Podczas zorganizowanego w sierpniu Międzynarodowego Kongresu Matematytów w Hyderabadzie (Indie), przyznano medale Fields’a najlepszym młodym (poniżej 40-go roku życia) matematykom na świecie. Jednym z czterech wyróżnionych jest 38-letni profesor Ngô Bảo Châu – za udowodnienie tzw. podstawowego lematu dotyczącego istotnych problemów algebraicznych, nad którym matematycy męczyli się przez ponad 20 lat, a Ngô udowodnił go przez sprowadzenie do stosunkowo prostego problemu geometrycznego bliskiego fizyce matematycznej. Odkrycie to zostało zakwalifikowane przez magazyn Time jako jedno z 10-ciu najważniejszych dokonań w nauce w 2009 r.
Ngô Bảo Châu urodził się w w Hanoi, w profesorskiej rodzinie (ojciec w dziedzinie matematyki, matka w dziedzinie medycyny). Wyjątkowo uzdolniony nastolatek wziął udział w Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej w 1988 i 1989 roku, gdzie jako jedyny osiągnął wynik 42/42 punkty.
Châu wyjechał z Wietnamu studiować na prestiżowej Ecole Normale Supérieure w Paryżu. Dalszą karierę naukową kontynuował we Francji: doktoryzował się na Université Paris-Sud, habilitował na Université Paris-Sud 11 i tam też obronił profesurę w 2005 r. W tym samym czasie uzyskał tytuł profesorski w Wietnamie, stając się najmłodszym (33- letnim) posiadaczem tego tytułu w kraju. Obecnie wykłada w Instytucie Zaawansowanych Nauk w Princetone oraz, okazjonalnie, w Instytucie Matematyki Uniwersytetu w Hanoi. Od września bieżącego roku, będzie wykładał na Univercity of Chicago.
Wszystkie krajowe media z dumą podkreślały osiągnięcia wybitnego matematyka, a głowy (w liczbie trzech) państwa pospieszyły z gratulacjami, proponując profesorowi czynny udział w rozwoju zaawansowanych studiów matematycznych w Wietnamie.
Ngô Bảo Châu podczas ceremoni Hyderabadzie, sierpien 2010 r.
Generał Giap obchodził 23-go sierpnia 100-tne urodziny. Uczczono je z należytą stuletniemu bohaterowi narodowemu atencją, podkreślając bezprecedensowy wkład geniuszu militarnego w historię Wietnamu. Trudno zaprzeczyć faktom: pod dowództwem Giap'a, wietnamskie wojsko pokonało dwie światowe potęgi: Francję i USA. Giapa kochano i nienawidzono, ale nikt nie może odmowić mu talentu, czy wręcz geniuszu militarnego. W biednym, zacofanym kraju, potrafił świetnie wyszkolić całe odzdziały. Doskonale dobieral sobie współpracowników, którzy szybko zarażali się entuzjazmem generała. Logistyka rodem ze Średniowiecza okazała się skuteczniejsza, niż najlepiej zorganizowane armie świata. Generał Giap opierał swoje strategie na podstawie identyfikacji najsłabszego punktu wroga. Walcząc z armią USA, nie sposób nie docenić jej potegi; talent Giapa polegał na celnym odnalezieniu jej slabości. A tych było wiele: brak odporności na tropikalny klimat, nieznajomość terenu, brak poparcia cywilów.A przede wszystkim: niesprawiedliwa okupacja kraju. Mówi się, że strateg i taktyk Giap nigdy się nie pomylił w swojej 30-letniej karierze wojskowej. To on zmusił dziesięciu francuskich i amerykańskich generałów do popełnienia strategicznych błędów, które doprowadziły do porażki wroga. Giap studiował sztukę militarną na podstawie analiz m.inn. wielkiej wojny ojczyźnianej, chińskiej wojny z Japonią i wojen napoleońskich. Vo Nguyen Giap przeżył swoich największych wrogów i przyjaciół, a jego imię na zawsze pozostanie zapisane w Historii.
Urodzinowe zdjecie w Hanoi: Gen. Giap i gratulujacy mu Nong Duc Manh, I Sekretarz Partii.
TUTAJznajdziecie słynny wywiad z Gen. Giap'em przeprowadzony przez O.Fallaci w 1969 r.
Wietnam będzie musiał jeszcze poczekać na tego typu inwestycje ..... Tymczasem, Singapur chwali się najnowszą perełką architektoniczną, którą miałam okazję podziwiać z daleka podczas ostatniej wizyty w sterylnym kraju.
Oficjalne otwarcie kompleksu Marina Bay Sands miało miejsce 23 czerwca, a zaszczyciła je sama Diana Ross koncertem na żywo. Hotel posiada 2.560 pokoi o zwykłym i podwyższonym luksusowym standardzie. Zbudowany nakładem 5,7 mld USD, zdetronizował konkurencję z Dubaju i pozostaje dzisiaj najdroższym hotelem na świecie. Kompleks złożony z trzech budynków połączonych 350 metrowym mostem w kształcie łodzi powstał wedle projektu architektonicznego Moshe Safdie.
Oto garść faktów i cyfr, którymi Marina Bay Sands chętnie się dzieli: Powierzchnia: 845.000 m² Ilość pięter: 70 Personel: 10.000 osób Planowany dochód: 70 mln USD rocznie Wstęp do kasyna: 70 USD Liczba gości w kasynie: 25.000 dziennie Wysokość drzew w podniebnym ogrodzie: do 83 metrów
Osobiście, nie potrafiłabym się oprzeć podniebnemu basenowi: choć wydaje się nie mieć granic, woda spływa z brzegów na kolejny poziom, z którego jest ponownie pompowana do głównego zbiornika. Mierzy, bagatelka, 150 metrów, czyli trzykrotność olimipjskiej długości! Polożony nawysokości 200 metrów, wymaga od pływaków nie tylko kondycji, ale i odporności na lęk wysokości. Hotel zapewnia, że liczne zabezpieczenia uniemożliwiają jakikolwiek nieszczęśliwy upadek z wysokości 55-ego piętra....
Historia zatacza (kwadratowe) koło, wg PAP: USA negocjują z Wietnamem porozumienie o współpracy nuklearnej, które pozwoli temu azjatyckiemu krajowi korzystać z amerykańskiej technologii i produkować paliwo nuklearne poprzez wzbogacanie u siebie uranu - podał w czwartek "Wall Street Journal". Umowa - kontynuuje dziennik - może wywołać napięcie w stosunkach USA z Chinami, które graniczą z Wietnamem. Komentuje się ją jako przykład bardziej stanowczej ostatnio polityki Waszyngtonu w Azji Wschodniej, gdzie niektóre kraje obawiają się rosnącej potęgi Chin. Porozumienie nuklearne z Wietnamem nie było uprzednio konsultowane z Pekinem.
Ewentualne porozumienie z wciąż komunistycznym Wietnamem spotyka się z krytycznymi głosami w USA. Zdaniem krytyków, stoi ono w sprzeczności z deklarowaną przez prezydenta Baracka Obamę polityką walki z rozprzestrzenianiem broni i technologii nuklearnej. Administracja Obamy wymaga, by kraje zainteresowane współpracą atomową z USA wyrzekły się prawa do wzbogacania na swym terenie uranu na potrzeby cywilnej energetyki atomowej. Prawo takie mają kraje-sygnatariusze traktatu o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej (NPT), chociaż technologie produkcji paliwa do reaktorów atomowych można też wykorzystać do produkcji broni nuklearnej.
W zawartej niedawno umowie USA ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi rząd tego kraju zgodził się kupować paliwo do reaktorów za granicą, zamiast produkować je u siebie. Podobnie ma być w planowanym porozumieniu USA z Jordanią.
Wietnam jednak uzyskał prawo do wzbogacania uranu na swoim terenie. Departament Stanu twierdzi, że kraj ten nie stwarza takiego ryzyka proliferacji, jak kraje Bliskiego Wschodu. Krytycy zwracają uwagę, że kraje arabskie mogą teraz argumentować, iż USA stosują podwójną miarę w polityce współpracy nuklearnej.
Wietnamski Premier - Nguyen Tan Dung z Barackiem Obama podczas Swiatowego szczytu bezpieczenstwa nuklearnego. Waszyngton, kwiecien 2010 r.
" Jesli czegos nie wolno, ale sie bardzo chce - to mozna..." mial kiedys powiedziec Dostojewski. Zgodnie z ta wielce slusznie uwaga, postanowilam pojsc na wagary. Zdarza mi sie to raz na pare lat, niezaleznie od wieku. Termin zostal starannie przygotowany: przed szargajaca nerwy i miesnie przeprowadzka, w dniu, kiedy zgodnie z uprzedzeniem miejscowych wladz dzielnicy pierwszej, miano pozbawic nasze biuro pradu na pol dnia. Jak sie pracuje w tropikach bez klimatyzacji, chyba nie musze mowic. Jak sie nadzoruje finanse firmy bez komputera - mozecie sobie wyobrazic. A zatem wagary byly wlasciwie koniecznoscia... I tak w czwartek rano, zbolalym glosem powiadomilam dzial personalny o powaznym zatruciu pokarmowym (latwy, bezdowodowy powod), po czym od samego rana oddalam sie przyjemnosciom, cieszac sie, jak dziecko kazda wykradziona z napietego grafika chwila. Kiedy od nablizszego raju na ziemi dzieli zaledwie pare ulic, plan na polowe wolnego dnia wydaje sie oczywistoscia. I tak ruszylam do Thao Dien Village, uroczego kompleksu sportowo-relaksacyjno-restauracyjnego. Polozony nad sama rzeka Sajgon, teren koi dusze i piesci zmysly od przekroczenia jego progu. Czyste formy architektoniczne, przestrzen, dbalosc o detale, spokoj, cisza i przemily personel, ktory dyskretnie czuwa nawet nad wygladajacymi na przypadkowo porzuconymi w wodzie kwiatami frangipani.
W basenie buzuje jaccuzzi, po ktorym mozna sie dodatkowo dogrzac w suchej lub mokrej saunie, albo po prostu wylozyc na trawie. Spragnieni europejskich krajobrazow ciesza sie mogac po prostu chodzic boso po tym zielonym dywanie.
Umeczeni tym aktywnym wypoczynkiem, powinni sie udac prosto pod dlonie masazystek - ugniatajacych, klepiacych i dociskajacych goracymi kamieniami.
Tak podreperowana forme nalezy nastepnie wkorzystac np. przy klejeniu kartonow z naczyniami, ktore rosna w oczach lub upychaniu do worka opierajacego sie przenosinom kota.
Kurz życia (po wietnamsku: bụi đời) - mówiono o dzieciach poczętych przez wietnamskie kobiety i amerykańskich żołnierzy, stacjonujących w Wietnamie podczas wojny 1965-1975 r. Tę pejoratywną łatkę przypinano zarówno owocom pięknych historii miłosnych, jak burzliwych romansów, czy gwałtów. Dzieci, którym nie udało się opuścić kraju w czasie wycofania wojsk USA, w większości trafiły na ulicę, jak zbędny i niewygodny kurz. Ich niepożądany status pariasów wynikał głównie z faktu, iż większość dzieci postrzegano, słusznie lub nie, jako potomstwo przypadkowych par miejscowych prostytutek z żołnierzami, namiętnie korzystającymi z tanich usług seksualnych.
W ramach ustawy o repatriacji Azjatów o amerykańskim pochodzeniu z 1988 roku, Wietnamscy bụi đờimogli ubiegać się o wizę USA wyłącznie na podstawie wyglądu. W ten sposób, około 23 tysięcy osób wyemigrowało do USA. Ile zginęło zatopionych w prymitywnych łodziach, próbujących pokonać ocean, czy w obozach pracy – nie wiadomo. Pozbawione tożsamości narodowej, społecznej i rodzinnej, odrzucane zarówno przez Wietnamczyków, jak Amerykanów, mieszane dzieci pozostawaly zdane wyłącznie na siebie, często bezksutecznie próbując odnaleźć zagubionych lub nieznanych rodziców.
Los Binh’a, bohatera dramatu Beautiful Country (Piękny Kraj), to tylko jeden z zagmatwanych scenariuszy, jakie bụi đờipisało życie. Codzienne upokorzenia i bezpodstawne oksarżenie o kradzież, zmuszają nastoletniego chłopaka i jego przypadkowo poznanego, nieznanego dotąd brata do ucieczki z kraju. Z kilkoma dolarami podarowanymi przez służącą i prześladowaną w bogatym domu matkę oraz adresem nieznanego ojca w kieszeni, Binh i Tam wsiadają na statek płynący do USA. Szalejący na Pacyfiku sztorm wyrzuca ich na wybrzeże Malezji, gdzie trafiają do jednego z licznych obozów przejściowych dla uchodźców. Binh poznaje tam i zakochuje się w uroczej chińskiej prostytutce Ling, której morze podobnie pokrzyżowało plany dostania się do Ameryki i kariery piosenkarskiej. Całej trójce udaje się wydostać z obozu i trafić na statek dowodzony przez brytyjskiego kapitana. Podróż okazuje się koszmarem – w wyniku rozkradzionych na pokładzie zapasów wody i pożywienia, wielu pasażerów umiera. Młodszy brat - Tam również nie przeżyje tej podróży. Binh i Ling dopływają wreszcie do Nowego Jorku w 1990 r. Oboje pracują w Chinatown; Binh jako dostawca, Ling jako aktorka w miejscowym kabarecie, wciąż jednak zarabiając głównie na prostytucji. Kiedy znajduje bogatego klienta ofiarującego jej swą pomoc, ostatecznie porzuca Binh’a. Chłopak pracuje i wysyła pieniądze matce, z poczuciem winy za śmierć brata. Kiedy, podczas gry w pokera, dowiaduje się, że jako wietnamskie dziecko amerykańskiego pochodzenia, miał prawo do biletu lotniczego i amerykańskiego obywatelstwa, wpada w szał, uświadamiając sobie niepotrzebną śmierć brata. Porzuca pracę i rusza do Teksasu w poszukiwaniu ojca. Kiedy wreszcie go odnajduje, nie wyjawia oślepionemu w czasie wojny mężczyźnie, kim jest. Ojciec domyśla się jednak, kim jest chłopak, który nagle pojawił się w jego samotnym życiu; film kończy scena, w której, wśród wzajemnych wybuchów śmiechu, Binh czule strzyże ojca.
W rolach głównych: Damien Nguyen, Nick Nolte, Bai Ling. Reż. H.P.Molland (Norwegia), 2004 r.
Rok 2010 zostal ogloszony w naszej firmie Rokiem Ekologii. I pieknie - mozna tylko przyklasnac. Akcja ma wymiar globalny: uczymy sie, jak projektowac budynki przyjazne srodowisku, malujemy sciany biura na zielono, wymieniamy zarowki na energooszczedne i segregujemy smieci. Klienci chwala sie zielonymi certyfikatami swoich projektow, National Geographic upomina sie o wywiad, podczas gdy po cichutku, jak zwykle, zle przyzwyczajenia biora gore.
W kuchni stoja trzy wielkie kosze, przeznaczone do segregacji papieru, szkla i odpadow organicznych. Coz z tego, skoro zapomniano o najwazniejszym tworzywie, krolu krajow rozwijajacych sie? Wczoraj stalam jak zauroczona z pudeleczkiem po jogurcie, probujac zgadnac, gdzie powinien zakonczyc swoj zywot. Zdezorientowana, zajrzalam do wszystkich pojemnikow, by znalezc na wierzchu kazdego z nich plastikowe torebki. Widac, nie ja jedna nie potrafilam znalezc odpowiedzi na pytanie o ich klasyfikacje. Zafrasowana, wyszlam z kuchni, mijajac w drzwiach sprzataczke. Energicznie oproznila trzy kubly, a zawartosc wrzucila do jednego wora. Targana zielonymi rozterkami, wpadam do supermarketu na szybkie zakupy. Obladowana, niczym dziki osiol, czlapie do kasy i zaczynam pakowac zakupy do uprzednio wcisnietej mi ekologicznej, syntetycznej (choc udajacej szlachetny len) torby w kolorze zielonym, tak ukochanym przez producentow zaslon dla miejscowych komitetow dzielnicowych. Coz, torba pelna po brzegi, a jeszcze kupka sprawunkow pozostaje do zapakowania. Prosze o torebke (plastikowa), kasjerka nie kryje grymasu: - Prosze kupic ekologiczna torbe. To jedynie 7.000 dongow (1/3 dolara). - Dziekuje, ale mam juz w domu trzy i nie potrzeba mi kolejnej. - Ale to tylko 7.000 dongow! - oburza sie panienka, wiec puszcza mi hamulec uprzejmosci. - Przeciez nie chodzi panstwu o ekologie - zielone torby sa poprostu drozsze, a plastikowe musilibyscie dawac za darmo. - Alez nie! - broni honoru sklepu. - To dlaczego pakujecie w plastikowa folie kazdego pomidorka z osobna? - Zeby zachowac swiezosc (sic!). - A plastikowe metki na kazdym jabluszku - to tez dla zdrowia? A rozmrozone noca krewetki, zamrozone ponownie na kamien od samego ranka? - czy to jeszcze ekologia, czy toksykologia? Oburzona pani podaje mi pogardilwie, wysuplana z lekkim obrzydzeniem, plastikowa torebke, wrecza rachunek i z ulga siega po plastikowy woreczek, obwiazany plastikowa gumka, z ktorego siorbie radosnie napoj przez plastikowa rurke. Wychodze pod obstrzalem czujnych oczu straznikow, opatulajacych przezarte konserwantami bagietki w elegancka plastikowa folie.
Oto wzor ekologa, bez wzgledu na pobudki; na rowerze w poszukiwaniu wszechobecnego plastiku
Za rzekami, za palmami, byl sobie kraj, ktorym wiatry Historii szargaly jak bambusowym kapeluszem nad polami ryzowymi. Zaskakuje, ze doswiadczenie cierpienia, ponizenia i dyskryminacji nie znajduje odzwierciedlenia we wspolczesnej postawie mieszkancow Krainy Ryzu. A raczej przejawia sie w niezwykle ironiczny sposob.
Ogromny projekt rzadowy w Hanoi, dziesiatka najlepszych specjalistow sciagnietych z calego swiata, by zarzadac budowa setek kilometrow autostrady. Poszukiwania trwaly miesiacami, probowano dokonac niemozliwego: sciagnac do Wietnamu drogich ekspertow, kuszac nizsza, niz ich obecna pensja. Udalo sie - ten kraj wciaz posiada magie, kazaca wielu porzucic cieple posadki i rzucic sie w wir nieznanego. Zjechali glownie biali Brytyjczycy, z 30-letnim doswiadczeniem (Brytyjczyka z rzadka specjalizacja i pakistanskim nazwiskiem, odrzucono juz w pierwszej turze). Wsrod nich Johnny - ktory jadl chleb z niejednego pieca na swiecie, budujac drogi i mosty na czterech kontynentach. Wybredny wietnamski partner zacieral rece z wrazenia, ze udalo sie pozyskac takiego asa do elitarnego zespolu. Wystarczyl miesiac od jego przyjazdu do Hanoi, by bezwarunkowy zachwyt oslabl, po trzech miesiacach mocno sie nadwerezyl, az wreszcie zmienil sie w nieukrywana niechec do bylego faworyta. Wszystko urastalo do rangi problemu i stanowilo pretekst do ciagnacych sie jak makaron nasiadowek z wietnamskim partnerem, ktory o dziwo nie wolal skupic sie na postepie prac. Johnny zaczynal sie wyraznie irytowac otwarta nagonka, czujac sie jak, nie przymierzajac, bohater Kafki - wiedzial, ze go oskarzaja, nie mial jednak pojecia o co. Argumenty wysuwane oficjalnie byly tak absurdalne, ze tylko pograzaly partnera w aurze rosnacej smiesznosci. Jesli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi ... No, wlasnie - o co?
Kurtyna ostatecznie opadla po wizycie wietnamskiego premiera na jednym z nowo otwartych odcinkow budowanej austostrady. Wtedy na wlasne oczy zobaczylam znanego zjedynie z opowiesci Johnny'ego. Wiedzialam, ze ma jedno ramie krotsze na skutek wypadku, teraz moglam zobaczyc na zdjeciu brodatego postawnego inzyniera z faktycznie niepelnosprawnym ramieniem, ktore jednak trudno bylo dostrzec, jako, ze uwage przykuwal jego szeroki usmiech promieniujacy na cala ekipe pozujaca do zdjecia z premierem. Wietnamski partner nie zdzierzyl dalszej gry unikow i wypalil na kolejnym zebraniu: - Jednoreki Johnny niech wraca do domu.
W kraju zamieszkalym przez tysiace ofiar pozbawionych konczyn przez miny przeciwpiechotne lub zdeformowane przez Agent Orange, krotkoreki Anglik klul w oczy. Narodowy monopol na cierpienie, czy hipokryzja?
Zniesmaczony Johnny wlasnie dostal propozycje pracy dla Banku Swiatowego na Filipinach - czekaja tam na niego z otwartymi (obiema) rekami.
Singapur to miasto o niezaprzeczalnym uroku - przyjemna odmiana wobec balaganiarskiego Wietnamu: szerokie, rowne drogi bez klaksonow (to ewenement w calej Azji!), masa zieleni, bryza od morza, czysciusienkie chodniki, slynne zoo o rozmiarach malej dzungli i uslugi na najwyzszym poziomie, w doskonale opanowanym angielskim. Roznobarwny i wielojezyczny tlum: od Chinczykow, przez Hindusow, Malajow az po wielonarodowa reprezentacje mieszkancow o jasnej karnacji. Stale ceny, niezawodne taksowki akceptujace karty kredytowe, raj zakupowy i intensywne zycie kulturalne, tudziez dogodne polaczenia lotnicze z calym swiatem czynia z tego panstwa-miasta swoista wyspe na mapie Azji Poludniowo-Wschodniej. Brzmi zbyt pieknie? Coz, malkontenci narzekaja na posuniety do granic absurdu porzadek - zakaz zucia gumy (mozna obejsc), zakaz transportu smierdzacego owoca duriana (chwala za to!), zakaz palenia (poza nielicznymi miejscami pod chmurka) -, materialistyczny duch unoszacy sie nad miastem - tzw. shopping zmienia polowe miasta w swiatynie konsumpcji -, bezosobowo-elektroniczny charakter kontaktow miedzyludzkich - tutaj nawet zapisy so przedszkola wykonuje sie przez internet... Dla mnie Singapur to urocze polaczenie cywilizacji z egzotyka i chetnie bede tam wracac, mimo ponizszych atrakcji. W ramach walki panstwa z nalogami jego mieszkancow i gosci, palenie nie tylko jest skazane na banicje, ale uprzykrzanie zycia palaczom stalo sie norma.
Tak wygladaja wszystkie papierosy bedace w obiegu w jednym z najbardziej rozwinietych krajow swiata:
Do wyboru, do koloru: marki zachodnie i regionalne (drugi rzad od lewej - moje ulubione indonezyjskie papierosy z gozdzikami - skwierczace i slodkie), rak skory, gnijace zeby, rozpadajace sie stopy i inne deformacje, smialo przerastajace szokujace mnie przez lata okazy z podrecznika dla polskich pielegniarek z lat 70-tych.
Strategia epatowania brzydota (ponoc celniejsza, niz informacja o zagrozeniu zycia) dziala skutecznie: mniej wrazliwi rzucaja palenie, albo ... ukrywaja hamujace apetyt na nikotyne zdjecia pod drogimi etui na telefony z logo np. Louis Vuitton. I tak, z ofiary nalogu deskretnie przechodzimy na pozycje ofiary mody.
Uwaga: zarowno papierosy, jak drogie gadzety mozna nabyc po dziesieciokrotnie nizszej cenie w wietnamskiej krainie zaradnosci wszelakiej.
Jak w przyslowiowym, lesie - im dalej, tym wiecej grzybow. Wydawalo sie, ze przez osiem lat w Wietnamie widzialam wiele, az do wczoraj. Spotkanie z powaznym i baaardzo opornym klientem naszej firmy - przedstawicielem poteznego, malezyjskiego koncernu, notowanego na gieldzie. Pol roku temu swietowalismy podpisanie kilkumilionowego kontraktu, od tamtego czasu miny nam rzedna z dnia na dzien, kllient zalega bowiem z zaplata pieciozerowej sumy. Poczatkowo wil sie jak piskorz, twierdzac, ze ma zwiazane rece i nie moze zrobic nic bez zgody centrali w Kuala Lumpur. Przycisniety do sciany, zaoferowal czesciowa splate w wysokosci porazajacych 12%, po bagatela pieciu miesiacach. Tym razem spotkanie twarza w twarz z czlowiekiem, ktorego samozadowolenie odbija sie nieustajacym usmiechem na kostropatej twarzy. - Panie M., prosze zrozumiec, ze nie mozemy kontynuowac wspolpracy, kiedy odmawiacie nam zaplaty za wykonane juz uslugi. - Och, to drobiazg - prosze sie nie martwic i pracowac dalej! - mowi poblazliwie, jak wujaszek Kim Dzong Il. - Chodzi jednak o to, ze my nie jestesmy zainteresowani dalsza wspolpraca, jesli idzie ona w parze z brakiem wynagrodzenia. - Jako to?! Nie jestescie zainteresowani wspolpraca z nasza firma? Kolejka chetnych czeka na taka szanse. Wszyscy wiedza, ze my placimy pozno i godza sie na takie warunki. - Nie znamy wszystkich, ale my opieramy sie na umowie, ktora wyraznie okresla warunki platnosci i ktora pan sam podpisal pol roku temu. - Podpisal, podpisal...My nie mamy w zwyczaju placic za pierwsza fakture. - .... - Za ostatnia tez nie - takie sa wewnetrzne zasady firmy. - .... - Wszyscy o tym wiedza. Kolejka chetnych czeka na wspolprace z nami! - usmiech zaczyna ustepowac pierwszemu atakowi piany. - Hmmm, prosze nam powiedziec, skad ta kolejka chetnych. - To proste - placimy pozno, ale w miedzyczasie dajemy naszym podwykonawcom mozliwosc pracy nad kolejnymi projektami. - Za ktore rowniez nie placicie? - Oczywiscie, ze nie - to znaczy, placimy, ale pozniej. Po roku-dwoch placimy za pierwsza fakture pierwszego kontraktu, mimo, ze juz trzecia umowa weszla w zycie. W ten sposob budujemy system lojalnosciowy z kontrahentami. - Oparty na spirali zaleznosci? Nie moga sie wycofac, bo zalegacie im pieniadze za prace sprzed dwoch lat. - Otoz to - usmiecha sie. - Hmm, my jednak nie jestesmy zainteresowami taka nowoczesna forma niewolnictwa. - W takim razie, nie zaplacimy wam. - Coz, w takim razie, nie dostarczymy wam planow architektonicznych biura, do ktorego macie sie wprawadzic za miesiac. To ponoc niezwykle pilna sprawa... - sadystycznie odbijamy pileczke. - ......... - M. zielenieje. - A zatem? Czy mozemy dojsc do satysfakcjonujacego porozumienia? - No dobrze, zaplace wam kolejne 10%! - Niestety, mozemy kontynuowac wspolprace jedynie po otrzymaniu calej naleznosci. - No dobrze, niech bedzie 12%! - Przykro nam, nie mozemy tego zaakceptowac. Swoja droga, wspominal pan, ze nie placicie za pierwsza fakture - a to wlasnie nam pan proponuje... - No, tak - jesli zaplace wam za pierwsza, nie bede mogl zaplacic za kolejna - to wasz wybor!
Nastepnego dnia urywa sie telefon: klient nie dostal planow. - Musicie nam je wyslac natychmiast! - Zrobimy to z przyjemnoscia, jak tylko otrzymamy zalegla zaplate. - Przeciez wam zaplacilismy! Cale 12%! musicie dla nas dalej pracowac - wtedy uregulujemy reszte. - Nie, dziekujemy. - Co za ludzie! Co z was za businessmani! Juz nigdy wiecej nie bedziemy wspolpracowac z zagraniczna firma!
Szampan za wczesnie wypity odbija sie czkawka, ale przynajmniej udalo sie uniknac poteznego kaca.
W corocznym reporcie, Transparency International publikuje tzw. barometr swiatowej korupcji. Badaniom poddawane sa niemal wszystkie kraje, a w czesci z nich szczegolowo bada sie glowne instytucje publiczne: partie polityczne, instytucje rzadowe i sadownicze, sluzbe publiczna oraz prywatny biznes. W tym roku, Wietnam nie poddal sie szczegolowej analizie, z pewnoscia nie z racji awansu do rangi krajow o czystych rekach...
Na ponizszej mapie, przedstawiono stan swiatowej korupcji wedlug systemu punktow od 0 do 10: 0 oznacza bardzo wysoki poziom korupcji, 10 odnosi sie do bardzo niskiego poziomu.
Oto kraje o najczystszych i najbardziej lepkich rekach na szesciu kontynentach: Ameryka Polnocna: Kanada 8.7 kontra Meksyk 3.3 Ameryka Srodkowa i Poludniowa: ex-equo Chile/Urugwaj 6.7 kontra Haiti 1.8 Afryka: Botswana 5.6 kontra Somalia 1.1 Europa: Szwecja 9.2 kontra Ukraina 2.2 (dla porownania: Polska 5.0) Azja: Japonia 7.7 kontra Afganistan 1.3 Australia i Oceania: Nowa Zelandia 9.4 kontra Wyspy Salomona 2.8 Reasumujac, swiatowe jadro korupcji lezy w Somalii 1.1, zas najuczciwszym krajem jest Nowa Zelandia. Powyzsze wyniki moglyby ulec zmianie, gdyby do raportu wlaczyc pominiete: Koree Polnocna i Grenlandie.
Wietnam, ze wskaznikiem 2.7, plasuje sie w drugiej od konca kategorii (poziom od 2 do 2.9), w tak zaszczytnym towarzystwie jak slynacy z wszechobecnej korupcji sasiedzi: Indonezja 2.8, Filipiny 2.4 i Kambodza 2. W regione Azji Poludniowo-Wschodniej gorsza (i najgorsza) jest jedynie Birma 1.4. Na pocieszenie, w tej samej, co Wietnam kategorii, jest Rosja 2.2, Pakistan 2.4, Nigeria 2.5, Syria 2.6, Etiopia 2.7 i Argentyna 2.9. Zas na otarcie lez, pozostaje odniesc sie do wynikow krajow najbardziej dotknietych korupcja - skoncentrowanych na kontynencie afrykanskim lub/i pograzonych w konfliktach zbrojnych: Somalia 1.1, Afganistan 1.3, Irak/Sudan 1.5.
Wietnam nie ustaje w wysilkach akcji pokazowych, majacych na celu udowodnienie spoleczenstwu, potencjalnym inwestorom i miedzynarodowym ogranizacjom opiniotworczym, jak daleko posuniety jest proces oczyszczania lepkich rak. Rzeczywistosc pozostaje jednak nieublaganie niezmienna, ewoluuja jedynie cenniki: 10% od wartosci wielkich kontraktow rzadowych (drogi, mosty, przemysl ciezki), 2-10% od prywatnych kontraktow biznesowych, 10-20% za falszywe faktury (ktorymi pokrywa sie lapowki bez dokumentow), 3% za odzyskanego leganie naleznego VAT-u, 10% od przeoczonego przez urzad skarbowy naleznego podatku.... Wlasnie dzwonil czlowiek, ktory pomogl nam w podpisaniu sporego kontraktu; klient jeszcze nie zaplacil, ale czlowiek juz wie, ze przelew bankowy podpisano wczoraj, wiec on zglosi sie jutro rano po nalezna dole. Zaplacimy w gotowce, ktora nie istnieje w dokumentach ksiegowych, jako, ze musielibysmy ujawnic jej pochodzenie od dostawcy, ktory dopiero przekupil urzednikow komitetu partii, by przyspsieszyc precedure rejstracyjna jego firmy.
Jak przystalo na upamietnienie rocznicy "wyzwolenia" Sajgonu, przypadajacej na 30 kwietnia, polaczonej sprytnie z pierwszomajowym Swietem Pracy, przypadajacym, z racji administracyjno-weekendowych, na swieto polskiej Konstytucji 3 maja - udaje sie w ramiona natury. Palawan cieszy sie opinia najciekawszej wyspy z archipelagu Filipin; dlugi jak dzzownica, kusi zarowno przepieknymi krajobrazami, jak ciekawostkami etnograficznymi - w glebokiej dzungli wciaz zyja jak najbardziej dzikie plemiona. Busuanga to mala (choc najwieksza w tej okolicy) wysepka, bedaca czescia Calamian, na polnocy Palawanu.
Kusi egzotycznymi plazami, lagodnym krajobrazem, warunkami do umiarkowanej wspinaczki i, rzecz jasna, podwodnymi atrakcjami. Bogate zycie morskie to jedno, ale tamtejsze turkusowe wody kryja sporo perelek w postaci zatopionych w czasie II wojny swiatowej japonskich okretow. Dzisiaj, porosniete glonami, przyciagaja zarowno ryby, jak spragnionych wrazen nurkow.
Niektore widoczne sa nawet przy odplywie, inne leza sobie spokojnie na glebokosci siegajacej 50 m, ot taki Irako Maru - dlugi na, bagatela, 150 metrow! Dla amatorow wrakowych wrazen, wiecej Tutaj. Wraki to nie wszystko, w slodko-slono wodnym Jeziorze Barakud, mozna, jak sie latwo domyslic, plywac z gigantycznymi ponoc barakudami. A przy barakudach, pamietamy, nie nalezy nosic swiecidelek, bo rybka potrafi ostrymi zabkami je zazdrosnie przechwycic. Kayangan Lake szczyci sie slawa najczystszego jeziora na Filipinach - czy tak jest, nie wiem i nie dbam o to, bo wyglada po prostu zniewalajaco, a pic z niego nie zamierzam, choc ponoc jego woda ma zbawienny wplyw na zdrowie.
Marzacy o Afryce, znajda jej namiastke w rezerwacie na wyspie Caluit -zebry i zyrafy pasace sie na Filipinach, to egzotyka per se!
To i wiele innych, przepieknych zdjec z okolicy: TUTAJ.
Ta niepelna i subiektywna lista atrakcji konczy sie wysepka o wdziecznej nazwie Culion, ktora z hiszpanska kojarzy sie, hmmm... dosyc wulgarnie. Niezbyt zaszczytna rola jej w zwiazku z tym przypadla; dzisiaj jest na liscie atrakcji amatorow nurkowania, ale przez wieki byla ogromna izolatka dla tredowatych. Tradu juz ponoc nie ma, co potwierdze po powrocie z zakatka zwanego kiedys Wyspa bez powrotu.
Zyczac sobie udanych wakacji, a pozostalym w Kraju-Raju, cieplej majowki.
W Wietnamie, wszystkie najwazniejsze media informowaly na biezaco o smierci Prezydenta Kaczynskiego i przedstawicieli polskich wladz cywilnych i wojskowych w katastrofie lotniczej pod Smolenskiem (TUTAJ). Dzien pozniej, pojawily sie zdjecia morza zniczy sprzed Palacu Prezydenckiego w Warszawie (TUTAJ).
Dzisiaj, na pierwszej stronie czolowego anglojezycznego dziennika Vietnam News, opublikowano oficjalne kondolencje zlozone przez Prezydenta Wietnamu - Nguyen Minh Triet: "W imieniu wietnamskiego rzadu i narodu, skladamy najglebsze wyrazy wspolczucia zarowno polskiemu rzadowi i narodowi, jak rowniez wszystkim rodzinom poleglych".
W Wietnamie - kraju kontrastow, nie trzeba sie specjalnie starac, by w kilka minut ujrzec ekstremalnie skrajne wizje tego samego celu: urzadzamy sie.
Podczas gdy koledzy od wystroju wnetrz w pocie czola, schladzanym klimatyzacja, przygotowuja wysmakowane, eleganckie prezentacje najnowszego projektu kompleksu hotelowego, wystarczy wyjsc na ulice, by podpatrzec blizsza realiom wersje tego jakze kreatywnego zadania.
Najpierw krzeselka wiklinowe - wystarczy dla calej rodziny i najblizszych sasiadow. Po co jechac piec razy, jesli mozna obskoczyc raz, a dobrze?
Ech, zapomnielismy o ulubionych, drewnianopodobnych egzemplarzach - troche niewygodnie sie jedzie, ale za to jak potem niewygodnie bedzie sie na twardym siedzialo!
Wystroj wystrojem, a natury nie da sie oszukac...Zgrabny klozecik gotowy do drogi.
Jeszcze tylko lustro do przedpokoju i jestesmy urzadzeni.
Wietnamska przedsiebiorczosc i zaradnosc nie zna granic! (cdn)
- Mai, czy obchodzisz swieta wielkanocne? – pytam, wiedzac, ze Mai szczyci sie przynaleznoscia do katolickiej wspolnoty, niezbyt licznej w buddyjsko-socjalistycznej spolecznosci Wietnamu. - Tak, milego dnia – odpowiada z usmiechem. - Czyli obchodzisz swieta? – dopytuje dla pewnosci. - Swieta w weekend, nie pracuje – pada dosc zagmatwana odpowiedz. - Ja tez obchodze, ale dopiero w niedziele – zagajam, nawiazujac do zaproszenia na zurek i jajeczko, i chrzanik, i co tam jeszcze przyjaciolka zechce ugotowac. - ???? – pojawia sie na twarzy Mai, utwierdzajac mnie w przekonaniu, ze nasze porozumienie ma swoje granice. - Ojej, chyba cie nie rozumiem – wyznaje. Powtarzam od poczatku, wolniej, zywo gestykulujac. - Aaaa – pada nieprzekonywujaco. - Mai, mowilas, ze jestes katoliczka, wiec myslalam, ze obchodzisz swieta Wielkanocy. Wielki Piatek, Sobota, Niedziela... - Tak, dzisiaj piatek, jutro weekend. Macham reka i sie zegnam – i tak juz jestem spozniona. - Ojej, chyba cie nie zrozumialam – martwi sie Mai. Zapytaj mnie jeszcze raz – proponuje z mina pilnej uczennicy. Zaczynam inaczej: - Mai, jakie jest twoje wyznanie? – pada po angielsku religion. - Religion, religion …. – powtarza zafrasowana, by sprecyzowac po chwili: religion czy intelligent? Tym razem, to ja sie frasuje. - Religion... Budda, Jezus (daje sobie spokoj z pozostalymi wielkimi)... papiez... kosciol.... – probuje sztuki kojarzenia. - Aaaa, kosciol !!! – pada z ulga, wraz z ostentacyjnym uderzeniem w czolo na znak calkowitego zrozumienia. - Kosciol ! – powtarzamy razem, usmiechniete od ucha do ucha. Znow bede wyczytana jako spoznialska, ale draze dalej: - A zatem wybierasz sie do kosciola? - A nie, nie, nie. - Rozumiem – probuje zakonczyc i zniknac. - Nie – patrzy na mnie z mina poblazliwej wobec tepej uczennicy nauczycielki. Do kosciola juz nie ide – swieta sie skonczyly tydzien temu. Odruchowo rzucam okiem na kalendarz i liste zakupow swiatecznych na weekend: szynka, jajka, chrzan, jajka... - Nie, Mai – swieta sie koncza dopiero w poniedzialek. - Nie, nie – potwtarza poblazajaco – tydzien temu sie skonczyly w Wietnamie. W Ameryce tez – kuzynka miala wolne w tamtym tygodniu. - Tak, to dziwne... Ja obchodze w ten weekend – chwytam za klamke. - No, tak, bo cudzoziemcy obchodza inaczej... – pada konkluzja. Wesolych Swiat, moi drodzy :-).
Mniej medialne, ale niemniej poruszajace zdjecia powstaly w kadrze japonskiego fotografa - Kyoichi Sawada, dwukrotnego zwyciezcy World Press Photo w 1965 i 1966 roku.
Oto fotografia powstala we wrzesniu 1965 roku, w prowincji Binh Dinh, w Poludniowym Wietnamie. Matka z czworka dzieci pokonuje wplaw rzeke Loc Thuong, po ewakuacji rodzinnej wioski przez wojska USA, podejrzewajace, iz sluzyla ona za oboz szkoleniowy Vietcongu.
Kyoichi Sawada (1936-1970 r.) dokumentowal wojne wietnamska w latach 60-tych, poczatkowo niezaleznie, pozniej na zlecenie United Press International. Zginal w Kambodzy jako najslynniejszy japonski reporter wojenny, uhonorowany licznymi nagrodami, w tym Nagroda Pulitzera w 1966 r.
Tak wygladaly ulice Bangkoku w kwietniu 2009 roku. Z dnia na dzien, symbol stabilnosci polityczno-ekonomicznej w regionie Azji Pld-Wschodniej stal sie synonimem chaosu.
Ledwie Tajladnia stanela na nogi, po roku pracy nad nadszarpnietym wizerunkiem panstwa, oto szykuje sie powtorka z watpliwej rozrywki. Zjednoczony Front Demokratyczny przeciw Dyktaturze (UDD), wspierajacy obalonego w 2006 r. bylego premiera Thaksin'a Shinawatra, zapowiedzial masowe demonstracje przez tydzien rozpoczynajacy sie w piatek 12 marca. Zwolennicy UDD - zwani potocznie "czerwonymi koszulkami", ktore nosza na demonstracjach - twierdza, iz obecny koalicyjny rzad Abhisit'a Vejjajiva zostal wybrany nielegalnie, tzn. w drodze zamachu stanu, zamiast wolnych wyborow, ktorzych domagaja sie "czerwoni". Thaksin mialby spore szanse w wolnych wyborach, gdyz cieszyl sie ogromna popularnoscia wsrod wiejskiej populacji Tajlandii. To wlasnie ona glownie ma zasilic, w zapowiadanej liczbie miliona osob, szeregi protestujacych. Decyzja o manifestacjach zapadla na wiesc o ogloszonym wyroku Sadu Najwyzszego 27.02.2010, nakazujacym zajecie czesci majatku bylego premiera (uwaga, prosze przetrzec oczy), czyli 1.5 miliarda z szacowanego na 2.3 mld dolarow majtku rodziny Thaksin'a. Niezajetych 800 mln dolarow byly premier mial sie dorobic przed objeciem wladzy. Zapewne z zwiazku z ta krzywdzaca decyzja ws. magnata m.in. telekomunikacji, zwykli ludzie zmagaja sie teraz z ograniczeniami w pobieraniu wlasnych srodkow z banku. To jedna z konsekwencji ogloszonego w Bangkoku stanu wyjatkowego. Szczyt zamieszek spodziewany jest w niedziele 14 marca. Dzisiaj wiekszosc firm, szkol, uniwersytetow zawiesza dzialalnosc do odwolania - z nadzieja powrotu po goracym weekendzie.
Jak wyrazil sie sam Thaksin - przebywajacy prawdopodobnie w Dubaju - oskarzajac arystokracje Krolestwa Tajlandii o dyktatorialne rzady, " niech lud osadzi".
Niestety, Historia pokazuje, ze gdzie lud sadzi, tam leje sie krew.
Oby tak zakonczyly sie zamieszki tym razem.
Stala korespondencje z Bangkoku, mam nadzieje zobaczyc TUTAJ.
Wietnam, jak kazdy postkomunistyczny kraj, hucznie obchodzidzien 8-go marca. Co ciekawe, istnieja dwa swieta: Miedzynarodowy Dzien Kobiet, wlasnie dzisiaj, oraz miejscowy Dzien Kobiet – 20-go pazdziernika. Dzisiejsze swieto to nie tylko okazja do wreczenia tradycyjnego kwiatka (tak, tak – i tutaj jest nim najczesciej gozdzik!) w pracy, ale tez powod do szczegolnej dumy: otoz zbiega sie ono z rocznica powstania zorganizowanego, bagatela, 1970 lat temu przez przedstawicielki plci pieknej. Siostry Trung, znane w Wietnamie jako Hai Ba Trung (doslownie: Dwie Panie Trung), czyli Trung Trac i Trung Nhi, zyly miedzy ok. 12 a 43 rokiem n.e. i wslawily sie 3-letnim dowodzeniem ruchem oporu wobec chinskiej dominacji dynastii Han. Siostry Trung urodzily sie w wojskowej rodzinie zamieszkalej na wietnamskiej prowincji. Ich ojciec byl prefektem, wiec dziewczynki dorastaly przygladajac sie wojownikom doskonalacym sie w sztukach walki. Nieobce im rowniez byly sceny okrucienstwa popelniane przez chinskich wladcow na ich wietnamskich podwladnych. Doskonalily wiedze o prowadzeniu wojen oraz praktyczne zdolnosci walki, oczekujac idealnego momentu rozpoczecia wojny z poteznym okupantem.
Kiedy prefekt sasiedniej prowincji odwiedzil ojca siostr, jego syn – Thi Sach - zakochal sie w Trac i wkrotce poprosil ja o reke. Sam Thi Sach rozpoczal bunt wobec chinskiej polityki przymusowej asymilacji wietnamskiej populacji. Chinskie wladze odpowiedzialy stanowczo, wykonujac egzekucje na buntowniku, odstaraszajac tym samym pozostalych zwolennikow oporu. Jego smierc zmusila zone – Trung Trac – do przejecia misji. Wraz z siostra – Trung Nhi, zwyciesko odparly niewielki oddzial chinski, ktory najechal na ich wioske w 39 r. Ich zaplecze wojskowe stanowily glownie kobiety, ktore w ciagu kilku miesiecy przejely dziesiatki (ok. 65) chinskich cytadel i wyzwolily mieszkancow krolestwa Nam Viet (zajmujacego teren dzisiejszego polnocnego Wietnamu). Obwolane bohaterkami narodowymi, siostry Trung skuteczniue dowodzily oddzialem, odpierajac przez ponad dwa lata chinskie ataki na populacje Nam Viet.
Powodzenie siostr bylo krotkotrwale – chinskie wladze zorganizowaly potezny oddzial i rozkazaly zniszczyc buntownikow. Legenda mowi, ze wrog uciekl sie do ciekawego podstepu, wysylajac na bitwe ... nagich wojownikow. Wietnamski zenski oddzial byl w wiekszosci tak zazenowany widokiem, ze opuscil pole walki, znacznie oslabiajac szeregi armii siostr Trung. Kolejna legenda glosi, iz jedna z bojowniczek – Phung Thi Chinh, ciezarna arystokratka, urodzila na linii frontu i z dzieckiem na reku, kontynuowala zaciekla walke. Mimo heroicznych zmagan, siostry Trung musialy wkrotce uznac swoja porazke. Wiedzialy, ze dalsza walka oznacza pewna smierc z rak chinskiego wroga. Aby ocalic swoj honor i uniknac smiesznosci, Trac i Nhi popelnily samobojstwo, skaczac do rzeki Hat, w 43 r.n.e. Czesc kobiet kontyuowala smiertelna walke, pozostale poszly w slad przywodczyn (w tym Phung Thi Chinh wraz z nowonarodzonym dzieckiem).
Hai Ba Trung ciesza sie zasluzonym uznaniem w wietnamskiej historii, jako przywodczynie pierwszego ruchu oporu po 247 latach chinskiej dominacji; ulicy, szkol, szpitali ich imieniem nie moze zabraknac w zadnym miescie – o czym uprzejmie donosze z zakorkowanej sprzedawcami gozdzikow ulicy Hai Ba Trung w Sajgonie.
Stalo sie - po osmiu latach w Wietnamie, wreszcie udalo mi sie dotrzec na prawdziwe, wietnamskie wesele. Niestety, nie mialam szansy uczestniczenia w fascynujacym, tradycyjnym slubie - zarezerwowanym dla czlonkow rodziny -,
ale jego nowoczesna, ekspresowa wersja made in Saigon 2010 byla ciekawym doswiadczeniem. Zacznijmy od tego, ze wbrew wlasnej woli, wyrobilam sobie opinie spoznialskiej. Dlatego, w tym specjalnym dniu, wyruszylam z biura na czas, by z iscie zegramistrzowska punktualnoscia stawic sie na przyjeciu. Wesele, jak przystalo na impreze zycia - zostalo zaplanowane na czwartek, godzine 18-ta. Niestety, o tej porze, przywitano mnie wzrokiem bazyliszka, po czym na szczescie kompletnie zignorowano - w koncu cala rodzina zajeta byla ostatnimi upieciami sukni przeslicznej panny mlodej, koncowymi ustaleniami z fotografem, kelnerami, wujkami i ciocia nadzorujaca artystyczna czesc wydarzenia. W poplochu obdzwonilam znajomych, ktorzy z cierpliwoscia, jaka sie ma dla uposledzonych dzieci, wytlumaczyli, ze na slub nalezy przyjsc z godzinnym opoznieniem - czyli norma wietnamska, ktora wedlug mnie nie dotyczyla imprez tego pokroju. Moje pytanie o mozliwosc spoznienia sie na (wlasny) pogrzeb przyjeto z niezrozumiala rezerwa. A zatem, po godzinnym wloczeniu sie po okolicy, udalo mi sie przywitac solennie z mloda para, uwiecznic nasze spotkanie na kliszy, z ogromnym, i wyjatkowo fotogenicznym portretem mlodej pary w tle. Po powitaniu nalezy udac sie do stolika, na ktorym stoi skrzynka na datki i pamiatkowa karta z zyczeniami. Nastepnie, z naklejka na piersi, potwierdzajaca legalnosc pobytu na imprezie, mozna sie udac do sali, gdzie organizuje sie przyjecie weselne.
W Wietnamie, dzialalnosc domow weselnych to niezwykle prezny biznes - z wieloma salami, o roznym standardzie, te fabryki ogranizuja kilka (-nascie?) slubow dziennie; coz, przecietnie trwaja one 2 godziny, we wszystkie dni tygodnia.
Sala wypelniona po brzegi stolami na dziesiec osob, miescila, wedle mych skromnych szacunkow, ok. 400 osob. Zajeto miejsca, rozpoczela sie projekcja zdjec mlodej pary: wraz z postepem fotografii lokalnej, coraz mniej widac sztucznosc wklejonych malzonkow w kadr plazy, gor, europejskiego miasta - zawsze z nienagannie ulozonym trenem sukni, nie poddajacym sie prawom fizyki i fal morskich. Oto i nadchodzi mloda para - Tran jest przepiekna dziewczyna, a dzisiaj wyglada wprost olsniewajaco. Moze stad zaklopotanie konferansjerki, ktora wbrew miejscowej tradycji, udziela glosu jej jako pierwszej, zamiast wyraznie zaskoczonemu panu mlodemu. Nie ma jednak czasu na protesty - impreza pdbywa sie wedle scislego planu. Oto wlasnie przybywa szpaler kelnerow, kazdy z butelka cieplego, rozowego szampana. Mlodzi oprozniaja powoli jedna butelke po drugiej, wypelniajac misternie ulozona piramide z pewnie setki kieliszkow. Babelki buzuja, piana sie toczy, plyn przelewa - a wszystko to sprytnie podgrzewa niewidzialny sytem, tworzacy rozowe opary. Po kieliszeczku dla mlodych i ich rodzicow: moczymy usta i juz kelnerzy odbieraja (pelne) szklo. Pora bowiem na kolejny punkt programu; na sale wjezdza tort. Przecieram oczy ze zdumienia: mierzy co najmniej metr i wyglada, jak wielkie, kremowe pudlo na kapelusze, zdolne wyzywic cala armie, a przynajmniej pomiescic gangsterow, rodem z Pol zartem, pol serio. To jednak atrapa - para mloda przekroi ja symbolicznie, pozujac do zdjecia z tepym nozem, po czym tort zniknie.
Czas bowiem na czesc artystyczna; na scenie pojawia sie zespol odzianych w biale suknie dziewic, w towarzystwie mlodziana w rajtuzach. I oto nastepuje prezentacja impresji baletowej, ktora to zakonczy sie faktycznie na impresji, .... ze chyba sie nie udalo. Nie ma miejsca na taniec na tak mikroskopijnej scenie. Szkoda jednak, ze calosc przypomina plas sparalizowanych galezi drzew. Ku memu niezmiernemu zaskoczeniu, w czlowieku w rajtuzach rozpoznaje czlonka reprezentacyjnego baletu Opery sajgonskiej - nic dziwnego, ze od miesiecy brak przedstawien, skoro zespol zajety jest chalturami weselnymi. Ale, ale - nie ma czasu na rozterki: czas nagli i teraz miejsce tancerzy zajmuja muzycy. Wystapi piec roznych grup - poczawszy od miauczacej wokalistki, przez miejscowego pana Fogga, konczac na pseudo-rocku na chinska nute (brrrr!). Niewiele slychac, muzyka rozsadza uszy, ale udaje mi sie uchwycic komentarz (wietnamskiej) kolezanki: - O rany, jak ja nie znosze tych wietnamskich wesel. Kazde jest dokladnie takie samo! Nie czas na zale - oto wjezdza kolejne danie. Jesli nie zjesz krewetki na czas, zabiora ci ja sprzed nosa. I bardzo prosze uwazac na pare labadkow z rzepy, smutnie spogladajacych znad wyczyszczonego do dna talerza. Wychodze do toalety - trudno sie przecisnac przez tlum placzy okupujacych wejscie. Podpici panowie taksuja wzrokiem wyfiokowane panie, po czym wracaja truchcikiem na sale, by zdazyc na toast i dopasc ostatni kawalek ryby. Obowiazkowa sesja zdjeciowa z mloda para przy stole, wymiana uprzejmosci z rodzicami i lody na deser. Przelykamy je szybko - hmmm, brrrrdzo pssszne ldziki - jest 20.55, dziekujemy panstwu za uwage.
Warto nieraz wyjechac, by na nowo odkryc uroki niedocenianego miejsca. Tajlandia byla jednym z moich pierwszych azjatyckich zauroczen: z imponujaca historia, barwna kultura, wysublimoawna architektura, rozpasana natura, przyszna kuchnia, milymi ludzmi, swietnymi warunkami do nurkowania i najlepszymi plazami w regionie. Tak bylo przez lata - lata rozwoju Wietnamu, ktory nagle z pozycji gorszego, biedniejszego, zaniedbanego kuzyna, dogonil, a nawet, smiem zaryzykowac stwierdzenie - przegonil mistrza. Ostatnie wakacje w Tajlandii byly rozczarowaniem: owszem, widoki wciaz pieknie, morze nieodmiennie cieple, curry ostre, a ludzie klaniajacy sie w charakterystycznym ukolnie z dlonmi skrzyzowanymi przed rozmowca. A jednak przeszkadza - tlum, ogrom, masa turystow (mlodzi Rosjanie na dorobku i niemieccy emeryci stanowia znakomita wiekszosc) - z gatunku tych chodzacych na plaze na szpilkach i z najnowszym sprzetem elektronicznym, bez ktorego nie sposob obyc sie wygrzewajac wielorybie ciala na palacym sloncu. Spaleni do czerwonosci, udaja sie na zbiorowe masaze, ktore z daleka odbieraja ochote potencjalnym kandydatom tajskiego lamania kosci.
O zachodzie slonca, plaze pustoszeja, a turysci tlumnie wylegaja na zatloczone deptaki, ktore maja tyle uroku, co przecietna dwupasmowka w Polsce, tyle tylko, ze sowicie upstrzona bazarkami z egzotyczna odzieza marki Adidas. Bardziej zapaleni poszukiwacze egoztyki, moga nabyc koszulke ze slonikiem, swiadczacym o zaliczeniu pobytu w Krolestwie Tajlandii. Do tego obcasy, zloty lancuch na szyje i mozna ruszyc w miasto oferujace uciechy smakoszom frytek z Mc Donalda i, na szczescie, wciaz jeszcze cieszacego sie uznaniem miejscowego piwa Chang lub Singha. Cizba przesuwa sie powoli, samotni panowie nieudolnie wciagaja brzuchy, chowaja spalona sloncem lysine pod przepoconym kaszkietem i ruszaja na lowy, by w drodze powrotniej pokazac sie z 14-letnimi dziewczetami o egzotycznej urodzie. Taki uklad uniemozliwia identyfikacje narodowosci, jako, ze charakteryzuje sie brakiem komunikacji.
Natepnego ranka, mozna udac sie na jedna z wielu wypraw proponowanych przez niemieckojezyczne biura podrozy: 15 minutowa przejazdzke na sloniu, ktory na chwile moze zapomniec o uwiazaniu lancuchem o dlugosci unimozliwiajacej mu dokonczenie jednego kroku, albo trekking po trasie, ktora normalnie mozna wykonac za darmo spokojnym spacerkiem, by odkryc, ze wodospad bedacy kulminacja wyprawy ma wysokosc 3 metrow.
Szybki powrot do hotelu, by zdazyc na miejscowe happy hour i nabyc drink za polowe ceny, np. mylaco brzmiacy Mai Tai. I ostatnia wizyta na basenie, z obowiazkowa lektura wazaca 2 kilo, o zakonie templariuszy w niewiernie odtworzonej Szkocji sprzed paru wiekow. Uwaga, na basenie mozna podziwiac widoki, ale kapiel po 19-tej jest zakazana, w koncu wakacje tez rzadza sie spowimi prawami, a personel musi odpoczac.
Personel w tajskich hotelach cieszy sie miniona slawa nienagannych manier i bezszelestnej obslugi. Dzisiaj komunikacja po angielsku wydaje sie droga przez meke, co moze nie powinno dziwic wobec rzeszy turystow, ktorzy i tak tym jezykiem nie wladaja. Trafiaja sie jeszcze perly, ktorych postawa rozmiekcza serce umeczonym podroznym, ale zaobserwowany standard wola o pomste do nieba. Konczy sie na samodzielnym taszczeniu walizek wobec litosci na widok portera, ktory do podniesienia kabinowej walizeczki zabiera sie, jak do przesuwania plyty nagrobkowej. Nastepnie nalezy bagaz samodzielnie zaladowac do slono oplaconej taksowki - w koncu kierowca jest od kierowania, ma czyste spodnie i nie bedzie sie, jako obywatel krolestwa, znizal do brudnej roboty.
Ech, rozpuscil sie czlowiek na wietnamskim wikcie. Nie da sie ukryc, ze Wietnam przyciaga inna klientele i w duzo mniejszej ilosci. Zainteresowana krajem, jego kultura i zyciem, ktore nie ogranicza sie do 5-cio gwiazdkowych hoteli. Dynamika i zaradnosc Wietnamczykow zaczyna przynosic namacalne owoce - tutaj nie istnieje pojecie: jutro, niemozliwe. Transport w miejsce nie istniejace na rozkladzie jazdy, w niedziele, o polnocy - no problem. Jak nie ja, to brat, albo kuzyn stawi sie na czas. Jesli nie mowi po angielsku, to przyjedzie z siostra. Nie mowisz po angielsku? Ok, niech bedzie francuski, albo chinski, albo japonski, a moze rosyjski? Nowiutkie hotele, z wysmakowanymi wnetrzami i troska o zagospodarowanie przestrzeni (tak, to sie wkrotce zmieni), pyszna kuchnia, usmiechniety personel, dyskretna muzyka w tle, plaze po horyzont, stare miasta, zatoki, gory wysokie i zyzny plaskowyz, upal lub chlodek do wyboru i niskie ceny. Tu nie spotkasz transwestyty na zawolanie, z nieletnimi tez nielatwo - ale amatorzy towarzystwa pieknych pan nie opuszcza kraju rozczarowani.
Przybywajcie do Wietnamu - to naprawde piekny kraj!
PS. Domniemanie, iz powyzszy tekst jest sponsorowany jest absolutnie bezpodstawne. Na dowod - pomimo licznych zasadzek czekajacych na cynicznych obserwatorow, nie mozna im zamknac ust, choc mozna polamac nogi. ... kurcze, a w Wietnamie, nawet rozbudowe drog zakonczono na Nowy Rok - czlowiek az sie czuje nieswojo w tak porzadnie zorganizowanym swiecie.