślubnych – ot, nostalgiczny i elegancki wybór kostiumu na pożegnanie się z krajem.
Następnego dnia, wraz z Hong, udał się do restauracji – ot, sprawdzić, czy faktycznie miejsce zadowoli rodziców. Zamiast stolika dla czworga,
zastał
bogato udekorowaną salę na sto osób. Styl nie pozostawiał cienia złudzeń. Spojrzał na Hong, która rozpłynęła się w dumnym uśmiechu: tak pięknie sobie poradziła z życiowym zadaniem, w zaledwie pięć dni! Ma też nadzieję, że Paul’owi spodoba się jego tradycyjny strój ślubny – w drodze powrotnej, wpadną do krawca do przymiarki.
Cóż było robić? W akcie paniki, Paul obdzwonił dziesięciu najlepszych znajomych, z których tylko co drugi mógł się zjawić w ekspresowym tempie na niespodziewanym ślubie nazajutrz. 

Kiedy, niczego nieświadoma, zapytałam Paula w poniedziałek, co słychać, usłyszałam:
- No cóż, jak by to powiedzieć...., wygląda na to, że niechcący się ożeniłem...



Poprosię McProsię

chaobella

40 lat po zakończeniu wojny z USA, Wietnam wyciągnał rękę do imperialistycznego kapitalisty i byłego wroga; w HCM City, na rogu ulic Dien Bien Phu (jakże wymownie) i Nguyen Binh Khiem, McDonald’s szumnie otworzył swoją 38-ą franczyzę w Azji i 10.000-czną placówkę w regionie. 



Jego konkurencja już tutaj jest : KFC, Burger King i Pizza Hut będą musiały podzielić między siebie 90-milionową populacje konsumentów. Przynaję uczciwie:wszystkie te przybytki znam jedynie z widzenia i słyszenia. Moja noga postała w McDonaldzie raz – w czeskiej Pradze, o 4 rano, kiedy po całonocnej podróży nie sposób było znaleźć otwartą restaurację.

Wybór Wietnamu był oczywisty dla dyrekcji McDonald’s – to jeden z największych krajów w regionie, z bardzo młodą populacją i rosnącym apetytem na zachodnie atrakcje. Podobnie jak Chiny, Wietnam pozostaje komunistyczny w różnych aspektach, ale na pewno nie w sensie ekonomicznym.   

Wizyta w najsłynniejszej hamburgerowni świata to symbol statusu społecznego i prosty przejaw ciekowości– Wietnamczycy nie robią sobie złudzeń, co do jakości posiłków. Droższe (Big Mac kosztuje ok. 2 euro) i mniej wyrafinowane niż większość dań serwowanych przez lokalne restauracje i garkuchnie,
McDonald’s ma szanse podbić rynek otwartymi przez 24 godziny drzwiami oraz systemem drive-thru, do którego już w dniu otwarcia stanęły kolejki motorów. W odpowiedzi na miejscowe preferencje,  stworzono także McPork’a (czytaj: McProsię).  

Co ciekawe, krajowa licencja McDonald’s, w wyniku długotrwałego i przejrzystego procesu, trafiła w ręce… Henry’ego Nguyen’a - zięcia wietnamskiego Premiera (na zdjęciu, w środku). Wychowany w USA, ponoć całe życie marzył o otworzeniu wietnamskiej sieci McDonald’s, gdzie jako nastolatek zarabiał na życie. Dynamiczny 40-letni biznesman jest przekonany, że to dopiero początek ekspansji sieci w całym kraju.  


W świetle rosnącego problemu otyłości wsród dzieci i młodzieży, pojawienie się McDonald’s wydaje się niepokojący. Miejmy nadzieję, że po pierwszym zachłyśnięciu się nowością, miejscowe świeze sajgonki i aromatyczne pho zwyciężą ze sztucznym i importowanym menu.

  

(McDonald’s spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem cudzoziemców w Sajgonie – na zdjęciu kubańska piosenkarka Lissette)

Drogówka się opłaca

chaobella

Pod presją konieczności podejmowania postanowień noworocznych, zaczęłam od najprostszych; znajdę wreszcie porzucone nonszalancko prawo jazdy, które przyszło mi zdobyć w pocie ponad 10 lat temu. Pot był dosłowny – jako, że test z jazdy odbywał się z dyżurnym, niepierwszej świeżości kaskiem na głowie.

Dekada spędzona w Wietnamie zrobiła swoje: płacenie drogówce wydaje się tak oczywiste, jak pora deszczowa w maju. W zależności od skali występku, stopnia uporu policjanta i naszego wolnego czasu,  z kłopotów drogowych wydostajemy się za około 200.000 -500.000 dongów (ok. 10-25 USD). To stawka za święty spokój. Dopiero jednak niedawno trafiłam na oficlajny dekret z oficjalną listą mandatów dla niepoprawnych kierowców dwuśladów. I co się okazuje? Ze przepłacamy!
Jednocześnie, dzisiaj podliczyłabym się na jakieś 2.500.000 VND (punkty 5,6,7, 8,15,20), głownie dlatego, że wiozłam delikatną porcelanę ....
Skandalicznie niski  mandat za brak prawa jazdy nie działa zbyt motywująco do kontynuowania poszukiwań w przepastnych szufladach tego unikatowego certyfikatu.

Do moich ulubionych kategorii poniżej należy jazda na jednym kole oraz jazda bez trzymanki.  Zaś najgorsza plaga: skręcanie bez użycia sygnału świetlnego wyceniono na marne 10-20 USD. Co gorsza, niegdzie nie znalazł się występek, który nieraz posuwa mnie do chęci popełnienia zbrodni z premedytacją: wyjeżdżania na pełnym gazie z drogi zależnej na głowną patrząc jedynie przed siebie, w myśl zasady ”po nas choćby potop”.

A co Wy macie na sumieniu?

Te rozstania i powroty...

chaobella

Ach, te rozstania i powroty… Wietnam, to chyba jedyny kraj, w którym podczas tygodniowej nieobecności potrafi bez śladu zniknąć ulubiona willa, powstać nowa restauracja, a własny dom zmienić kolor. Tym razem, powrót z trzytygodniowej wizyty w ojczyźnie zaowocował nie tyle zmianami architektoniczno-przestrzennymi (choć oczywiście takich nie zabrakło), co obyczajowymi. Pytanie, czy zmieniła się wietnamska rzeczywistość czy też skrzywieniu/wyprostowaniu uległo moje postrzeganie.

Na lotnisku w Sajgonie, odebraliśmy od Vietnam Airlines bagaż w całości i w ciągu kwadransa od przylotu. W Warszawie, Air France traktowała nas per noga, mimo złotej karty podróżnej i zagubionego bagażu na dzień przed wigilią.

Ruszyliśmy na szybkie zakupy, by zaopatrzyć pustą lodówkę. Czas spędzony na tejże operacji: pół godziny łącznie z transportem (motorem). W Warszawie należałoby poświęcić ponad godzinę i sporo nerwów.

Wieczorem świętowaliśmy urodziny koleżanki w pobliskiej restauracji. Nasiadówka pod palmami, zimne wino nad basenem – z niedowierzaniem powtarzaliśmy sobie, że jeszcze dobę temu przytupywaliśmy z zimna na spacerze po warszawskiej Starówce.

Następnego dnia ruszyałam na zakupy na tzw. ruskich targach; tutaj można dostać zarówno wyroby znanych marek za grosze, jak trzykrotnego użytku koszulki, spodenki itd. Szybko odnalazałam ulubionego sprzedawcę, u którego stale zaopatruję się w ubrania do jogi. Facet wyraźnie się ucieszył – poklepaliśmy się nawzajem po plecach. I zaraz się zaczęło:
- Ile kosztuje ta bluzka?
- Sprzedawca: 3 dolary.
- Dam dwa – negocjuje miejscowa klientka.
- Nie, nie, nie mogę! To dobra cena – broni się sprzedawca ( i trudno się z nim nie zgodzić).
- Dam dwa – upiera się kobieta.
Sprzedawca patrzy na mnie i doznaje olśnienia:
- Ale madame (to o mnie...) płaci taką samą cenę, a to stała klientka, więc powinna mieć upust. Ale ja wszystkich równo traktuję.

Reklama dźwignią handlu – sprzedawca zyskuje podwójnie: klientka płaci bez dalszych dyskusji, a za nią podchodzą nowe.

W innym miejscu pytam o cenę sukienki: 15 dolarów. Sprzedawczyni wypytuje, czy mieszkam na stałe w Sajgonie, bo takiej ceny nie zaoferuje turystom. Kłopot w tym, że za chwilę podchodzi młoda Wietnamka i pyta o cenę tej samej sukienki. Sprzedawczyni wije się i udaje, że nie słyszy. Z całym okrucieństwem pozostaję na stanowisku – już wie, że rozumiem po wietnamsku. Sciszonym głosem podaje cenę: 12 dolarów. Wietnamka patrzy z dezaprobatą: może dać 10 albo nic. Kupuje i odchodzi, teraz czas na renegocjację mojej oferty. Sprzedawczyni jest nie w sosie, ale proponuje dalsze zakupy.
- Może torebkę?
- Czemu nie? Ale szukam takiej ze skóry.
- Wszystkie są ze skóry! – zachwala, po czym łapie pierwszą lepszą z brzegu i opala zapalniczką. Torba się nie zajmuje ogniem – to jest dowód na najwyższą jakość skóry!
Widziałam ten sam numer z najwyższej jakości 100% jedwabiem. Nie znam się na fizyce i chemii, ale skórę i jedwab od plastiku łatwo potrafię odróżnić. Wierząc w niezłomną potęgę edukacji, cierpliwie tłumaczę, że chodzi mi o prawdziwą skórę – taką, z jakiej jest zrobiona moja obecna torebka.
- Aaaa, to skóra numer jeden, my mamy tylko skórę numer dwa – uśmiecha się sprzedawczyni.
- A może Mulberry – skóra, oryginał!
- W jakiej cenie ma pani ten orygniał ? – syczę złośliwie.
- Jak dla pani, bo pani mieszka w Sajgonie – to 30 dolarów.
- Jak na oryginał, to zaskakująca cena – cedzę z zadowoleniem (odbywam taką rozmowę co najmniej raz w roku od 11 lat).
- Madame – szepcze sprzedawczyni – to kopia, ale oryginalna kopia!


Po drodze do domu, zatrzymuję się u ulicznego szewca. Pastuje, sznuruje i reperuje buty wprost na chodniku – od rana do zachodu słońca. Podchodzi pomocnik – umorusany pastą, bosonogi  16-18-stolatek. Pokazuję buty z oderwanym paskiem i tłumaczę na migi, co trzeba zrobić. Patrzy na mnie, odrzuca grzywkę na czoło i odpowiada po angielsku: Trzeba zszyc, bo klej nie wystarcza.
Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię.

Po drodze klnę na korki i nieudolną policję drogową. I obiecuję sobie, że w końcu wyrobię sobie kopię zagubionego przed laty prawa jazdy, zamiast, jak zwykle uciekać stróżom prawa.

I jak nie lubić tego kraju?  

  

Nie zdradzaj, biedaku!

chaobella

Przez dekadę spędzoną w Wietnamie, nigdy nie słyszałam o dekrecie regulującym niemoralne prowadzenie się małżonków, aż rozpętała się burza medialna wokół środków karania niewiernych.
Otóż, kilka miesięcy temu ogłoszono, że pożycie pozamałżeńskie spotka się z karą pieniężną w wysokości od 10 do 48 USD (czyli dwukrotność wcześniej obowiązującego przedziału 5-25 USD). Grzesznikami według nowego prawa są zamężni obywatele, którzy jednocześnie żyją w bigamicznym związku. Wyjaśnienia oczywiście wymaga pojęcie bigamii. Choć jasne z punktu widzenia prawa, wydaje się łatwym łupem nadużyć. Bo bigamistą może zostać określona osoba żyjąca „tak jak w związku małżeńskim” bez jego formalizacji. Wyobraźnia zaczyna więc hulać: chociaż ustawa uderza w niemoralne związki między rodzicami i dziećmi, teściami i małżonkami dzieci, kuzynostwem i rodzeństwem, równie dobrze dotyczy nieformalnych związków pozamałżeńskich czy par tej samej płci. Czy pod ten sam przepis podpadną pary umawiające się na romantyczne lub płatne schadzki bez wiedzy ich małżonków?
Ustawa nie precyzuje w jaki sposób nielegalne związki będą wykrywane, ani jaki sposób ich „natychmiastowego zakończenia” zadowoli władze. Ciekawe, w jaki sposób zostaną przeszkolone specjalne jednostki; być może zostaną wysłane na szkolenie do szariackich regionów Afganistanu...

Co ciekawe, na stronie miejscowego dziennika informującego o kontrowersyjnej ustawie miga reklama skąpo odzianych dziewcząt promujących ... portal randkowy „Tajskie pocałunki”.   

Tajfun Haiyan ominął Wietnam

chaobella

Jak juz wiadomo, potężny tajfun Haiyan ominął Wietnam szerokim łukiem.  
A jednak, przez cały ubiegły tydzień z niepokojem spoglądaliśmy w niebo. Eskalacja paniki przebiegała stopniowo. Najpierw, w ubiegłą środę, po raz pierwszy na taką skalę, władze nawoływały o zachowanie najwyższych środków ostrożności. Grzmiały media, uliczne głośniki, policja i ubezpieczyciele. Po południu odwołano zajęcia w szkołach i zalecono pozostanie w bezpiecznym miejscu. Patrzyłam w niebieskie niebo i nie mogłam powstrzymać się od przejażdżki rowerem. Jedynie wyludnione ulice wskazywały na wyjątkowość sytuacji. Co rzadkie w Sajgonie, niebo wieczorem przybrało piękny różowy kolor, by później pokryć się skrzącymi gwiazdami. W końcu spadł deszcz. Zanim zaryglowałam wszystkie okna, przestało  padać. A zatem tak wygląda groźny tajfun?!
Deszcz wrócił nad ranem – z nieba lało się bez przerwy przez 6 godzin – nic wyjątkowego pod koniec pory deszczowej. A jednak, w połączeniu z wysokim poziomem rzeki – w mieście Ho Chi Minh’a nastąpił przysłowiowy sajgon. Zalane ulice stanęły w gigantycznych korkach – posłuszeństwa odmawiały motory i samochody, pojawiały się ...czółna.  Istny armagedon. Sami popatrzcie:


 (wiecej zdjec TUTAJ)

Kiedy już otrząsnęliśmy się z tropikalnych atrakcji, media zaczęły trąbić o tajfunie stulecia. Haiyan miał uderzyć w Filipiny i tradycyjne dotrzeć rykoszetem do centrum i północy Wietnamu. To zdarza się co roku – pomyśleliśmy. Kiedy jednak BBC powtarzało kilka razy dziennie, że najgorsze zacznie się w niedzielę, a znajomi dookoła świata przysyłali zaniepokojone maile, zaczęliśmy się obawiać najgorszego. Kiedy już dowiedzieliśmy się, do jakiej tragedii doszło na Filipinach, w Sajgonie nieskazitelnie błękitne niebo wydawało się śmiać nam w twarz. Choć władze ewakuowały 600.000 osób na północy kraju, tajfun wyhamował na trasie do Wietnamu. Padało i wiało na północy i w centrum kraju, my na południu – z konsternacją śledziliśmy BBC powtarzające wciąż alaramujące wiadomości o nieuniknionej katastrofie.

Władze wykazały się wyjątkową w historii zapobiegliwością  - Haiyan nas ominął, ale skala zniszczeń na Filipinach przypomina, że ostrożności nigdy za wiele.
Chciałam podkreślić, że Wietnam przekazał 100.000 dolarów pomocy filipińskim ofiarom. Tyle samo, co regionalna i światowa potęga – Chiny....  

  

Kalejdoskop reklamowy

chaobella

Z nimi źle, bez nich.... trudno wyobrazić sobie codzienny krajobraz. Bywa, że łakomie spojrzymy na apetyczne negliże albo wyszukane artystycznie projekty, ale zazwyczaj narzekamy na zalew reklamami, uznając je  za paskudny dodatek do rzeczywistości.  

Wietnamskie władze przez długi czas uznawały reklamy na przejaw imperialistycznej ingerencji – po zakończeniu wojny z USA w 1975 r., banery na wiele lat zniknęły z ulic Sajgonu. W czasach globalnej  wioski, większość tutejszych reklam niczym nie różni się od ich odpowiedników w bardziej rozwiniętych krajach. Ostatnie bastiony antyreklamowe padają – miejscowe władze właśnie zezwoiły na bezprecedensowe zamieszczanie reklam na autobusach!

Niedawno trafiłam na stare zdjęcia Sajgonu ze staromodnymi reklamami w tle i wyraźnie się rozczuliłam... Sami popatrzcie.

Bambus twój wróg!

chaobella

Parafrazując  przebój sprzed lat: Bambusowe pole rosło wokół nas....

Trzy lata temu, wprowadzając się do domu z pasmem ziemii udającym ogródek, postanowiliśmy wyczarować na nim ... tropikalny las. Kilka sadzonek bambusowych drzew trafilo wprost do ziemii i pozostawało wyczekiwać, czy zieloni goście zadomowią się na dobre.  Rzeczywistość  przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Bambusy są najszybciej rosnącymi roślinami na świecie. Rekord Guinessa należy należy do jedngo z tysiąca gatunków bambusa, który rośnie 91 cm dziennie! Najwyższe drzewa osiągają 40 metrów w tropikach i 20-30 metrów w klimacie umiarkowanym.
Cykl życia drzew bambusowych to zaledwie ok. 10 lat. Dzięki temu, cieszą się one opinią najbardziej ekologicznego materiału budowlanego.  Doskonała adaptacja klimatyczna (bambusy potrafią przetrwać nawet przy -29 stopniach C!) pozwala na obsadzenie nawet niezbyt użytkowych ziem. Dekadę później, kiedy drzewo obumiera, drewno bambusowe rozpoczyna swój proces reinkarnacji. Bambusowe pnie potrafią osiągnąć do 20 cm średnicy i charakteryzują się wyjątkową odpornością i sprężystością. Z bambusowego drewna powstają mosty, domy, dachówki, rusztowania, łodzie, meble, rowery, deskorolki, papier , a nawet tekstylia. Pędy bambusa trafiają na nasze stoły, gęste listowie  skutecznie chroni przed słońcem, a sama roślina jest symbolem długowieczności w Azji.  Rzecz doprawdy doskonała!

A jednak bambus potrafi mieć wrogów. Kilka miesięcy temu, nasi sąsiedzi zaczęli narzekać na nasz strzelisty ogród. Otóż, bambusy – rzecz niesłychana – tracą liście. Targane tropikalnymi wiatrami, kołyszą się z gracją kilkanaście metrów nad ziemią i obsypują okolicę jaskrawozielonymi listkami. To zresztą doskonała podściółka  - chroni rozgrzaną ziemię od tropikalnego słońca i zatrzymuje wilgoć. A jednak, potrafi to rozzłościć zwolenników domów z betonu.
I tak, któregoś pięknego dnia, grzecznie uśmiechnięty pan pojawił się na naszym podwórku, gdzie – drogą kompromisu – miał przyciąć bambusy po sąsiedzkiej stronie. Zapachniało sporem Kargulów z Pawlakami. To drzewo rośnie w naszą, a to w sąsiada stronę...
Kiedy już zakończyliśmy selekcję, pan przystąpił do dzieła, wyjmując z kieszeni .... sekator do róż. Z przejęciem obserwowałam jego zmagania i topniejącą w południowym słońcu wiarę, że może się udać. Po 10 minutach, z tajemniczym uśmiechem na twarzy, człowiek nisko się skłonił i zniknął, by po chwili pojawić się z siekierką. Ten wybór zapowiadał nieuchronnie tragiczny koniec; ostrze groźnie błyskało między żylastymi łydkami oprawcy. W czysto humanitarnym odruchu, zaproponowałam mu zestaw dwóch pił ręcznych.  Z widoczną ulgą chwycił piłkę do drewna i zaczął wycinać. Pięć metrów ściętego bambusa to namiastka dżungli na podwórzu. Pomnożona przez 15 sztuk, ścinka utworzyła swoistą leśną górę. Oprawca zarzucił las na plecy i udał się na wrogi teren za międzą. Efekt interwencji był zgodny z oczekiwaniami i naszym własnym doświadczeniem w tym zakresie: amatorskie oko nie ujrzałoby żadnej różnicy pomiędzy lekko przeczesanym buszem.

Wróg nie dawał za wygraną – nie dość, że nie osiągnął celu, to jeszcze utracił twarz. Tydzień później, w pewne popołudnie, nad sąsiedzkim murem, na wysokości siedmiu metrów, zasiadł oprawca – montując tym razem siatkę. Cóż, będzie zasłaniać niebo, ale jako że nie padło na najgorzy wybór wzornictwa, uznałam to za ciekawe urozmaicenie krajobrazu.  Wyglądało to jednak na typowo miejscową robotę – szybko sklecone elementy tańczyły na wietrze, co i rusz obsypując nimi okolicę. Siatkarz działał na dwa fronty – montował instalację i wycinał wszystko, co przekraczało jej poziom. Zadrżałam, obawiając się prawdziwej rzezi bambusów.   Wiatr wiał coraz mocniej i zaczęłam się zastanawiać, czy mizerny siatkarz nie odleci w nieznane. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Niebo zasnuło się czarnymi chmurami, zagrzmiało, zahuczalo, po czym doszło do typowego w porze deszczowej oberwania chmury. Nie od razu zorientowałam się, że odgłosom natury towarzyszą niezidentyfikowane dźwięki. Błyski, syki i pospolite ruszenie wzbudziło moją podejrzliwość. Wybiegłam na podwórze, by ze zgrozą ujrzeć siedzącego okrakiem na siedmiometrowej siatce człowieka, operującego w strugach deszczu.... lutownicą! Fakt, należało połatać elementy konstrukcji, ale przy burzy z piorunami, zakrawało to na samobójstwo. Co ciekawe, za ścianą słychać było nerwowe ponaglanie sąsiadki – najwidoczniej umówiła się na umowę o dzieło i nie zamierzała spocząć przed końcem roboty. Pytanie, czy dzieło ujrzy koniec przed końcem wykonawcy... Facet uwijał się między kroplami deszczu, ślizgając się pośladkami po mokrej oprawie siatki. Z prawdziwą ciekawością badacza, zaczęłam się zastanawiać, czy nie spadnie na wycięte pole bambusowych kikutów. Jak wiadomo, bambusowe pułapki są niezwykle cenioną bronią w czasie wojen w tropikach. A jeśli spadnie na naszą stronę? Czy będę oskarżona o atak na wroga? Przerażona, zamknęłam sie na cztery spusty w domu i postanowiłam wyjść dopiero rano.

Na tle błękitnego nieba, ścięte, gołe kikuty sprawiały dramatyczne wrażenie... Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kiedyś ..., że może uda się im odbić.  Obiecałam sobie nie patrzeć  na pole hańby przez tydzień. Nie wiem, w jakim tempie rosną moje bambusy, ale po 2 tygodniach gołe trzonki obsypały się liścmi i sięgnęły pierwszego piętra. Dzisiaj, po 2 miesiącach od ataku wroga, moje poletko zastosowało się do zasady olimpijskiej – wyżej, dalej, lepiej. Ścinka podziałała na nie odmładzająco; są mocniejsze i  gęstsze, a siatka okazała się świetnym wsparciem dla ich wzrostu.
Ślinka mi cieknie w oczekiwaniu na kolejne odsłony bambusowej tragikomedii... 


Zmarł legendarny generał Giap

chaobella
W wieku 102 lat, 4.10.2013 r. zmarł legendarny generał Giap. Odszedł w otoczeniu rodziny, w wojskowym szpitalu w Hanoi, gdzie przebywał od 3 lat. 

Giap opuścił biuro polityczne  w 1982 r. a oficjalnie wycofał się z polityki w 1991 r. Do końca lat 90-tych, pozostawał jednak uważnym obserwatorem życia politycznego kraju i niejednokrotnie zabierał głos, krytykując m.inn. korupcję władzy oraz degradację środowiska spowodowaną niekontrolowanym procesem modernizacji kraju.

Zapraszam do ponownej lektury o generale : TUTAJ oraz słynnego wywiadu z nim przeprowadzonego przez Orianę Fallaci : TUTAJ 


Miss Saigon na facebook'u

chaobella

Drodzy Czytelnicy,

Miss Saigon udziela się również na facebook’u – ot, znak czasów... 

Blox pozostaje głównym źródłem artykułów, podczas gdy wersja na facebook’u obejmuje również krótkie notki i zdjęcia z życia codziennego w Wietnamie.

Zapraszam TUTAJ !


Ale Sajgon! (zapnijcie pasy bezpieczeństwa)

chaobella
Jeśli macie wolne 3 minuty i 41 sekund, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Sajgonie. 
Ku zadowoleniu jednych i rozpaczy innych, miasto rozwija się z każdym rokiem, o dziwo, wciąż zachowując swój niepowtarzalny urok. 

Zadanie specjalne dla tych, którzy byli w Sajgonie i przeżyli: spróbujcie nazwać przynajmniej trzy przedstawione sztandarowe symbole miasta. 

Zapnijcie pasy bezpieczeństwa i w drogę!

Kliknij TUTAJ 





Przypraw sobie rogi (nosorożca).

chaobella




Kiedy nasz tanzański przewodnik usłyszał, że przybywamy z Wietnamu, jedynie smutno pokiwał głową. Skojarzył sąsiedztwo z największym wrogiem nosorożców – Chinami, choć nie wiedział, że sam Wietnam nie ustaje w wysiłkach zajęcia 2 miejsca w tym karczemnym procederze. Popyt na kły nosorożca istniał już w latach 60-70tych i drastycznie wzróśł w połowie lat 90-tych, kiedy bogacić zaczęły się Chiny.
 
Chociaż oficjalnie produkt jest nielegalny, sproszkowane kły nosorożca można dostać chociażby w sklepach „medycyny naturalnej” w Hanoi, gdzie handluje się również np. nalewką z niedźwiedziej łapy. 
75% światowej populacji nosorożców żyje w Afryce Południowej. Od 2008 r., liczba nielegalnych polowań na nosorożce gwałtownie wzrasta; od 20 rocznie do ... 668 sztuk w 2012 roku i 663 dotychczas w 2013 roku. Apetyt na nieposiadające żadnych wartości odżywczych kły wydaje się wciąż niezaspokojony. Chińczycy i Wietnamczycy wierzą, że sproszkowane kły są panaceum na wszytko: od kaca, przez impotencję, po nowotwór. Ponadto, wśród dorobkiewiczów, panuje moda na ofiarowanie kłów jako symbolu wysokiego statusu społecznego.          


Światowy Fundusz  na rzecz Przyrody (World Wildlife Fund) przeprowadził na terenie Wietnamu badania konsumenckie na 720-stu korespondentach z Hanoi i Ho Chi Minh City.  Potwierdziły one zapotrzebowanie na kły nosorożca głównie jako oznakę statusu społecznego. Jedynie 35% badanych wykazało brak zainteresowania cudownym proszkiem. Pozostali albo słyszeli i doceniają, albo już konsumowali (5%), albo dążą do jego zakupu (16%). Na przeszkodzie stoi głównie cena specyfiku: ok. 60.000 dolarów za kilogram. Do klienteli należą zamożni, często dobrze wykształceni Wietnamczycy. Biznesmeni, czuli mężowie, zatroskane dzieci – kupujący sobie rogami atencję, interes lub naśladujący bogatszych sąsiadów. „Skoro kolega kupił ojcu tak wyrafinowany specyfik, to i ja kupię” – powtarza się jak mantra, choć wielu z ofiarodawców wątpi w cudowne działanie proszku.

Klienci doskonale zdają sobie sprawę z nielegalnego charakteru medykamentu – ale poczucie winy maleje wraz z odległością. W końcu proszek przemierza wiele tysięcy kilometrów, a jego postać nijak nie kojarzy się z prehistoryczną, dziwną bestią z czarnego lądu. Ponadto, któż słyszał o aresztowaniu przemytników rogów nosorożców w Wietnamie? Skoro nie ma winnych, to nielegalny handel nie może być aż tak nieprzyzwoity.

Przed nami długa droga edukacji w kwestii prawa. Niestety, do dorosłych ludzi, zaślepionych kompleksami i chęcią podboju piramidy społecznej trudno przemawiać językiem rozsądku i elementarnym wykładem na temat dobra i zła. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś dotrze do nich prosta prawda – o chybionej inwestycji.

Jak dobitnie stwierdził nasz przewodnik w Lake Nakuru, w Kenii: w rogach nosorożca można znaleźć to samo, co w ludzkich włosach i paznokciach – trochę białka, wody
i tłuszczu. 

 
   

Postęp, spocznij!

chaobella




Wietnam miał niegdyś ambicję osiągnięcia poziomu Singapuru lub przynajmniej Chin – dzisiaj wydaje się raczej zmierzać w kierunku Birmy. 

Z dniem 1-go września 2013, Dekret 72 reguluje zasady wolności słowa w przestrzeni internetowej. Tym samym, miejscowi dostawcy internetu mogą wyłącznie działać poprzez serwery zarejestrowane w kraju. Dotychczas, ta zasada była stosowana wybiórczo: i tak, użytkownicy pewnych firm telekomunikacyjnych mogli swobodnie korzystać z usług oficjalnie zakazanych i śmigać po stronach niecnych imperialistów ukrytych pod kryptonimem BBC, CNN czy Facebook. Nadal jednak istnieja taka możliwość: wystarczy zmienić numery serwera tak, by wskazywał na zagraniczną lokalizację – instrukcja dostępna w internecie oraz u każdego informatyka. 

Nowe prawo reguluje zasady użytkowania szatańskich mediów społecznych: „Twitter i Facebook mogą być wykorzystywane w celu wymiany wyłącznie osobistych informacji”. Nieprawomyślne jest również publikowanie jakichkolwiek informacji uderzających w rząd wietnamski oraz narodowe bezpieczeństwo kraju.  
Tak luźna legislacja będzie, rzecz jasna, idealną bronią do nadużyć i swobodnych interpretacji. Czy karalne będzie jawne krytykowanie rządu, czy również „dzielenie” się informacją o powodziach na stronie BBC albo „lubienie” informacji o postępie w rozmowach o arselnale Syrii? 

Azjatyckie Stowarzyszenie Internetowe – grupa zrzeszająca m.inn. Google i Facebook, oznajmiła, iż Dekret 72 przyczyni się do zahamowania innowacyjności w biznesie oraz zniechęci zagranicznych inwestorów. W dobie kryzysu, to przysłowiowy strzał we własną stopę.   

Kochane słoneczko

chaobella

Modlimy się o deszcz,  z nadzieją, że przegoni upały, odświeży powietrze i w końcu pozwoli żyć! Już o poranku, temperatura osiąga 29°, a potem tylko rośnie: do 36° oficjalnie, faktycznie jest pewnie z 54°C.  Do tego oblepiająca wilgoć. Od tygodnia, wpatruję się w prognozę pogody jak w obraz: już od (ostatniego) poniedziałku burze i deszczyk! Nic z tego: owszem, zachmurzyło się, ale poza obiecującymi pomrukami, z nieba nie spada ani jedna kropla deszczu. Przynajmiej zaczyna od czasu do czasu powiewać wietrzyk, czasem nawet pożądny wiatr: to na pewno znak rychłej ulewy!  Bywa, że liście zrywa z drzew, zwierzęta przezornie chowają się w domach, a jednak okazuje się, że znów daliśmy się nabrać... Sprawdzam raz jeszcze prognozę, przyglądam się uważnie symbolom pogody: fakt, nikt nie obiecywał deszczu, a jedynie grzmoty i błyskawice. Na grzmotach się skończyło... Od soboty znowu słoneczko i tylko 34 stopnie – czyli spore ochłodzenie! Póki co, zaczarowując rzeczywistość, nabyłam płytę z odgłosami natury: Deszcze i Burze. Część burzowa faktycznie daję złudzenie zapowiedzi ochłody, ale Deszcze bardziej przypominają szum zepsutego telewizora w czasach PRL-u. A zatem skazani jesteśmy na grzmoty, a póżniej znowu słoneczko.

To dobrze, słońce to symbol życia, nadzieii, wzrostu, optymizu! Jak tylko spadnie upragniony deszczyk i zaczniemy brodzić po kolana w wodzie, narzekać na odpadający ze ścian tynk i gnijące pranie, jeszcze zatęsknimy za kochanym ciepełkiem.

Zdaję sobie sprawę, że tekst ten nie spotka się ze zrozumieniem rodaków nad Wisłą, z racji czego bolejąc,  dodatkowo się pocę.   

Dobrych powtórek nigdy dosyć: zapraszam do lektury bardzo adekwatnego tekstu poniżej, aczkolwiek on także nie spotka się ze zrozumieniem rodaków z krainy wiecznej zimy.

"Dziennik Chryzantema Dupino w Pensylwanii" , Zoé Valdés, "Cud w Miami ", wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2004


Dwunasty sierpnia
Dziś przeniosłem się do mojego nowego domu w Pensylwanii. To skromy, ale wygodny dom, z kominkiem w każdym pokoju. Kominki są bardzo romantyczne!Marzyłem o takim romantycznym i spokojnym miejscu. Jakiż tu spokój! Wszystko tu jest higieniczne, ładne i przytulne... Góry są takie majestatyczne! Aż trudno mi usiedzieć w miejscu, mam ochotę bez przerwy podziwiać górskie szczyty, całe w śniegu. Jak dobrze, że uwolniłem się w końcu od upału,wilgoci, ruchu ulicznego, huraganów i tego ciągłego kubańskiego podrygiwania. Miami?!?! To jest życie. Życie w świętym spokoju z dala od błędów.

Czternasty października
Pensylwania jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem w życiu. Liście drzew miały już wszystkie odcienie czerwieni, były pomarańczowe, złote i srebrzyste, a jak pachną! Cudownie jest oglądać cztery pory roku. Wyszedłem na spacer do lasu i po raz pierwszy w życiu widziałem jelenia. One są takie zwinne, takie eleganckie... to jest jedno z najwspanialszych zwierząt, jakie Bóg stworzył. To jeden z Jego najlepszych pomysłów. Nie wątpię, że to ma coś wspólnego z rajem. Mam nadzieję, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Słodkie i przyjemne.

Jedenasty listopada
Niedługo rozpocznie się sezon polowań na jelenie. Nie mogę sobie wyobrazić jak człowiek może chcieć zabić to naprawdę boskie stworzenie. Nadeszła zima. Przypomina delikatną melodie delikatnego cudzołóstwa. Mam nadzieje, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Życie w miłości bliźniego. Bez zazdrości i politykierstwa.

Drugi grudnia
W nocy spadł śnieg. Obudziłem się i zobaczyłem krajobraz przykryty białą kołderką. Jak na pocztówce... albo w filmie. Wyszedłem zeby odśnieżyć schodki i ścieżkę przed domem. Tarzałem się szczęśliwy w śniegu, potem urządziliśmy sobie z sąsiadami bitwę na śnieżki. Wygrałem. Kiedy przejechał pług musiałem znowu  odśnieżyć. Co za piękne zjawisko - śnieg! Jak kulki bawełny fruwające wolno w powietrzu. Jakie to wspaniałe miejsce. W Pensylwanii to jest życie. Takie, o jakie chodziło starożytnym Grekom. Sztuka i zabawa.

Dwunasty grudnia
Znowu w nocy padał śnieg. Jestem zachwycony. Pług znów zapaskudził mi ścieżkę. No, trudno, co mogę poradzić, i tak miałem uprzątnąć kupy tych nielicznych ptaków, które nie odleciały, bo im się nie chciało. To jest życie.

Dziewiętnasty grudnia
W nocy znów padał śnieg. Nie mogłem do końca odśnieżyć ścieżki, bo znowu przejechał pług, i teraz nie mogę wyjść do pracy - drzwi się nie otwierają pod naporem zlodowaciałego śniegu. Trochę jestem zmęczony odgarnianiem śniegu, który chyba nigdy nie przestanie padać. Co za życie!

Dwudziesty drugi grudnia
W nocy dla odmiany spadł śnieg, albo raczej to białe gówno. Ręce mam poharatane, całe w pęcherzach od łopaty. Wydaje mi się,że ten pług obserwuje mnie zza rogu i czeka, aż odśnieżę, żeby ruszyć w trasę. Kurwa jego mac! Życie tutaj w zimie jest gówno warte.

Dwudziesty piąty grudnia
Wesołych świąt, całych w bieli! I to, kurwa, naprawdę całych w bieli, bo pełno tu tego białego gówna, żeby to szlag trafił! Jak dorwę tego skurwysyna, kierowcę pługu, to przysięgam - własnymi
rękami zaduszę. Nie rozumiem dlaczego nie posypują ulic solą, żeby się szybciej roztapiał ten jebany lód.

Dwudziesty siódmy grudnia
W nocy znów srało na biało. Juz trzy dni jestem uwięziony w domu. Wychodzę tylko po to żeby odśnieżyć, po tym, jak przejedzie pług. Nigdzie nie mogę wyjść przez te zasrane śnieżyce. Samochód stoi
zakopany pod kupa błotnistego śniegu. W wiadomościach powiedzieli, że wieczorem ma spaść jeszcze dziesięć cali. Nie do wiary!

Dwudziesty ósmy grudnia
Ten obłąkany spiker z wiadomości się pomylił! Nie spadło dziesięć cali śniegu. Spadły trzydzieści cztery cale! Pierdolona biała sraka. Jak tak dalej pójdzie, to to wszystko nie zdąży się do lata
roztopić. Okazało się, że pług się popsuł gdzieś niedaleko, i ten pojebany kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę. Bezczelny! Powiedziałem mu, że połamałem już sześć przy próbach odgarnięcia lodu, który zostaje po jego pługu. Walnąłem go łopatą przez łeb. Zasłużył sobie, gównojad jeden.

Czwarty stycznia
Wreszcie dzisiaj udało mi się wyjść z domu. Pojechałem kupić coś do jedzenia i jakiś pierdolony jeleń stanął mi na drodze i go zabiłem. Kurwa mać! Naprawa samochodu będzie mnie kosztowała trzy tysiące dolarów! Nie rozumiem, dlaczego myśliwi nie wytłukli ich wszystkich w zeszłym roku. Ja bym sobie z nimi poradził. Sezon polowań powinien trwać cały rok. Pierdlona kraksa.

Piętnasty marca
Poślizgnąłem się dzisiaj na lodzie, który ciągle jeszcze leży na ulicach tego pierdolonego miasta, i złamałem nogę. Jakbym miał bazookę, strzeliłbym sobie w łeb. Koszmarni Eskimosi. W nocy śniło mi się, że sadzę palmy.

Drugi maja
Jak tylko lekarz zdjął mi gips, zaprowadziłem samochód do warsztatu. Mechanik powiedział, że wszystko jest przerdzewiałe od spodu z powodu kurwajegomać soli, którą obsypali tu ulice. Kto, do kurwy nędzy, wpada na takie pomysły?!?! Nie znają bardziej cywilizowanych sposobów roztapiania lodu?

Dziesiąty maja
Przeprowadzam się z powrotem do Miami. Tam to dopiero się żyje! Cudownie! Ciepło, wilgoć, ruch uliczny, huragany i Kuba. Jak słowo daje, każdy, komu strzeli do łba pomysł, żeby zamieszkać w jakiejś jebanej Pensylwanii, odciętej od świata, odgrodzonej lodem, musi być porządnie rąbnięty, prawdziwy szaleniec ze śniegiem zamiast mózgu. W Miami to dopiero jest życie!"

 

Sssssunie do nassss Rok Węża

chaobella

Spór astrologów, wróżek i speców od feng shui trwa w najlepsze w tej części świata: Chińczycy i Wietnamczycy szykują się do pożegnania roku pod patronatem cesarskiego Smok, którego zastąpi tajemniczy Wąż; już 10-tego lutego przywitamy Nowy Rok oparty na kalendarzu księżycowym.
Lubię sobie rozmyślać o chińskim horoskopie i charakterystyce dwunastu znaków-zwierząt. Niektóre budzą powszechną sympatię i latom pod ich patronatem przypisujemy szczególnie pozytywne cechy: Koń, Smok, Tygrys, Pies...Inne, choć niezbyt pociągające, uchodzą tradycjnie za przychylne – chociażby Świnia. Ociężały Bawół lub histeryczny Kogut nie budzą nadzieii na wolny od trosk czas. Kilka znaków budzi szczególny niepokój przed nieoczywistą interpetacją: Szczur i właśnie .... Wąż.

Aby dodatkowo zagmatwać prognozy, należy ustalić żywioł patronującego w danym roku zwierzęcia: im bliższy jemu naturalnemu żywiołowi, tym więcej spokoju przed nami. Im większy konflikt między naturą a aspektem roku, tym więcej niepokojów i zgrzytów. Niektóre żywioły uchodzą za gwarancję powodzenia wszelakiego: wbrew typowym skojarzeniom – ogień jest bardzo pozytywnym symbolem, podczas gdy woda zapowiada niestałość i obawy.

Rok 2013 oplecie Czarny Wodny Wąż! Prawda, że brzmi łagodnie, jak baranek?
A zatem, bać się czarnej mamby, czy uczyć sie od zwinnego płaza? Oto, co mówią azjatyccy eksperci.

Zacznijmy od pesymistów:

Łatwo nie będzie! Istnieje ryzyko, że czeka nas wyjątkowo trudny rok. Wystarczy przytoczyć poprzednie lata Węża: 2001 r.  - bezprecedensowy atak terrorystyczny w USA 11-go września; 1989 r. z rewolucyjnymi zmianami w Europie Wschodniej, masakrą na Placu Tienanmen oraz początkiem afgańskiej wojny ZSRR; 1965 r. – wojska USA lądują w Wietnamie; 1953 r. – rewolucyjne zmiany na Kubie oraz mianowanie Chruszczowa na premiera ZSRR; 1941 r. – apogeum II wojny światowej i Holocaustu; 1929 r. – załamanie rynków i początek Wielkiej Depresji; 1917 r. – początek rewoucji w Rosji.  
Pierwsza połowa roku, zwłaszcza wiosna może być dynamiczna czy wręcz agresywna, drugie półrocze powinno być spokojniejsze – to teoria oparta na analizie ciała i ruchów węża.
Maj uchodzi za miesiąc pod patronatem Węża – wtedy należy się spodziewać wyjątkowej dawki jadu spowodowanej spięciem między żywiołem wody patronującej rokowi 2013 a typowym dla Węża żywiołem ognia. Ten piękny, wiosenny miesiąc może przynieść m.inn: rozpad Unii Europejskiej lub strefy euro oraz eskalację konfliktu (nie wylaczając wojny) pomiędzy dwoma „wężowymi” krajami: Chinami i Japonią.

Co mówią optymiści?

Wąż, podobnie, jak Smok – to symbole zarówno potężnych, rewolucyjnych zmian geopolitycznych, jak transformacji naszych osobistych planów. Wąż zrzuca skórę i pełza dalej – bierzmy przykład z tej asertywnej postawy! Jeśli baliśmy się czegoś podjąć - zróbmy to w tym roku! Wąż łaskawym okiem patrzy na rodzące się w jego roku fortuny - firmy założone w tym roku skazane są na sukces. Chińczycy wierzą, że Wąż jest obdarzony szczególną mądrością, zwierzęcym instynktem przeżycia i sprytem ułatwiającym podejmowanie (choćby instynktownych) decyzji oraz zdolność natychmiastowego rozszyfrowania przeciwnika. Rok 2013 ma być zatem pełen niespodziewanych wydarzeń, które nieraz przyprawią nas o szybsze bicie serca. Typowa dla Węża elstyczność pozwoli nam dostosować się do sytuacji i największą porażkę obrócić na swoją korzyść. Działajmy szybko i skutecznie, nie bójmy się podążać własną drogą, choćby na przekór całemu światu! Kreatywny Wąż przyświeca kreatywnym ludziom i może zwiastować rozkwit nietypowych, odważnych branż biznesu, a nawet koniec kryzysu. Wąż - jako symbol medycyny i farmacji - może przynieść rewolucyjne dokonania w tych dziedzinach.

Lata Węża przyniosły wiele wynalazków i przełomowych wydarzeń w nauce i technologii – od Ipod’a w 2011 r., przez radziecki podbój kosmosu w 1965 r., aż po wynalezienie prądu bezprzewodowego przez Teslę w 1917 r.

A zatem, na dwoje babka wrożyła! Ja zwykle, od nas zależy, jak przeżyjemy nadchodzący rok.

Ssssssssssamych sssssssukcessssów Wam życzę!

 

Legenda o … komarze

chaobella

Dawno, dawno temu, gdzieś na północy Wietnamu, był sobie Ngoc Lam – młody, odważny i wielkoduszny wieśniak. Ngoc Lam pojął za żonę Nhan Diep, urodziwą i czarującą młodą kobietę. W przeciwieństwie do męża, nie stroniącego od wytężonej pracy, Diep była leniwa i marzyła o życiu w luksusie.

Pomimo wad żony, Lam szczerze kochał Diep i wybaczał jej wady. Niestety, ich szczęście nie trwało długo; pewnego pięknego poranka, Diep nie obudziła się. Zdruzgotany mąż nie wyobrażał sobie życia bez małżonki i nie chciał dopuścić do pogrzebania jej ciała. Zapakował na drewnianą łódkę swój skromny dobytek i wraz z trumną żony udał się w podróż w nieznane.
Błądził po okolicy, by zatrzymać się dopiero u podnóża zielonej góry. Porastały ją niezwykłe kwiaty, którym cała okolica zawdzięczała niepowtarzalny aromat. Kiedy Lam podziwiał ten rzadki dar natury, spostrzegł starca z długą, siwą brodą. Z jego pomarszczonej twarzy bił spokój i niezwykła pogoda ducha. Młody Lam szybko pojął, że ma przed sobą czarownika. Padł mu zatem do stóp i zaczął błagać o przywrócenia życia zmarłej żonie.

Starcowi żal się zrobiło kochającego wieśniaka i tak do niego mówi:
 - Spełnię twoją prośbę, bowiem twoja miłość i cierpienie są głęboko prawdziwe. Ale pamiętaj, że możesz tego kiedyś żałować.
Następnie, kazał wieśniakowi naciąć palec i upuścić trzy krople krwi na martwe ciało żony. Lam pospiesznie wykonał polecenie, a chwilę później Diep otworzyła oczy! Juz wkróktce nabrała sił i młodzi małżonkowie mogli ponownie wędrować razem.
Przed rozstaniem ze szczęśliwą parą, starzec zwrócił się do Diep:  
- Pamiętaj o wdzięczności za miłość i poświęcenie twojego męża. Bądźcie na wieki szczęśliwi.


Lam postanowił wracać natychmiast do opuszczonego domu. Wiosłował dzień i noc, aż wreszcie zabrakło jedzenia. Udał się zatem na najbliższy targ po zapasy na resztę drogi. Wtedy do strzegącej skromnej łódeczki Diep, podplynął okazały statek. Jej właścicielem był bogaty kupiec, który zakochał się w pięknej Diep od pierwszego wejrzenia. Prosił, by ruszyła z nim w drogę i zaczęła życie na nowo.
Kiedy Lam wrócił z targu, zrozumiał, co się stało i zaczął szukać statku porywacza. Wiosłował wiele miesięcy, aż wreszcie znalazł kupca i swoją piękną żonę.  Kazał jej wracać do domu, ale Diep – nawykła już do wystawnego i łatwego życia – odmówiła. Lam poczuł się nagle ozdrowiały z miłości do niewiernej żony i powiedział:
- Masz wolną drogę. Możesz ode mnie odejść, jeśli takie jest twoje życzenie. Ale musisz mi zwrócić trzy krople krwi, którymi przywróciłem cię do życia.
Zadowolona z tak szybkiej zgody swojego głupiego męża, Diep pobiegła po nóż. Nacięła palec, ale kiedy spłynęły pierwsze krople krwi, nagle upadła martwa. 

Ta lekkomyślna i frywolna kobieta nie potrafiła jednak całkowicie opuścić świata żywych. Ngoc Lam powróciła jako brzęczący, irytujacy insekt, gryzący znienacka ofiary, by odzyskać utracone krople krwi, które niegdyś ofiarował jej mąż. Ten drobny, acz kąśliwy potwór znany jest nam wszystkim jako komar.

O czym pisac nie nalezy

chaobella

Gdybym miala czas, by opowiedziec o tym, co sie ostatnio dzieje w Wietnamie i co w zarowno posredni, jak i bardzo bezposredni sposob wplynelo na wielomiesieczne milczenie Miss Saigon, musialabym napisac o tym, o czym pisac nie nalezy. Bowiem, ci, ktorzy pisac sie odwazyli – po drzwiach wywazonych przez miedzynarodowa prase – z dnia na dzien znalezli sie za zamknietymi drzwiami.

A zatem, pozostaje pisac o banalach lub tez nie pisac wcale. Tym samym wroce juz wkrotce, lekkim krokiem, bo od ciezkich brak nadzieii spada do niepokojacego poziomu i pacjentowi nalezaloby zaoordynowac przymusowa kroplowke wraz z recepta na rozowe okulary.

Timor Leste - delfiny w cieniu ONZ

chaobella

Witamy w Timor Leste!  - powazna celniczka rozplywa sie w usmiechu, pytajac kilkakrotnie jak dlugo potrwa goscina w tym mlodym kraju.  Na moje „ ok 4-5 dni”, wpisuje w paszporcie „4”. Cztery i pol dnia pozniej urzadzi nam karczemna awanture, odgarazajac sie, ze moze nas zatrzymac i co to w ogole ma znaczyc - umysle oklamywanie urzednika panstwowego! Nie pozwala sie przekonac, ze wiza jest wazna 30 dni, a ja nie zamierzam podjac sie pracy edukacyjnej w tym kierunku. Lepiej grzecznie przeprosic za niezawionione grzechy.... Nie po raz piewszy poczulam, ze w tym miejscu globu, emocje potrafia sie rozpalic do czerwonosci w ciagu zaledwie killu minut.

Dalej, wszystko idzie jak po sznurku. W hotelu ucieszono sie na nasz widok, jakbysmy byli niezapowiedzianymi goscmi, mimo rezerwacji dokonanej miesiac wczesniej. Na nastrojowym tarasie z widokiem na szary ocean i lysawe palmy, oprocz nas siedza dwie wiekowe, zadbane damy – saczac wino, wymieniaja ploteczki o zyciu dyplomacji – oraz mloda para: umundurowany czlonek misji ONZ z dziewczyna.  Mlodzi szybko zagajaja i  uswiadamiaja, ze zgodnie z zaleceniem wiekszosci powaznych ambasad, Timor Leste figuruje na liscie krajow o statusie: „Wizyty nalezy ograniczyc do wylacznie niezbednych”. Co prawda,  ten status nie zmienia sie od niemal dekady,  kiedy smiertelne zamieszki z poczatku tego wieku zbieraly swoje kolejne, juz duzo mniej polityczne zniwo,  niz te z lat 90-tych.  
Tym razem jednak chodzi o szczegolny moment: po wyborach na szczeblu panstwowym, szykuja sie wybory regionalne, a wszystko to w kontekscie zwijajacych manatki wszechobecnych przedstawicieli sil pokojowych.
Ich czas chwaly minal wraz ze stabilizacja w regionie i dzisiaj dbajace o niedyskrecje Toyoty ONZ pruja przez Dili na sygnale, by z piskiem opon dojechac na miejsce wachty: urocza plaze, z dala od zgielku miasta.  Punktualnie o 8.15 rano, opaleni, muskularni chlopcy z trawionej bezrobociem Portugalii, zasiadaja na plastikowych krzeselkach i pilnie pracuja do zachodu slonca. Potem jogging z kolegami z policji i kolejny dzien niebezpiecznej misji pokojowej mozna zaliczyc do udanych.

W stolicy Timor Leste – Dili, pozostalosci epoki kolonialnej mieszaja sie z marazmem bezrobocia, klocacych sie ze statystykami Banku Swiatowego, ktory umiescil Timor na 2-gim po Mongolii miejscu liderow wzrostu ekonomicznego w regionie Azji i Pacyfiku: 10% PNB juz trzeci rok z rzedu. Fakt, ze kraj wystartowal z bardzo niskiej pozycji i rekorodowy wzrost powinien sie utrzymac jeszcze pare lat.
Kraj, ktory do niedawna kojarzyl sie z bratobojczymi walkami i tysiacami przesiedlonych mieszkancow, dzisiaj promuje sie jako nieodrkryty raj turystyczny. W ofercie gory, morze, rafy koralowe i zyczliwi ludzie. Brakuje infrastruktury, ale dla chcacego nic trudnego.

Wystarczy udac sie do centrum nurkowego, ktorego australijski wlasciciel byl reporterem, pozniej nurkiem, nauczycielem, a obecnie dziennikarzem. On pokieruje cie do ludzi, ktorzy rzeczywiscie zajmuja sie organizacja wypraw nurkowych – to proste, na stacji benzynowej. Ktorej stacji? Wiadomo - Tiger Fuel. Dochodzi sie do niej w pyle robot drogowych, mijajac zacieniony w uroczej uliczce polski konsulat -  wyglada, jak chatka przy zajmujacym pol kwartalu konsulacie Chin.
Na stacji benzynowej sprzedaja droga pizze i tanie pieczone kruczaki. Nurkowanie?
 - Musicie poczekac na Tonny’ego.
 - A kim jest Tonny? – pytamy.
 - To wlasciciel warsztatu samochodowego – i wszystko staje sie jasne.
W oparach benzyny pytamy o nurkowanie na wyspie Arturo – tylko tam rozkapryszeni nurkowaniem w najpiekniejszych zakatkach Azji Pld-Wschodniej, moga liczyc na prawdziwe atrakcje.
- Nie bedzie latwo, malo turystow, a do tego srodek tygodnia.... Mozecie wynajac cala lodz – za 800 dolcow.
- Nie, dziekujemy. Poczekamy, a nuz trafia sie inni chetni na wyprawe.
- Nooo, tak – ale, nie obiecuje. 
Wdajemy sie w polgodzinna rozmowe o traumie poprzedniej dekady w Dili, w walkach gangow i racjonowaniu beznyny uzywanej w innych, niz napedowych celach.  Mimochodem, okazuje sie, ze mamy wspolnych znajomych w pewnej australijskiej wiosce (!) ...
- Jesli nie chcecie wynajac lodzi, to moze wynajmiecie samochod? – pyta Tonny.
Grzecznie dziekujemy.
-  Mam tez motor – wskazuje pozbawiony lusterek terenowy model.
Bierzemy.
 - Wpadnijcie jutro, moze uda sie zalatwic to nurkowanie.

Ruszamy na podboj miasta. Motor okazuje sie zbawieniem – mijamy szkoly, koscioly, targi, sklepiki, misje walki z tradem, wdajemy sie w niechciana utarczke ze samozwanczym kontrolerem ruchu drogowego, by wreszcie wspiac sie na krete wzgorza, z ktorych roztacza sie niesamowity widok na zatoke, chroniona przez skromniejsza wersje Jezusa z Rio.

   

 


Nastepnego ranka, w pelni zmotoryzowani, odkrywamy prawdziwa perle – hotelik z widokiem na zatoke, od ktorej dzieli nas 7,5 krokow. Bielutki piasek, idealna tafla morza (pelnego zlosliwie kasajacych bestii), calkiem europejskie drzewa, w tle zielone wzgorza – a wszystko to skapane  w magicznym swietle zachodzacego slonca.

Rybacy zarzucaja sieci, dzieciaki bawia sie z psami, kilka rodzin brodzi na brzegu z dziecmi, czasami zawieruszy sie ....czarna swinia grajaca w pojedynke w kokosowy futbol. Przeprowadzamy sie.  Jest pieknie.

Wlascicielka hotelu jest zazywna Australijka, ktora tez zna naszych znajomych w australijskiej wiosce (!!), zadnej pracy sie nie boi i jest zauroczona Timorem od wielu lat. Zarzadza hotelem, piecze ciasta sprzedawane po astronomicznych cenach (czytaj: australijskich), a rano oferuje nam ....wlasny samochod, zebysmy „nie musieli sie meczyc na motorze”.
Za Jezusem w prawo, za kolejna gora, roztacza sie iscie rajski widok: zielone klify zatopione w blekitnej wodzie iskrzacej sie w samo poludnie. Puste plaze, gdzieniegdzie chybocze sie samotna lodka.  Mysle sobie, ze zyjac w takim miejscu, nie mozna miec wrzodow zoladka czy migreny.


Wpadamy kontrolnie na stacje Tonny’ego – okazuje sie, ze jest jeszcze troje chetnych, wiec ruszamy na Arturo nastepnego ranka.  Lodz prowadzi atrakcyjna, spalona sloncem 50-letnia Australijka, w jednej rece dzierzaca ster, w drugiej papierosa, a noga domykajaca wiecznie otwierajacy sie luk bagazowy. W dziesiec osob cisniemy sie na lodce dla czworga pasazerow. Warto, bo juz po godzinie drogi kapitan rozplywa sie w usmiechu:
- Patrzcie, juz sa!
Tym samym rozpoczyna sie najpiekniejszy spektakl natury, jaki mialam szczescie podziwiac.  Poczatkowo, kilka
wielorybow-pilotow, czyli czarnoskorych delfinow,
krazy wokol lodzi – niedlugo pozniej, dolaczaja do nich stalowoskore, usmiechniete i rozgadane delfiny.  Skacza przed lodzia  pojedynczo, w parach, po czym zwoluja kumpli z calej okolicy i w kilku rzedach, karnie wyskakuja niczym przygotowujac sie do plywania synchronicznego w Londynie. Setki szczesliwych delfniow doprowadza kilkoro ludzi do absolutnej ekstazy. Sprytnie graja na naszych och-ach i ach-ach – z zachwytu powoli tracimy dech. Takiego prywatnego wystepu nie uswiadczysz w najlepszym wydaniu National Georgaphic.

Nurkowanie mija zatem w cieniu popisu delfinow – pod woda jest ciekawie, ale z pewnoscia, nie lepiej, niz na Flores czy Sipadan. Niektorym zupelnie sie w glowach poprzewracalo...  

Na wyspie ludzaco podobnej do siedziby Robinsona Crusoe, witamy nielicznych mieszkancow, tkajacych w cieniu rybackie sieci i przemykajac sie po rozpalonej do ognia plazy, docieramy do bazy obiadowej; kurczak z grilla, swiezutkie pomidorki i sok z kokosowych pucharach.
Wracamy do Dili, slonce zapada sie w tafli morza. W porcie wisi baner: „Wez udzial w naszej akcji dobroczynnej. Poplyn na Arturo” – pod napisem, zarys plywaka. Patrzymy z niedowierzaniem na siebie – toz to minimum godzina drogi lodzia motorowa!
Wieczorem zasiadamy z piwkiem na plazy.  Pojawia sie odziany w czarny kostium superman - bez watpienia jeden z muskularnych pracownikow misji ONZ. Czlowiek majestatycznie wchodzi do wody (temperatura: 32 stopnie), dlugo brodzi, wreszcie ostro rusza kraulem i szybko znika za horyzontem. Siedzimy jeszcze godzine – facet nie wraca.  Nawet jesli sa bezrobotni, ci misjonarze robia wrazenie!



Wizyta-rekonesans dobiega konca – na lotnisku dostajemy po lapach za klamstwo emigracyjne i zastanawiamy sie, czy nie byloby dobrze poddac sie karze i zostac tutaj, wpasc w petle czasu...

Ta mysl nie opuszcza mnie, kiedy samolot mknie ponad rajskimi wyspami, wulkanami, skapanymi w chmurach kolorowymi jeziorami i dragonami z Komodo.......Trasa Timor-Bali to jedna z najpiekniejszych na swiecie.


    

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci