Menu

Miss Saigon

Zagadka popielniczki

chaobella

Pani z panem, w Wietnamie namietnie palili,
Popiolke na kurzej lapce w ogrodku wiec ustawili.
Kurzyli i pety gasili, a ona  bez slowa skargi,
Patrzyla jak spopielaja rozne fajkowe marki.

Az przyszedl razu pewnego tragarz kwiatowy i pyta:
- Ech, jakie ladne puzderko, czy moglbym je dostac w prezencie?
- Jakze to? Przeciez ono spelnia tu role nielicha?
- Mnie tez by sie przydalo – odparl z niekryta pycha.

Minal miesiac i kiedy pani z panem wybyli,
Wrocil tragarz kwiatowy i bez zbednego gadania,
Zabral sobie puzderko i zatarl slady porwania.

Szuka pani i pan, pytaja Aniola Stroza
- Gdzie podziala sie nasza popioleczka na nozce?
Strach padl blady, wytezyl Aniol Stroz neurony
- Wiem! To tragarz byc musi kradzieza naznaczony!

Dzwoni pani ze skarga do szefowej tragarza
- Ech, nie znosze, gdy z domu znika rzecz ulubiona...
- Jakze to? Niemozliwe! Zaraz wyjasnie sprawe!
I oddzwania nim pani ranna wypije kawe.

- Tragarz wdepnal w puzderko i starl je w drobny mak,
Sprzatnal slady wypadku, tak jak zrobic nalezy...
Coz to - kiedy w bajeczke nikt jednakze nie wierzy...

Ratujac twarz, zlodziejowi przeciez calkiem umknelo,
Ze w kraju, ktory chlopcow holubi od kolyski,
Mezczyzna rzadko sprzata – nie jego przeciez wina,
ze do miotly nie goni sie ziomkow Ho Chi Minh’a.

Gietki kregoslup... moralny

chaobella

W Wietnamie padl blady strach na przedstawicielstwa firm zagranicznych, ktore od kilku miesiecy poddawane sa masowej kontroli przez miejscowe urzedy podatkowe. Przedstawicielstwa znane sa z ukrywania wielu kosztow, w celu, jak to zwykle bywa, unikniecia podatkow, ku obopolnemu zadowoleniu tychze firm i ich pracownikow.

Dane o falszowanych, a wykrytych przez dzielnych inspektorow wydatkach rosna w wietnamskich gazetach jak na drozdzach. Rzecz dotyczy setek tysiecy dolarow naleznych panstwu podatkow. Do tego kary, wahajace sie miedzy jedno- a pieciokrotnoscia zaleglej sumy... Strach sie bac.

Kontrolerzy, wyjatkowo w tej sprawie, wydaja sie nieprzejednani, tzn. nie chca negocjowac w tradycyjnie przez nich ustalony sposob (polowa dzis, polowa przy wydaniu raportu). Kregoslup moralny napial mi sie jak skorka na kaszance – chodzi w koncu o udzial w narodowym sukcesie, wszystko to w nastroju zblizajacej sie 30-tej rocznicy zjednoczenia Wietnamu, powiewaja czerwone choragiewki, jestesmy dumnym i niezaleznym panstwem, potrafiacym sie rozprawic z wrogiem, tak bronia, jak i konsekwencja w przestrzeganiu prawa.

Do czasu.... Kregoslup bowiem z ulga poddaje sie plastycznemu naciaganiu umiejetnego gracza. Wystarczy  odpowiednio zwiekszyc objetosc tradycyjnej koperty (jakies 15 razy), wspiac sie na szyczyty wietnamskiej dyskrecji i uprzejmosci, dorzucic zaproszenie na wystawny obiad i w kat idzie duma narodowa. Kontroler(-ka) tez czlowiek, wiec przy kolejnym kieliszku wina, ujawni, ze jako 26-letnia osoba, z 2-letnim stazem w urzedzie skarbowym, na kierowniczym stanowisku (musialo ja to sporo kosztowac; primo: oplata za dostanie pracy w urzedzie skarbowym, secundo: za stanowisko kierownicze), jest szczesliwa posiadaczka dwoch samochodow dobrze znanych marek z wyzszej polki. Jej oficjalne zarobki pozostaja w granicy 200-250 dolarow i nikt nie pokusi sie o sprawdzenie niedeklarowanych dochodow.

Bo co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.

W zdrowym ciele....

chaobella

Patrzac na wietnamska sluzbe zdrowia poprzez pryzmat badan lekarskich, ktorych wyniki wlasnie dostarczono nam do biura, wlos sie jezy na glowie wobec jej mozliwosci radzenia sobie z pozwaznymi zagrozeniami, typu SARS, czy ptasia grypa...

Zacznijmy od standardowej kontroli wzrostu i wagi.
Niby niespodzianek byc nie powinno, a jednak! Rok temu, zapewne w przekonaniu, ze Europejka nie moze byc tak mala jak Wietnamka – dodano mi 10 cm. Pomimo moich namolnych uwag, uznano, ze tak pyc powinno. I juz kiedy czlowiek przyzwyczail sie do tego naglego, wyczekanego przez lata skoku – paf : teraz wrocilam do starej normy...
To i tak nic w porownaniu ze skala, ktora odmierzano wzrost kandydatow na egzamin z prawa jazdy – za miarke sluzyla szafa pancerna, na ktorej krawedzi namalowano mazakiem kolejne centymetry. Im dalej od jakiegos 1m60, czyli zapewne wzrostu autora skali, tym mniejsze odleglosci pomiedzy kolejnymi odcinkami, przy czym sama skla zatrzymala sie ostatecznie na 1m75...
Sprawdzano rowniez ilosc palcow dloni - mnie, o dziwo, slusznie doliczono sie dziesieciu...

Jako, ze nigdy nie pamietam swojej grupy krwi, ucieszylam sie, ze wreszcie dane mi bedzie poznac swoja wlasna tajemnice. A ku-ku! Dostarczono mi 3 dokumenty, z ktorych jasno wynika, ze mam grupe: 0 Rh+, 0 Rh-, 0 Rh+... Do wyboru, do koloru. Co ciekawe, w Wietnamie ( i ponoc w Europie Zachodniej) uzywa sie okreslenia „O” w stosunku do grupy krwi, ktora w Polsce uwaza sie za „0” – czyli zero. Czy istnieje jakas uniwersalna, swiatowa norma?

I juz, zeby calkiem mi zrobic wode z mozgu, informuje sie, ze w moim organizmie nie wykryto spaghetti (fakt, nie przepadam). Jak byk stoi: Spaghetti (-)....

Fotograf swietuje

chaobella


Uprzejmie donosze, ze dzisiaj czolowy fotograf niniejszego blogu obchodzi kolejne 18-te urodziny.
Zyczac mu zachowania, a daj Boze, wyostrzenia oka, kolejnych podrozy po fascynujacych krajach i nieslabnacego szwedacza, pozwalam sobie zauwazyc, ze w zachodzacym filipinskim sloncu jest Mu bardzo do twarzy (nieprawdaz?).

A teraz Miss i Mr. Sajgon, uzbrojeni w wytanczone w Kabarecie zaproszenie na ekskluzywna kolacje, udaja sie swietowac, uprzedzajac jednoczesnie, ze skromny przypis o dowolnej ilosci serwowanego wina (jakos trzeba bedzie sie zmusic...) moze zaowocowac 24-godzinnym zawieszeniem dzialalnosci wpisowej. Z powodow oczywistych. 

Uczmy sie jezykow!

chaobella


Bywa, ze nie tylko jednostkom, ale calym nacjom przypisuje sie zdolnosci do nauki jezykow obcych.

Wsrod szczesliwcow znajduja sie Arabowie, ktorzy potrafia bezblednie odgadnac pochodzenie turysty i zapytac po polsku, wskazujac na jego spodnie: “Kolega, po ile i czemu tak drogo?”.


Zaskoczyc potrafi czarnoskory obywatel Mali, ktory w zimnej Szwecji podzieli sie filozoficzna rozterka z polskim kolega, w jego ojczystym jezyku: „Ja pier..., zadnych kobitek tu nie ma...”

Do powyzszej elity naleza rowniez Wietnamczycy, mistrzowie spolecznej adaptacji, obejmujacej szybkie opanowanie jezyka goszczacych ich krajow. Na ojczystej ziemi sa takze znakomicie przygotowani, przy czym najczesciej wladaja kilkoma jezykami.
Lekarz w przychodni poinformuje o znajomosci angielskiego, francuskiego i rosyjskiego, po czym przypisze syrop na kaszel, chociaz pacjent domaga sie EKG.
Albo uczynny klient w aptece zaoferuje swoja pomoc w tlumaczeniu z angielskiego, po czym, wobec ulgi obcokrajowca i w trakcie wyluszczania problemu, odwroci sie na piecie i zniknie z „yes, yes” na ustach.
Sprawa sie tylko pozornie komplikuje przy pytaniach otwartych:
- Czy to juz wszystko?
- Yeees,
- Wiec moge juz wyjsc?
- Yeees,
- A ile place?
- Yeeees.....
Wobec ryzyka utraty twarzy, robi sie w balona pytajacego o droge turyste, jako ze latwiej wmowic mu, ze katedra znajduje sie na wschod, czyli na zachod, to znaczy na poludnie od ratusza, niz przyznac sie do niewiedzy.
Na wyprowadzajacej w pole nacji mozna sie zemscic przy stole, a raczej przy kielszku, jako ze Azjaci maja genetycznie uwarunkowana slabsza od nas glowe. Uwaga, owa slabosc moze byc zrownowazaona wrodzona odpornoscia na tropikalny klimat. Czyli znow porazka...

Konkurs

chaobella

Bravo dla b_huntera ! Tak, to oczywiscie Sinead O'Connor. Tiger Beer czeka... 

Kim jest ta dziewczyna?

  

Dla zwyciezcy konkursu - karton Tiger Beer i koszyk swiezych sajgonek (koszty przejazdu po odbior nagrody pokrywa uczestnik konkursu) .
Uwaga! W razie mozliwosci spelnienia warunkow odbioru nagrody, organizator domagal sie bedzie dostawy obfitego zestawu produktow rozmaitych nieobecnych na wietnamskiej ziemii, stad sugestia dobrowolnego zrzeczenia sie nagrody przez ewentualnych uczestnikow konkursu.

PS. Za brak zwiazku z tematem bloga niezmiernie przepraszam, ale uleglam zlotej, choc zapomnianej  prawdzie: "Jesli czegos nie wolno, ale sie bardzo chce - to mozna". 

Polska, ech Polska....

chaobella

Kiedy spotykaja sie Wietnamczycy, ktorzy studiowali w Polsce, posiadanie obywatelstwa kraju Sobieskiego i Mickiewicza napawa nieskonczona duma. Absolwenci politechnik i uniwersytetow kraju nad Wisla utozsamiaja Polske z czasami ich mlodosci, czyli poddaja ja procesowi calkowitej idealizacji.

Polska jawi sie wiec jako piekny kraj, z tak nowoczesnymi miastami jak Warszawa, uroczymi jak Krakow, czy romantycznymi jak Gdynia. Kien zawsze mruzy oczy w zachwycie przywolujac obraz .... Dworca Centralnego w stolicy. Miejsce schadzek, miesjce sobotnich odjazdow do ukochanej.

Polska jest tez krajem o swietnym poziomie nauczania, ktory to ma (oprocz watku ponizej) tlumaczyc m.inn. doskonala znajomosc jezyka polskiego przez wietnamskich studentow. Wielu z nich, pozbawionych kontaktu z naszym krajem od 40 lat, wyslawia sie piekna polszczyzna, w ktorej to przepraszaja, ze ... tak zle mowia w naszym jezyku.

Polska to, oczywiscie, kraj pieknych kobiet. Zadne spotkanie wietnamskich absolwentow z Polski nie odbedzie sie bez poruszenia tego bliskiego meskim sercom watku. Anity, Jole, Moniki i Barbary staja sie nie tylko ucielesnieniem urody i gracji, ale tez wolnosci myslenia i dozy szalenstwa. O nich pisane byly wiersze, na mysl o nich nostalgia spowija oczy a tajemniczy usmiech kaze sie domyslac kolorow uczucia.

Polska jest wreszcie kraina wyjatkowej kuchni. 60-latkowie swietnie pamietaja prawdziwy smak przebojow kulinarnych i nie wahaja sie glosno skrytykowac odbiegajacego od idealu bigosu, nawet jesli przygotowany zostal osobiscie przez malzonke konsula. Wietnamskie absolwentki potrafia lepic swietne pierogi i wyrabiac niedostepny tutaj twarog.  

Polska pozostaje krajem nieskonczonych mozliwosci i powodzenia w interesach, co zeszta widac golym okiem w kraju wietnamskiej prymacji w handlu tesktyliami i sajgonkami. 

Mimo obecnosci polskich placowek dyplomatycznych i wbrew ich podejsciu do miejscowych petentow starajacych sie o wize do Ba Lan, Wietnamczycy pozostaja najlepszymi ambasadorami naszego kraju.

Zepsute dziewice i zdrowe mezatki

chaobella

Wietnam, kraj znajdujacy sie w scislej czolowce pod wzgledem aborcji (w ostatnich latach, stosunek liczby aborcji do liczby urodzen w roku waha sie miedzy 28 a 52%) balansuje na granicy schizofrenii moralnej.
70-milionowa populacja cieszy sie dostepem do zarowno publicznych, jak i prywatnych klinik i szpitali. Poziom ich jest rozny, laczy jednak podobne podejscie do zdrowia (zarowno fizycznego, jak moralnego) pacjentek. Pewnych pacjentek.
Pierwszym pytaniem ginekologa jest, jak gdziekolwiek indziej przy pierwszym spotkaniu z rozmowca:
- Jest pani panna czy mezatka?
Dla panny, po szczerej odpowiedzi na pytanie, wizyta wlasciwie dobiega konca. Dla mezatki toczy sie zwykla koleja.
Panna w Wietnamie winna byc bowiem nieskalana, wiec niezbadana, czyli  zlekcewazona zdrowotnie dziewica. Jesli owa dziewica zas nie jest – tym gorzej dla niej, bo do trudnosci w uzyskaniu konsultacji lekarskiej (za ktora czesto placi), dochodzi proba porazenia blyskawica moralna przez lekarza. Moze wiec sklamac – dla swietego spokoju- by uratowac twarz (sic!) i uprzedzic kolejne pytanie:
- Ale zamierza pani wkrotce wyjsc za maz? - zwlaszcza jesli takiego zamiaru ani troche nie ma, co tylko przeciez potwierdza jej moralne zepsucie....
Mezatka swoje przeszla – tzn. urodzila dziecko w 270-tym dniu po slubie i nalezy jej sie uwaga, zwlaszcza w perspektywie kolejnej ciazy, jesli pierworodne dziecko okazalo sie byc plci zenskiej.  

Zatrwaza sposob podejscia wietnamskich lekarzy do doroslych, odpowiadajacych za siebie rodaczek. W kraju, gdzie prostytutka jest niemal dodatkiem do karty dan, a mezatki przyznaja, ze wszystkie ich kolezanki (ich samych problem szczesliwie nie dotyczy) sa notorycznie zdradzane przez mezow. 

Nadmienic warto, ze :
- Wietnam nie jest krajem szariatu, a przeciwnie: Socjalistyczna Republika: Wolnoscia- Niepodlegloscia-Szczesciem,
- choroby rzadko wybieraja sobie ofiary wedle ich stanu cywilnego... 

Pora deszczowa

chaobella

Katar leczony trwa tydzien, nieleczony - siedem dni.
Podobnie rzecz ma sie z pora deszczowa w Wietnamie:  trwa zaledwie pol roku - w dobrych latach i az szesc miesiecy  - w gorszych.  W Sajgonie latwiej ja przezyc, niz na chlodniejszej polnocy.
Zreszta, sami spojrzcie - troszke sie ostatnio rozpadalo w Hanoi...

Zdjecia uprzejmie udostepnil Sébastien Auligny, www.auligny.com 

      

  

 

 

Filipiny na deser

chaobella

               fot. Zibi Burdyna  
Pola ryzowe w Carmen, Bohol    
                          

 
       fot.Zibi Burdyna 
                                                                   Morze Mindananskie, Siquijor
 

                     fot. Zibi Burdyna 
Wodospad, Siquijor 

      
      Jeepney z Beatlesami i Britney Spears                                       "Jezu, krolu milosierdzia, ufam Tobie" 

   
 fot. Zibi Burdyna                 Filipinskie pieknosci, Panglao i Apo Island 

    
 fot. Zibi Burdyna                       Dzieciaki, Bohol i Apo Island


fot. Zibi Burdyna                  Trojkolowiec w akcji

  
fot. Zibi Burdyna  
Lagodnosc                             Straznik Coca-Coli

 
fot. Zibi Burdyna                               Zabawy w rzece, Lobok, Bohol 

 
Tarsjusz raz jeszcze ...

I to by bylo na tyle....

Spiewajace wody, kolorowe drogi

chaobella

                                     

Zaledwie 40 km od zadymionego spalinami ponad 2.000 trojkolowcow Tagbilaran – stolicy wyspy Bohol – znajduje sie inny swiat. Lobok – sielski, absolutnie egzotyczny krajobraz rzeki, polozonej u stop wzgorz poroslych gestwina palm. Roslinnosc gra tysiacami cykad, a rzeka spiewa na wiele glosow. A to rzewnie - glosem McCartneya, a to ogniscie – glosem Gypsy King. To leniwie sunace lodki, gdzie serwuje sie strawe dla ciala-bufet i duszy-muzyke na zywo.

                           

 

Na jedzeniu skupic sie trudno, bo widoki zapieraja dech, a niespodzianki w postaci bujajacych sie na palmie i skaczacych prosto pod dziob lodki dzieciakow groza bolesnym obrazeniem ciala za pomoca sztuccow.
Kolor rzeki – doskonale zielony, przypomina jako zywo obraz Amazonki, daleki od typowo brunatnych rzek Azji. Trasa nie byla dluga, ale tak intensywna, ze sprzet foto ledwo sapal.

Chcac rzeczom martwym i zywym organizmom dac chwile wytchnienia, wstapilismy po raz kolejny do Nuts Huts – zagubionego w owych wzgorzach i cykadach hoteliku, do ktorego (jak juz kiedys wspominalam), prowadzi niezliczona ilosc stromych schodow. Nagroda za wyczerpujace w samo poludnie podejscie byly nieziemskiej pychoty koktajle kokosowo-bananowo-rumowe, ktorych moc, zgodnie z ostrzezeniem kelnerki, okazala nam swe potezne oblicze. Pilowanie desek jakby cichsze sie stalo, a upal mniej dotkliwy... Z zagubionego mostku, malenka tym razem skorupka ostatni raz poniosla nas po zielonych wodach Loboc River.

                         

Ostatni dzien – MUSIELISMY spedzic nad morzem. Zatoczyla sie petla – autobusem, ktory zanim rozwiozl pasazerow, dystrybuowal po okolicznych wioskach zaczyn na miejscowy zajzajer – dotarlismy na Panglao. Zachodzilo slonce, katamarany pasly sie w rozowo-niebiesko-srzebrzystej poswiacie nieba, a my w takoz kolorowej cieplej wodzie Morza Mindananskiego. 

                   

Na grillu piekly sie nieszczesne, acz nieodparcie smakowite krewetki, kalmary i kolorowe rybki, ktore niedawno mijalam w czasie podwodnych wedrowek.

                                                       

Kierowca trojkolowca przestepowal z nogi na noge, wiec trzeba bylo pozegnac sie z morzem, ze slodkim lenistwem, z przyjemnie senna atmosfera wieczornej plazy.

Nasz pojazd pedzil jak szalony, ale udalo nam sie powstrzymac ogladajacego sie do tylu kierowce od ostrego wjazdu na ulice, ktora grzal mini-van. Pojazdy filipinskie ozdobione sa masa przeroznych sentencji,  ktorych tresc nie pozwala zapomiec, ze Filipiny sa najwiekszym w Azji krajem katolickim:
„Bog jest miloscia”, „Jezu – ufam Tobie”, „Boze, prowadz mnie do domu”, „Odmawiaj codzien swiety rozaniec” (czesto namalowanych bezposrednio na szybie, skutecznie utrudniajac kierowcy normalna jazde....),
lub bardziej swieckimi: „Badz uczciwy, nawet jesli inni nie sa, nie byli, lub nie moga nimi byc”.

                                         

Dojezdzamy, zegnamy sie z kierowca, ktory na znak podziekowania za zaplate, unosi zwyczajowo brwi. Trzeba uwazac na wlasna mimike – zdarzylo nam sie przywolac nieswiadomie kelnerke, kiedy przy piwie osiagalismy mistrzostwo w treningu filipinskiego jezyka ciala. 


Dzien wylotu byl jak zwykle zrodlem niepokoju, o tyle uzasadnionym, ze samolot sie spoznil o godzine, co dawalo nam zaledwie 50 min. na przesiadke w Manili. I po raz ostatni Filipinczycy  rozlozyli nas na lopatki – powiadomiony pracownik czekal na nas na lotnisku, by zapewnic bezbolesny (czytaj: ominac wszelkie kolejki) transfer do samolotu, do ktorego wzywano ostatnich pasazerow w naszych skromnych osobach.
Po dwoch godzinach – ani slowa, Sajgon jest rowniez piekny! 

A dzien pozniej - martw sie, czlowieku, martw, gdzie by tu znow wyjechac... 

                       

Apo - wyspa spokoju

chaobella

Na Negros jechalismy po odrobine cywilizacji, czyli ciepla, nieslona wode, internet i slady nocnego zycia w uniwersyteckim miescie Dumagette.
Lalo jak z cebra bite dwa dni, niemal non-stop, z wyjatkiem momentow, kiedy szwedacz podrozniczy pchal nas do nieodleglych miejsc, gdzie tez lalo! Nie zobaczylismy wiec delfinow (szansa na zobaczenie wielorybow jest raczej czescia legendy, w ktora nie wierza juz nawet miejscowi), ani nie wspieli sie na najwyzszy szczyt wyspy (dobra wymowka, bo gorka miala blisko 2.000 m).

Pozostalo wiec zwiedzac bary, gdzie wino sie leje w rytm ognistych rytmow, jadlodalnie, gdzie zywy kogut reklamuje swych poleglych na ruszcie pobratymcow, czy salon masazu, skad czlowiek ledwo o swych silach wychodzi.
Lekka depresje uratowala Apo Island – malenka wulkaniczna wysepka na samym poludniu Negros. Widac ja bylo na wyciagniecie reki, ale dostac sie na nia to juz inna sprawa. Lodzia kieruje kapitan, ale o bilety trzeba sie dopytac u Grubego, Gruby wlasnie wyszedl, wiec nalezy zagaic szefa budki, w ktorej .... ani zywej duszy. Po tych peregrynacjach i odpowiednim nawodnieniu wyczerpanego organizmu San Miguelem, udalo sie – plyniemy. Obsluga chwyta bagaze i przenosi nad glowa, wbrew falom i raniacym stopy koralom.

Po pol godzinie znajdujemy w przeplecionej kretymi sciezkami wiosce, nad ktora goruje niepozorny, lecz cudowny hotelik.

Choc brakowalo biezacej wody (nalezalo docenic sposob kapieli przodkow, przepraszajac sie z polewaczka), a prad wlaczano na jedynie 4 godziny dziennie, to widok z werandy wynagradzal wszystko: egzoytka in se. Sztorm w nocy trzaskal roletami, dachowki niebezpiecznie lomotaly, ale fale byly wtedy wlasnie najpiekniejsze – oczywiscie ogladane z bezpiecznej perspektywy...

Rownie pieknie okazalo sie byc pod woda – tylu roznych gatunkow i tak dobrze zachowanych korali jeszcze moje oko nie widzialo! Nie mowiac o takich rzadkich drobiazgach, jak slimaki nagoskrzelne, czy miniaturowe krabiki porcelanowe zyjace w sasiedztwie blazenkow. Nic dziwnego, skoro wiekszosc obszaru Apo nalezy do pilnie strzezonego sanktuarium morskiego. Cudo, cudo, cudo!

     

   

Wioseczka rybacka liczyla kilkadziesiat domostw zamieszkalych przez przemilych ludzi i rozbiegane dzieciaki.
Granice miedzy sasiadami czesto wytyczaly ozdobne, finezyjne muszle, czy tez suszace sie sieci rybackie. Wieczorem osada ozywala, kiedy ludzie wychodzili do kosciola, by potem wspolnie pograc i pospiewac przy czyms mocniejszym – byla gitara i pare plastikowych kublow, ktore swietnie zastepowaly perkusje.

Apo Island jest przykladem wspolistnienia dwoch roznych kutlur i interesow: wioski rybackiej i osrodka nurkowego. Zalozony przez entuzjastycznego Anglika Liberty’s Resort opracowal projekt ochrony ekosystemu wyspy, oraz program wspolpracy z mieszkancami, na zasadzie: my dajemy materialy, wy prace rak. W ten sposob odnowiono kosciol i szkole. Na ogromna skale zaprzestano uzywania plastikowych butelek, propagujac system ich wielokrotnego napelniania z wielkich zbironikow mineralnych. Kilkorgu dzieciom pracujacym przy oczyszczaniu wyspy ufundowano stypendia w szkolach srednich. Rybacy spokojnie pracuja na morzu, wiedzac, ze nurkowie nie wystrasza swoja obecnoscia ryb w rejonie ich polowow.  Szacunek obustronnych potrzeb i pomoc sasiedzka na wielka skale.

Czas naglil, kalendarz nie chcial negocjowac - po dwoch uroczych dniach, powrocilismy na Negros, by stamtad zatoczyc petle i na dachu jeepney’a podazyc na ostatni prom, ktory zabral nas  do miejsca przylotu – na Bohol.

 

Czekala tam na nas najpiekniejsza w Azji spiewajaca  rzeka ....

Wyspa Ognia i Deszczu

chaobella

Pojecie czasu jest na Filipinach dosyc wzgledne; zarowno z powodu ich rozciaglosci geograficznej (wyspy rozdzielone sa np. 15 min. roznicami stref czasowych), jak i wyspiarskiego postrzegania czasu przez ich mieszkancow.
Kiedy wiec nasz prom mial odplynac o 19, a dokonal tego wyczynu dopiero 1.5 godz. pozniej, nic dziwnego, ze powitanie kolejnej wyspy Siquijor wypadlo grubo po polnocy.
W doskonalych nastrojach, po urokiem nowego miejsca, uznalismy, ze w najgorszym wypadku pierwsza noc spedzimy pod gwiazdami. Kierowca trzykolowca dwoil sie i troil, ale zywej duszy w uroczym hoteliku nie odnalazl. Laweczki restauracyjne okazaly sie calkiem wygodne, sarongi chronily przed komarami, a niezbedne potrzeby mozna bylo zalatwic w chronionym przez obrazek ptaka kiwi przybytku. Ech, jak czas wolno plynie, kiedy morze szaleje, wiatr mu dopomaga, a sen nadejsc nie chce. Ech, jak pieknie wolno wtedy czas uplywa! Gdyby jeszcze czlowiek wiedzial, ze natraczywe swedzenie wynika z faktu polozenia sie na seku zamieszkalym przez mrowki, byloby calkiem uroczo.

Rano okazalo sie, ze w hoteliku miejsc brak, ale dzieki temu zamieszkalismy obok, na plazy, gdzie wieksze fale zalewaly nam niemal werande. Brak klimy nie doskwieral, jako ze wialo jak w kieleckiem. Morze zielone, niebieskie, stalowe...
W ciagu dnia kajaczek, snorkeling i pozdzierane nogi gwarantowane. W slonej wodzie i w upale goja sie jak marzenie..

Poczatkowo, jako jednostki nieuleczalnie naiwne, zamierzalismy objechac wyspe w kilka dni rowerami. Rowerow jednak nie uswiadczylismy, a jedynym pojazdem zdolnym pokonac gorzysty interior byl miejscowy jeepney. I powiozl nas - po wioskach, wybrzezu, lasach i gorach. 
Na pobudzenie apetytu na egzotyczne krajobrazy, ruszylismy na poszukiwanie wodospadu. Szumial juz z oddali, dostojny, kaskadowy, zielony uwodziciel. Lejacy jak z cebra deszcz powstrzymal nas przed kapiela w zimnym naturalnym basenie, ale te kolory, ten zapach swiezosci gorskiej wody w parnym, tropikalnym lesie! 

Dla ukojenia rozkolatanego cudem swiata serca, udalismy sie w gorki, gory, gorzyska. Skapane w deszczu i w chmurach, burzyly skojarzenie z legendarna nazwa Siquijor - Wyspa Ognia. Kiedy juz silnik wyl resztkami sil, a kolejna sliska serpentyna drogi lamala nasza motywacje dlaszej jazdy, dotarlismy do celu - drogi prowadzacej do swietej groty. Jeszcze tylko 335 schodow, 3-metrowe paprocie i liscie palmowe czernobylowej wielkosci, mijane co 50 m. drogowskazy w postaci krzyzy z kolejnymi katolickimi swietymi...

I oto tajmnicza grota okazuje sie byc malenka wneka w skale z postacia Maryjki, powstala w zamierzchlym 1984 roku... Ale droga w ciemnym huczacym od drobnego zwierza lesie niezapomniana!
Ile sil w plucach, dopominalismy sie o slady slynnej na caly swiat suiquijorskiej czarnej magii. Na prozno - mistrzowie ceremonii woo-doo przekwalifikowali sie na masazystow, a jedyna wskazowka na istnienie "nieznanego" byl widok zgromadzonych w otwartym grobie miasteczka San Juan czaszek i kosci spoczywajacych niegdys w pokoju zmarlych.

No coz, buty wyschly, hotelowy zapas rumu i kalamansi (drobne lemonki) wykonczylismy, pozostaje sie pozegnac i z Salamat (po filipinsku: dziekuje) na ustach, przeniesc sie na kolejna wyspe - tym razem Negros Oriental.

 

Filipiny - czekolada na polach ryzowych

chaobella

Wyspa Bohol nalezy do jednych z najmniejszych na Filipinach - zamierzalismy wiec optymistycznie objechac ja  rowerami, noo - ewentualnie motorami. Rzeczywistosc nas przerosla - ale dzieki niej zakochalismy sie w transporcie publicznym. Autobusy zatrzymujace sie na kazde gwizdniecie i uderzenie w sufit przez pasazera, pomocnicy wrzucajacy jedna reka bagaze na dach, bilety tanie jak barszcz (jakies 30 pesos za 30 km, czyli zaledwie 50 razy mniej niz proponowane turystom mini-busy). A do tego wiatr wlosy (jak sie je ma) rozwiewa, widoki powoduja trwale rozbieganie oczu... Do tego, Filipinczycy sa naroden niezwykle milym, uprzejmym i swietnie znajacym jezyk angielski (w podstawowce czesc nauki odbywa sie po angielsku). Do tego uczciwi wobec przyjezdnych, co w Azji nie jest oczywiste.    

Do Gor Czekoladowych jechalismy zaledwie dwie godziny, ale droga wila sie jak seprentyna, mimo ze cel znajdowal sie na poziomie niewiele ponad 1.000 m. Ulga - upal stal sie znosniejszy, wial nawet wiatr, a wschodowi slonca towarzyszyly przelotne dreszcze. Gor w Czekoladowym kompleksie jest ponad 1.000, niektore przypominaja babki z piasku, inne babki wielkanocne,jeszcze inne zblizaja sie do idealu stozka. Porosniete trawa i drobna roslinnoscia, zmieniaja barwe w zaleznosci od pory roku - im bardziej sucha, tym bardziej zielen ustepuje czekoladowemu brazowi.   

W jedynym, na szczycie wzgorza i z widokiem na slodkie gory, hotelu poprobowalismy miejscowych kwasnych zup,wyrownali poziom krewetek we krwi i nawodnili (koniecznosc - bylo baaardzo  goraco) miejscowym piwem San Miguel (0.32 l za 0.5 USD).  Choc powstrzymalismy sie od degustacji Vino Viagro (sic!), sily powrocily by podjac dalsza wedrowke. Tym razem na motorze przez wioski i pola ryzowe. Wioseczki po 40 domow, z obowiazkowa szkola, skad dzieciaki wybiegaly na nasz widok z okrzykiem "Hey, Jo" (pozostalosc po latach pobytu wojsk amerykanskich), oraz nazwami nasuwajacymi na mysl pobyt w Ameryce Pld. raczej niz w znajomej Azji: Villa Nueva, Villa Norte... Pola ryzowe w zachodzacym sloncu chyba nie potrafia nie zachwycic, zwlaszcza kiedy ryz jest w fazie gotowej do zbioru i zacheca do zlozenia zmeczonej glowy na jaskrawo zielonych tarasach (pokusa do odparcia, jako ze uprawa wzrasta na blotku...). 

Nastepny dzien zapisal sie zlotymi czcionkami w ksiedze rekordow przemieszczania sie z bagazem w upale oraz ilosci pokonywanych z nim schodow. Z rana ruszylismy nad rzeke w Lobok  - zywcem przypominajaca krajobraz z Misji. Wielkie, strome zbocza, a w ich dolinie zielona rzeka. Amazonka w srodku Azji! Rajski widok skutecznie jednak rozpraszal odglos pily tarczowej pod hotelem, wiec plecaki w lapy i kolejnych 500 schodow, potem po gruzach w gore, truchtem przez jezdnie i hop do ulubioneo autobusiku wiozacego nas przez Carmen i Seville do parku, gdzie czekal na nas upraginony tarsjusz. Malenki teren powierzony fundacji ratujacej nieliczne okazy endemicznego gatunku, na nim zaledwie 10 objetych ochrona zwierzatek (mimo ochorony, sa wylapywane i nielegalnie srzdedawane zaledwie kilometr dalej). Piekne zwierzatko, chociaz tak puchate, ze trudno glaszczac je, przebic sie przez warstwe futerka do drobnego ciala. I te wolno otwierajace sie, ogromne oczy....

Tarsjusz byl jednym z filipinskich celow wyprawy, wiec spotkanie z nim warto bylo okupic nawet powrotem (znow schody, bagaze i wdepniecie w bagno w celu oczyszczenia butow) polotwartym jeepney'em, gdzie bialy pyl szczelnie pokrywal oczy, wlosy i sprzet foto... Ale przeciez nie dla przyjemnosci w koncu czlowiek jedzie na wakacje...
By przemieszczania nie bylo dosyc, ruszylismy wieczorem na wyspe Suiquijor.... A tam pierwsza noc  - coz, ciekawa, ciekawa.

O tym wkrotce, jesli znow dopadniemy internet.

Pod woda

chaobella

Bohol przywitalo nas zielenia - razila oczy z samolotu, po wyjsciu z niego, odbija sie w turkusowej wodzie oceanu i pod jego wodami...
Dzien pierwszy filipinskiego romansu zostal uczczony nurkowaniem. I choc znowu wielorybi rekin uciekl mi sprzed nosa (migruja pod koniec cieplego sezonu, czyli w okolicach czerwca), to wrazen bylo co niemiara. Katamaran, z ktorego kapitan wylewal dyskretnie wode, pomiescil ledwie nurka w mojej postaci, przewodnika i rzeczonego kapitana, plus oczywiscie sprzet.
Kiedy juz udalo sie na 1m kw. zarzucic butle na plecy, po czym - okrakiem obejmujac chyboczaca lodke, wsunac za duze pletwy i pomyslec, ze ciasna maska wbija sie w mozg - juz bylam w wodzie. Ten moment to magia  - nagle znajdujesz sie w blekitnym swiecie, gdzie masa kolorowych rybek zdaje sie ignorowac twoja obecnosc, a jednoczesnie laskawie cie dopuszcza do swojego zycia...
Skala schodzaca w dol na 30 m. obsadzona byla masa korali, ukwialow, wachlarzy morskich. W szczelinach kryly sie rzadkie koniki morskie (dlg. ok 2 cm), mikroskopijne fosforyzujace na fioletowo krewetki, niebezpieczne maskujace sie ryby, przypominajace  ksztaltem oberwana skale...
Na dnie czekal zardzewialy wrak ... samochodu terenowego - nikt nie potrafil wytlumaczyc, skad sie wzial 100 m. od brzegu...     
Wystraszona najezka nadela sie jak pilka, pradziadek Nemo ugryzl ciekawska dusze w palec, murena pokazala zeby, a inna ciezarna najezka ostrzegawczo zamachala ogonem. Wielkie rozgwiazdy mienily sie kolorami, gabki zachecaly do uzycia, a skamieniale korale lagodnie sie tym razem zemscily, pozostawiajac jedynie odrapana pecine. Ech, chce sie zyc i ...chcialoby sie tam zostac...


A jutro kulinarno-podroznicza rozpusta, czyli Gory Czekoladowe. 

Powietrze doszlo jednak do 50  barow i czas powrocic na gore - nasycic oczy nierealnym kolorem wody, setkami wyginajacych sie na wietrze wiotkich palm, smaglymi mlodziencami i wartymi grzechu miejscowymi pieknosciami...

Kierunek - Filipiny

chaobella

Nadeszla upragniona chwila - jutro Miss&Mr.Saigon udaja sie na Filipiny. Jesli przez dwa tygodnie nie dadza znaku zycia, to prawdopodobnie:
- zatkalo ich z wrazenia,
- internet jest niedostepny,
-... watek terrorystyczny raczej wykluczamy...

Do rychlego!

Azjatycka uprzejmosc

chaobella

W przeciwienstwie do zdystansowanych Europejczykow, czy noszacych przepisowy usmiech Amerykanow, Azjaci usmiechaja sie naturalnie – bez powodu i z powodu, przepraszajaco i uprzejmie, niesmialo i pelna geba. Ktoz nie slyszal opinii o falszywym usmiechu Wietnamczykow? Maja przeciez z pewnoscia jakis interes, albo chca nas oszukac...
Oszustow nie brak w zadnej nacji. Usmiechajacych sie po prostu, na codzien, nie znajdziesz jednak latwo w Europie. Trudno zabladzic powracajac z Azji – na lotnisku wystarczy szukac poczekalni z ludzmi o smutnych twarzach.


Wietnamczycy nie tylko potrafia sie cieszyc prostymi urokami zycia, ale nie zwazac, czy wrecz obsmiewac jego przeciwnosci. Szokowac moze widok smiejacych sie swiadkow wypadku – tak jednak czesto reaguja miejscowi na katastrofe, wobec ktorej smutek juz nic nie zdziala, wiec warto sprobowac ja przegonic smiechem.


Uprzejmosc handlowa rzadzi sie nieco innymi prawami: blednie, kiedy zaawansowana transkacja nie dochodzi do skutku, czesto jednak pozostaje rownie szczera, kiedy do sprzedazy nie dochodzi.  
Nie usmiech jest jednak najwazniejszy, ale imponujaca pamiec i drobne, jakze jednak zmiekczajace serce odruchy oferentow wszelakich:



fot.Zibi Burdyna

 

I co najwazniejsze, z iskierkami radosci w oczach przywitaja cie serdecznie, wypytaja o zdrowie i rodzine, kiedy wrocisz po dluuuugiej, parudniowej nieobecnosci.

- na twoj widok siegna po butelke piwa, ktore kupiles ostatnio pol roku temu,
- odwaza te sama, co przed miesiacem porcje kielkow sojowych,
-wyciagna z najnizszej szuflady papierosy, ktore kupowales rok temu - w deszczu i skryty pod deformujacym plaszczem przeciwdeszczowym,
- zaserwuja w knajpce rum, chociaz opowiadasz odwiedzajacemu cie przyjacielowi, ze od dawna nie pijesz,
- zacytuja twoje „ No, thank you”, proponujac jednoczesnie wieczor z panna w pizamce,  
- doleja mrozonej herbaty po kazdym twoim lyku, wierzac, ze nie peknie ci pecherz,
- zawioza cie na lotnisko, pamietajac, ze pare lat temu jakis turysta z plecakiem pragnal  wsiasc po polnocy do samolotu,
-  podaruja ci tort na urodziny, jako ze kiedys wspomniales, ze lubisz czasem przekasic herbatnika...,
- zaprosza na lufe, kiedy chesz zaledwie przymierzyc spodnie, albo zmienic opone w rowerze,
- obiora orzeszki z lupinek, zebys sie nie meczyl... 

Naturalizacja?

chaobella

Jak mawiaja starzy wyjadacze podrozniczego chleba: " W Rzymie zachowuj sie jak Rzymianie".
Czyli w wolnym tlumaczeniu: szanuj kulture i obyczaje kraju, w ktorym goscisz, dostosuj sie do okolicznosci i sposobu zycia miejscowych.
Ilez to razy przeklinalam w najgorszych slowach ruch drogowy w Wietnamie, ile zolci upuscilam na beztroskich kierowcow z bozej laski, jadacych z glowa odwrocona do tylu i innych gagatkow ignorujacych kompletnie przepisy wszelakie, ile ....

No i stalo sie!
Wczoraj, na znanej mi jak wlasna kieszen trasie, kiedy spokojnie, jak czlowiek jechalam na czerwonym swietle (wersja dla rodziny: bylo prawie zielone!), mlody choc  stateczny ojcec 3-osobowej rodziny (standardowa ilosc osob na motorze), zmrozil mnie wzrokiem i z oburzeniem wykrzyczal po angielsku pytanie z gatunku retorycznych:
- Nie widzisz, ze jest 
czerwone?!

.... pozostalo mi, jako jednostce czesciowo znaturalizowanej, przyjac twarz przygluchego pokerzysty, zaserwowac usmiech numer piec i dokonczyc to haniebne dzielo, by zachowac twarz.

Kwarantanna

chaobella


fot.Zibi Burdyna

Znajoma wlascicielka salonu pieknosci, ktora spedzila wiele lat w Australii i nalezy do grupy nowoczesnych, mlodych Wietnamek, juz krotko po slubie skarzyla sie, ze „tesciowa, zwlaszcza w swoim domu, to nie to samo, co wlasna mama”. Spostrzezenie tylez naturalne, co upal w tropikach.
Po slubie wszystko potoczylo sie klasycznie i rowne dziewiec miesiecy pozniej, Quynh oczekiwala na porod. Jak wiekszosc dzielnych rodaczek pracowala do ostatnich dni ciazy, co wzbudza u mnie zarowno podziw jak i niepokoj, ze rozwiazanie nastapi w kazdej, niepozadanej chwili.

Dwadziescia dni temu (odliczanych niecierpliwie z obowiazkowych 30), Quynh urodzila ponoc zdrowego chlopca, sama ma sie dobrze – wiem to wszystko od zaufanego personelu salonu. Sama wlascielka chciala zajrzec do wlasnej firmy, ale....
W Wietnamie „obowiazuje” tradycja miesiecznej kwrantanny po porodzie. Niby nic dziwnego, wiadomo wszkakze, ze nie jest to czas bicia rekordow aktywnosci zyciowej, tu jednak wkrada sie pewna specyficzna otoczka. Otoz, by zapewnic w tych szczegolnych dniach wlasciwe warunki mlodej matce i dziecku, poddaje sie te pierwsza rygorowi zakazujacemu wszystkiego, co mogloby owo delikatne zdrowie narazic na szwank: mycia ciala (nowoczesne kobiety twierdza, ze super ekspresowy prysznic jest dozowolony, najlepiej pod nieobecnosc domownikow), mycia wlosow (to zasada bez wyjatkow), wychodzenia z domu (przeziebienie!) i wszelkich zabiegow upiekszajacych; depilacji, malowania paznokci, itp.(choc powiazanie z bezposrednim zagrozeniem zycia wydaje sie byc dosc odlegle...). Tradycyjnie, pod lozkiem mlodej matki, powinny byc ponadto trzymane rozgrzane wegle zapewniajace utrzymanie wlasciwej temperatury.

Taka tradycja mialaby swoj urok i zapewne jakis sens, gdyby nie fakt, ze mlode pokolenie ja odrzuca i wstydliwie odwraca oczy w odpowiedzi na pytanie, czy przymusowa kwarantanna im odpowiada.

Bezplatna wiza

chaobella

Zakladajac, ze znakomita czesc czytelnikow zechcialaby odwiedzic kraj ryzem i sosem rybnym plynacy, oto slow pare o formalnej stronie wizyty w Kraju Skosnookich Braci:
 - na mocy wzajemnego porozumienia rzadow o bezplatnym ruchu wizowym, wizy do obu krajow obowiazuja i Wietmaczykow i Polakow, ale jak sama nazwa mowi - sa bezplatne; 

- w zwiazku z powyzszym, aby uzyskac wize polska, Wietnamczyk powinien:
1) przymilnie usmiechnac sie do miejscowego sekretarza Ambasady/Konsulatu,
2) ustalic/potwierdzic stawke obowiazujaca tylez nieoficjalnie, co naturalnie,
3) uiscic nalezna oplate, wsuwajac banknot do wniosku wizowego,
4) oczekiwac, iz suma przekona posrednika i upragniona wiza zostanie przyznana – bezplatnie oczywiscie,
5) zywic w duchu nadzieje, ze ow nieuczciwy posrednik padnie ofiara kolejnej afery korupcyjnej w srodowisku dyplomatycznym, ktore juz nie zastanawia sie, skad  skromny urzednik dysponuje srodkami pozwalajacymi nabyc od ustepujacego dyplomaty samochod sluzbowy...........

- w zwiazku z powyzszym, Polak powinien:
1) udac sie naiwnie do miejscowej Ambasady/Konsulatu z wnioskiem o wize, ktory przelezy bez odpowiedzi dluuuugi czas,
2) upomniec sie o przyspieszenie sprawy, na co uzyska bezplatna porade udania sie do wyznaczonej agencji turystycznej, obslugujacej kierunek wietnamski,
3) uiscic tam stosowna oplate i odebrac szybciutko bezplatna wize,

lub
4) usmiechnac sie do znajomego rodaka w Wietnamie, ktory zalatwi na miejscu tajny papier na policji, poda jego tajny numer, dzieki ktoremu wiza w Polsce zostanie natychmiast przydzielona,
i
4.1) jesli przy odbiorze niechybnie zapyta: „ Czy to wszystko?”, uslyszy: „Nalezy sie 100zlotych”, po czym ma do wyboru:
- udac glupiego, zamrzec, po czym szybkim krokiem opuscic przybytek, nie ogladajac sie za siebie,
- zaplacic i nie upominac sie o rachunek, bo takiego nie dostanie,
- probowac dochodzic, czego dotyczy oplata, po czym j.w
4.2) usmiechnac sie od ucha do ucha, znajac powyzszy numer, podziekowac i opuscic przybytek wg instrukcji j.w. 

Powyzsze doswiadczenie jest niezbedne w celu zdrowszego przystosowania sie do administracji i logiki kraju, do ktorego pragniemy sie dostac.  

Przyjezdzajcie licznie, nawet jesli hydraulik zostal w Polsce J

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci