Menu

Miss Saigon

Ale Sajgon! - lot dronem nad miastem

chaobella

Jeśli co jakiś czas powraca do Was sen o lataniu, dzisiaj macie wyjątkową okazję lotu nad wyjątkowym miastem. Global Vision i ich armia dronów opracowała interaktywne mapy różnych zakątków świata.

Kilkając lub przeciągając myszką po ekranie, możecie odkryć Sajgon lub odwiedzić znajome już zakątki:  zajrzeć na targ Ben Than, podejrzeć szczelnie ogrodzone prace nad sajgońskim metrem, wspiąć się na ikoniczną Bitexco Tower, okrążyć katedrę i pocztę sajgońską, przemknąć się nad portem, wyrwać się do nowoczesnej siódmej dzielnicy, podlecieć do lotniska, wrócić do kolonialnego zakątka między operą a hotelem Continental i wreszcie odpocząć w parku otaczającym Pałac Zjednoczenia.
Myszka w rękę i do sterów TUTAJ!

Uwaga, to bardzo wciągająca rozrywka edukacyjna! Ciemny i nieostry obraz przez pierwszych 30 sekund to norma – proszę nie regulować odbiorników.

IMG_0967 

 

Kosmiczny Wietnam

chaobella

Czy Wy również należycie do tej kategorii pasażerów, którzy w samolocie zawsze wybiorą miejsce przy oknie i rozpłaszczą nos na zimnej szybie, podziwiając widoki z lotu ptaka bez względu na wysokość przelotową, porę roku i dnia?

Teraz możecie podziwiać Wietnam z kosmosu przy porannej kawie.

Dla tych, którzy wciąż myślą, że Sajgon to mała mieścina na polach ryżowych, przyjrzyjcie się zdjęciu nr 3.

 

Znajdź Wietnam na mapie!

Vietnam, South East Asia, Azja, mapa azji

Delta Mekongu

Delta Mekongu

Sajgon (Ho Chi Minh City) nocą

Sajgon (Ho Chi Minh City) nocą

Zatoka Ha Long

Ha_Long_Bay__Imgur

Więcej pięknych fotografii TUTAJ

 

Pływający hotel w Kambodży

chaobella

Zazwyczaj, jak pies ogrodnika - sama nie zjem, ale obcemu nie oddam – strzegę wyjątkowych adresów,  jak oka w głowie. Ciekawych miejsc jest sporo i wystrarczy dla wszystkich, ale te najlepsze wolę ustrzec przed inwazają turystów. Dzisiaj odstąpię od tej reguły, bo pomysł stworzenia kampingu na rzece otoczonej dżunglą zrobił na mnie duże wrażenie. Zwłaszcza w Kambodży, gdzie turystyka chociaż ambitinie, to jednak mozolnie pnie się na średni poziom regionalny.  

Tuż przy południowym cyplu tajskiej granicy – Koh Kong, nad rzeką Tatai, znajduje się 4 Rivers Floating Lodge. To jest kemping, ale w niezwykłej wersji. Każdy z dwunastu 2-osobowych, 45 metrowych namiotów jest luksusowo wyposażony i urządzony ze smakiem.

phoca_thumb_l_indoor_day_1

Do luksusu można się przyzwyczaić, ale do pływającego namiotu już trudniej. Ten kemping zbudowany jest bowiem na lekko dryfującej platformie, z panoramicznym widokiem na namorzyny, dżunglę i Góry Cardamom.
Okolicę można eksplorować kajakiem lub pieszo – na lądzie. Hotel chwali się przyjaznym środowisku stylem zarządzania i ścisłą współpracą z miejscową społecznością.  

birdview4_rivers

To nie jest oferta dla każdego – ceny bowiem oscylują ok. 250 USD za dzień, ale z pewnością oferuje niezapomniane wrażenia!

phoca_thumb_l_outdoor_day_3                    

phoca_thumb_l_outdoor_day_9  

Przy okazji poznałam dzisiaj nowe określenie: „glamping” czyli luksusowy kemping (glamorous camping). Jeśli taki pomysł was interesuje, zajrzyjcie TUTAJ: lista naciekawszych glampingów na świecie (odłóżcie karty kredytowe w bezpieczne miejsce!).

Wideo za posrednictwem http://positiveworldtravel.com/

Krajobraz po bitwie

chaobella

Chociaż wstrzymano skandaliczną wycinkę 6.700 drzew (25% zielonych płuc) w Hanoi, oto jak przedstawia się krajobraz w stolicy Wietnamu po wykonaniu zaledwie 7% planu (500 drzew!). 

Efekt jest przerażający! Znajomi Wietnamczycy ze wściekłością mówią, że władzom w 2015 r. udało się dokonać większych zniszczeń, niż amerykańskim defoliantom podczas wojny  w latach 1970-tych.

Sami popatrzcie na bulwar Nguyen Chi Thanh:

 Przed: 

before

i po: 

after

Więcej zdęć na stronie ZING.     

Sukces akcji protestacyjnej w Wietnamie!

chaobella

W Wietnamie można trafić za kratki za zbyt liberalne blogowanie, kontakty z opozycją czy udział w nielegalnych manifestacjach (z założenia, wszystkie są nielegalne). Dlatego z dreszczem niepokoju przyglądałam się garstce mieszkanców Hanoi, którzy przemaszerowali w ubiegły piątek przez ulice stolicy dopominając się uznania praw. Kolejnych 40.000 dołączyło do protestu w sieci. Co absolutnie zaskoczyło, to sukces akcji, który oficjalnie ogłoszono nazajutrz.

5b3077515danh6lapq_mmfx
Tym samym udało się powstrzymać szalony pomysł wycięcia 6.700 drzew (!!!) i ....zastąpienia ich nowymi, które miałyby nie zakłócać porządku publicznego. Przeznaczony na ścinkę starodrzew obejmował wyjątkowe okazy, które zasadzono jeszcze za czasów francuskiej kolonii, ponad 100 lat temu. Piękne, rozłożyste korony nie tylko dają wytchnienie w upalne dni, ale idealnie komponują się z architekturą Hanoi i filtrują potężne zanieczyszczenie miasta.

Rozpoczęta w styczniu tego roku masowa wycinka drzew wzbudziła oburzenie mieszkańców „najbardziej zielonego miasta Wietnamu”. Tym bardziej, że w mega akcji dopatrywano się czysto komercyjnych intencji: stuletnie drzewa są łakomym kąskiem dla skupujących drewno.         

I tak, mimo rozmachu wartego 3,4 milionów dolarów projektu przebudowy krajobrazu, szef stołecznego komitetu partii nakazał ograniczenie skandalicznej wycinki do wyłącznie chorych sztuk. 

tree_xuno                             Drzewa oznaczone krzyżykiem przenaczono na wycinkę. Obrońcy przyczepiali na nich kartki:          
 
„Jestem zdrowym drzewem – nie wycinaj mnie!”

Niewielu spodziewało się takiego obrotu sprawy. Brawo zatem dla obrońców natury – tych, uparcie dochądzacych praw i dla decydentów, którzy tak szybko i pozytywnie zareagowali!

 articledoc1892l6XArZiwoiHSK2322_634x475

 

Picasso pilnie potrzebny!

chaobella

Picasso, Van Gogh, Rembrandt, Salvador Dali? A może portret cioci w akwareli? Wietnamscy malarze-kopiści przyjmą każde zamówienie. Co do tego nie miałam wątpliwości, ale i tak zaskoczyli mnie całkowicie!  

Od lat marzyło mi się skopiowanie pewnego obrazu, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ewentualnie, rozważałam porwanie oryginału (zwane popularnie kradzieżą), ale zaprzyjaźniwszy się z właścicielką La Habana – gdzie wisiał mój przedmiot westchnień, ta opcja całkowicie odpadła.

Wzdychałam, przedkładałam listę życzeń urodzinowych, aż minęło 7 lat i powiedziałam dość! Z racji  okrągłej rocznicy, życzenia padło na podatny grunt i nastąpiła faza realizacji tej delikatnej misji. Arytsta malujący niespiesznie gibkie panie w stożkowych kapeluszach przyjrzał się zdjęciu i na migi poinformował o cenie: 2 miliony dongów (niecałe 100 USD). Ustaliliśmy, że w trosce o efekt końcowy dzieła, zabierzemy go za tydzień do rzeczonej La Habany, by przyjrzał się oryginałowi i przesiąkł atmosferą salsy, cygar i mojito. W międzyczasie dokonaliśmy pomiarów obrazu – najpierw za pomocą łokci, potem linijką i sfotografowali ciemnoskórą Kubankę ze wszystkich stron.

Obraz (nomen omen) westchnień

Tydzień później  wpadliśmy do artysty w sobotę, żeby potwierdzić spotkanie nazajutrz, zapewniając go, że weźmiemy wszyscy taksówkę, co by artysta nie czuł się zmęczony korkami i hałasem podczas jazdy motorem – stres mógłby przecież zakłócić jego percepcję dzieła. Nazajutrz, o 10 rano, potwierdziliśmy ponownie, że spotkamy się o 16-stej. Jako obdarowywana, postanowiłam zostać w domu, powierzając misję mężczyźnie. Sama zaś przeznaczyłam nagle wolne popołudnie na relaks w wannie.

Kiedy po 15 minutach pławienia się w pianie  usłyszałam obcy głos na parterze, na palcach zbliżyłam siędo schodów, żeby przekonać się, czy napastnik jest uzbrojony. Wietnamczyk zmierzał do kuchni, zupełnie niewzruszony moim widokiem. Dopiero wtedy usłyszałam znajomy głos:
- Kochanie, masz może drobne na napiwek?
No, tak – to pewnie facet od gazu dostarczył nową butlę – pomyślałam, wręczając facetowi banknot.

Weszłam do kuchni i oniemiałam. Spod ściany, zadymionym wzrokiem spoglądała na mnie kubańska piękność! Podeszłam bliżej, macając delikatnie i sprawdzając, czy to jawa, czy sen. Świeża farba na dłoni mówiła sama za siebie.
- Kiedy przyjechałem po artystę, ten wręczył mi gotowy obraz i napisał na ręce: 2 miliony – usłyszałam.    
Nie mogliśmy uwierzyć – facet namalował obraz między 10-tą a 16-stą (zapewne z przerwą na sjestę). Kopia była tak doskonała, że zaczęliśmy oglądać ją pod światło, wietrząc podstęp (druk na płótnie?). Nic z tego – widać było świeże ślady pędzla.

Co prawda, przez tydzień obraz obsychał w zamkniętym, wietrzonym pokoju, a następnie trzeba było zmienić krzywą ramę, ale do dzisiaj jestśmy pod wrażeniem ekspresowej i  nieskazitelnej roboty!
Jeśli marzą wam się “Słoneczniki”, “Dama z łasiczką” czy “Krzyk” – służę adresem. Do odbioru samo płótno albo pełen wypas wraz z rzeźbionymi ramami. 

 

Miss Sajgon ma 10 lat!

chaobella

Dziesięć lat temu, 20-tego lutego 2002 roku, po 3 latach pobytu w Wietnamie, który początkowo miał trwać pół roku, postanowiłam dokumentować wietnamską przygodę. W szczycie sezonu audytowego, kiedy szef dopytywał, czy oby na pewno zdążę napisać na czas wszystkie raporty, kradłam chwile w biurze, by stworzyć Miss Sajgon. Historię mojej decyzji o osiedleniu w Wietnamie możecie przeczytać TUTAJ.

Dość powedzieć, że była wynikiem przypadkowego splotu okoliczności. Choć przecież przypadki się nie zdarzają i sami prowokujemy nasze osobiste koło fortuny... Miss Sajgon miała początkowo misję komunikacji ze znajomymi w Polsce, w międzyczasie stała sę zalążkiem przewodnika po Wietnamie i po Azji Płd-Wschodniej, było troche prywaty, sporo ironii i osobistego postrzegania kraju, w którym osiedliłam się 13 lat temu.
Patrzę na swoje życie wstecz i doprawdy nie dowierzam kalendarzowi. Przyjechałam tutaj jako 27-letnia finansistka, zapatrzona w Azję i poszukująca przygód. Poza wiekiem - dzisiaj mam 40 lat, powyższe kryteria nie uległy zmianie. Choć moje życie osobiste uległo poważnym przetasowaniom, wciąż czuję się, jakbym niedawo wylądowała w tym wyjątkowym kraju: szalonym, nieprzewidywalnym, z podwójnym dnem. Kedy myślisz, że już poznałaś go od podszewki, tylko czeka, by cię znów zaskoczyć. Kiedy masz czasem po prostu dość, zawsze pojawi się na twojej drodze proste wydarzenie, bezinteresowny gest, które wywołają poczucie wdzięczności za tę niezwykłą życiową przygodę. Nigdy nie żyłam pełniej, niż tutaj: pracując intensywnie, tańcząc na sajgońskich scenach, poznając fascynujących ludzi i doceniając szczęście życia na skrzyżowaniu kultur, narodowości, osobowości. Tutaj odkryłam kubańską salsę, libańską kuchnię, kolumbijską politykę i pewną polską artystkę, która poznała mnie, biorąc za kogoś innego.

Losy blogu toczą się zgodnie z dynamiką mojego życia i bywa, że okresy milczenia i chęć zamknięcia tego rozdziału życia przeważają nad przyjemnością obserwacji dojrzewania Miss Sajgon. Póki dopominacie się o kolejne wpisy, będę Was niepokoiła.

A teraz, ujawnijcie się, Drodzy Czytelnicy - napiszcie kim jesteście i dlaczego tutaj zaglądacie.
Wznosząc toast za kolejne wirtualne spotkania, pozdrawiam Was wszystkich znad turkusowego Oceanu Indyjskiego na Sri Lance - tak, Miss Sajgon nie potrafi uwolnić się od nałogu podróżowania.

PS. Autorką blogu Miss Saigon jest Beata Ufniarz, z wykształcenia romanistka, z zawodu finansistka, z zamiłowania tancerka i podróżniczka. W Wietnamie od 2002 roku.

Kozi skok w Kozy Rok

chaobella

Po potrójnej dawce obchodów noworocznych z pracownikami Fabryki Osobliwości, czas wyhamować (fabryka zamyka podwoje na 2 tygodnie) i przygotować się na nowe: za kilka dni, 19-go lutego, galopujący Rok Konia ustąpi miejsca łagodnej Kozie.

Ech, co to były za imprezy!
Muzyka rozdzierająca bębenki słuchowe przy nieśmiertelnym „Final Countdown” Europe, tańce paralityków i piosenki pozbawionych słuchu wykonawców przeplatały się z kilkoma rzadkimi talentami, występem faceta w ciąży na obcasach, tradycyjnym pokazem smoka na czterech nogach i pulą nagród, po których wyczerpaniu tłum rozproszył się w ciemnościach w ciągu 60 sekund. Zgodnie z przewidywaniami, szczęsliwiec, który wygrał lodówkę, nie był stanie ani jej, ani samego siebie zawieźć do domu.
62-letnia kadrowa Hanh wychodziła z siebie, musztrowała tłum, lała miód na serce robotników, pozowała do zdjęć w figlarnych pozach, po czym wyznała, że w ostatniej chwili zrezygnowała z przebrania za Michaela Jacksona.  
Szlagierem okazał się numer taneczny do muzyki Macarena, nad którym pracowałam z ekipą księgowych przez 2 tygodnie. Tłum szalał, ściskał nam ręce i zaglądał pod spódnicę głównemu księgowemu, jako że pod perukę się nie dało.
Po raz pierwszy od 12 lat, bawiłam się na tego typu imprezie znakomicie!

Dzisiaj w fabryce nastało wielkie sprzątanie – czyszczone są biurka administracji, wentylatory w fabryce, zapuszczone kąty w magazynach i resztki sadzy po przedwczorajszym pożarze. Aż nachodzi mnie chętka, żeby wyczyścić konto firmowe :-).

Nie wiem, jak oceniacie miniony rok. Dla mnie był niezmiernie ciekawy i jak przystało na Rok Konia galopujący; dla świata ten galop okazał się często straceńczy. Co zapowiada nam patronat Kozy?
Wystarczy przyjrzeć się temu potulnemu stworzeniu; to wcielenie łagodności, niespieszności i harmonii z naturą. I taki właśnie ma być nadchodzący rok wg chińskiego kalendarza. Przycichną wojny, terroryzm i despotyzm.  Koza sprzyja ludziom z wyobraźnią, jest patronką artystów i zapewnia powodzenie nowym, przełomowym pomysłom. Będzie nas również skłaniać do pielęgnowania więzów rodzinnych, przyjaźni i kontaktu z naturą. A zatem przed nami 12 doskonale zapowiadających się miesięcy!   

Pakując bagaże na wakacje, życzę Wam radosnego skoku w Kozi Rok!
Nie bójcie się fantazji i ucieczki od rytyny – niech inspiracją będzie Danh, nasz księgowy z jajem.  

Danh

 

Fabryka osobliwości – cz. III

chaobella

LT1321E

Jak co roku o podobnej porze – w zależności od kalendarza księżycowego, między połową stycznia a połową lutego – pojawiają się symptomy gorączki Tet – wietnamskiego (i chińskiego) Nowego Roku. Do typowych objawów należą: zakorkowane ulice, masowo oblegane sklepy, wzmożony transport kwitnących drzewek, prace porządkowe na niespotykaną skalę, spadek koncentracji w pracy i topniejące portfele. Sympotmy te znane są doskonale w kraju nad Wisłą, gdzie objawiają się w połowie grudnia.

Tet to najważniejsze święto dla Wietnamczyków. Nienaruszalna relikwia tradycji; to czas spędzany rodzinnie, nawet za cenę wielogodzinnych podróży w trudnych warunkach. W Fabryce Osobliwości, gorączka rozpoczęła się już w grudniu, kiedy kadrowa – pani Hanh, ponaglała mnie z zatwierdzeniem budżetu na imprezę noworoczną. I tak zaczęła się kolejna dyskusja pod tytułem „Różnice kulturowe w praktyce”.

Otóż na liście wydatków przygotowanej przez panią Hanh figurowały następujące pozycje:

- orkiestra (chodziło o tego młodego człowieka w opiętej koszuli, grającego w ubiegłym roku na klawiszach, z nieodłącznym papierosem w ustach)

- restauracja (czytaj dostawa posiłków typowo pozbawionych smaku na tego typu masowych imprezach)

- napoje dla mężczyzn (czyli piwo)

- napoje dla kobiet (czyli coca cola)

- loteria (czyli pula nagród do rozlosowania między pracowników) – rzecz budząca niezwykłe emocje, po której zakończeniu, jak  po wybuchu bomby wodorowej, impreza noworoczna ulegla gwałtownemu zakończeniu).

- prezenty dla oficjeli (czyli dowody wdzięczności oraz prewencja w jednym dla skarbówki, celników, policjantów i kontrolerów wszelakich).

Najpierw poruszyłam kwestię równości społecznej w kwestii napojów. Ku najwyższemu oburzeniu pani Hanh, zatwierdziłam 3 puszki piwa La Rue na osobę. Po przygodzie z ubiegłego roku, gdzie serwowano piwo rozlane poprzedniego dnia (czytaj : bez gazu) z plastikowych kontenerów, zazwyczaj kojarzonych z transportem oleju samochodowego, wybrałyśmy bezpieczny zakup,redukując ryzyko przykrych niespodzianek do minimum. Niestety, oskarżono mnie o rozpijanie kobiet i podburzanie do rozruchów między pijącymi alkohol i niepijącymi, a pragnącymi szmuglować puszki do domu.

Prezenty dla oficjeli to również ciekawe ćwiczenie: skrabówce dać należy, ale nie za dużo (bo przecież sytuacja firmy niełatwa) i nie za mało (bo obdarowani obrażą się i znów nas skontrolują). Propozycję zakupu wina za 85 USD uznałam za przesadę, choć wedle wagi złotego zegarka naszego kontrolera, zadowoliłoby jego wyrafinowany gust.

Wreszcie dotarłyśmy do kwestii loterii i nieporozumienie powstało już na samym wstępie. Czym jest bowiem loteria? Wg pani Hanh – sprawiedliwym podziałem dóbr. Lepiej więc kupić mnóstwo prezentów lichej jakości (w ubiegłym roku w skład loterii wchodziły ... serki topione), bo jak szczęściarz po odbiorze nagrody odejdzie z pracy, to żal będzie mniejszy. A jeśli wylosuje go pracownik z niskim stażem pracy, któremu po prostu „nie należy się”? Pani Hanh patrzyła na mnie z ukosa: tylko 95 prezentów, podczas gdy ona zaproponowala 250? Wybór padł, zgodnie z oczekiwaniami pracowników, na mniejszą ilość i lepszą jakość. Ale po co robotnikowi telewizor 32 calowy? No, jakby wylosowała księgowa, to sprawiedliwie... I tak, zmuszona prze okoliczności, w godzinach pracy studiowałam folder z promocjami lodówek, „gorącymi ofertami” garnków oraz „wyjątkowo skutecznymi” suszarkami do włosów.

Prezenty już zapełniają biura personelu, a ja zastanawiam się, jak nieodporny na działanie alkoholu szczęśliwiec dotrze do domu z lodówką na motorze. Pożyjemy, zobaczymy – pierwsza z trzech imprez noworocznych już w poniedziałek. Tet party w Wietnamie jest niezapomnianym przeżyciem, a w wydaniu robotniczym, na prowincji nabiera doprawdy egzotycznych barw!

Raport już wkrótce.

year_of_the_ram

Noworoczny przegląd prasy-cz.I

chaobella

image2

image3

 

W cieniu tragicznych wieści z Francji, postanowilam zajrzeć do lokalnej prasy.Z Nowym Rokiem, nowym rokiem, czyli sajgońskiej prasy przegląd numer 1.

 

Rekiny podgryzają internet


Położone na dnie oceanu łącze zaopatrujące w internet kraje azjatyckie znowu szwankuje. Tym razem znaleziono winnego – to nie system, to rekiny! Ponoć uprawiają tę dywersję od 2009 roku.

W Hanoi ruszył pierwszy publiczny autobus wyłącznie dla kobiet

Patrząc na kobiety w maskach na twarzy, w getrach, rekawiczkach i kapeluszach oraz kaskach, odnieść można wrażenie teleportacji do egzotycznych krain. Zniesiono zakaz zawierania małżeństw tej samej płci
 Nie oznacza to jeszcze legalizacji małżeństw homoseksualnych, ale i tak stawia Wietnam na pozycji lidera w tej kwestii w tej czeęści świata. Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że nowy ambasador USA w Wietnamie jest gejem.

Jazda taxi będzie tańsza


Korporacje taksówkarskie łaskawie obniżyły ceny w reakcji na rekordowo niską cenę ropy. Taksówkarze to równi goście – wystarczyło 13 kolejnych obiniżek cen paliwa, kilka oficjalnych ponagleń ministra transportu i grożenie palcem ministra finansów.

Hanoi grozi wyludnienie! 


Ponad 6.500 gospodarstw domowych zostanie przesiedlonych z hanojskiej starówki, by ratować wpisany na listę dziedzictwa światowego kompleks architektoniczny. Kolejki do piwa i pho powinny się nieco skurczyć. 


Wodolotem do Mui Ne


Zamiast 6 godzinnej podróży na trasie 200 km pociągiem klasy wątpliwej, czy też 9-godzinnej jazdy autobusem w pozycji horyzontalnej, amatorzy kitesurfingu i plaży w Mui Ne będą mogli skorzystać z ... wodolotu. Jak za zimnej wojny, w nieznane najpierw ruszyli Rosjanie. Cena za pokonanie 300 km – 250 USD ob obcego, 175 USD od swojego, czyli jedynie 20 razy więcej niż pociąg. Okazja!


Zamalowali nam pocztę!

Jeden ze sztandarowych zabytków Sajgonu - budynek Poczty autorstwa G. Eiffel’a został właśnie odnowiony. Teraz już nikt nie zgubi do niego drogi – żarzy się złotą żółcią, ale wg szefa Poczty, kolor zmyje się w deszczu. Cóż, cukierkowo różowy kościół przy Hai Ba Trung, oślepia mimo wielu lat hojnych pór deszczowych.

 

 

Poradnik małego buddysty

chaobella

Nasza kadrowa – pani Hanh, która sama w sobie zasługuje na powieść w odcinkach, wyznała mi kiedyś, że jest zaangażowaną buddystką, a na grzecznościowe pytanie, jakie ma plany na weekend, odparła : -Będę w pagodzie.

Kiedyś więc, dla przełamania lodów, pokazałam jej moją ówczesną lekturę: Thích Nhất Hạnh “ No Death, No Fear”. Nawisko słynnego mistrza zen z Wietnamu nic jej nie mówiło, a na widok 200-stronicowej książki, westchnęła: - Nie mogę czytać, bo po pierwszej stronie od razu zasypiam. Jednak kilka tygodni później, dumnie oświadczyła, że jej pagodowa starszyzna jak najbardziej podziwia mistrza i tym poniekąd uznała mnie za wtajemniczoną w meandry jej wiary, a może nawet za adeptkę buddyzmu. Praktyka buddyzmu w wydaniu pani Hanh jak najbardziej obejmuje akcje charytatywne, ale jej codzienne przejawy sprowadzają się głównie do przestrzegania kodeksu zasad, który reguluje zarówno dietę w piątki, jak wybór kolejnego wcielenia.

Niedawno, z porozumiewawczym uśmiechem, podarowała mi małą żółtą książeczkę pod tytułem „Prawo przyczynowości” – po wietnamsku, chińsku i angielsku. Cóż to jest za pozycja! Zbiór naiwnych powiastek  w stylu czarnej Wołgi porywającej niewinne dzieciątka z wymownymi obrazkami ilustrującymi zasady przyzwoitości, myślenia, higieny i stosunków społecznych. To fascynujące, jak szerokie spektrum zagadnień obejmuje ta kilkunastostronicowa biblia: z jednej strony uniwersalne zasady moralne, z drugiej – przyczyny garba, koślawych nóg i zajęczej wargi.

Oto kilka perełek:

1. Konsekwencją podsycania bliskich do nienawiści będzie atak tygrysa lub ukąszenie węża.              

Wątpliwość Niewiernego Tomasza: co spotka buddystów z Katowic lub Oslo za ten niecny postępek?

2. Ufundowanie w poprzednim życiu budowy mostu lub naprawy drogi zapewni komfort przemieszczania się godnym środkiem transportu w kolejnym wcieleniu.

Teraz już rozumiem inwazję chińskich firm budowlanych na świecie!    

3. Dlaczego nieszczęśnik jest niewolnikiem w obecnym życiu? Nie odwdzięczył się bowiem za uzyskaną przysługę.

Ech, w tym przykładzie jak na dłoni widać problem korupcji w tej części Azji – usługa za usługę, pomogę ci, bo potem ty mnie pomożesz. Intrygujące jest również poruszenie kwestii niewolnictwa w komunistycznych krajach w 2014 roku!

Żarty żartami, ale poddawanie w wątpliwość buddyjskiej doktryny grozi ogłuchnięciem na przynajmniej jedno ucho.

     

 

Fabryka osobliwości – odc.II

chaobella

Zgodnie z najgorszymi oczekiwaniami, po raz drugi w 15-letniej historii firmy, doczekaliśmy się kontroli skarbowej.  Pewnego pięknego ranka, na teren fabryki zajechała lśniąca Toyota, z której wysiadła para ok. 50-letnich inspektorów. Przyjechali wreszcie, bo główny księgowy opornie podszedł do tematu: Zapłaćcie, a nasza noga nawet nie postanie w waszej firmie. Musimy was skontrolować za ostatnich 6 lat – po co wam to?  

Cóż, nikt nie jest święty, a zwłaszcza firma, w której procedury wewnętrzne do najmocniejszych nie należą, a kierownictwo zmieniło się kilka razy. 
Ugościliśmy inspektorów w biurze wypełnionym akcesoriami wystroju wnętrz, które zbladły w cieniu kilogramowego złotego zegarka szefa ekipy, pod którego ciężarem facet dorobił się wyraźnej skoliozy. 
Spędzili długie dwie godziny patrząc w okno, podczas gdy ja naradzałam się z księgowym, jak ich udobruchać.  To nie pierwsza i nie ostatnia tego typu akcja, więc poruszam się w miarę sprawnie po tym grząskim terenie. Ustalamy zatem 250 $ na głowę i z uśmiechem na ustach przekazujemy gościom koperty na powitanie w progach firmy. Chwilę póżniej – wybiła wszakże godzina 11.30, inspektorzy królewskim gestem zapraszają całą ekipę księgową na obiad. Tzn. – oni zapraszają, firma płaci. Normalka. 
Biuro za ścianą wyludnia się na bite 3 godziny!  Kiedy wreszczie wracają, księgowy przeprasza i tłumaczy, że nie mogli wrócić wcześniej, gdyż goście zaprosili do restauracji ....kolegów po fachu, a ci mocno się spóźnili. Pięcioro inspektorów zamówiło po butelce wina do posiłku dla 10 osób – stąd rachunek: 250 $. Wina nawet nie otwarto, tylko sprawnie zapakowano do domu. Normalka. Tego dnia już nie wracają do pracy. Ale zdążyli przekazać, że nasze koperty są śmiechu warte.  
Następnego dnia próbujemy z księgowym wybadać oczekiwania skarbówki. Bez większych ogródek proponują 2.500 $ na dobry początek i zawzięcie odmiawiają ustalenia ostatecznej wartości okupu. Po czym znów porywają całą ekipę na 2 godzinny obiad – tym razem bez gości i bez wina, ale moja cierpliwość i tak dobiega końca. Począwszy od jutra zapraszamy państwa do naszej kantyny! 
Jednocześnie instruuję księgowego, żeby zwalił na mnie całą winę za niezrozumiały opór wobec powszechnie przyjętych praktyk: Ot, ta biała szefowa dopiero od niedawna jest w Wietnamie i nic nie rozumie. Nie mamy nic do ukrycia i przedstawimy inspektorom wszelkie wymagane informacje. 
Odpowiedź skarbówki jest jasna: następnego dnia nie zjawiają się. 
Ale już w poneidziałek czarna Toyota parkuje przed budynkiem i tym razem, po raz pierwszy od tygodnia, inspektorzy biorą się do pracy. Zespół miota się między stertami folderów z dokumentami sprzed lat, odkurza stare pudła ze zwilgotniałymi fakturami i pożółkłymi przelewami bankowymi. Tak mija kolejny tydzień solidnej, kilkugodzinnej dziennie pracy. Nie pojawia się już temat rekompensaty dla inspektorów, natomiast mnożą się problemy podatkowe w naszej firmie. 

Nawet pudła tradycyjnych ciast z okazji  święta jesieni  (tak, tak – obchodzimy je awansem) nie udobruchały pana ze złotym zegarkiem. 
Pozostaje uzbroić się w cierpliwość – negocjacje wznowimy za tydzień, zanim na raporcie z kontroli spocznie czerwona pieczęć.   

tax

Fabryka osobliwości – odc. 1

chaobella

Odkąd pracuję w fabryce, nie mogę narzekać na nudę!  

Francuska firma meblarska skupia trzy centra produkcyjne - w sumie skupisko ponad 1.000 pracowników, stanowiące szerokie spektrum obserwacji sojologiczno-osbowościowych. Do tego należy dodać dziesiątki dostawców, urzędników, terminów i kłopotów – dzień, w którym nie drży ziemia z definicji należy do podejrzanych.

Już w pierwszym tygodniu odwiedziły mnie dwie panie reprezentujące firmę skupującą odpady drewna: dąb, sosna, świerk, drzewo kauczukowe – jest w czym przebierać . Było dużo usmiechow, wymownego ruszania brwiami, wreszcie niepozostawiająca złudzen prezentacja Power Point: my co miesiąc płacimy paniom 7 milionów dongów (ok. 333 USD) za usługę wywozu odpadów, one zaś odpłacają się pięknym za nadobne. Stawka wynosi  5 milionów – ta kwota ma zapewnić sprawną współpracę, która w najlepsze trwa od 10-ciu lat. 5 razy 6 miesięcy wakatu na stanowisku dyrektora finansów = 30 baniek (ok. 1.500 USD) w gotówce, co potwierdzał ostatni slajd prezentacji na zakurzonym pyłem drzewnym ipadzie, tudzież kupka banknotów obwiązanych gumkami recepturkami. Mimo moich najlepszych wysiłków, nie potrafiły zrozumieć, ze wraz nowym szefem nastają nowe porządki i co miesiac wracały z coraz większą kupką. Ostatnio namolne wizyty starciły resztki pozorów – panie zostały odesłane do księgowego i straciły zupelnie poczucie szachu. Wtedy tez straciły resztki czujności: któregoś dnia przesłały mi przedłużenie umowy ich usług do czerwca 2015 – nieudany dokument w PDF-ie, podczas, gdy niepodpisany oryginał spoczywał centralnie na moim biurku.  

Postanowiliśmy przyjrzeć się
konkurencji i szybko okazało się, że oferuje nie tylko przejrzyste zasady, ale jest 3-krotnie bardziej opłacalna.
Ktoś musiał za taki afront zapłacić! 
Padło na niczego  niewinną szefową personelu. Pewnego dnia, kiedy ta zażywna 60-latka wracała motorem do domu (tak, tak – to tutaj standard), ruszył za nią pościg w postaci dwóch facetów z o wybrakowanym uzębieniu, acz z wyrafinowaną znajomością zastosowania metafory w interesach. Z pomocą zardzewiałego noża, tłumaczyli szefowej, że nie warto „rozbijać garnka z ryżem, bo jego odłamki mogą skaleczyć”. Kobiecie udało się dojechać bezpiecznie do najbliższej przydrożnej garkuchni, skąd wezwała pomoc. Kiedy następnego dnia pożaliła się szefowi , ten wezwał właścicielkę firmy odpadowej i obwieścił (nie probując dochodzić prawdy), że takie zachowanie spotka się następnym razem z reakcją policji. Kobieta nawet nie próbowała się tłumaczyć, czy zaprzeczać, tylko stwierdziła, że ma prawo bronić się przed utratą interesu.  

Kiedy pewnego ranka oznajmiłam paniom, ze wybraliśmy innego kontrahenta i dziękujemy im za 10-letnią współpracę, najpierw ze szklącymi się oczyma pytały, czym zasłużyły na tak okrutną karę, potem szybko podbiły stawkę o 20% powyżej dowolnej ceny konkurencji, po czym – usłyszawszy, że jest za późno na negocjacje – zaserwowały mi uścisk ręki, na którego wspomnienie do dzisiaj przechodzą mnie ciarki.     


Więcej osobliwości z fabryki – już wkrótce. 
 

Antychińskie demonstracje w w Wietnamie

chaobella

 

Od kilku dni trwają w Wietnamie zamieszki na tle konfliktu na Morzu Południowochińskim wokolicach Wysp Paracelskich, o które roszczą sobie prawa zarówno Wietnam, jak Chiny. Spór trwa od dawna, ale wyjątkowo przybrał na sile odkąd Chiny zainstalowały platformę wiertniczną w rejonie konfliktu. Doszło do starć statków obu państw, a każda strona oskarża przeciwną o eskalację napięcia.

Kiedy w niedzielę tłumy protestujących wyszły na ulice Hanoi, przecierałam oczy ze zdumienia: prawdziwa, polityczna manifestacja w kraju, gdzie demonstracje są nielegalne, a przy podejrzanej grupce 5 osób natychmiast pojawia się policjant! Demonstrowano przeciw zakusom Chin na suwerenność kraju, przy cichej aprobacie rządu, zadowolonego z tak spontanicznej deklaracji patriotyzmu.
Wczoraj, fala demonstracji wylała się na ulice prowincji Binh Duong, 30 km od Ho Chi Minh City - zamieszkałe przez blisko 2 miliony mieszkańców przemysłowe zaplecze HCMC. W kilku strefach ekonomicznych, korzystając z preferencyjnych stawek podatkowych, wielkie zagraniczne przedsiębiorstwa dają zatrudnienie setkom tysięcy pracowników. Tutaj produkuje się wszystko: buty, meble i stal, często przez 7 dni w tygodniu. Ta pozbawiona uroku okolica jest niezwykle spokojna. Aż do wczoraj.

Około 20.000 robotników ruszyło w pokojowym mraszu, nawołując pracowników okolicznych fabryk do solidarności z nimi. Sytuacja wymknęła się spod kotroli, kiedy pojawił się pomysł ataku na chińskie fabryki – a takich tutaj nie brakuje. Przy okazji do jednego tygla wrzucono chińskie, koreańskie i tajwańskie firmy. Pod naciskiem tłumu padły bramy, w ruch poszły kamienie, stalowe pręty, koktajle mołotowa. Patriotyczne slogany ustąpiły miejsca najniższym instynktom: zaczęto niszczyć, kraść, palić mienie, zastraszać pracowników, grozić manadżerom.

Miejscowa prasa milczy jak zaklęta na temat zamieszek, w sukurs przychodzi przeklęty facebook. Nieznana jest liczba ofiar – mówi się o 2 zabitych chińskich przedsiębiorcach, 1 policjancie i 2 demonstrantach oraz wielu rannych. Spalono co najmniej 15  fabryk, a kilkaset splądrowano
lub zdewastowano.  



 Francuska fabryka mebli, w której od niedawna pracuję, nie zostala pominięta (jak niemal wszystkie zagraniczne firmy w okolicy). Ot, uznano, ze skoro zagraniczna, to można założyć, że prawdopodobnie wroga. Tłum przewrócił bramę, wybił szyby w paru oknach i odpuścił kiedy zobaczył
europejskie twarze szefostwa. Dzisiaj z samego rana, wywiesiliśmy baner: „Jesteśmy francuską firmą. Popieramy dążenia Wietnamu, itd.”. Do tego, zatknęliśmy flagę narodową, którą – jako produkt deficytowy - szybko porwali młodzieńcy na motorach patrolujący okolice. Byliśmy jedyną otwartą fabryką, poza wietnamskim konglomeratem stalowym. Szybko pojawiły się groźby pod adresem pracowników i żądania zaprzestania pracy, „skoro inne fabryki nie pracują”. W południe, w miarę napływu informacji, postanowiliśmy zamknąć podwoje do jutra. Dwie pozostałe fabryki,
polożone w sąsiednich parkach przemysłowych zostały zamknięte z samego rana po oszacowaniu strat z poprzedniego i ryzyku dzisiejszego dnia.

Niektóre okolice przedstawiają krajobraz jak po wojnie: spalone i splądrowane budynki, sterty szkła na ulicach, tlące się od wczoraj lub całkiem świeże pożary, odcięty prąd, patrolujący okolice helikopter wojskowy, wozy strażackie i hordy buntownikow z bożej łaski prujący na motorach,  machając czerwonymi flagami z żółtą gwiazdą.

Sytuacja wydaje się być pod kontrolą, aczkolwiek nieobecność policji jest porażająca. Inna rzecz, że w zaistnialej sytuacji, bardziej przydatne wydają się ciężkie jednostki wojskowe. Ruszyły posiłki z HCMC i ponoć doszło do pierwszych aresztowań. Przypuszczam jednak, że oto na naszych oczach poszło w ruch koło historii. Te największe od 60 lat demonstracje antychińskie i arogancka postawa wielkiego brata wobec sąsiadów i reszty świata, z pewnością nie wróżą niczego dobrego, a świadomość władzy narodzonej podczas protestów wobec zewnętrznego wroga może szybko zmienić adresata.



Festiwal Sztuki w Hue - 2014

chaobella
 
 

Już tradcyjnie, jak co dwa lata od 1998 roku, cesarskie miasto Hue otworzy historyczne podwoje festiwalowi sztuki.  Co wieczór, w XIX-wiecznej cytadeli, występować będą goście z Wietnamu oraz 20-stu krajów dookoła świata. Od 12-go do 20-go kwietnia,  publiczność ósmej edycji festiwalu będzie mogła delektować się bogatym menu. W  ofercie tegorocznego programu znajdują się koncerty, występy tańca,  wystawy, pokazy latawców, instalacje artystyczne, pokazy sztuki ulicznej, wartsztaty (np. kaligrafii) i targi. Organizatorzy obiecują również zajęcia dla niepełnosprawnych, zawody sportowe oraz wycieczki po okolicy.

Jak przystało na bogatą historię Hue, nie zabraknie pokazów tradycyjnej wietnamskiej sztuki dworskiej, w charakterystycznych dla tego regionu kostiumach (m.inn. tradycyjne ao dai w fioletowym odcieniu).

Wśród rozmaitych
atrakcji, warto zanotować  m.inn. :

12/04                     Uroczysta ceremonia inauguracji festiwalu, o godz. 20.00

13/04                     Pokaz „Noc orientu”

14/04                     Wielki pokaz „Ao dai”

16, 18/04              Spektakle teatralne

16/04                     Koncert muzyki dworskiej

18/04                     Pokaz tradycji Nam Giao (uroczystych poświęceń)

19/04                     „Noc cesarska” – pokaz tradycji dworskich zakończony królewskim bankietem

20/04                     Ceremonia zamknięcia festiwalu,. o godz. 20.00

 



Na szczególną uwagę zasługuje festiwal sztuki ulicznej; popołudniami, ulice miasta zapełnią się zagranicznymi artystami, m.inn. z Brazylii, Japonii, Indii, Norwegii, Mongolii, Australii, Rosji, Argentyny, Węgier i Polski (Orkiestra OSP z Nadarzyna). Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Koneserów (nie tylko sztuki) z pewnością ucieszy wiadomość, że w tym roku, festiwalowi w Hue towarzyszyć będzie promocja gastronomii.
Jak przystało na dworskie miasto, sm
aczna i delikatna kuchnia Hue powstała, by zadowolić nawet królewskie podniebienia.  Oprócz kuchni wietnamskiej, można będzie spróbować dań z Laosu, Kambodży, Tajlandii, Birmy, Singapuru, Malezji, Indonezji, Japonii, Koreii i Chin.

A zatem, ucztę zmysłów czas zacząć!  

Żenię się.... niechcący

chaobella

Są tacy, którzy ślub planują z pompą wiele miesięcy naprzód; inni wolą spontaniczne ceremonie w stylu Las Vegas, a jeszcze innych sama wizja przeraża tak bardzo, że żyją w wolnych związkach z obawy przed ogarnięciem logistyki przyjęcia (zwłaszcza, jeśli miałoby się powtarzać co kilka lat). 
Mój dobry francuski kolega - nazwijmy go Paul - mieszka od kilku lat ze swoją wietnamską dziewczyną – nazwijmy ją Hong. Ona mówi rodzinie, że mieszka w akademiku, on się nie musi nikomu tłumaczyć. Nic nie zakłócało sielanki, aż do niedawnej wizyty rodziców chłopaka w Wietnamie. Chcąc sprawić wszystkim przyjemność, postanowił  zorganizować uroczystą kolację w wyjątkowym miejscu. Jak pomyślał, tak zrobił, a raczej – zlecił zadanie specjalne Hong. Ona przyklasnęła i zaczęła dzwonić do restauracji na uroczej wysepce Than Da. Paul co jakiś czas pytał o postęp w logistyce, ale jako, że wszystko wydawało się być pod kontrolą, nie wnikał w szczegóły, bądź co bądź, planowanej kolacji dla czworga.
Pięć dni później, Hong poprosiła go o odebranie sukienki zamówionej na kolację – w końcu nie co dzień podejmuje się rodziców chłopaka, w dodatku przybyłych z dalekiej Francji. Paul wpadł do krawca po pracy, machinalnie zapłacił i dopiero porozumiewawcze spojrzenie wlaściciela pracowni oraz nieoczekiwana waga paczki ze strojem wzbudziła jego podejrzenia. Odbierał bowiem tradycyjny, kobiecy kostium ślubny! Uśmiechnął się pod nosem – w końcu nie tak dawno bawił się przez całą noc na przyjęciu zorganizowanym przez znajomych cudzoziemców, gdzie część gości paradowala w  wietnamskich strojach ślubnych – ot, nostalgiczny i elegancki wybór kostiumu na pożegnanie się z krajem.
Następnego dnia, wraz z Hong, udał się do restauracji – ot, sprawdzić, czy faktycznie miejsce zadowoli rodziców. Zamiast stolika dla czworga,
zastał
bogato udekorowaną salę na sto osób. Styl nie pozostawiał cienia złudzeń. Spojrzał na Hong, która rozpłynęła się w dumnym uśmiechu: tak pięknie sobie poradziła z życiowym zadaniem, w zaledwie pięć dni! Ma też nadzieję, że Paul’owi spodoba się jego tradycyjny strój ślubny – w drodze powrotnej, wpadną do krawca do przymiarki.
Cóż było robić? W akcie paniki, Paul obdzwonił dziesięciu najlepszych znajomych, z których tylko co drugi mógł się zjawić w ekspresowym tempie na niespodziewanym ślubie nazajutrz. 

Kiedy, niczego nieświadoma, zapytałam Paula w poniedziałek, co słychać, usłyszałam:
- No cóż, jak by to powiedzieć...., wygląda na to, że niechcący się ożeniłem...



Poprosię McProsię

chaobella

40 lat po zakończeniu wojny z USA, Wietnam wyciągnał rękę do imperialistycznego kapitalisty i byłego wroga; w HCM City, na rogu ulic Dien Bien Phu (jakże wymownie) i Nguyen Binh Khiem, McDonald’s szumnie otworzył swoją 38-ą franczyzę w Azji i 10.000-czną placówkę w regionie. 



Jego konkurencja już tutaj jest : KFC, Burger King i Pizza Hut będą musiały podzielić między siebie 90-milionową populacje konsumentów. Przynaję uczciwie:wszystkie te przybytki znam jedynie z widzenia i słyszenia. Moja noga postała w McDonaldzie raz – w czeskiej Pradze, o 4 rano, kiedy po całonocnej podróży nie sposób było znaleźć otwartą restaurację.

Wybór Wietnamu był oczywisty dla dyrekcji McDonald’s – to jeden z największych krajów w regionie, z bardzo młodą populacją i rosnącym apetytem na zachodnie atrakcje. Podobnie jak Chiny, Wietnam pozostaje komunistyczny w różnych aspektach, ale na pewno nie w sensie ekonomicznym.   

Wizyta w najsłynniejszej hamburgerowni świata to symbol statusu społecznego i prosty przejaw ciekowości– Wietnamczycy nie robią sobie złudzeń, co do jakości posiłków. Droższe (Big Mac kosztuje ok. 2 euro) i mniej wyrafinowane niż większość dań serwowanych przez lokalne restauracje i garkuchnie,
McDonald’s ma szanse podbić rynek otwartymi przez 24 godziny drzwiami oraz systemem drive-thru, do którego już w dniu otwarcia stanęły kolejki motorów. W odpowiedzi na miejscowe preferencje,  stworzono także McPork’a (czytaj: McProsię).  

Co ciekawe, krajowa licencja McDonald’s, w wyniku długotrwałego i przejrzystego procesu, trafiła w ręce… Henry’ego Nguyen’a - zięcia wietnamskiego Premiera (na zdjęciu, w środku). Wychowany w USA, ponoć całe życie marzył o otworzeniu wietnamskiej sieci McDonald’s, gdzie jako nastolatek zarabiał na życie. Dynamiczny 40-letni biznesman jest przekonany, że to dopiero początek ekspansji sieci w całym kraju.  


W świetle rosnącego problemu otyłości wsród dzieci i młodzieży, pojawienie się McDonald’s wydaje się niepokojący. Miejmy nadzieję, że po pierwszym zachłyśnięciu się nowością, miejscowe świeze sajgonki i aromatyczne pho zwyciężą ze sztucznym i importowanym menu.

  

(McDonald’s spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem cudzoziemców w Sajgonie – na zdjęciu kubańska piosenkarka Lissette)

Drogówka się opłaca

chaobella

Pod presją konieczności podejmowania postanowień noworocznych, zaczęłam od najprostszych; znajdę wreszcie porzucone nonszalancko prawo jazdy, które przyszło mi zdobyć w pocie ponad 10 lat temu. Pot był dosłowny – jako, że test z jazdy odbywał się z dyżurnym, niepierwszej świeżości kaskiem na głowie.

Dekada spędzona w Wietnamie zrobiła swoje: płacenie drogówce wydaje się tak oczywiste, jak pora deszczowa w maju. W zależności od skali występku, stopnia uporu policjanta i naszego wolnego czasu,  z kłopotów drogowych wydostajemy się za około 200.000 -500.000 dongów (ok. 10-25 USD). To stawka za święty spokój. Dopiero jednak niedawno trafiłam na oficlajny dekret z oficjalną listą mandatów dla niepoprawnych kierowców dwuśladów. I co się okazuje? Ze przepłacamy!
Jednocześnie, dzisiaj podliczyłabym się na jakieś 2.500.000 VND (punkty 5,6,7, 8,15,20), głownie dlatego, że wiozłam delikatną porcelanę ....
Skandalicznie niski  mandat za brak prawa jazdy nie działa zbyt motywująco do kontynuowania poszukiwań w przepastnych szufladach tego unikatowego certyfikatu.

Do moich ulubionych kategorii poniżej należy jazda na jednym kole oraz jazda bez trzymanki.  Zaś najgorsza plaga: skręcanie bez użycia sygnału świetlnego wyceniono na marne 10-20 USD. Co gorsza, niegdzie nie znalazł się występek, który nieraz posuwa mnie do chęci popełnienia zbrodni z premedytacją: wyjeżdżania na pełnym gazie z drogi zależnej na głowną patrząc jedynie przed siebie, w myśl zasady ”po nas choćby potop”.

A co Wy macie na sumieniu?

Te rozstania i powroty...

chaobella

Ach, te rozstania i powroty… Wietnam, to chyba jedyny kraj, w którym podczas tygodniowej nieobecności potrafi bez śladu zniknąć ulubiona willa, powstać nowa restauracja, a własny dom zmienić kolor. Tym razem, powrót z trzytygodniowej wizyty w ojczyźnie zaowocował nie tyle zmianami architektoniczno-przestrzennymi (choć oczywiście takich nie zabrakło), co obyczajowymi. Pytanie, czy zmieniła się wietnamska rzeczywistość czy też skrzywieniu/wyprostowaniu uległo moje postrzeganie.

Na lotnisku w Sajgonie, odebraliśmy od Vietnam Airlines bagaż w całości i w ciągu kwadransa od przylotu. W Warszawie, Air France traktowała nas per noga, mimo złotej karty podróżnej i zagubionego bagażu na dzień przed wigilią.

Ruszyliśmy na szybkie zakupy, by zaopatrzyć pustą lodówkę. Czas spędzony na tejże operacji: pół godziny łącznie z transportem (motorem). W Warszawie należałoby poświęcić ponad godzinę i sporo nerwów.

Wieczorem świętowaliśmy urodziny koleżanki w pobliskiej restauracji. Nasiadówka pod palmami, zimne wino nad basenem – z niedowierzaniem powtarzaliśmy sobie, że jeszcze dobę temu przytupywaliśmy z zimna na spacerze po warszawskiej Starówce.

Następnego dnia ruszyałam na zakupy na tzw. ruskich targach; tutaj można dostać zarówno wyroby znanych marek za grosze, jak trzykrotnego użytku koszulki, spodenki itd. Szybko odnalazałam ulubionego sprzedawcę, u którego stale zaopatruję się w ubrania do jogi. Facet wyraźnie się ucieszył – poklepaliśmy się nawzajem po plecach. I zaraz się zaczęło:
- Ile kosztuje ta bluzka?
- Sprzedawca: 3 dolary.
- Dam dwa – negocjuje miejscowa klientka.
- Nie, nie, nie mogę! To dobra cena – broni się sprzedawca ( i trudno się z nim nie zgodzić).
- Dam dwa – upiera się kobieta.
Sprzedawca patrzy na mnie i doznaje olśnienia:
- Ale madame (to o mnie...) płaci taką samą cenę, a to stała klientka, więc powinna mieć upust. Ale ja wszystkich równo traktuję.

Reklama dźwignią handlu – sprzedawca zyskuje podwójnie: klientka płaci bez dalszych dyskusji, a za nią podchodzą nowe.

W innym miejscu pytam o cenę sukienki: 15 dolarów. Sprzedawczyni wypytuje, czy mieszkam na stałe w Sajgonie, bo takiej ceny nie zaoferuje turystom. Kłopot w tym, że za chwilę podchodzi młoda Wietnamka i pyta o cenę tej samej sukienki. Sprzedawczyni wije się i udaje, że nie słyszy. Z całym okrucieństwem pozostaję na stanowisku – już wie, że rozumiem po wietnamsku. Sciszonym głosem podaje cenę: 12 dolarów. Wietnamka patrzy z dezaprobatą: może dać 10 albo nic. Kupuje i odchodzi, teraz czas na renegocjację mojej oferty. Sprzedawczyni jest nie w sosie, ale proponuje dalsze zakupy.
- Może torebkę?
- Czemu nie? Ale szukam takiej ze skóry.
- Wszystkie są ze skóry! – zachwala, po czym łapie pierwszą lepszą z brzegu i opala zapalniczką. Torba się nie zajmuje ogniem – to jest dowód na najwyższą jakość skóry!
Widziałam ten sam numer z najwyższej jakości 100% jedwabiem. Nie znam się na fizyce i chemii, ale skórę i jedwab od plastiku łatwo potrafię odróżnić. Wierząc w niezłomną potęgę edukacji, cierpliwie tłumaczę, że chodzi mi o prawdziwą skórę – taką, z jakiej jest zrobiona moja obecna torebka.
- Aaaa, to skóra numer jeden, my mamy tylko skórę numer dwa – uśmiecha się sprzedawczyni.
- A może Mulberry – skóra, oryginał!
- W jakiej cenie ma pani ten orygniał ? – syczę złośliwie.
- Jak dla pani, bo pani mieszka w Sajgonie – to 30 dolarów.
- Jak na oryginał, to zaskakująca cena – cedzę z zadowoleniem (odbywam taką rozmowę co najmniej raz w roku od 11 lat).
- Madame – szepcze sprzedawczyni – to kopia, ale oryginalna kopia!


Po drodze do domu, zatrzymuję się u ulicznego szewca. Pastuje, sznuruje i reperuje buty wprost na chodniku – od rana do zachodu słońca. Podchodzi pomocnik – umorusany pastą, bosonogi  16-18-stolatek. Pokazuję buty z oderwanym paskiem i tłumaczę na migi, co trzeba zrobić. Patrzy na mnie, odrzuca grzywkę na czoło i odpowiada po angielsku: Trzeba zszyc, bo klej nie wystarcza.
Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię.

Po drodze klnę na korki i nieudolną policję drogową. I obiecuję sobie, że w końcu wyrobię sobie kopię zagubionego przed laty prawa jazdy, zamiast, jak zwykle uciekać stróżom prawa.

I jak nie lubić tego kraju?  

  

Nie zdradzaj, biedaku!

chaobella

Przez dekadę spędzoną w Wietnamie, nigdy nie słyszałam o dekrecie regulującym niemoralne prowadzenie się małżonków, aż rozpętała się burza medialna wokół środków karania niewiernych.
Otóż, kilka miesięcy temu ogłoszono, że pożycie pozamałżeńskie spotka się z karą pieniężną w wysokości od 10 do 48 USD (czyli dwukrotność wcześniej obowiązującego przedziału 5-25 USD). Grzesznikami według nowego prawa są zamężni obywatele, którzy jednocześnie żyją w bigamicznym związku. Wyjaśnienia oczywiście wymaga pojęcie bigamii. Choć jasne z punktu widzenia prawa, wydaje się łatwym łupem nadużyć. Bo bigamistą może zostać określona osoba żyjąca „tak jak w związku małżeńskim” bez jego formalizacji. Wyobraźnia zaczyna więc hulać: chociaż ustawa uderza w niemoralne związki między rodzicami i dziećmi, teściami i małżonkami dzieci, kuzynostwem i rodzeństwem, równie dobrze dotyczy nieformalnych związków pozamałżeńskich czy par tej samej płci. Czy pod ten sam przepis podpadną pary umawiające się na romantyczne lub płatne schadzki bez wiedzy ich małżonków?
Ustawa nie precyzuje w jaki sposób nielegalne związki będą wykrywane, ani jaki sposób ich „natychmiastowego zakończenia” zadowoli władze. Ciekawe, w jaki sposób zostaną przeszkolone specjalne jednostki; być może zostaną wysłane na szkolenie do szariackich regionów Afganistanu...

Co ciekawe, na stronie miejscowego dziennika informującego o kontrowersyjnej ustawie miga reklama skąpo odzianych dziewcząt promujących ... portal randkowy „Tajskie pocałunki”.   

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci