| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Click for Ho Chi Minh, Viet Nam Forecast Miss Saigon

Promote Your Page Too
czwartek, 19 maja 2011

-  Jakiż  mamy piękny dzień – Fred wkroczył do biura, roztaczając wokół siebie zapach mocnych perfum i żelu do włosów.
- Szkoda byłoby marnować taki piękny poranek na pracę – w końcu zdążymy się jeszcze w życiu narobić. Pan Chau ma ukrytą w schowku pyszną kawę: 
- Panie Chau, chyba należało by podjąć naszą drogą koleżankę filiżanką porządnej kawy, prawda?
Pan Chau oderwał się od zapisków, poprawił na nosie okulary w złotej oprawie i zniknął w kuchni.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość – zwrócił się do Luli Fred. Rozmawiałem dzisiaj z Tomem – ciągle nie mogą urodzić... Nalegał, by nie odwlekać twojej pierwszej wizyty na Phu Quoc; wydaje się, że wkrótce będą nam potrzebni nowi sponsorzy, należałoby więc szybko poznać teren i zająć się rozwojem misji. Tom chciał cię osobiście tam wprowadzić, ale sama rozumiesz – nie da teraz rady. Tak więc, wspólnie uznaliśmy, że to ja ci przedstawię całą miejscową strukturę.
- To jak? Gotowa do wylotu za dwa dni? Jeśli zaczniemy w czwartek, będziesz mogła zostać na wyspie na weekend – jeśli przypadnie ci do gustu ta krowia ziemia.
- Och, już się cieszę – nie kryła emocji Lula. Tak, tak – jestem gotowa, choćby jutro!
- Przygotuj się na niezbyt luksusowe warunki pobytu – zagaił delikatnie Fred. Mamy ograniczony budżet... Nie znaczy to, że będziesz nocować w namiocie, ale z pewnością nie bedzie to pięciogwiazdkowy hotel.
My się zatrzymujemy u Toniego – to uroczy Włoch, który osiadł na wyspie kilka lat temu. Otworzył rodzinny hotelik – raptem kilka domków z drewna, ale mają swój klimat i piękny widok na morze. Toni świetnie gotuje, a jego żona jest doskonała masażystką. Powinno ci się spodobać. Luli podobało się na wyrost i z nowym zapałem zabrała się za raporty, kiedy Fred pojawił się z pachnacą kawą.
- Specjalna receptura pana Chau, dla jego ulubionej pracownicy – zapowiedział szarmancko Fred i dodał teatralnym szeptem:
- Pan Chau zna się na kobietach, dlatego tak dobrze się rozumiemy...

Lotnisko o świcie było równie zatłoczone, co w południe, wieczorem i w nocy; wielopokoleniowe rodziny odprowadzały bliskich, by życzyć im szczęśliwej podróży na drugi koniec kraju. Powietrze pieściło niespotykaną normalnie świeżością, wiał lekki wiaterek, który Luli przywodził wspomnienia z letniego poranku na mazurskiej wsi, zaś dla miejscowych stanowił zapewne koszmarne wspomnienie srogiej zimy na północy; widać było czapki, grube swetry i kurtki z kapturem, choć temperatura oscylowała wokół 23 stopni. Lot na Phu Quoc był tyleż poważny, co rozmiar samolotu, który miał go wykonać: czterdzieści pięć minut na pokładzie ATR-u, mieszczącego pięćdziesięciu pasażaerów.
Fred był wyraźnie rozbity tak wczesną porą, za to Lula cieszyła się jak dziecko, tkwiąc z nosem przy oknie przez całą podróż. Było na co popatrzeć – zalane monsunowymi opadami pola ryżowe wygładały na brunatne, mętne jeziora; przy dobrej widoczności, można było dostrzec dzieciaki kąpiące się wraz z potulnymi bawołami. Sama wyspa została sowicie obdarzona przez naturę: gęste lasy, górzysty teren, pola uprawne, a wokół spokojne jak tafla szkła morze. Z lotu ptaka, wyspa wydawała się być bezludna, co jednak nie groziło permanentnym stanem, zważywszy na wypełniony po brzegi samolot.
Silnik ryczał jak opętany, Fred chrapał, dziatwa obok wrzeszczała, mnisi zawzięcie o czymś dyskutowali, para obok kłóciła się o miejsce przy oknie, a pani w motorowym kasku na głowie próbowała drzemać na boku.

Na lotnisku czekał tłum taksówkarzy, a wśród nich młody chłopak z tabliczką „Weterynarze Świata”. Po wymianie podstawowych zwrotów z kierowcą: „Jak się masz?”, „Jak się nazywasz?”, „Skąd jesteś?”, „Czy masz męża i dzieci?”, ich możliwości komunikacyjne wyczerpały się i Lula z przyjemnością oddała się kontemplacji okolicy. Przede wysztkim uderzył ją kolor ziemi – rdzawy, niemal czerwony, w porannym świetle dnia. Wzdłuż drogi ciągnęła się luźna, przypadkowa zabudowa, przerywana plantacjami czegoś, co nie mogło być tym, na co wygładało – o winnicach w Wietnamie nigdy nie słyszała... Samochodem rzucało niemiłosiernie po wyboistej, piaszczystej drodze, a każdy z rzadko mijanych pojazdów wzbijał tumany kurzu, redukując widoczność do zera. Kiedy się w końcu zatrzymali, Lula nie zauważyła niczego, poza uśmiechem kierowcy oświadczającego „ To tutaj”.
Fred przeklinał pod nosem i gramolił się niezgrabnie z samochodu.
- Chodź, chodź – to tylko wyglada na zapadłą dziurę, w rzeczywistości nie jest tak źle: dziura – to fakt, ale nie zapadła – najwidoczniej odzyskiwał humor i formę.
Szli wąską ścieżką prowadzącą wśród wspartych na długich kijach winorośli.
- Jeśli sądzisz, że to wino, to jesteś w błędzie – czytał w jej myślach Fred. Phu Quoc słynie na cały kraj z uprawy pieprzu – są tu jego wszystkie odmiany: czarny, biały i zielony.
Na końcu zacienionej alejki wyłaniał się zarys budynku – prostego, drewnianego domu, a raczej kompleksu mieszkalnego. Ciemne drzewo pokryte było roślinnością , dającą z daleka poczucie przyjemnego chłodu.
- Pięknie tu jest! A już się bałam, że zastanę baraki pokryte dachami z blachy falistej – ucieszyła się Lula.
- Nie chciałem cię od razu narażać na drastyczne przeżycia, więc zaczniemy od najlepszej kawy na wyspie; Toni już na nas czeka, a robota nie zając – zauważył, nie bez słuszności, Fred. 
Na zacienionym tarasie stał młody, opalony człowiek z uśmiechem grzejącym mocniej niż słońce tropików. Na ich widok zaczął z radości klepać się po kolanach:
- Ciao! Stary, nie było cię tu ze sto lat! – rzucił się w ramiona Freda i długo, serdecznie klepał go po plecach.
- O, będzie z pół roku... Brakowało mi ciebie tak mocno, jak twojej niezrównanej kawy – odwdzięczył się Fred i ściszając głos, dodał:
- Nie jestem sam.... Przyjechałem z tą piękną dziewczyną. Pamiętaj, by dbać o nią, jak o własną żonę! Lula, przedstawiam ci Toniego – właściciela hotelu, kucharza, gawędziarza, świetnego kompana i przyjaciela.
- Ciao, bella! Witaj na Phu Quoc i czuj się jak u siebie w domu – powiedział Toni, serdecznie ściskając rękę Luli. Niech zgadnę – cappucino dla obojga?
Lula uwielbiała cappuccino pasjami i filiżanka pachnącej kawy, z gęstą pianką, posypaną cynamonem podbiła jej serce równie mocno, co gospodarz:
- Toni, to najlepsze cappucino, jakie piłam w życiu – wymlaskała, oblizując łyżeczkę.
- Dziękuję, mia cara. Nieprzeciętna kobieta zasługuje na wyjątkowy napój – odwdzięczył się Toni, szarmancko serwując porcję migdałowych ciasteczek i spodek ciemnego dżemu. To własnej roboty konfitura tamaryndowa – jeśli nie podbiłem cię kawą, ta mikstura zapewni mi stałe miejsce w twoim sercu.
Konfitura była w istocie wyśmienita – słodka i kwaskowata zarazem, o lekkim miodowo-agrestowym smaku. Lula maczała w niej ciasteczka, dodając kawowej pianki i oblizując łapczywie palce.
- Ech, co za kobieta – romarzył się Toni. Gdybym nie był żonaty, to kto wie, co mogło by się zdarzyć.
- Widzisz, stary – to samo sobie codziennie powtarzam - wtrącił  Fred. A propos kobiet – nie widziałem twojej uroczej małżonki. Mam nadzieję, że ma się dobrze?
- Mien jest zajęta organizacją salonu masażu – szkoda, by jej talent się marnował; klienci ustawiają się w kolejce, więc trzeba zatrudnić nowy personel – chwalił się Toni. Ona będzie masowała tylko specjalnych gości – wśród których ty jesteś na czele listy. Zawsze miała do ciebie słabość, stary. Wpadnijcie po pracy – na risotto i uciechy cielesne.

Siedziba misji mile zaskoczyła Lulę: kilka nowowybudowanych budyneczków, zadbane obejście i ogromny teren do wypasu krów; zauważyła ich małe stadko i aż zmruczała z wrażenia. Białe, kremowe, rudawe – wszystkie były smukłe, łagodnie patrzące migdałowymi oczami, czyściutkie i abslolutnie urocze. Jakież one były piękne i pełne gracji! Z rozanielonego stuporu wyrwał ją głos Freda:
- No, dosyć tych pieszczot – jeszcze się nimi nacieszysz, a jeśli szukasz mocnych wrażeń – niezapomninych dostarczy ci badanie wymion. 

Szefową misji była drobna, młoda dziewczyna – no oko szesnastoletnia – o najłagodniejszym obliczu, jakie zdarzyło się Luli widzieć w całym życiu; delikatne oczy w kolorze karmelu, niespotykane w tej części świata, miękkie loki otaczające muśniętą słońcem twarz o idealnych rysach, sylwetka łani. Fred twierdził, że to jedna z najlepszych specjalistek w weterynarii zwierząt hodowlanych w Wietnamie. Trudno było uwierzyć w jej dorosły wiek, doświadczenie w zawodzie i wybór profesji inny niż eteryczna śpiewaczka operowa. 

- Dzień dobry, cieszę się, że was widzę – niemal wyszeptała. Nazywam się Hanh, a ty to pewnie Lula?  Chodźmy, oprowadzę cię po naszej misji – zaproponowała.
Na imponującym rozmiarami terenie pasły się urocze jałowki oraz dorosłe, równie wdzięczne, krowy i byki. Wszystkie miały przywiązane do szyi dzwoneczki – różniły się kolorami i rozmiarami; duże i białe u jałówek, drobne i niebieskie u dorosłych krów, czerwone u byków.
- To nasz system identyfikacji, użyteczny zarówno dla nas, jak i na wypadek zawieruszenia się naszego zwierza.
Część byków jest wykastrowana – takie już do nas trafiły. Kastracja metodą ludową – jądra podwiązane sznurkiem nylonowym lub kawałkiem drutu. Biedne byki cierpiały na zakażenia, które leczyliśmy całymi miesiącami.
- Moim oczkiem w głowie jest Clara – Hanh czule pogłaskała uroczą, rudą jałóweczkę, jakby żywcem wyjętą z albumu z dzieciństwa.
- Clara? – uśmiechnęła się Lula. Czyżbyś należała do kubańskiej emigracji studentów wietnamskich?
- Dobrze się orientujesz – przytaknęła Hanh. Studiowałam medycynę w Hawanie, a po powrocie do kraju, skończyłam dodatkowo weterynarię. Sentyment do hiszpańskiego pozostał – stąd Clara. Na szczęście, nie trafiło na samca, bo pewnie Che byłby źle widziany na pastwisku – w Wietnamie nie żartuje się z bohaterów.

***   ***   ***
Carlos uśmiechnął się pod wąsem:
-W Kolumbii też z rzadka krytykowano Fidela, choć to raczej ze względu na jego przyjaźń z naszym najlepszym produktem eksportowym.
- Z kokainą? – wyrwało się Luli.
Carlos, potarł wąsa, by ukryć rozbawienie:
- Mam na myśli jego przyjaźń z Gabo, któremu wszystko wolno, odkąd popełnił ...
- Sto lat, zatem – wznieśmy toast za bohaterów – powiedziała Lula, mimowolnie zerkając na mapę – miniaturowy samolot wisiał właśnie nad Afganistanem.  

***   ***   ***

Dochodziło południe, krowy leniwie kładły się w cieniu i Lula chętnie podążyłaby ich śladem. Powietrze stało w miejscu, nawet kolorowe dzwonki na krowich szyjach zamilkły. Należało teraz zwiedzić dojarnie, zapoznać się z warunkami higieny pod kątem wprowadzenia procedur ISO. Pierwsze wrażenie było niezwykle pozytywne – czysta hala, obszerne boksy, ręczne dojarki i zbiorniki na mleko. Wokół kręciło się kilka kobiet, doglądając zwierząt i znakując wypełnione bańki mleka.
- Prawda, że możemy być dumni? – zapytała Hanh. Oczywiście, nasze warunki odbiegają daleko od przeciętnych standardów udoju w kraju, ale założę się, że w twoim raporcie znajdzie się cała lista uwag...
- To nie mój pomysł, by wprowadzać ISO w warunkach wiejskich, ale ponoć sponsorzy nalegają i Tom znajduje się pod dużą presją – zawstydziła się Lula, czytając głośno:
- Brak rękawic ochronnych u pracowników. Brak specjalnego obuwia ochronnego. Brak stanowisk do mycia rąk personelu.
- Brak również klimatyczacji dla naszych krów i opieki psychologicznej dla ich młodego potomstwa – dodała Hanh. Gdybym mogła zasugerować dalsze zmiany, proponowałabym wprowadzenie do użytku neutralizatora zapachu odchodów, ochronne obuwie dla krów i płaszcze przeciwdeszczowe – idzie monsun, szkoda by było, gdyby biedulki dostały kataru.

Nadchodziła pora obiadu – personel zniknął, jak za dotknięciem różdżki. Hanh nakryła stół w biurze; smażone naleśniki z krewetkami, świeżymi ziołami i sosem chili; tofu z grzybami i czosnkiem, ryż i ryba z grilla.
- Jedzmy, póki ISO nie ureguluje naszych gustów kulinarnych; trudno, biedne zwierzęta będą skazane na nasz przesycony czosnkiem oddech – Hanh mrugnęła o Luli i zaserwowała jej kopiastą porcję smakołyków.

piątek, 06 maja 2011

Wczesny poranek w tropikach miał niezwykły urok – rześkie powietrze, żwawe przed upalnym dniem ptaki śpiewające w trzech tonacjach, piękne o tej porze dnia światło i rosa na trawie. Błękitna toń wody kusiła tak mocno, że Lula nie zdążyła się zastanowić, zanim wskoczyła do basenu. Woda była zimna, choć należałoby ją uznać za wrzątek w porównaniu z Bałtykiem. Dziesięć długości obudziło ją skuteczniej, niż kawa, na którą nie mogła liczyć w zaryglowanej kuchni. Kolejnych dziesięć napełniło ją energią, która pozwoliłaby jej góry przenosić.
Czas stawić czoła temu nowemu krajowi i jego nieprzetartym szlakom – postanowiła solennie i w podskokach wpadła do domu. Koniec z profesorskim strojem, w którym czuła się idiotycznie. Włożyła lniane spodnie, przewiewna koszulę i klapki na koturnie: – Przynajmniej, nie od razu przemokną mi stopy – pomyślała.
Za bramą toczyło się już na dobre życie – przejeżdżał młodzieniec z niemiłosiernie hałasującą grzechotką, za nim kobieta z gadajacą wagą, po chwili człowiek na rowerze, któremu tylko czubek głowy wystawał znad dmuchanych zabawek, pan lodziarz z gadajacą lodówką, a za nimi dreptała staruszka z nosidłami wypełnionymi parującymi pierożkami. Ich zapach przypomniał Luli o ściśniętym żołądku, ale po wczorajszej uczcie embrionów, obiecała sobie staranną weryfikację przyjmowanego jedzenia – kontrola podstawą zaufania.
Rozejrzała się wokół, ale kierowców do wynajęcia nie było ani na ulicy, ani za jej rogiem. Na ulicy obok był jeden, ale spał na motorze z otwartą buzią i Lula doprawdy nie miała sumienia go budzić. W przeciwieństwie do centrum miasta, tutaj znajomość angielskiego była śladowa i pozostawał jedynie nieomylny instynkt przeżycia oraz wrodzona spostrzegawczość.

Lula przeszła kolejnych kilka metrów w nadziei znalezienia chętnych do zarobienia kilku tysięcy dongów – nikt nie zwracał na nią uwagi, nikt nie niepokoił – miała wrażenie, że jest przezroczysta. Rozglądała się uważnie dookoła, ale po motorowych taksówkach nie było ani śladu. Zauważyła jednak umorusanego smarem człowieka naprawiąjącego motor, a raczej coś, co mogło być motorem w poprzednim życiu – z ramy wystawał jedynie silnik i plątanina kabli. Ten człowiek na pewno jej pomoże!
Przyspieszyła kroku i zapytała, z nabytą w ekspresowym tempie erudycją:
- SEOM? Brum-brum? – dodała, pokręcając wirtualna kierownicą dla wzmocnienia efektu.
Człowiek spojrzał na nią, odsłonił w uśmiechu białe zęby i pokazał dłonią coś pośredniego między wkręcaniem żarówki, a machaniem rączką przez dwuletnie dziecko.
- SEOM? Ja, SEOM, jechać do pracy. Tam – Lula wskazała bliżej nieokreślony kierunek na wschód.
Tym razem, mechanik, po szybkim geście wkręcania żarówki, pokazał wyraźnie, w którym kierunku powinna się udać. Przeszła kolejnych kilka metrów i zaraz za rogiem dostrzegła spory napis, który wywołał uśmiech ulgi na jej twarzy: COM. Roześmiała się w duchu z własnej głupoty – tak to jest, kiedy nie zna się języka – Tom wspominał o SEOM, ale ona przecież nie miała zielonego pojęcia, jak się ów wyraz pisze: ech, ta francuska wymowa!
W pomieszczeniu zaaranżowanym na małą restaurację, mieściło się kilka plastikowych stolików i krzesełka dla przedszkolaków, na których siedzieli kierowcy. Lulę ucieszył widok kilku kobiet - w końcu jako kierowcy są ostrożniejsze, więc chętnie skorzystałaby z ich usług. Zaniepokoił ją widok nieletnich kierówców, ale domyśliła się, że byli tu jedynie w celach towarzyskich. Uśmiechnęła się uprzejmie do wszystkich i szybko zastanowiła się, kogo wybrać. Niestety, wszyscy byli chwilowo zajęci – pochyleni nad dymiącymi miskami z ryżem, zapewne jej nie zauważyli. Co prawda, była ósma rano, ale już wiedziała, że Wietnamczycy potrafią jeść o różnych porach, wiele razy dziennie, najchętniej ryż na każdy posiłek. Odczekała chwilę i wykorzystując fakt, że jeden ze stolików był opuszczany przez pracowników, zwróciła się do młodej kobiety:
- SEOM? SEOM do pierwszej dzielnicy?
Kobieta wydawała się nie rozumieć, wieć Lula wskazała na napis COM przed wejściem:
- SEOM? Transport?
Komunikacja wielojęzykowa i międzykulturowa najwyraźniej nie zdawała egzaminu, więc Lula ponownie wskazała na napis i wykonała ruch imitujący dodawanie gazu na motorze.
Kobieta wskazała jej miejsce przy stoliku obok, uśmiechnęła się, odpowiedziała coś po wietnamsku i zawołała koleżankę. Młoda dziewczyna również się uśmiechnęła i zniknęła za zasłonką, zza której wróciła dwie minuty później z miską wypełnioną ryżem, podejrzanie zielonym zielskiem i wieprzowym kotletem.
Lula lekko zbaraniała – miała już okazję poznać wietnamską gościnność i bardzo ją te przyjazne gesty cieszyły, zwłaszcza, że była głodna. W końcu miała czas, w pracy powinna by dopiero za godzinę, a podróż nie powinna zająć więcej, niż piętnaście minut. Uśmiechnęła się z wdzięcznością do personelu i zabrała za jedzenie. Zielsko zostało przezornie odsunięte na bok – gorący ryż i grillowany kotlet były może dalekie od jej typowego menu śniadaniowego, ale smakowały znakomicie i odsuwały w niepamięć wspomnienie wczorajszych embrionów. Na stoliku Luli pojawił się kufel herbaty z lodem i mokry ręczniczek do wycierania rąk.

Jej wypatrzona taksówkarka właśnie wstawała od stolika i wsiadała na jeden z zaprakowanych przed wejściem motorów – o dziwo, nie na miejsce dla kierowcy, ale pasażera.
„Pewnie kończy swoją zmianę i wraca do domu” – pomyślała Lula i zaczęła szukać wzrokiem kolejnego kandydata na kierowcę. Obok niej siedział sympatyczny, około pięćdziesięcioletni jegomość, popalając papierosa i uśmiechając się do niej przyjaźnie. Udwzajemniła uśmiech i zadała po raz kolejny pytanie:
- SEOM? Teraz? SEOM?
Człowiek spojrzał na nią, pokazał znany jej już gest wykręcania żarówki i odezwał się czystą francuzczyzną:
- Czy panienka szuka taksówki motorowej?
- Och, mówi pan po francusku! – ucieszyła się. Tak, muszę jechać do pracy i szukam transportu. Ale wy, Wietnamczycy, jesteście tak uroczym narodem, że zanim skorzystałam z usług kierowcy, podjęto mnie tym pysznym ryżem, jakby odgadując, że umierałam z głodu.
- Panienki kierowca jest tutaj?  - dopytywał jegomość, marszcząc czoło.
- Z tym właśnie mam problem – chciałam wybrać jednego z tutejszych kierowców, ale wtedy poczęstowano mnie, a upatrzona taksówkarka właśnie odjechała przed chwilą. Niestety, nie znam waszego języka. Nie zechciałby mi pan pomóc? – zapytała Lula z nadzieją.
- Och, chętnie panience pomogę - proszę podać adres pani biura i wskazać kierowcę. Wszytko mu wytłumaczę – zaoferował sympatyczny jegomość.
- To jest właśnie problem. Nie wybrałam jeszcze żadnego z kierowców – wszyscy byli zajęci jedzeniem, więc nie chciałam przeszkadzać – odparła Lula. Ale, bardzo proszę – niech pan wybierze któregokolwiek, na przykład tego pana ze stolika obok – wskazała ruchem głowy na uśmiechniętego sąsiada.
Tłumacz wciąż marszczył czoło, ale zwrócił się do mężczyzny obok. Wymienili kilka zdań, obaj zmierzyli wzrokiem Lulę, po czym jegomość odpowiedział:
- Ten pan nie rozumie, o co panience chodzi. Chętnie by panią podwiózł do pracy, ale właśnie musi jechać do szpitala odwiedzić żonę – wyjaśnił. Może panienka się pomyliła?
Tym razem, to Lula zmarszczyła czoło i zrezygnowana odparła:
- W takim razie, proszę, niech pan wybierze kierowcę, ja się dostosuję. Bardzo panu dziękuję za pomoc – powiedziała z wdzięcznością.
- Panienko, mam wrażenie, że zaszło jakieś nieporozumienie; chce pani jechać z kierowcą, ale jego tutaj nie ma – prawda? – dociekał starszy pan.

- Nie mam własnego kierowcy, więc przyszłam do tej korporacji, by skorzystać z usług taksówkarzy – wyjaśniła spokojnie Lula.
Jegomość zamyślił się i powtórzył, jak echo:
- Przyszłam do tej korporacji....
- Tak, przyszłam tutaj, by znaleźć kierowcę – powiedziała, z nutą irytacji w głosie. Siedzę tu już pół godziny, nie znalazłam taksówkarza chętnego do pracy, za to nakarmiono mnie ryżem.
W tej chwili podeszła do stolika dziewczyna z karteczką, na której widniała liczba 20.
- Ach, wygląda na to, że problem sam się rozwiązał – ucieszyła się Lula. Jadę z kierowcą numer 20. Nie wie pan, gdzie go znajdę?
Dziewczyna stała wciąż przy stoliku, więc Lula zapytała na migi, wskazując na karteczkę z numerem: gdzie jest numer 20?
Dziewczyna wyjęła z kieszeni kalkulator i wystukała liczbę 20.
Lula uśmiechnęła się z pobłażaniem: „Może nie znam języka i zachowuję się, jak niezbyt rozgarnięta, ale liczyć potrafię”. Dziewczę wciąż zagadkowo milczało, by w końcu sięgnąć do portfela i wyjąć banknot o nominale dwudziestu tysięcy dongów. Zrozumiała, że za transport płaci się z góry, co uznała za dobry pomysł – wyklucza próby oszustwa, choć nie bierze pod uwagę dystansu – nie zdążyła przecież podać nawet adresu biura! Wyjęła wskazany banknot, podała dziewczynie, która grzecznie podziękowała, uprzątnęła naczynia ze stołu i zniknęła za zasłonką.

Lula nie na żarty zaczęła się denerwować – nie chciała się spóźnić, a intuicja jej podpowiadała, że koniec transakcji jest daleki.
Kiedy tylko dziewczyna pojawiła się ponownie, złapała ją za łokieć i pokazała palcem napis przed wejściem:
- SEOM? Ja, SEOM – dla jasności, pokręciła wyimaginowaną kierownicą.
Dziewczę patrzyło w nią, jak w obrazek i wydukawszy po angielsku „Chwileczkę”, podeszło do jegomościa, zawile mu coś tłumacząc.
Kątem oka dostrzegła starszego pana, popatrującego to na nią, to na napis przed wejściem. Jego czoło przestało się marszczyć, a na twarzy pojawił się uśmiech chochlika, który próbował opanować na widok Luli.
- Panienko, zaszła pomyłka – zwrócił się do niej, wciąż próbując powstrzymać śmiech, chociaż młoda dziewczyna zupełnie go nie kryła.
- Cieszę się, że docenia pani naszą gościnność, ale tym razem nie o nią chodzi. To jest restauracja – wskazał na napis przed wejściem.
- Ale, przecież.... – zająknęła się Lula, przecież powiedziano mi, że SEOM oznacza postój taksówek motorowych.
- SEOM to rzeczywiście określenie motoru, ale pisze się to inaczej. Na skrawku papieru z wypisaną dwudziestką, dopisał „Xe om”; SEOM to dosłownie „objąć motor”, pokazał, krzyżując na piersi dwie ręce. Co prawda, obejmuje się kierowcę motoru, a nie sam pojazd i jestem przekonany, że kierowcy nie mieliby nic przeciwko temu, by taka urocza panienka ich obejmowała podczas jazdy – starszy pan nie próbował dłużej kryć uśmiechu.


- O Boże, znów namąciłam – zatroskała się Lula. Co w takim razie oznacza napis COM?
- „Jeść”, a dokładniej „jeść ryż” – odpowiedział jegomość. Bywa, że stołują się tutaj kierowcy, ale łatwiej będzie panience znaleźć kierowcę na rogu ulicy. Proszę za mną, chętnie pani pomogę.
„Piekielne skażenie francuzczyzną. Zupełnie poprzewracali mi w głowie” – pomyślała, pogubiona w polsko-wietnamsko-francuskiej wymowie.
Na Luli skupione były wszystkie oczy klientów, choć gdy spojrzała na nich, z impetem zabrali się do jedzenia, często już nieistniejących porcji.
Na rogu ulicy stało trzech kierowców; dwóch oddawało się grze w warcaby rozłożonych na siedzeniu motoru, trzeci zaś żywo machał na widok zbliżających się potencjalnych pasażerów. Starszy pan rozmówił się z młodym mężczyzną w kasku, choć na bosaka, zapytał o adres biura Luli i oświadczył:
- On panienkę zawiezie – proszę tylko nie zapomnieć go obejmować podczas jazdy – puścił oko i dodał:
- Nazywam się Hung i mieszkam niedaleko, mam więc nadzieję, że jeszcze nieraz spotkamy się na późnym śniadaniu.


czwartek, 14 kwietnia 2011

Fred był szczęśliwym posiadaczem popierdującej Vespy – włoskiego modelu skutera, który wyglądał jak gruszka przechylona w lewą stronę, gdzie znajdował się silnik. Maszyna kopciła niemiłosiernie, kiedy już udało się ją odpalić. Fred nie tracił humoru, podejmując tę próbę po raz siódmy z rzędu. Zaskoczyło!
Wieczór był przyjemny – rzęsista ulewa schłodziła upalne powietrze i zostawiła po sobie lekką bryzę i zapach swieżo zmoczonych, rozgrzanych przez majowe słońce ulic. Oświetlone miasto wydawało się nabierać brakującego mu za dnia charakteru – w prakach spracerowały rodziny, na chodnikach parkowały flirtujące na motorach pary, a w powietrzu unosił się zapach grillowanego mięsa.

Wjeżdżali już na most dzielący zatłoczone miasto od willowej okolicy; zgromadzona podczas ulewy woda spływała kaskadami wprost do płynącej, a raczej stojącej w dole rzeki. I wtedy Lula poczuła pierwszą, kolejną, wreszcie cały strumień kropli deszczu – najpierw na twarzy, potem na rękach i na koniec - strużkę cieknącą jej po plecach.
Fred zatrzymał motor, tak jak pozostali kierowcy, którzy już skutecznie blokowali most – naciągając na siebie peleryny lub przynajmniej okrywając głowy plastikowymi  siatkami na zakupy; niektórzy odkrywali brzuchy, by naciągnąć na czoło koszulki, inni zakrywali czoło gazetą lub gołymi rękoma. Fred ofiarował Luli to, co miał – czyli połowę swojej peleryny, przy czym, zważywszy na jego posturę, była to znacznie mniejsza połowa. Luli nie sprawiało to większej różnicy, jako, że nogi miała już przemoczone do kolan, a strój pani profesor, który teraz mocno przeklinała, nijak nie chronił przed deszczem; wąska spódnica zmuszała do zajęcia pozycji amazonki, czyli siedzeniem półdupkiem na jednej stronie motoru, z nogami skrzyżowanymi dla przeciwagi po przeciwnej stronie, niż silnik opasłej Vespy.
Z głową przykrytą płaszczem nie widziała wiele, a raczej pole widzenia ograniczone było do przemoczonej koszuli siedzącego przed nią Freda. Coś do niej mówił po drodze, ale brzmiało to, jak odsłuchiwanie radia z zatyczkami w uszach. Deszcz zacinał z ukosa i nie wiedzieć czemu spadał tam, gdzie najbardziej doskwierało: po dotychczas suchych plecach oraz tam, gdzie kończy się ich szlachetna nazwa.

Lula miała dość podróży, pory deszczowej i korków, które niebezpiecznie oddalały od niej moment wypełnienia zagłodzonego żołądka. Elsa obiecała zostawić w kuchni pieczonego kurczaka i na myśl o nim, Lula gotowa była do dalszej męki, zwłaszcza, że najwyraźniej nie posiadała żadnego wyboru. Deszcz tracił na sile, zgodnie z zasadą: „Jak długo by nie padało, deszcz ustaje dopiero wtedy, kiedy znajdujesz miejsce, by się przed nich schronić”.
- No, nie da się ukryć, że pierwszy chrzest masz za sobą – śmiał się Fred, wylewając z butów wodę przed domem Toma. Nie ma co się denerwować tropikalną pogodą – i tak na nią nie mamy wpływu – zauważył nie bez racji. A teraz zostawiam cię, rodzina czeka. Do jutra! – pożegnał się Fred i zniknął za zakrętem, pozostawiając za sobą smugę dymu. 

Lula zdjęła buty, wyżęła spódnicę i włosy. Trafienie mokrym kluczem w zamek nie należało do łatwych zadań, ale udalo się i nagroda warta była zachodu: ciepły, suchy domek kusił czystą i suchą pościelą, czystą i suchą podłogą, a z prysznica leciała mokra, co prawda, ale przyjemnie gorąca woda. Kiedy już przychylniej spojrzała na świat, dotarło do niej, że jest głodna, piekielnie głodna. Deszcz tracił na sile, więc przebieżenie kilku metrów do domu Toma zajęło raptem kilka sekund. Drzwi były zamknięte, w środku panowała ciemność. Lula przypomniała sobie pozostawiony przez właścicieli „na wszelki wypadek” klucz. Pytanie, gdzie on się podział? Kolejny bieg przez kałuże, w zapadającej się od nagromadzonej wody trawie – kto wie, jakie bestie potrafią czyhać na niewinne bose stopy po tropikalnej ulewie? – pomyślała Lula. Wspomnienie węża znalezionego w jej butach nieco wyostrzyło zmysły; klucz do domu Toma znajdował się na parapecie. Kolejna przeprawa przez podmokły ogród, tym razem w butach...Za drzwiami imponującej willi panował mrok, co było dość dziwne, zważywszy na zamiłowanie gospodarzy do wszelakich lamp, których pokaźna kolekcja ozdabiała każdy zakamarek domu. Zanim Lula niemal nie rozdeptała jednej z nich, udało się znaleźć kontakt i chociaż częściowo oświetlić wnętrze.
- Hej, to ja – Lula!  - zawołała.
Obeszła całe piętro i powtórzyła w kierunku schodów:
- Tom! Elsa! Jesteście?

Brak dopowiedzi i podejrzana cisza postawiły Lulę w stan pogotowia. Na piętrze nie było żywego ducha, za to wokół panował dziwny rozgardiasz; na podłodze rorzucone były damskie ubrania – sukienka, bielizna i o dziwo, jeden klapek kąpielowy. Nie leżały jednak na kupce, ale prowadziły ewidentnie w kierunku łazienki – jedynego miejsca, skąd sączyło się słabe światełko. Niepewnie, Lula zawołała po raz kolejny gospodarzy. Cisza, jak makiem zasiał. Skrępowana naruszaniem prywatnej przestrzeni Toma i Elsy, wiedziona jednak przeczuciem nieszczęścia wiszącego w powietrzu, udała się w kierunku światła. W łazience zobaczyła drugi klapek kąpielowy, rozrzucone na podłodze ręczniki, na których leżało kilka porzuconych kosmetyków. Zza kotary prysznicowej okalającej wannę wystawał kolejny mokry ręcznik, z któregi wciąż kapała woda, nadając scenie coraz bardziej makabryczny nastrój. Lula widziała zbyt wiele filmów Hitchcock’a, by przejść nad tym widokiem do porządku dziennego. Zbyt wystraszona, by policzyć do dziesięciu, odliczyła do trzech i  pociągnęła zasłonę. W wannie nie było nic, poza niezgrabnie porzuconym ręcznikiem.... Próbowała zebrać myśli: w grę wchodził nadpad, napad z porwaniem, rozbój dokonany przez znajomą osobę (drzwi do domu były przeciez starannie zamknięte), próba morderstwa... Brakowało jednak śladów przemocy i ofiar. Zebrawszy w sobie ostatki odwagi, Lula odszukała kontakt i zapaliła wszystkie dostępne światła. Zeszła na dół i to samo zrobiła na parterze. Wtedy dopiero zauważyła zamnknięte drzwi kuchni – zaniepokoiło ją to zarówno z racji potencjalnie kryjącego się tam napastnika, jak też właśnie przypominającego o sobie skurczami żołądka głodzie. Klamka nie ustępowała, a żaden z posiadanych przez Lulę kluczy nie pasował do zamka. Opadła na sofę, by zebrać myśli i odzyskać równy oddech. I wtedy dopiero zauważyła leżącą na ławie kartkę: 
"
Lula, alarm lotniczy - Elsa rodzi. Jedziemy do szpitala, nie wiem, kiedy wrócimy. Trzymaj kciuki. Tom”.
Lula poczuła ulgę – nie tylko nie ma ofiar, ani braków w posiadaniu, ale właśnie rodzi się kolejny obywatel świata, a ona, na dodatek ma całą chatę dla siebie, na calutki wieczór, a może nawet noc! Rzut oka na bogatą kolekcję filmów, z których natychmiast gotowa była obejrzeć przynjamniej dwanaście, wprawił ją w szampański humor. Szkoda tylko, że za zamkniętymi drzwiami kuchni pozostała otwarta wczoraj butelka dobrego chardonnay. Nic to – znajdzie coś do jedzenia na ulicy i urządzi sobie samotną ucztę przed telewizorem w domu – przyda się chwila odosobnienia po szczelnie wypełnionych dniach. Zamknęła starannie drzwi i wyszła w poszukiwaniu choćby skromnego posiłku.

Na ulicy życie tętniło, ale głównie w kawiarniach, gdzie prócz kawy i herbaty z lodem, nie serwowano niczego. Pani sprzedająca sok z trzciny cukrowej uśmiechnęła się przepraszajaco na pytanie Luli o jedzenie, ale uprzejmie wskazała stoisko z dymiącym grillem. Pachniało przednie, ale w ofercie były jedynie kurze łapki, których nienawidziła szczerze od dzieciństwa, równie mocno, jak wołowego jęzora w sosie chrzanowym, podstępnie zwanego ozorkiem.

Dziewczynka sprzedająca owoce pakowała już straganik i nie miała do zaoferowania nic, poza odpadkami, w których właśnie grzebały psy.

- Hello, Madam! – usłyszała za sobą. Jeść, madam? – powtorzył głos należący do uśmiechniętej kobiety przycupniętej za wózkiem z ....... najprawdziwszymi pieczonymi ziemniakami! Lula nie mogła uwierzyć własnym oczom! Dałaby się pokroić za pieczone ziemniaczki,  o których nawet nie śmiała marzyć w płynącym ryżem Wietnamie. W dodatku, były takie, jak uwielbiała – niemal spalone, czarne, ze skórką pokrytą sutą warstwą przypraw.
- Jeść, jeść! - wykrzyknęła Lula i pokazała na palcach trzy sztuki, wybierając najokazalsze z nich.
Zapłaciła i obiecała sobie, że nawet nie włoży nosa do torebki z zmieniakami – otworzy je z całym należnym splendorem, kiedy już dotrze do domu i usadowi się wygodnie przed dobrym filmem. Wracała wesoła, uśmiechajac się w myślach do ojca, który przed wyjazdem do Wietnamu próbował ją namówić na zabranie ze sobą sadzonek kartofli. „Oj, tato, tato – nie tylko mają ziemniaki, ale nawet je pieką jak my!” – pomyślała, otwierając bramę do domu.

W salonie sączyło się pozostawione przez nią, przydymione światło lampy z jedwabnym kloszem w kształcie kwiatu lotosu. Kanapa z tekowego drzewa, przykryta egzotycznymi poduszkami, kusiła z daleka... Mimo wilczego głodu, Lula ostrożnie złożyła pieczone ziemniaczki na stole i torturując się oddalającą się ucztą, zabrała się za przeglądanie filmoteki. Wahała się między „Wielkim błękitem”, „Wakacjami w Rzymie” i „Lotem nad kukułczym gniazdem” – wszystkie je widziała już wiele razy, ale w tropikalnym deszczu za oknem na pewno smakowałyby wyjątkowo. Wtedy jej wzrok padł na piękną buzię młodej dziewczyny na okładce filmu Oliviera Stone’a – „Między niebem a ziemią”. Wybór nieznanego filmu dokonał się  naturalnie, dodając tej nieprzewidzianej samotnej uczcie dodatkowego smaczku. Marzył jej się czosneczek z solą i topniejące na gorących ziemniakach masełko, ale kuchnia wciąż była zaryglowana, a poza tym – nie można mieć wszystkiego.
Gorące ziemniaczki! Lula nie potrafiła się dłużej opierać naturze. Na ekranie falowały niesamowicie zielone pola ryżowe, na których tle wiatr niósł porwany z głowy wietnamskiej ślicznotki stożkowy kapelusz. Lula poczuła się wdzięczna życiu, że rzuciło ją w ten uroczy zakątek świata i przymykając oczy z rozkoszy, z impetem wgryzła się w pieczonego kartofelka.
To, co stało się z jej umysłem i wszystkimi receptorami udanie oddała kanonada na ekranie – wojska Vietcongu atakowały niewinne wioski, lała się krew, a przerażonej Luli lało się coś po brodzie. Ziemniaczek był najwidoczniej nieświeży...
„ Co to, do licha jest?” – obrzydzenie wykręcało jej usta. Na kolanach widniała wielka żółta plama, z brody zwisał kleisty glut, a w zębach chrupała zapewne ostatnia plomba. Nie bacząc na wypolerowaną podłogę, wypluła świnstwo i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, co miała w ustach. Nie było wątpliwości – surowe jajko! Nie wierzyła własnym oczom. Zapaliła kolejne lampy, wycierając rękawem obrzydliwą maź na ustach. To, co wydało jej się pieczonymi ziemniakami, było w istocie pokrytymi czarną warstwą wiórek jajkami. Surowymi jajkami. Ze skrzypiącą skorupą i kleistym białkiem, żółtko bowiem w całości wylądowało na brodzie i spodniach Luli. Ale najgorsze czekało na odkrycie. Kiedy bowiem zbierała z podłogi skorupy, zauważyła TO. To wyglądało na zarodek, na żywy zarodek. Który cudem nie skończył, skazanego z góry na porażkę żywota, w żołądku Luli.

O szóstej rano, obudził Lulę śpiew ptaków i telefon jednocześnie. Ki diabeł? – zaklęła, przecierając oczy.
- Lula? Spałaś? Ha, ha, ha – to już pewnie nie śpisz – Tom wyraźnie cieszył się, że ktoś jeszcze na ziemi może mieć ciężki poranek.
- Tom?! Jak dobrze, że dzwonisz! Co się dzieje? – Lula szybko odzyskała jasność umysłu.
- A, no, widzisz – dzieje się sporo, ale owoców wciąż nie widać. Elsa miała rodzić wczoraj w nocy, ale okazało się, że to falszywy alarm. Boże, jaki ja jestem zmęczony!
- Ty, zmęczony? A jak się czuje Elsa?
- Nie jest jej łatwo, to pewne, ale robi wszystko, by i dla mnie było to niezapomniane przeżycie – westchnął Tom, robiąc się bardziej rozmowny:
- Najpierw nasłuchałem się o swoich rzekomych romansach, potem o braku szacunku do jej matki, do niej samej i przekonaniu, że wolałbym syna, niż zwlekającą z przyjściem na świat córę...
- To hormony, nie przejmuj się – Lula powtórzyła zasłyszaną w kinie kwestię.
- Tak, tak – wszyscy tak mówią. Aż się boję, co będzie potem. Ale czekamy, czekamy niecierpliwie na tego małego gada, który zwleka z poznaniem własnych rodziców. Ech, wiesz, mam taką chętkę na piwo, zimne, lodowate piwo, które zmyłoby ze mnie zmęczenie i grzechy tego świata – Tom był równie zmęczony, co natchniony.
- Tom, jest szósta rano... – zauważyła Lula.
- Wiesz, zawsze, gdzieś na tej planecie, jest takie miejsce, w którym jest koło piątej po południu i warto by się było napić – zarechotał Tom.
- Chętnie bym wam zapełniła lodówkę świeżą dostawą, ale kuchnia jest zamknięta na trzy spusty...
- Och, zapomniałem na śmierć! Pewnie umierałaś z głodu? Elsa miała obsesję włamania na kilka godzin przed wyjazdem do szpitala – odesłała pomoc domową, zgasiła wszystkie światła i zaryglowała drzwi. Kiedy wróciłem do domu, przez chwilę zawahałem się, do jakiego szpitala ją najpierw zawieźć – zasępił się Tom.
- To hormony – powtórzyła jak echo Lula. Ale dzięki temu, miałam ciekawy wieczór – opowiem ci po powrocie.
- Już mi się podoba! – zaśmiał się Tom. Mam słuszne pewnie wrażenie, że masz talent do ciekawych przygód.
Lula nie mogła zaprzeczyć.
- Słuchaj, gdybyś kiedykolwiek miała kłopot z dostaniem się do miasta, zapytaj na ulicy o S-E-O-M. Wiesz, to kierowcy motorów do wynajęcia, taka motorowa taksówka.
- Dzięki, na pewno skorzystam. Wczoraj odwiózł mnie Fred, ale chyba czas na większą samodzielność.
- Otóż to, otóż to – ucieszył się Tom. Lula, uważaj na siebie – ja muszę wracać na front. Mam nadzieję, że do wieczora, ale któż to wie....

piątek, 08 kwietnia 2011

600 piosenek, 50 albumów, 11 nagród Grammy, 1 Oscar, 1 Złoty Glob, Nagroda Pulitzera, Jedna ze 100 Najważniejszych Postaci XX wieku wg Time Magazine....
Wstrzymywaliśmy oddech do ostatniej chwili…. A jednak będzie! Bob Dylan w Sajgonie!!!

To legendarne  wydarzenie odbędzie się w niedzielę 10-go kwietnia, pod gołym niebem. Tym samym, które 40 lat temu orały amerykańskie bombowce, mimo protestów po drugiej stronie oceanu. Dylan po raz pierwszy zawita w kraju, który od lat pojawiał się w jego twórczości. Protest songi, którymi zasłynął wraz z Joan Baez, w dużej mierze adresowane były do Władców Wojen.



Wietnamski koncert jest częścią tournée Dylana po Azji – przyleci do nas wprost z Chin: po budzących ogromne emocje i kontrowersje koncertach w Szanghaju 8/04 i w Pekinie 9/04 (przez ostatnich kilka lat, Pekin konsekwentnie, w ostatniej chwili, odmawial artyście wizy). Chiński koncert dojdzie do stuktu dzięki ... kompromisowi: Dylan dopasuje repertuar do wymogów cenzorów. Oficjalnie, wietnamskie władze nie zajęły stanowiska na temat konieczności zatwierdzenia porawności politycznej tekstów wielkiego barda przez wielkiego brata...

Ciarki przechodzą po plecach na samą myśl o perspektywie spotkania z Dylanem, nawet jeśli jego obecne możliwości wokalne rzadko zachwycają nawet najwierniejszych fanów.
Legendarny muzyk, mimo zaangażowania w ruch przeciwko wojnie wietnamskiej, nie jest praktycznie w ogóle znany wietnamskiej publiczności. Dla miejscowych władz, występ Dylana jest ważny z racji światowej rangi artysty,  nie zaś jego wysiłków na rzecz pokoju.

Organizator koncertu - Sound System, przygotowal 8.000 miejsc na stadionie Australijskiego Uniwersytetu RMIT.

Będę tam i ja!

czwartek, 07 kwietnia 2011

W biurze panowała senna atmosefera – jak przystało na tropiki, dwugodzinna przerwa w południe była święta; panowała cisza, przerywana co jakiś czas jedynie mlaskaniem dochodzącym z ciemnego kąta, gdzie, na rozłożonych matach, leżały dziewczyny – drzemiąc, cicho rozmawiąjąc, pogryzając arbuza. Pani Yen uśmiechnęła się przepraszająco:
- Trudno mam przeżyć cały dzień bez sjesty w południe. Jeśli masz ochotę – dołącz, znajdziemy dla ciebie matę i poduszkę. 
- Dziękuję, ale wolę rozejrzeć się po biurze – wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie spojrzałam na mapę waszych misji w terenie – odpowedziała Lula. 
Pani Yen wydobyła z jednego z dziesiątek zakamarków niezbędnik do spania i dołączyła do drzemiących już koleżanek; niektóre spały tradycyjnie na matach z malutkimi jaśkami pod głową, inne na sporych poduszkach (Gdzie, do licha, można upchać w biurze dziesięć sporych poduszek?), jeszcze inne na tomach książek; wśród których Lula rozpoznała „Historię weterynarii”, „Encyklopedię zwierząt hodowlanych”, „Słownik wietnamsko-francuski” i „Rachunkowość małych przedsiębiorstw”. Tai, wreszcie milczący, leżał obok żeńskiej części personelu, odróżniając się od reszty rozłożoną na twarzy gazetą – jak przystało na światowego człowieka, nie byle jaką, ale najprawdziwszym „New York Times’em”.
Lula rozejrzała się po biurze  i dopiero teraz dostrzegła pana Chau – siedział pochylony nad wielkim zeszytem, w którym zawzięcie coś notował, przechylając co chwila głowę, jakby ważąc każde zapisane słowo. Podeszła do niego, czując się jednak nieswojo w niby pustym biurze.
- Dzień dobry, panie Chau. Nie przeszkadzam? – zapytała cicho Lula.
- Och, oczywiście, że nie. Proszę, proszę, niech pani spocznie – pan Chau podsunął jeden z taborecików przeznaczonych dla dzieci we wczesnym wieku przedszkolnym.
- Ja już jestem za stary na sjestę. A w biurze jest zawsze coś do zrobienia; a to naprawić kran, a to uszczelnić okna, a to dopilnować poczty. 
-
A czym pan się teraz zajmuje, jeśli można wiedzieć – zapytała zaciekawiona Lula.
- Och, to takie notatki bieżące – odparł pan Chau, odkładając na bok wieczne pióro i dyskretnie zamykając zeszyt. Czasami warto zanotować pewne uwagi, to znaczy, wydarzenia – to się może przydać, zwłaszcza w sprawach pocztowych i kurierskich – dodał pan Chau, po czym wstał i uprzejmie się pożegnał:
- Panienka wybaczy, ale muszę załatwić kilka spraw w mieście. Do zobaczenia jutro – pan Chau przybrał ponownie swój prezesowski wygląd; poprawił nienagannie leżącą koszulę, okulary w złotej oprawce, spakował skórzany neseser i ukłonił się wychodząc.  

Dochodziła druga po południu i Lula zaczynała popadać w stan odrętwienia spowodownego rosnącą temperaturą – dopiero teraz zauważyła, że klimatyzacja nie działała, choć na zewnątrz panował ponad trzydziestostopniowy upał. Włączyła więc klimatyzator, ustawiła temperaturę na 20 stopni i z ulgą poddała się tej sztucznej, ale jakże przyjemnie chłodnej bryzie. Chwilę później, jedna po drugiej, z zaimprowizowanej sypialni zaczęły wynurzać się dziewczyny – mocno zaspane, przeczesywały odruchowo włosy, poprawiały wymięte ubrania, wciąż lekko ziewając.
- Troi oi! O matko droga! Jak tu zimno! – Lan niemal skurczyła się w oczach. No tak, nic dziwnego – jakiś idiota ustawił klimatyzację na 20 stopni! – podeszła do klimatyzatora i kilkoma piknięciami podniosła temperaturę do 28 stopni.
Lula pilnie zajęła się wpatrywaniem w mapę misji WŚ, nie zauważając, że położyła ją przed sobą do góry nogami.


- Aha, widzę, że nie próżnujesz – zagadnął Fred, który nagle pojawił się w drzwiach. Może ci pomóc? Mógłbym zacząć od odwrócenia mapy, a potem opowiem ci o naszych misjach w terenie.

Lula spojrzała na niego z wdzięcznością; ten człowiek o nienagannie nażelowanych włosach, imponujacej posturze i skarpetkach idealnie dobranych kolorem do koszuli, budził w niej zaufanie, może za sprawą  ewidentnego figla goszczącego w jego oczach.
- Istniejemy w Wietnamie od pięciu lat, ale w terenie jesteśmy aktywni od jakiś trzech – najpierw trzeba było rozpoznać środowisko, jego potrzeby, pozyskać i przeszkolić personel, przekonać mieszkańców wiosek do współpracy z nami. Francuzi zostali pokonani w Wietnamie 50 lat temu, ale starszyźnie wciąż się źle kojarzymy. Potrzeba było sporo czasu, by zyskać ich sympatię i zaufanie. Tom wykonał kawał świetnej roboty, przygotowując fundamenty – my je teraz musimy utrzymać i rozwinąć. Na razie nie można narzekać – ostatnio usłyszałem nawet komplement od 12-letniej dziewczynki z okolic naszej misji: „Mamusiu, ten pan jest z Francji, ale jest bardzo miły”.
- Mówisz po wietnamsku? – zapytała Lula
- Radzę sobie, choć głównie moim marsylskim wdziękiem, he he – odpowiedział Fred. A serio – zacząłem się uczyć od Chi Be, naszej pomocy domowej; kiedy żona była w ciąży, sporo nam pomagała i tak się zaczęło...
- Nie wiedziałam, że masz dzieci! – wtrąciła Lula, oddychając z ulgą, że postawa playboya jest jedynie dodatkiem do żelu na włosach.
- Nie wspominałem? Mamy dwie córki: młodsza to model tegoroczny, starsza już lekko przechodzona – ma cztery lata. O czym to ja mówiłem? Ach! Do dzisiaj zdarzają mi się wpadki – ostatnio, przeczytałem notatkę Chi Be, że zabrakło na targu cukinii, a ja zrozumiałem, że umarł jej ojciec i niemal nie dostałem zawału serca, kiedy ją zobaczyłem śmiejącą się w drzwiach parę godzin później.
- Tom mówi wciąż słabo, więc może przekonasz go, by zabrał się wraz z tobą za naukę. Najlepszy sposób na poznanie języka, to związek z miejscową dziewczyną – może dlatego, tak nam kiepsko idzie. Ale w końcu nic straconego, he he! – Fred był wiecznie zadowolonym z siebie człowiekiem i jego pogoda ducha udzielała się Luli.
- Ale wróćmy do pracy! W końcu marnie nam płacą, ale jak się przy tym bawimy! Tom przypisał cię do sekcji Phu Quoc; piękna wysepka nad Morzem Południowo-Chińskim, skąd przy dobrej widoczności, zobaczysz Kambodżę. Wprowadzmy tam program rozmnażania populacji krów o wyjątkowo bogatym w składniki odżywcze mleku. Przyjemna praca, bo okolica iście wakacyjna, a jednoczeście zaledwie 40 minut samolotem od Sajgonu. To znaczy, od Ho Chi Minh City – Wietnamczycy używają tej nazwy miasta; Sajgon jest dla nich pochwałą kolonizatorów i upadłego reżimu. Część z nich nie przywiązuje wagi, ale niektórzy są wyjątkowo czuli na punkcie nazewnictwa – niedaleko szukać, nasz kolega Tai nie omieszka cię poprawić w razie językowej wpadki.
- Phu Quoc? Czyżby to stamtąd pochodziła ta urocza jałówka o migdałowych oczach, której zdjęcie wysłał mi Tom, by przekonać mnie do pracy w Wietnamie? – Lula przypomniała sobie nic jej wcześniej niemówiący podpis pod zdjęciem dołączonym do jej kontraktu.
- Taaak, to mogła być daleka kuzynka naszych podopiecznych – Fred spojrzał niepewnie w stronę Luli. Tom w ostatniej chwili zadzwonił do mnie o północy, pewnego pięknego wieczoru, pytając, czy nie mam zdjęcia jakiejś uroczej jałówki. Byłem juz w łóżku, ale jemu się wyraźnie spieszyło. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to zdjęcia z pobytu w Kambodży, latem ubiegłego roku...
- Och! – jęknęła Lula.
- Nnno, wiesz – krowa krowie podobna, na Phu Quoc znajdziesz ich od groma. Nie bądźmy tacy drobiazgowi, małe kłamstewko w dobrej intencji jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A dzięki temu mamy przynajmniej uroczą współpracownicę – puścił oko Fred.
- Projekt na Phu Quoc jest szczególnie ważny – dostaliśmy na niego największą dotychczas dotację od organizacji pozarządowych we Francji: sto tysięcy dolarów rocznie, z możliwością zwiększenia w kolejnych latach, jeśli misja się powiedzie – tłumaczył Fred.
- Pan wybaczy, jeśli mogę się wtrącić, ale mam wrażenie, że pomylił się pan, co do kwoty dotacji – pan Chau, jak zwykle pojawił się nagle i z miną zawodowego bankiera dodał:
- Dotacja została przyznana w trzech transzach: dwie po czterdzieści tysięcy i trzecia w wysokości trzydziestu tysięcy, czyli w sumie sto dziesięć tysięcy dolarów. W przyszłym roku, może ona ulec zwiększeniu o dziesięć procent wobec sumy wyjściowej.
- Dziękuję, panie Chau – powinienem być dokładniejszy na przyszłość, zwłaszcza wprowadzając tak uroczą osobę w tajniki naszej pracy – odparł Fred.
- Pan Chau to skarbnica wiedzy – dodał głośno. Jeśli masz jakikolwiek problem, wal do niego jak w dym.
I już ciszej dodał:

- Nikt nie wie, co notuje w swoim kajecie, ale podejrzewam, że nasza misja nie przetrwałaby bez tej skarbnicy wiedzy w razie pożaru biura.
- Rzeczywiście, zauważyłam, że zapisuje całe stronice – odpowiedziała Lula. Mówił, że to informacje na temat przesyłek kurierskich...
- O, to z pewnością bardzo użyteczna rzecz, choć zdarzają nam się góra dwie przesyłki w tygodniu – zauważył Fred. Wierz mi – ściszył głos – on ma tam absolutnie każdą informację z życia biura i nie tylko. Ostanio podał mi wyniki meczu Wietnam-Laos z 2002 roku, kiedy usłyszał, że zakładam się z kumplem o butelkę wina. Uratował mi zakład, bo obstawiałem o jednego gola za mało. Na wszelki wypadek, zaraz po narodzinach mojej drugiej córy, podałem mu dokładną datę i wymiary małej – kto wie, może kiedyś umknie mi z pamięci, a tak pan Chau zapewni wieczność informacji.
- Czasami myślę – Fred ściszył głos do szeptu – że nieoceniony pan Chau jest szpiegiem. Wiesz, takim niegroźnym szpiegiem... Tylko wciąż nie wiem, dla kogo miałby pracować – przecież nie donosi naszym mućkom o strategii misji? Hmm, zna kilka języków – angielski, francuski, japoński i chiński. Czasem notuje w robaczkowym alfabecie i nie sądzę, aby to były raporty na temat przesyłek kurierskich.
- No, moja droga – wystarczy na dzisiąj tego wprowadzania. Tom opowie ci resztę, jak już wróci z niekończących się zebrań z szychami z Komitetu Ho Chi Minh City.
- Fred, powiedz tylko – kiedy będę mogła wyjechać w teren? – zapytała Lula.
- Nie jestem pewnien, ale sądzę, że wkrótce – może już w przyszłym tygodniu. Na razie życzę powodzenia w trawieniu dokumentów. I pamiętaj o kawie po pracy – mrugnął Fred.

Drzwi biura otworzyły się gwałtownie i oczom wszystkich ukazał się uśmiechnięty, choć przemoczony du suchej nitki Tom. Dyskretnie, ale widocznie gołym okiem, cały personel zabrał się ochoczo do pracy, wyłączono płytę z niemiłosiernie zawodzącym głosem miejscowego piosenkarza, a Hien, niby przypadkiem, podeszła do klimatyzatora, obniżając temperaturę do 20 stopni.
- Och, Tom! Jesteś całkowicie przemoczony! – wykrzyknęła. Zaraz przyniosę ci ręcznik i ciepłą herbatę.
- Dziękuję, serduszko, przyda mi się odrobina domowej atmosfery po zmarnowanym poranku. Te szychy z komitetu doprowadzają mnie do białej gorączki. Tydzień temu zostałem zaproszony na zebranie zatwierdzające nasz plan na następny rok. Wszystko było gotowe, mieliśmy się spotkać jedynie w kwestii formalnej, by uzyskać podpis pana Du i pieczęć władz.
Dzisiaj, po dwóch godzinach wymienianych uprzejmości i litrach lotosowej herbaty, dowiedziałem się, że musimy dodać zdjęcia z terenu. Szlag by to trafił – niekończąca się droga przez mękę – złorzeczył Tom. Nigdy nie wiadomo, czym cię zaskoczą; jeśli w kolejny poniedziałek wymyślą coś nowego, nie zdzierżę.
Tom wszedł do swojego biura, zdjął mokrą koszulę, odsłaniając kawałek torsu, czym tyleż zgorszył, co zafascynował cały personel.
- Ach, szefie! Ależ ty masz piękny tors! – figlarnie zagadnęła Hien.
- Taak, ci cudzoziemcy nie mają żadnego szacunku dla miejscowej kulturrry osobistej – mruknął pod nosem Tai, spoglądając zawistnie na Toma i nie przerywając jednocześnie dłubania w nosie.
- Do tego to obrzydliwe owłosienie na klatce pierrrsiowej – jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem typowo, jak na człowieka południa,  sowicie owłosionego Freda.
- Ej, Tai – nie bądź zazdrosny, wiele byś dał za taką klatę, nie? – wtrącił złośliwie Fred, wzbudzając nerwowy chichot koleżanek.
- Nie życzę sobie tego typu osobistych, sprrrrośnych uwag, drrrogi kolego – Tai najwidoczniej został dotknięty do żywego i zajął się wpatrywaniem w przestrzeń, by szybko powrócić do uważnego studiowania raportów. Czytał szybko i pochłaniał jedną stronę po drugiej, przewracając je z szelestem. 
Dopiero teraz Lula dostrzegła coś, czemu wcześniej nie poswięcała uwagi; lewa dłoń Tai uzbrojona była w imponującej długości paznokieć; mierzył jakieś cztery centymetry i zaczynał się lekko zawijać pod siebie. Nie był to widok należący do zbyt przyjemnych, zwłaszcza, kiedy Lula uświadomiła sobie, do jakiej czynności został chwilę wcześniej wykorzystany. Patrzyła jednak zafascynowana, z ciekawością badacza: to właśnie tym krogulczym paznokciem Tai przewijał kolejne strony raportu – ot, taki podręczny wskaźnik i dłubalnik w jednym.
Tom pojawił się w koszulce z napisem „Kocham Kambodżę”, krótkich spodenkach i klapkach plażowych.
- Ależ szefie, ile razy mówiłam, że taki strój w biurze źle wpływa na obraz i potęgę szefa – powiedziała filuternie Hien, podając mu kubek dymiącej herbaty.
- Kochana, sama wiesz, że szefem jest się tutaj – Tom klepnął się w czoło. I, że nie szata zdobi człowieka. I, co najważniejsze - że szef ma zawsze rację.
- Z pewnością nie taka szata – wtrącił pod nosem Tai. Żeby jeszcze miał napis „Kocham Wietnam”, to rozumiem, ale Kambodżę? Każdy dobrze wie, że Kambodżanie nienawidzą Wietnamczyków. Możesz z takim spędzić cały dzień na piwie, a on na koniec i tak wbije ci nóż w plecy.
- Co ty mówisz?! – zaniepokoiła się Lula, która przecież miała pracować na misji blisko Kambodży. Mam nadzieję, że nie zdarzyło ci się to osobiście...
- Oczywiście, że nie – nie byłem w Kambodży i nie zamierzam. Zacofany kraj, który zamiast wdzięczności za wyzwolenie przez nasze wojska, ciągle grymasi i narzeka na nasze sąsiedztwo. 

- Czemu nie mielibyśmy zrobić sobie przerwy teraz? Tom wychodzi, a po jego wyjściu i tak nikt nie będzie pracował. W dodatku mam straszną ochotę na papierosa – zaproponował Fred.
- Dobry pomysł, ja też chętnie zapalę. Mam paczkę, której nie zdążyłam nawet otworzyć od przylotu. Dunhill’e – świeża dostawa z lotniska.
- Dunhill’e? Hmm, nie znam – powiedział Fred, ale chętnie sprobuję. Ja mam paczkę Junili.
- Hmmm, też nie znam – zamyśliła się Lula.

Kawiarnia znajdowała się po przeciwnej stronie ulicy; szyld Cafe Deli wisiał zaraz obok znaku drogowego zakazującego przewozu fok na rowerach. Ki diabeł z tymi fokami?! -  pomyślała Lula.
- Słuchaj, Fred, muszę zadać ci pytanie – zaczęła niepewnie Lula
- Przykro mi, ale tak – jestem już żonaty i tak - mam nawet dwójkę dzieci – przerwał jej Fred.
- Nie żartuj, chodzi mi o te cholerne foki na rowerach – o co chodzi, to jakiś żart?

***   ***   ***
- Foki na rowerach?! – Carlos gwałtownie zakrztusił się szampanem. Mieszkam w Wietnamie od lat i, wierz mi – rowerów w tym kraju nie brakuje, ale foki – jeśli by się nawet uchowały od ostatniego opadu śniegu trzydzieści dwa lata temu, nie miałyby szansy przeżyć w kraju, gdzie nie gardzi się dużo bardziej popularnymi czworonogami.
- Foki nie są czworonogami – zaprotestowała Lula.
- Chyba, że wsiądą na rower – Carlos trzymał się za brzuch, śmiejąc się jak dziecko.
Lula wychyliła resztkę szampana i ostentacyjnie zatopiła wzrok w widoku za oknem, by po dobrej chwili spostrzec, iż zostało szczelnie zasłonięte roletą.
- Pozwól sobie pomóc – czarnooki sąsiad nie dawał za wygraną - narysuj mi te foki.
Cierpliwie przyglądał się wysiłkom Luli, kreślącej krzywe linie na pomiętej serwetce. Nie przestawała go intrygować, aż do momentu, kiedy domniemana foka znalazła wciśnięta w krąg nie budzący, mimo marnego talentu plastycznego, wątpliwości. 
Carlos zbył błąkający się uśmiech, pozorując atak kataru i gwałtownie pocierając nos.
- Wybacz – wydukał, ocierając łzawiące ze śmiechu oczy – od dziecka mam alergię na zwierzęta futerkowe.      

***   ***   ***

Kelner podał pachnącą kawę, Fred przeszukiwał kieszenie.
- Jakie foki? O czym tym mówisz? – sięgając po papierosy.
Oboje wyciągnęli jednocześnie identyczne paczki mentolowych Dunhill’i.
- Co takiego?! Palisz te same, co ja? – roześmiała się Lula. Przecież mówiłeś o Junilach, czy jak tam się zwały twoje papierosy...
- Jak to, to ty też palisz Junile? - odezwał sie, jak echo Fred.
- Ech, wy, Francuzi i wasza wymowa po angielsku! Tak, czy owak - Dunhile, Junile – zapalmy za spotkanie – roześmiała się Lula.

Lula nieraz już służyła za tłumacza z frangielskiego na angielski; jeśli nie znasz francuskiego, nie zrozumiesz Francuza wysławiającego sie po angielsku! Bo choćby bardzo chciał, bardzo się starał i napinał, nie umknie pułapce dodawania angielskich końcówek do francuskich słów. Jeśli do tego dodać chroniczną niemożność wymówienia „h” i akcentowania wszystkiego na ostanią sylabę – powstaje mieszanka wybuchowa.

czwartek, 31 marca 2011

Restauracja znajdowała się tuż obok biura i od razu spodobała się Luli – daleko jej było do wyszukanych wnętrz Palarni, a nawet do miejsca, gdzie w pierwszy wieczór napchała żołądek do granic wytrzymałości. Wnętrze, a raczej zewnętrze - jako, że restauracja znajdowała się pod gołym niebem, nie licząc skromnego daszku z blachy falistej – przypominało raczej kantynę z czasów obozów harcerskich; rzędy plastikowych stołów, krzeseł i wielka lada, za która uwijały się kucharki. Wybór dań był ogromny, choć po wstępnym śledztwie, Lula uznała, że w grę wchodzi jedynie gotowany ryż, smażona ryba i gotowane warzywa.
W nieustającej wrzawie, klientela kłębiła się i wypełniała talerze często niezidentyfikowanymi potrawami. Wreszcie nastała kolej Luli, w dużej mierze dzięki pomocy koleżanek, jako że w kolejce obowiązywała zasada – podchodzę do lady, udaję, że tylko oglądam, po czym szybko zamawiam i uciekam w najdalszy kąt sali.
Do kopiastej porcji parującego aromatycznie ryżu, uśmiechnięta serdecznie kucharka dołożyła pokaźną kupkę gotowanego listowia - przypominającą żywcem szpinak, którego Lula nie znosiła – i zapytała na migi, którą, ze smażonych ryb życzy sobie klientka. Wzrok Luli przykuł spory kawałek – niestety już suto oblany rybnym sosem, którego zapach mimowolnie wykręcał jej nozdrza i kiszki. Wskazała więc palcem drobne rybki, przypominające sardynki i już była dumna z wyboru dania, kiedy jedna z rybek zeskoczyła z chochelki nieustannie uśmiechającej się kucharki. Lula zamarła, ale kuchareczka szybko zażegnała kłopotliwą sytuację, zdzieliwszy niedobitą rybkę wierzchem chochli. Lula poczuła, że jej żołądek niebezpiecznie się wypełnia i podchodzi do gardła. Szukała wsparcia u koleżanek, ale te najwidoczniej niczego nie zauważyły.
Podjęła więc nadludzki wysiłek przekonania samej siebie, że podrygująca, żywa rybka, która niemal nie wylądowała na jej talerzu, była co najwyżej złudzeniem optycznym, przegrzaniem organizmu, czy też efektem nie do końca opanowanego jeszcze rozstroju organizmu spowodowanego różnicą czasu.

Ryż smakował wyśmienicie – gorący, idealnie ugotowany, pachnący i miło wypełniający żołądek. Ugotowane zielsko okazało się bardzo smaczne, zwłaszcza z dodatkiem sosu sojowego wymieszanego z rozdrobnioną papryczką chili. Zmagała się dzielnie z pałeczkami, z podziwem patrząc na wietnamskie koleżanki, które pochłaniały dania z iście mistrzowską perfekcją.
- Nie przejmuj się – jeśli wolisz jeść widelcem, poprosimy o sztućce. Ale sama się szybko przekonasz, że wyłącznie jedzenie pałeczkami pozwala w pełni docenić smak ryżu – zachęcała serdecznie Lan.
- Smakują ci wietnamskie potrawy? – dopytywała Hien.
- O, tak! – wydukała Lula, rozgryzając nadaremnie zielsko sprawiające wrażenie wielocentymetrowego sznurka. Miała wciąż jeden koniec na talerzu, a drugi gdzieś w okolicach przełyku.
- Och, jak to miło słyszeć, że cudzoziemcy lubią naszą kuchnię – zachwycała się pani Yen.
- Wy jadacie głównie chleb i ziemniaki, my nie wyobrażamy sobie dnia bez ryżu lub makaronu.
- Hmmmhm, przzzzepyszne – Lula czuła, że końcówka zielska dociera właśnie do żołądka.
Próbowała odgryźć drugi koniec, ale zielsko rozmiarami i konsystencją zaczynało przypominać kabel elektryczny.
- Czego się napijesz? – zapytała Lan.
- Jest ciepła herbata lub herbata z lodem, cha da.
- Poprrrszę hrbtę z lodem – jęknęła Lula, czując, że zielsko przedostaje się, niestrawione, wprost do jelit.
Parę sekud później, pojawił się kelner z kuflem zimnej herbaty, do której wrzucił hojnie dwa kawały lodu; nie prezentowało się to szczególnie pięknie, ale zimna herbata koiła pragnienie, a Lula miała nadzieję, że pomoże jej przepchać resztę listowia przez przełyk. Dziewczyny pałaszowały ryż, dodając co jakiś czas rozmaite sosy i drobne dania serwowane w miseczkach. Lula opróżniła talerz zielska, mieszając zawartość w misce ryżu, który sowicie podlała sosem sojowym.
- Wszyscy cudzoziemcy zachowują się tak samo na początku – zamiast stopniowo degustować dania, dodając ich małą porrrcję do rrrryżu – tłumaczył Tai, który mimo zapewnień Hien dołączył do ich babskiego grona.
- Używają też swoich pałeczek częstując się ze wspólnego talerza, co nie jest zbyt higieniczne, ale to zapewne wynika z rrrróżnic kulturrrowych. Ale nie marrtw się, nauczymy cię wszystkiego!
Lula miałą wrażenie, że szpinak przedostaję się do jelita grubego, podczas gdy drugi koniec zielska tkwił wciąż na talerzu. Gdyby nie resztki przyzwoitości, po prostu wyplułaby część, której nie była w stanie przegryźć. Ale po uwagach Tai na temat higieny, czuła się nieswojo.
- Może jeszcze herrrrbatki? – zaproponował Tai.
- Phhrrrszzzzę – wystękała Lula, zdając sobie sprawę, że głupotą byłoby umrzeć z uprzejmości.
Kelner wlał do jej kufla kolejny litr zielonej herbaty, po czym zniknął za ladą, zza której wystawał olbrzymi blok lodu leżący wprost na cementowej posadzce. Bosy człowiek ochoczo zabierał się do jego cięcia za pomocą piły do metalu i drewnianej pałki. Uśmiechnał się do Luli, czując na sobie jej spojrzenie, jednocześnie przytrzymując kolanem bryłę lodu i pospiesznie dłubiąc w nosie. Piła skrzypiała niemiłosiernie, dzieląc wielki blok lodu na mniejsze, choć wciąż imponujące rozmiarami kawały. Te trafiały do wora o podejrzanym kolorze, tam były traktowane drewnianą pałką i w postaci kruszonej lądowały w wiaderkach na lód.
Kelner pojawił się w mgnineniu oka, zmiótł pozostawione resztki jedzenia wprost na podłogę, przetarł szmatą stół, uprzednio zmoczywszy ją w wiaderku z lodem, z którego wyciągnął chwilę później dwa kawały lodu i wrzucił je szczypcami do kufla z herbatą.
Lula miała gdzieś zasady higieny – musiała przepić dwumetrowe zielsko, zanim ulegnie śmierci przez zadławienie. Rzuciła się na herbatę i pochłonęła olbrzymi łyk wraz ze sporym, nieskruszonym kwałkiem lodu. Lód utkwił jej w gardle, skutecznie znieczulając przełyk...
- Lula, czy wszystko z tobą w porządku?! – zaniepokoiła się Lan i nie czekając na odpowiedź, mocno zdzieliła Lulę w plecy. Powtórzyłą całą akcję trzykrotnie i stał się cud – kawał lodu stopił sie w gardle Luli i powoli wracało jej czucie. Z ulgą stwierdziła, że zielsko zostało całkowicie pochłonięte, tarfiając jednocześnie na szybko zapełniającą się listę „Rzeczy, których nigdy więcej robić nie należy”.
- Och, widzę, że ci smakowało – ucieszył się Tai. Zjadłaś co do ostatniego ziarrrnka rrryżu. To kolejna wpadka cudzoziemców – u was pozostawienie pustego talerza świadczyć ma o apetycie, u nas jest oznaką brrraku taktu. Jeśli zostawiasz pusty talerz, to znaczy, że podana porrrcja była niewystarrrczająca, a to stawia gospodarza w złym świetle.
- Przecież, do jasnego gwinta, nie jesteśmy w gościach! – Lula miała powyżej dziurek w nosie trajkocącego Tai, jego rad i potwornego listowia.
- A mówiłem wam – wszyscy cudzoziemcy są nerrrwowi – stwierdził wyniośle Tai i włożył do ust całą pięść uzbrojoną w wykałaczkę, drugą dłonią dysktretnie osłaniając swoje poczynania.
- Nie zwracaj na niego uwagi. Lubi brylować, choćby w ulicznej kantynie – Lan nachyliła się przyjaźnie do Luli. Chodźmy, wydaje mi się, że miałaś sporo wrażeń jak na pierwszy dzień w pracy.

Przy wyjściu z restauracji, uśmiechnięta kucharka pozdrowiła Lulę skinieniem głowy i z niegasnącym uśmiechem na ustach powiedziała coś do Lan, która cierpliwie odpowiadała, spoglądając ukradkiem na Lulę.
- Pytała, czy jesteś mężatką i ile masz dzieci – nie kryła zadowolenia.

Zaraz za uliczną restauracją, tuż przy kolejnym znaku drogowym zakazującym przewozu fok na rowerach (Cóż za licho z tymi fokami ?! - pomyślała Lula), stało kilka karetek, przy których kręcił się lekarz i pielęgniarka.
- Zupełnie zapomniałam ci powiedzieć o naszych sąsiadach. W budynku obok naszego biura mieści się prywatna przychodnia. Prowadzi ją Dr Koss – bardzo miły człowiek! – pani Yen szczęśliwie potrafiła odwrócić uwagę Luli od gastronomicznych doświadczeń sprzed paru minut.
- Nieraz wspólnie pracujemy przy misjach w terenie. Dr Koss ma doskonały sprzęt medyczny i własny helikopter, któremu zawdzięcza doskonałą znajomość terenu.
- Jeśli będzie na miejscu, przedstawię cię – powiedziała pani Yen, otwierając drzwi kliniki.
Wewnątrz panowała amtosfera pośpiechu; białe kitle lekarzy mieszały się z płaczem dzieci, nawoływaniem recepcjonistek i dzwoniącym bez ustanku telefonem. W sali obok, łysawy meżczyzna ze stetoskopem na szyi głaskał po głowie płaczące dziecko i dyktował pielęgniarce po angielsku listę leków do przepisania małemu pacjentowi, jednocześnie prowadząc po francusku rozmowę przez telefon.
- To Dr Koss, niezwykle zajęty człowiek. Do tego szalenie uzdolniony i przedsiębiorczy – wyjaśniała Yen. Pochodzi z Izraela, ale jest w Wietnamie od 20 lat. Był pierwszym lekarzem, który szukał zaginionych w akcji amerykańskich żołnierzy. Jednocześnie współpracował z naszym Ministerstwem Zdrowia i najlepszymi szpitalami w kraju.
Dr Koss zauważył gości i uśmiechając się szeroko:  
- Ach, witam moją ulubioną koleżankę z sąsiedztwa! – uścisnął dłoń pani Yen, najwyraźniej zadowolonej z takiej oficjalnej dystynkcji.
- Dzień dobry, doktorze. Wiem, że jest pan zajęty, ale przechodziłyśmy obok i postanowiłam przedstawić naszą nową koleżankę. To jej pierwszy dzień w pracy.
- A witam, witam serdecznie – Dr Koss miał stanowczy uścisk dłoni. Czyżby kolejny nabytek z krainy amatorów sera i wina?

- Lula przyjechała z misji w Afryce, ale pochodzi z Polski – wyjaśniła pani Yen.
- Aaa, to zmienia postać rzeczy! - powiedział Dr Koss płynną polszczyzną. A skąd ty jesteś, moja droga? I jakże ty masz na imię?
Lula nie kryła zaskoczenia. Dawno już nie słyszała polskiego języka i ta nagła niespodzianka zamiast uczynić ją rozmowną, wprawiła w lekki stupor.
- Lula. Nazywam się Lula. Ależ mnie pan zaskoczył.... – wydukała.
- No, ja wiem, że cię zaskoczyłem! - doktor wyraźnie cieszył się z osiągniętego efektu. 
- A skądże ty jesteś, Lula?  - powtórzył.
- Z Warszawy.
- Ale gdzież ty w tej Warszawie mieszkasz? 
- Na Nowolipkach. Nie wiem, czy panu to coś mówi...
- Ale dlaczego ty mówisz do mnie pan? – śmiał się doktor. Ja się nazywam Marek. Urodziłem się w Gdyni, ale moja ciotka mieszka wciąż w Warszawie, na Stawkach – te Stawki są chyba niedaleko od Nowolipek?
- Tak, bardzo blisko, spacerkiem – Lula zmiękła na dźwięk nazwy swojej ulicy.
- Moi rodzice od dawna żyją w Izraelu, ale wciąż rozmawiamy po polsku - do mamusi dzwonię codziennie. Czytać po polsku to ja nie potrafię, ale ja wiem, że były jakieś panny na Nowolipkach... – zamyślił się Marek.
- Dziewczęta z Nowolipek – sprostowała Lula, całkowicie podbita urokiem doktora.
- Ach, faktycznie, Panienki z Nowolipek! Moja mamusia mi opowiadała...
- Och, bardzo miło cię poznać, Marku – Lula nie kryła szczerego zadowolenia.
- Ja teraz zajęty jestem, ale ty kiedyś wpadnij na kawę, to sobie pogadamy.
- Oczywiście, chętnie, bardzo chętnie!
- I pamiętaj – jak ty masz jakiś problem ze zdrowiem, to przychodź, albo dzwoń.
- Dziękuję. Odpukać, ale mam nadzieję, że spotkamy się po prostu na kawie – odpowiedziała Lula.
- A ty nic mówisz i ja nic nie wiem; ty sama jesteś w Wietnamie, czy przyjechałaś z mężem? A dzieci ty masz?
- Nie, nie – przyjechałam sama, nie mam rodziny.
- A to ja ci dam pierwszą radę; w Azji nie mówi się „Nie mam męża i dzieci”, bo oni będą  myśleć, ze ty jakaś nieudana, zepsuta jesteś. Mów: „Jeszcze nie mam rodziny”, albo, że do ciebie wkrótce dołączy.
- Aha... Rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale rozumiem, że to pewnie ułatwia życie – skwitowała Lula.
- No właśnie, no właśnie – cieszył się Marek.
- A ty uważaj, jeśli ci się do dzieci nie spieszy. Te kobiety – Marek ściszył głos, choć nikt nie mógł ich rozumieć - one są wszystkie w ciąży! Ona jest w ciąży – to moja asystentka. I ona też – moja księgowa. I tamta - recepcjonistka, i jeszcze ta – ta młoda pielęgniarka – wskazał ruchem głowy prześliczną dziewczynę o sarnich oczach i posturze  uczennicy szkoły podstawowej.
- One są wszystkie w ciąży, te kobiety! Jak przyjmowałem je do pracy, były płaskie jak deski, a teraz wszystkie z brzuchami są! One chyba od tej wody mineralnej zachodzą w ciążę, te kobiety!
Lula nie nadążała za tokiem myślenia Marka, jednocześnie ulegając melodii dawno nie słyszanego, zanikającego języka na pograniczu dialogów filmowych z lat 40-tych i żydowskiego zaśpiewu.
- Ja ci mówię, one piją tę wodę i zachodzą w ciążę! Odkąd wstawiłem w korytarzu baniak wody mineralnej, one ją piją i im rosną brzuchy, tym kobietom. Ty się trzymaj od tej wody z daleka! A tak, czy owak – dzwoń. Bardzo miło cię było poznać; a teraz lecę, pacjenci czekają – Marek poklepał Lulę po plecach i zniknął tak szybko, jak się pojawił.

- Och, nie wiedziałam, że doktor Koss mówi po polsku. Ależ niespodzianka! Mam nadzieję, że będziesz pod dobrą opieką w razie choroby – pani Yen promieniowała dumą z udziału w spotkaniu trójstronnym.
- Tak, to przemiły człowiek – Lula nie kryła zadowolenia, ocierając czoło – nie wiedząc – z gorąca, czy nadmiaru wrażeń.
- Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się pani Yen. Usiądź, przyniosę ci szklankę wody.
- O, nie! Nie, nie, dziękuję... - Lula nagle odzyskała siły. Chodźmy, hmmm, nie chcę przeszkadzać...

czwartek, 24 marca 2011

Tom machał z drugiej strony basenu, potrząsając bliżej niezidentyfikowanym przedmiotem.
- Chodź na śniadanie! Naleśniki gotowe! I patrz pod nogi, zanim pokażę ci, od czego cię wybawiłem z rana.
Lula nie kryła ciekawości, przyspieszając kroku. Zapomniała o pozostawionych przed drzwiami butach i niemal nie wpadła do basenu, ślizgając się na mokrej terakocie.
- Popatrz, jakie cudeńko znalazłem nad ranem – Tom potrząsał czymś długim, oślizgłym i zielonym.
- O Boże! Co to jest?! – zapytała z głupia frant Lula, raczej by się przekonać, że nie śni na jawie.
W rękach Toma zwisał pozbawiony życia wąż. Zielony, długi na dwa metry, z częściowo zrzuconą skórą. Luli nagle zrobiło się przykro – że zginął zanim zmienił skórę na nową.
- Nie przejmuj się nim aż tak bardzo, nie miałem wyjścia – Tom dostrzegł niewesołą minę Luli. Leżał w twoich butach, kiedy wyrzucałem śmieci. Lekcja numer jeden: nie zostawiaj butów na zewnątrz. Lekcja numer dwa: tego węża zwą „minutka” – jeśli nie domyślasz się – tyle właśnie żyje ofiara od momentu ugryzienia. 

Lula przebierała z niecierpliwości nogami; była oczywiście nieco podenerwowana, ale przede wszystkim mocno podekscytowana wizją pierwszego dnia w pracy; czuła, że nowy, ciekawy rozdział otwiera się w jej życiu. Na początek, miała poznać organizację miejscowego biura, zanim uda się w teren. Włożyła na tę okazję odprasowaną spódnicę i białą koszulę ze sztywnym kołnierzykiem. Do tego znienawidzone, ale dobrze wyglądające, eleganckie buty.
Tom nie krył zdziwienia na jej widok:
- O! Wyglądasz jak pani profesor... Może i dobrze, w końcu dobrze podeprzeć młodość poważnym wyglądem. W biurze nikt tak sie nie ubiera, ale dziewczyny będą zachwycone twoją europejskością. 

Biuro Weterynarzy Świata mieściło się w małej alejce, między uliczną restauracją a rodzinnym hotelikiem. W korytarzu panował niepodzielnie pan Chau – jak zwykle nienagannie ubrany i uśmiechnięty – choć tym razem powagi odejmowały mu bose stopy i umieszczony na przeciwko niego telewizor na kartonowym pudle.
Radośnie zerwał sie na widok Luli i Toma:

- Ach, witamy, witamy!
I już na boku, do Luli:
- Bardzo się cieszę, że panią widzę. Wyglada pani niezwykle elegancko – niemal jak pani profesor...

W biurze panowała atmosfera poniedziałkowej depresji, podlanej sosem  podniecenia z powodu nowo przybyłej koleżanki. Zespół liczył dziesięć kobiet i dwóch mężczyzn. A raczej, należało by powiedzieć : dziesięć dziewcząt, jednego mężczyznę i jednego nastolatka.
Gdyby Lula nie wiedziała z całym przekonaniem, że jej nowe koleżanki są pełnoletnie, dałaby im jakieś 14-16 lat; niskie, drobnej budowy, bez makijażu – wyglądały raczej na uczennice liceum, niż na doświadczone pracownice. Jeszcze jeden szczegół świadczył o osiągnięciu przez nie pełnoletności...
Tom rozpoczął długą ceremonię zapoznawczą.
- Przedstawiam ci Hien, naszą nieoceniona recepcjonistkę i agentkę do zadań specjalnych – powiedział Tom, wywołując szeroki uśmiech młodej dziewczyny o ciemnych, iskrzących oczach.
Hien wstała, by uścisnąć serdecznie obie ręce Luli i tym samym ukazać się w całej krasie; długie włosy spadały jej kasakadą do pośladków, a pod sukienką rysował się pokaźny brzuszek.
- Hien wkrótce nas opuści – za kilka tygodni, moja ukochana asystentka będzie rodzić – powiedział Tom i widząc pytanie w oczach Luli, dodał:
- Mylisz się, jeśli myślisz, że to moja sprawka. Czego, zresztą bardzo żałuję.

W pokoju obok, przy jednym biurku, siedziały dwie dziewczyny o wyglądzie uczennic z klasy wyżej – jedna za sprawą powagi, druga z racji wzrostu.
- Lula, poznaj nasze księgowe – pani Yen i Lan – głos Toma wyraźnie zmiękł.
- Gdyby nie one, nie udałoby się utrzymać biura w ryzach – to one pilnują porządku, finansów i myślą za cały personel, a w każdym razie, nieraz wyręczają mnie w tej męczącej czynności.
Yen, a raczej pani Yen – dystynkcję tę zawdzięczała najdłuższemu stażowi w firmie – była wrodzoną łagodnością o ciepłym spojrzeniu i takich też dłoniach;
- Bardzo się cieszę, że już jesteś – wszyscy na ciebie czekaliśmy z niecierpliwością, zwłaszcza, że Tom nie przestawał o tobie mówić.

- Teraz się mu nie dziwię – jesteś piękną kobietą i jakże elegancką – pomyślałabym, że jesteś profesorką, a nie weterynarzem.
Yen mówiła piękną francuzczyzną, którą posługiwała się swobodniej, niż reszta personelu:
- Studiowałam w Bułgarii, w czasach wymian studenckich między krajami socjalistycznymi. Nigdy nie byłam w Polsce, ale słyszałam, że to piękny kraj – kiedyś może wybiorę się tam z dziećmi – dodała pani Yen, tym samym potwierdzając, że wiekiem odbiega od wyobrażeń Luli.

Skromnie uśmiechająca się Lan przypominała Luli niewinną łanię – łagodne oczy w kształcie migdała, wiotka sylwetka i ściszony głos.
- Lan tylko wygląda niewinnie, ale to urodzony tajny agent podatkowy- Tom wyraźnie wiedział, jak wprowadzić kobiety w dobry nastrój.
- Jeśli będziesz potrzebowała czegokolwiek, przychodź do nas w każdej chwili. Z przyjemnością ci pomożemy! A dzisiaj zapraszamy na lunch – już zarezerwowałyśmy stolik w restauracji obok – głos Lan lał miód na serce Luli. 

- Panienka Lula? Ach, cóż za przyjemność poznać taką piękną kobietę – uroda, elegancja, europejski szyk, nienaganny francuski... Czy wszystkie Polki są tak wyjątkowe? – Lula usłyszała za sobą głęboki, męski głos i poczuła falę cieżkich perfum.
- Nazywam się Frédéric, dla przyjaciół Fred – przedstawił się potężny brunet. Będziemy razem pracować – ech, jakież ja mam w szczęście w życiu...
- Dzień dobry, miło cię poznać – zająknęła się Lula, nieprzywykła do komplementów, zwłaszcza spadających na nią w ekspresowym tempie.
- Patrzcie na nią, moje drogie koleżanki – to wrodzone poczucie smaku i kobiecości – dodał Fred i mrugając okiem, rzucił:

- Kawka po pracy? Cała przyjemność po mojej stronie...

Biuro, chociaż małe, wydawało się kolekcją osobowości i temperamentów. Lula nie wiedziała, czy gorąco jej było od nadmiaru wrażeń, czy rosnącej temperatury na zewnątrz. Wietnamski personel nie zdradzał objawów przegrzania - wprost przeciwnie, nienagannie odprasowane koszule nie poddawały się wilgoci, podczas gdy po plecach Luli spływała kolejna strużka potu.
- Ciepło ci? Cóż, tym samym przedstawiam ci pierwszy spór z kategorii „różnice kulturowe” – zarechotał Tom. Jakieś dziesięć razy dziennie włączamy klimatyzację, by po pół godzinie odkryć, że jest albo wyłączona, albo ustawiona na dwadzieścia osiem stopni, podczas gdy na zewnątrz jest trzydzieści. Nasi wietnamscy koledzy mają zupełnie inne poczucie ciepła i zimna; zresztą, za jakiś czas, pewnie i ty zaczniesz nosić kurtkę, kiedy temperatura drastycznie spadnie do 26 stopni.

Dywagacje na temat upału przerwał znajomy skądinąd odgłos – Lula pamiętała go z samolotu, choć nie mogła umiejscowić go w biurowej rzeczywistości. Zanim zrozumiała, zobaczyła. Piękną dziewczynę, wychodzącą z toalety; jedną ręką trzymała się za brzuch, drugą ocierała wstydliwie usta.
- Ach! Oto nasza kolejna koleżanka – Minh; biedulka jest w ciąży i najwyraźniej jej żołądek dobrze tego stanu nie znosi. Przesunęliśmy jej biurko blisko toalety, by mogła dyskretnie z niej korzystać w razie potrzeby, czyli jakieś siedem razy dziennie.
Speszona Minh posłała Tomowi spojrzenie o kilometrowej sile rażenia i z grymasem cierpienia na twarzy, zniknęłą ponownie za drzwiami ubikacji.

- Część personelu pracuje poza biurem, ale z czasem poznasz ich wszystkich. To uroczy zespół, choć będziesz musiała się przyzwyczaić do tutejszych standardów pracy – powiedział Tom.
- Co masz na myśli ? – zatroskała się Lula.
- Wiesz, że każdy naród ma swoje zalety i wady. Wietnamczycy są niezwykle pilni i pracowici, ale też niezwykle uprzejmi i dumni. Zamiast przyznać się, że czegoś nie wiedzą, wolą przytaknąć i zachować twarz. Och, potrzeba zachowania twarzy to zasadnicza cecha Azjatów. Twarz traci się w róznych okolicznościach – zarówno ulegając publicznie emocjom, jak i naruszając cienką granicę poczucia dumy własnej.
- W biurze panuje doskonała atmosfera, ale kolega Tai do dziś mnie traktuje, jak persona non grata. Kiedyś zamieniłem jego krzeslo, bo skarżył się na zbyt wysokie siedzenie. Wziąłem więc wysokie, a jemu dałem niskie – ale zrobiłem to bez jego zgody i nasłuchałem się o kolonizatorskich zachowaniach – Fred zadumał się na wspomnienie tego najwyraźniej niezbyt przyjemnego incydentu.
- Zostawiam cię, Tai właśnie skończył rozmowę przez telefon i czeka, aż cię opuszczę, by mogł się przedstawić – powiedział Fred, dyskretnie się wycofując.

- Dzień dobry! Cóż za przyjemność panią poznać – młody człowiek zastukał szarmancko butami, ściskając Luli rękę.
- Witam, bardzo mi miło. Mam na imię Lula, a ty, .... a pan, to zapewne Tai?

- Och, myślę, że możemy odstawić na bok te eleganckie forrrmy, choć nie ukrrrywam, że barrrdzo je cenię – odpowiedział Tai. Słyszałem, że masz duże doświadczenie w zawodzie i że właśnie wrrracasz z Afrrryki! Ach, to musi być niezwykle fascynyjące!
- Ja skończyłem weterrrynarrrię i rrrównolegle ekonomię. Byłem dobrrrym studentem, więc szybko rrrozpocząłem prrraktykę. Jednak czułem, że to nie wszystko, na co mnie stać – poszedłem więc na stomatologię i dzisiaj leczę po godzinach; mam prrrywatny gabinet w domu. W końcu, nie na darmo, moje imię oznacza talent... – Tai terkotał jak karabin maszynowy, co do którego podobieństwo nasuwało wyjątkowo przeciągłe „r”.
- To wspaniałe osiągnięcie w tak młodym wieku! Jestem pod ogromnym wrażeniem! – Lula nie kryła podziwu dla młodego geniusza.
- Mówię biegle w trzech językach: po angielsku, frrrancusku i niemiecku. Do tego nieźle sobie rrradzę po wietnamsku, ha ha ha – Tai śmiał się z własnego dowcipu, przecierając jednocześnie zachodzące parą okulary.
- Doprawdy, gratuluję... Słyszałam, że Wietnamczycy są uzdolnieni językowo – Lula starała się nadać monologowi pozory rozmowy.
- Och, dziękuję – to miło, że tak sądzisz. Jednak nie wszyscy chcą się wciąż kształcić. Ja właśnie uzyskałem dodatkowo uprrrrawnienia prrrotetyka i wieczorrrrami forrrrmuję korrrony i mosty. Jestem dobrrry, więc na moje usługi jest sporrry popyt. Ostanio nawet znana zagrrraniczna klinika dentystyczna skontaktowała się ze mną. Cóż, kiedy weterrrynarrria to moje prawdziwe powołanie – zamyślił się Tai, co Lula natychmiast wykorzystała do ucieczki. 


Ratując się przed gadatliwym Tai, udała się do toalety – tu przynajmniej powinno być cicho i spokojnie. Powinno - gdyby nie Minh, której umęczone jelita najwyraźniej próbowały wydostać się na zewnątrz. Po kolejnym ataku wymiotów, pojawiła się zmęczona i blada jak ściana.
- Przepraszam, że poznajemy się w tak niemiłych okolicznościach, ale nie potrafię nic poradzić na mój stan. Mam nadzieję, że wkrótce ten koszmar się skończy.
- Ależ nic nie szkodzi, ponoć pierwsze miesiące ciąży nie należą do najprzyjemniejszych – pocieszała Lula.
- A ty? Jesteś mężatką? Masz dzieci?
- Nie, mam jeszcze dużo czasu na założenie rodziny – odpowiedziała Lula
- Hmmm, a ile masz lat? – drążyła temat Minh
- Dwadzieścia siedem...
- O, to już nie jesteś taka młoda! A czas leci!

Czas rzeczywiście leciał – dochodziło południe, co Lula zrozumiała, nie patrząc na zegarek. Po prostu, w niemal tym samym momencie, wszyscy zerwali się od biurek i ruszyli albo w kierunku kuchni, albo w kierunku drzwi wyjściowych.
- Pora na obiad! Pospieszcie się, umieram z głodu – Hien poganiała koleżanki i dodała, na boku:
- Idziemy na obiad w żeńskim gronie; faceci zostają, żebyśmy mogły swobodnie porozmawiać – mrugnęła do Luli.
- Ach, nie pomyśl, że jestem ciekawska – ale nawet nie wiem; przyjechałaś z mężem? Macie dzieci? W jakim wieku?
- Nnnie, przyjechałam sama i ...
- Czyli mąż dojedzie później z dziećmi?
- Nnnie, nie mam męża, ani dzieci – Lula czuła, że w przeciągu ostatnich 10 minut odgrywa tę samą taśmę.
- Naprawdę?! A ile masz lat?
- Dwadzieścia siedem.
- O, moja droga – czyli młodość masz już dawno za sobą! Radzę się uważnie rozejrzeć, a jeśli nie – pomożemy ci znaleźć męża. Ach, cóż za zbieg okoliczności – Tai, nasz kolega, też jest kawalerem!

czwartek, 17 marca 2011

Aleja Le Duan, którą niegdyś dumnie kroczyła armia Północnego Wietnamu, wyzwalając z niewoli i biedy wolne i zamożne miasto, jest dzisiaj najbardziej reprezentacyjną ulicą Sajgonu. Należałoby raczej powiedzieć Miasta Ho Chi Minha, ale czyż Sajgon nie brzmi bardziej egzotycznie, tajemniczo, niemal mistycznie? Tom wykładał Luli przyśpieszony kurs historii, pokazując okoliczne budynki: konsulat amerykański, przed którym kolejki postulujących po wizę znikają jedynie nocą; katedrę zbudowaną na wzór paryskiej Notre Dame; Pocztę Główną o pałacowym przepychu; wreszcie byłą siedzibę francuskiego namiestnika w czasach francuskiej potęgi w Indochinach – dziś Pałac Zjednoczenia, przypominający swym rozmachem i smakiem krzyżowkę moskiewskiego Mauzoleum Lenina z ogromnym schronem bombowym.

Przed niepozornym wejściem kłębił się tłum ludzi – miejscowych, turystów, naganiaczy, kierowców taksówek i dzieci sprzedających gumę do żucia. Lula poczuła się znowu jak na lotnisku – w oku cyklonu. Za drzwiami restauracji rozciągały się rzędy drewnianych stołów – niektóre ukryte pod opadającymi liśćmi bananowców, inne na wprost zwinnych kucharzy, przygotowujących potrawy na oczach gości. Ciepłe, wilgotne powietrze ciążyło mniej wieczorem, a orgia zapachów nie pozwalała powstrzymać kapiącej ślinki: wokół wrzały zupy, smażyły się ryby, grillowały krewetki, marynowały kalmary, dymił ryż w kilku odmianach, dusiła się wołowina, w wielkich kadziach słodko popyrkiwał sos kokosowy. Kelnerzy przemierzali zatłoczoną restraurację setki razy, ledwie nadążając z zamówieniami. Co i rusz, bosy człowiek przeciskał się przez tłum gości z potężną bryłą lodu na plecach.

Pan Chau z gracją obieżyświata ominął oddającego pod drzewem mocz taksówkarza, proponującego swe usługi, nie przerywając naturalnej czynności; dyskretnie przekonał sprzedawcę dmuchanych zabawek, że nie potrzebuje ani pękatej żyrafy, ani łysawego lewka, ani nawet drobnej, rumianej świnki; wydrążył tunel w oczekującej na miejscówki dwudziestoosobowej grupie rosyjskich turystów przyglądających sie z niepokojem znakowi drogowemu, co do którego  ścierały się  interpretacje między zwolennikami zakazu i nakazu przemarszu fok.... Lula przytomnie zauważyła, że fok w tropikalnym kraju daremnie szukać, już chciała szukać wyjaśnień, kiedy jej nozdrza skurczyły się w mimowolnej reakcji na zapach, którego mogła się spodziewać wszędzie, ale nie w restauracji. Rozejrzała się wokół i z ulgą odnotowała, że podejrzany smrodek nie był efektem wymiocin cierpiącego klienta, ale .... sosem, który uśmiechnięty kucharz właśnie dolewał do zaserwowanej zupy.
- To dopiero pierwsza porcja- pewnie jesteś głodna, a menu liczy jakieś 10 stron – powiedział Tom, przysuwając Luli pod nos coraz ciekawsze potrawy.
- Spróbuj wszystkiego – to najlepszy sposób na wyrobienie sobie opinii o kuchni. A mogę cię zapewnić, że kuchnia wietnamska to jedna z najciekawszych, najsmaczniejszych i najzdrowszych.
Na stole stały miski, talerze, gliniane garnki, przenośny grill i mnóstwo drobnych miseczek wypełnionych przeróżnymi sosami.
- Uważaj na sos rybny – poradził Tom. Uchodzi za przysmak, ale w niewielkich ilościach. Zanim użyjesz czegokolwiek, lepiej obwąchaj dyskretnie – sos rybny rozpoznasz na kilometr; złośliwi twierdzą, że zalatuje wymiocinami. Mnie wydaje się dużo bardziej znośny, niż inny miejscowy smkołyk – owoc duriana.
- Dość gadania, zabierajmy się do jedzenia – ponagliła Elsa.

Zupa wydała się Luli najlepszą, jaką jadła od lat; gorący rosół był lekki, choć pełen esencji; pikantny, lekko kwaśny i ... niepowtarzalny, w dużej mierze za sprawą drażniącego jej powonienie rybnego sosu, którego pierwsza zapachowa fala uderzeniowa zdołała na szczęście wyparować. Miseczka zupy wypełniona była białym, delikatnym makaronem ryżowym, drobno pokrojoną papryczką chili, smażoną cebulką i dwiema potężnymi różowymi krewetkami. Na miseczce obok podano kilka rodzajów świeżych ziół, kiełki soi, przekrojoną na pół soczystą lemonkę i sos sojowy. Wszystko należalo stopniowo dodawać do zupy, drobnymi porcjami – co, zważywszy na pierwsze w życiu Luli posługiwanie się pałeczkami, wychodziło jej, w istocie, bardzo stopniowo.
- Pychota! Uwielbiam tę kuchnię! – zachwycała się Lula, łapczywie mieszając króciutką, porcelanową łyżką.
- Poczekaj, aż spróbujesz kolejnych dań – śmiał się Tom, widząc jej zdrowy apetyt.
- Ach, pamiętaj, że wedle miejscowego zwyczaju, należy zostawić trochę zupy na dnie, na znak zaspokojonego apetytu.
Lula z przyjemnością zauważyła, że na tę uwagę było za późno – pochłonęła zupę do ostatniej kropli i w tej chwili powstrzymywała się przed dyskretnym wylizaniem dna miski. Już wiedziała, że droga do jej serca z pewnością prowadzi przez żołądek – z lubością próbowała kolejnych potraw; grillowanej pasty krewetkowej na trzcinie cukrowej; ślimaków duszonych w tamaryndowym sosie; świeżych nasion lotosu; kawałeczków wołowiny zapiekanych w liściach winorośli; ośmiorniczek zasmażanych  w czosnku; ciągnących się niemiłosiernie pędów szpinaku; wieprzowych szaszłyków w słodkim sosie... Tom i Elsa podsuwali jej kolejne kąski, a kelner donosił kolejne litry mrożonej herbaty.
- Nieźle, jak na pierwszy raz – śmiała się Elsa. Teraz czas na deser! Dziś zamawiamy za ciebie, ale następnym razem bedziesz sobie musiała sama radzić. Hmmm, co byś powiedziała na pijane kulki ryżowe? Na sposób południowo lub północno-wietnamski?

Po pijanych w winie ryżowym równie ryżowych kulkach, Lula poczuła, że jej żołądek zamienia się w ciężką, zupełnie nieryżową, ołowianą kulę. Zgodnie z nowym wcieleniem, wytoczyła się łagodnie z restauracji, obiecując solennie, że już nigdy więcej nie skusi się na dziesięcio-daniową kolację.
Nie wiedziała, czy za sprawą podstępnych kulek winie, pod wpływem upału, różnicy czasu, czy też nadmiaru wrażeń w ciągu ostatnich 24 godzin, czuła, że lekko odpływa i tylko z wrodzonej grzeczności i wdzięczności wobec gościnnych gospodarzy przytaknęła na propozycję Toma: 
- Podjedliśmy, więc teraz należało by wypić zdrowie nowego narybku w Sajgonie. Lula, co powiesz na Palarnię? Mają tam świetne drinki i jak wskazuje nazwa, to nie koniec atrakcji – puścił oko Tom.
Ołowiana kula rosła Luli w żołądku, a resztki trzeźwości umysłu nie pozwalały zapomnieć mijanych po drodze propagandowych plakatów napiętnujących narkomanię.
- Tom! Czyż palarnie nie zniknęły z Wietnamu wraz z ostatnimi żołnierzami amerykańskimi? - zapytała. Na co, jak na co, ale z fajek dóbr wszelakich, Lula mogłaby się jedynie podjąć wysiłku zapalenia fajki pokoju.
- Tak, jak wszędzie – popyt nakręca interes. Zwłaszcza w Sajgonie, jeśli jest klient, znajdzie się i towar – Tom był najwyraźniej w doskonałym humorze. Co gorsza, w podobnym nastroju pozostawała Elsa, śmiejąc się tak szczerze, że musiała podtrzymywać podskakujący brzuch.

Palarnia znajdowałą się w przepięknej, postkolonialnej willi. Lulę ogarnęło przeczucie, że dym opium na pewno dopadł ją na odległość i pozbawił trzeźwej oceny sytuacji. Jakim bowiem cudem, w środku miasta, nie w garażu, ale w okazałym budynku, piętro nad wypełnioną dziećmi lodziarnią, mogłaby się oficjalnie mieścić palarnia zakazanego opium?
Długi, skąpo oświetlony korytarz nie dodawał jej animuszu, choć nie mogła się oprzeć urokowi orientalnych rzeźb zdobiących najmniejsze zakamarki. W oparach lampek naftowych, sączyła się jazzowa muzyka z sennym damskim wokalem.
Lula poczuła się jak nastolatka przyłapana na gorącym uczynku – nigdy nie paliła ani opium, ani haszyszu – opowieści znajomych napawały ją lekkim pobłażaniem dla mitu i obrzydzeniem, po wysłuchaniu opowieści o wydrapywaniu przez indyjskich sprzedawców cennego surowca zza długich i brudnych paznokci. O innych narkotykach słyszała wystarczająco dużo, by uznać ich przydatność w leczeniu bydła domowego.
Jednak palarnia opium w samym sercu egzotycznego Sajgonu, w pierwszą noc w tym dalekim mieście – taka gratka nie zdarza się na codzień. W końcu od dawna jest już dorosła i nie musi się kryć. Nie będzie przecież kupowała pokątnie nielegalnego towaru. Przyjrzy się tylko zadomowionym i najwyraźniej obeznanym z procedurą gospodarzom i może, jeśli sprawa wyglądać będzie w miarę niewinnie, dołączy do nich na jedną, maciupeńką fajeczkę opium. O Boże, Elsa! Ona chyba nie będzie palić – w końcu lada chwila może urodzić!
Lula nagle odzyskała przytomność umysłu i postanowiła nie tylko dać sobie spokój z narkotycznymi przygodami, ale też za wszelka cenę powstrzymać Toma! Przecież musi zapewnić bezpieczeństwo Elsie! W jej stanie, może potrzebować pomocy i przytomnego faceta w każdej chwili.
Na końcu korytarza, który najwidoczniej miał jednak koniec i nie prowadził do katakumb, pojawiło się właśnie mocniejsze światło, w którego zarysie rysowała się męska sylwetka. Tom przywitał się serdecznie z mężczyzną i pochylił się nad sofą, na której dopiero teraz Lula dojrzała kobietę. I to jaką kobietę! Orientalna piękność o idealnych rysach twarzy i  kaskadzie czarnych włosów opadających obficie na oparcie sofy, porażała swą elegancją. Ubrana w długą suknię z wzorzystego jedwabiu, apetycznie odsłaniającej śniadą skórę zgrabnych nóg obutych w atłasowe buciki – ta kobieta nie tylko była stworzona do tego, by doprowadzać męską część ludzkości do szaleństwa; jej elektryzujące piękno działało także na Lulę. W końcu jedna fajeczka opium w takim towarzystwie, to jak wejście żywcem do „Księgi tysiąca i jednej nocy”!
- Przyprowadziliśmy wam nowicjuszkę. Lula, poznaj naszych przyjaciół – Daniel i Stella, właściciele Palarni – powiedział Tom.
- Witaj, Lula! Ciesze się, że właśnie u nas spędzisz pierwszy sajgoński wieczór – Stella mówiła świetną angielszczyzną, a jej stanowczy uścisk dłoni daleki był od eteryczności wylegujących się na kanapach gejsz.
- Siadajcie, moi drodzy. Czujcie się, jak u siebie w domu – Daniel przysunął trzy skórzane fotele, w których człowiek zapada się na godziny, jeśli nie na lata.
- Dla ciebie, moja droga, jak ostatnio, jedynie drobny rausz? – Stella łagodnie pogłaskała Elsę po krągłym brzuchu.
- A dla Toma i Luli specjalna oferta! Zapalisz z nami? – Daniel uśmiechnął się zachęcająco.
- Jjja, muszę skorzystać z toalety! – wyrzuciła z siebie Lula

- Bardzo proszę, pierwsze drzwi na prawo.

Lulę ponownie oblewał pot, tym razem nie z powodu upału – w klimatyzowanym wnętrzu było raczej chłodno - ale z powodu wizji rychłego spotkania z nieznanym i zakazanym procederem. Powoli szła w kierunku rzeźbionych, masywnych drzwi z wizerunkiem .... kobiecego profilu z fajką w ustach. Tylko spokojnie, zdaj się na los – czarowała siebie samą. Palić, nie palić? Palić, nie palić? – Lula liczyła przemierzane klepki parkietu. Palić, nie.... – w roztargnieniu, uderzyła z impetem w drzwi toalety. Czegóż tam nie było! Kwiaty w miseczkach z wodą, aromatyczne świeczki, stare fotografie z Wietnamu, naturalne mydło kokosowe i fikuśnie zwinięte ściereczki do rąk. Z głośnika nad zlewem sączyła się zmysłowa muzyka. Lula spojrzała w lustro o patynowej oprawie; spodobało jej się to zmęczone i zarazem podekscytowane odbicie.Uśmiechnęła się do siebie szelmowsko i pomyślała: raz kozie śmierć!

Kiedy dołączyła do stolika, towarzystwo popijało czerwone wino, Elsa herbatę z chińskiego imbryczka, a Daniel zawzięcie ugniatał zawartość drewnianego pudełka.
- Ach, znalazła się zguba! – zawołał na widok Luli. Czekaliśmy na ciebie z pierwszą porcją. Zapalisz?
Lula przełknęła ślinę i ku własnemu zaskoczeniu, powiedziała:
- Tak, w końcu czemu nie? Ale to moj pierwszy raz, więc sami rozumiecie....
- Jeśli ci nie posmakuje, nikt cię nie będzie zmuszał! - skwitował Daniel, otwierając przed Lulą pudełko.
- Na jakie masz ochotę? Waniliowe cygaretki, czy porządne kubańskie cygara Cohiba? 

Luli, mimo wszystko, spadł kamień z serca. Popatrzyła na swoich nowych znajomych, nie kryjących zadowolenia z jej reakcji.
- Nie przejmuj się, nie ty pierwsza padłaś ofiarą zagrywki – śmiała się Stella.
- Co jakiś czas, ogrywamy ten sam numer na nowo przybyłych. Co ciekawe, tak naprawdę nie padło nawet słowo opium, ale każdy obawia się najgorszego, kiedy zapraszają go w pierwszą noc do Palarni.

- Opium zniknęlo z sajgońskich palarni, tym samym pozbawiając je racji bytu, wraz z nadejściem komunizmu – wyjaśniał Tom. Teraz można sobie spokojne zapalić jedynie w wioskach na granicy z Laosem, spory kawał drogi stąd.  

                                                                
Palac Zjednoczenia dzisiaj



... i w dniu zjednoczenia Wietnamu, kwiecien 1975 r.

czwartek, 10 marca 2011

Nie wiadomo, kto wymyślił powiedzenie „Ale Sajgon!” – istnieje jednak spore prawdopodobieństwo, że jego autor poznał rzeczone miasto, przez które samochód próbował się przedrzeć ze zmiennym szczęściem.
Droga prowadząca z lotniska do domu Toma była jednym, wielkim pasmem rozkopów i wizją biblijnego chaosu; tysiące ludzi przemieszczało się we wszystkich kierunkach, nie respektując żadnych zasad ruchu drogowego lub raczej interpretując je na własną modłę, która sprowadzała się do zasady: jeśli mi pasuje, działam zgodnie z prawem.
Czerwone światło na drogach pełniło raczej rolę ozdobnika, na który mało kto zwracał zresztą uwagę; zarówno pasażerowie, jak i kierowcy, mieli niesamowitą zdolność patrzenia w kierunku odwrotnym do kierunku jazdy.  Zbita masa rowerów, motorów, rykszy, samochodów, autobusów i ciężarówek przemieszczała się w ślimaczym tempie, trąbiąc przy tym niemiłosiernie. Nikt nie zwracał uwagi na kolumne pojazdów podążającą pod prąd, a te z kolei całkowicie ignorowały pojedynczych przechodniów, machających wesoło do pozostałych uczestników ruchu.
Zdumiona, Lula zaczęła nerwowo przypominać sobie strukturę organizacji pszczelich społeczności – tutaj jednak nie było mowy o logice, a pierwszeństwo miał zawsze większy lub glośniejszy pojazd.   
- Będzie ci brakowało wielu rzeczy w Wietnamie, ale z pewnością nie będziesz mogła narzekać na brak mocnych wrażen – zagadnął Tom, patrząc ze współczuciem na przejętą Lulę.
- Czy tutaj nie zdarzają sie wypadki, Tom?! Przecież brak tutaj jakiegokolwiek sensu, nie mówiąc o zasadach bezpieczeństwa!
- Wiesz, to tylko tak wygląda .... cholera jasna!!!  - krzyknął Tom, ratując się w ostatniej chwili przed rozwaleniem nosa o szybę.

Pan Chau cisnął z całych sił na hamulec, po czym wyskoczył z samochodu i zniknął z pola widzenia. Dopiero po dobrej chwili, Lula dojrzała go pochylonego nad chłopcem wijącym się na ziemii.
- Rany boskie! Szybko, wypadek! Musimy mu pomóc!
Oboje wysiedli z samochodu, całkowicie blokując ruch na drodze. Przed maską ich blyszczącej terenówki leżał chłopak, trzymając się za brzuch. Wokół zaczynali gromadzić się gapie, pokazując sobie wzajemnie palcami ofiarę wypadku i ciesząc się z tej taniej rozrywki.
Pan Chau pomaga podnieść się chłopakowi, choć ten narzeka na ból brzucha. Żadnych strat, gołym okiem, nie widać - motor jest cały, choć leży, na masce samochodu ani śladu wgniecenia.
- Tom, widziałam w samochodzie apteczkę. Musimy mu pomóc!
Tom zamienił z panem Chau parę słów, po czym zniknął w samochodzie, by po chwili wrócić bez apteczki, ale z paroma banknotami w dłoni. Ku osłupieniu Luli, poturbowany chłopak przyjął dyskretnie wsunięte do dłoni banknoty, podniósł się, otrzepał, przywrócił motor do pionu, szczerze się roześmiał – ni to do siebie, ni to do zgromadzonej publiczności - , po czym na drugim biegu, wbił się ponownie w masę zmierzającą w przeciwnych sobie kierunkach.
- Dałem chlopakowi sto tysięcy. Narzekał, że rozdarła mu się nogawka nowych spodni. Do tego, upadek zniszczył naklejkę „Jesteśmy miszczami” na motorze. Za resztę kupi piwo sobie i kumplom i będzie śmiał się do rozpuku, że trafił na frajera.
Lula poczuła, że robi jej się duszno i resztę trasy spędziła w milczeniu, z nosem przy szybie, zaciskając nerwowo pięści i zapierając się instynktownie kolanami o siedzienie.

Rozkopana droga stopniowo ustępowała miejsca całkiem równym ulicom, często zacienionym ponad stuletnimi drzewami. Teraz dopiero mogła przyjrzeć się mieszkańcom Sajgonu: pięknym dziewczętom w białych tunikach i stożkowych kapeluszach, prowadzącym niespiesznie rowery; trzyosobowym rodzinom mieszczącym się na jednym motorze; ponętnym kobietom o nieskazitelnie prostej sylwetce i nieodmiennie długich, kruczoczarnych włosach; kierowcom rikszy, o smukłych, umięśnionych nogach i ich pasażerkom – starszym paniom, kryjącym się od słońca pod parasolem; dzieciakom grającym w piłkę na chodniku; staruszkom  podobnym do Ho Chi Minha, grającym niespiesznie w warcaby na stołeczkach rodem z baśni o Siedmiu Krasnoludkach; truchtającym kobietom z dymiącymi garnkami zawieszonymi na nosidłach; sprzedawcom kudłatych piesków upchanych w wystawionych na południowe słońce klatkach; robotnikom korzystającym ze sjesty między gęsiennicami koparki; fryzjerowi pod gołym niebem, uwijającym się w ukropie przy zadbanym kliencie; sprzedawczyniom kokosów, kłócącymi się o klienta; kierowcom taksówek oddającym mocz pod murem, nie przerywając przy tym konwersacji; turystom w obowiązkowych klapkach i szortach, zwiedzającym miasto w grupach; dziewczynkom z miskami zupy, przebiegającym z gracją przez ulicę.

Wokół, pięły się domy o jaskrawych kolorach – szerokie na dwa-trzy metry i wysokie na kilka pięter, sprawiały wrażenie postawionych na sztorc wagonów. Słupy wzdłuż ulic uginały się od przewodów elektrycznych, niebezpiecznie zwisających na poziomie średnio wyrośniętego przechodnia.

Trudno uznać, że miasto ma duszę, ale z całym przekonaniem nie brakuje mu energii. Lula czuła, że mimo kontrastu z jej wyobrażeniami, Sajgon przyciąga jak magnes. Zwłaszcza, kiedy znaleźli się w jego pięknej, rezydencyjnej części; przed kutą bramą zacienioną palmami kokosowymi, pan Chau lekko uderzył w klakson i oczom Luli okazał się widok żywcem wyjęty z kartki pocztowej. W cieniu potężnych mangowców i delikatnie poruszanych na wietrze palm kokosowych, stał dom z przyjaźnie otwartymi na ościerz drzwiami, strzeżonymi jedynie przez dwa drewniane, ręcznie malowane żurawie. W środku ogrodu, w świetle zachodzącego słońca, pobłyskiwał błękit wody w fikuśnie wykręconym w ósemkę basenie.
Na progu domu pojawiła sie piękna, czarnoskóra kobieta w kwiecistej sukience.
- Witaj w Wietnamie, moja droga! – mocno uścisnęła dłoń Luli, która dopiero teraz zauważyła spory brzuszek rysujący się pod sukienką gospodyni.
- Lula, to Elsa – moja druga połowa – wyjaśnił Tom. Przyjechałaś niemalże na akcję porodową – mamy termin na przyszły tydzień, ale w tym klimacie wszystko może ulec zmianie.
- Tom nie mógł się ciebie doczekać – wtrąciła przyjaźnie hebanowa piękność. Nie przestawał o tobie mówić. Zaczynałam być zazdrosna! – wybuchła szczerym śmiechem Elsa. 
- Kochanie, wiesz, że doczekać to ja się nie mogę, i owszem, ale ciebie – Tom pogładził czule wystający, kwiecisty brzuch. Mała się nie spieszy z przyjściem na świat, ale na jej miejscu robiłbym to samo. Po co z własnej woli opuszczać tak przyjemne miejsce? Wiem, o czym mówię .... – tym samym, Tom wprowadził Lulę w szczegóły swego życia intymnego.
- Zamiast słuchać tego erotomana-gawędziarza, chodź – pokażę ci twój pokój – zaproponowała Elsa.

Pokój okazał sie być.... osobnym domkiem, położonym po drugiej stronie basenu, sprytnie ukrytym pod ulubionymi palmami kokosowymi. Lula, co prawda, pamiętała, że w wypadkach spowodowanych spadającymi znienacka kokosami, ginie w Azji więcej ludzi, niż w wypadkach samochodowych, ale nie mogła się oprzeć wrażeniu obezwładniającej jej radości. 

- To najlepszy hotel w mieście. Zanim znajdziesz swoje lokum, czuj się jak u siebie w domu. Będziemy blisko, a jednocześnie każde z nas pozostanie niezależne. Zwłaszcza teraz, kiedy powiększy nam się rodzina, wspólne życie mogłoby być dla ciebie uciążliwe.
- A teraz odpocznij po podróży – Tom chce koniecznie pokazać ci miasto nocą. W końcu nie codzień przyjeżdża się na drugi koniec świata – Elsa najwyraźniej podbijała serce Luli.

czwartek, 03 marca 2011

- Madam, madam! Taxi? Tuk-tuk? – Lula ledwo przeciskała się przez tłum pasażerów i oczekujących, siedmiopokoleniowych rodzin. Jakiś tysiąc osób kłębił się na skrawku tymczasowej poczekalni.
- Nie, dziękuję, czeka na mnie samochód – Lula nerwowo rozglądała się za oczekującym jej Tomem.
- Samochód, madam? Ja też mam samochód! Bardzo dobra taksówka. Niedrogo! Taki sam samochód, jak pani, madam. Taki sam, ale inny – lepszy, madam!

Po plecach Luli spłynęła pierwsza strużka potu – byla ósma rano, w powietrzu wisiała zapowiedź piekielnie upalnego dnia. I ta wilgoć – koszula lepiła się do pleców, włosy do czoła, uchwyt torby do rąk, a stopy ślizgały się po podeszwach sandałów. Po 20 godzinach w podróży, do Luli powoli docierało, że jest na drugim końcu świata i że przyleciała tu bez wahania, urzeczona zdjęciem. A konkretnie – zdjęciem jałówki. Miała jasnobeżową sierść i te same migdałowe, wilgotne oczy, które przed laty hipnotyzowały ją ze strony 23 Atlasu zwierząt hodowlanych. 
Kiedy Lula dowiedziała się, że Weterynarze Świata poszukują pracowników w Wietnamie, przypomniała sobie, podziwiany w dzieciństwie, charakterystyczny kształt kraju, wygiętego w smocze „S” i już wiedziała, że los pewnie ma co do niej jakiś większy plan.
Tom, który się z nią skontaktował – opowiadał o życiu i pracy w Wietnamie, kusząc i malując na łączach telefonicznych coraz piękniejsze obrazy. Nie wiedział jednak, że dysponował bronią dużo bardziej skuteczną: do umowy o pracę wysłanej przesyłką ekspresową, dołączył zdjęcie z terenu. Przystojny, uśmiechnięty człowiek głaskał po szyi wpatrzoną w niego istotę, skąpaną w miękkim świetle zachodzącego słońca.
Lula poczuła, że po raz pierwszy w życiu, uległa miłości od pierwszego wejrzenia: zakochała się! W migdałowookiej jałówce z fotografii.

Toma jednak wciąż nie było pośród rodzin z dziećmi, rodzin bez dzieci, przedstawicieli agencji turystycznych z imionami pasażerów na tabliczkach, hordy taksówkarzy i sprzedawców baloników. Lula sięgneła po papierosa i zaczęła wdychać tytoń zmieszany z zapachem nowego kraju. Był dosyć nijaki w tym, mimo wszystko, sterylnym otoczeniu. Ciekawość jednak ciążyła jej niezmiernie i gdyby nie 30 kg niezbędnego bagażu, ruszyłaby pewnie na podbój Sajgonu.

Przyglądała się chciwie ludziom. Mężczyźni wyglądali niemal identycznie - setka drobnych, czarnowłosych i czarnookich postaci w niebieskich koszulach i za dużych butach. Wszyscy  mieli idealnie przycięte włosy i monotonny wyraz skośnych oczu, ale już obuwie  bywało różne: od zadartych czubów na grubej podeszwie, przez jasnobeżowe klapki sanitariuszy, po rozdeptane sandały, czy wręcz bose nogi. Panowie uśmiechali się i pokazywali sobie nawzajem co ciekawsze okazy przybyszów: na widok co drugiego wybuchali serdecznym śmiechem i chociaż Lula nie rozumiala ich mowy, dołączała się dyskretnie do obserwacji, przyznając w głębi ducha, że przedmiot salw śmiechu był najczęściej uzasadniony, a sam śmiech niewinny.
Kobiety wydawały się większym skupiskiem osobliwości: począwszy od uroczych dziewczynek uczesanych w ciasne warkocze z kokardami w radzieckim stylu, poprzez pewne swej urody młode kobiety – równie czarno i skośnookie, co mężczyźni, za to z większa fantazją w uczesaniu -, aż po urocze starsze panie w odświętnych strojach z aksamitu, wachlujące się znoszonymi stożkowymi kapeluszami z liści bambusa.

Kontemplację przerwał Luli widok przygladającego się jej człowieka o szczerym uśmiechu. Po chwili wahania, wyraźnie zmierzał w jej kierunku:
- Pani Lula? Przyjechała pani do Weterynarzy Świata? Witamy w Wietnamie! – przywitał się po francusku. 
Lula nie mogła się oprzeć wrażeniu, że przemiły człowiek ma głos 50-latka i fizjonomię chłopca. Ubrany w nieskazitelnie bialą koszulę, ze skórzaną teczką w ręce, wyglądał na bardzo ważnego człowieka.
- Mam na imię Chau i bardzo się cieszę, że mogę panią poznać. Proszę za mną, czeka na nas samochód.
Lula poczuła się jak dama, choć wciąż nie znana jej była rola pana Chau. Za szybą samochodu dojrzała kierowcę niezdarnie szamoczącego się z pasami bezpieczeństwa i gramolącego się do wyjścia. Wymięty i miotający się w walce z materią, wydawał się całkowitym przeciwieństwem dystyngowanego pana Chau – skromnego człowieka, któremu nawet nie przeszło przez myśl podkreślenie własnej funkcji, co do której Lula nie miała wątpliwości; ten człowiek wydawał się urodzonym prezesem, ewentualnie – generałem na zasłużonej, przedwczesnej emeryturze.
Z zadumy nad przemiłym narodem wyrwało ją tąpnięcie w łopatki:

- Lula? Ależ się cieszę, że jesteś – wiedziałem, że moje zdjęcie przypieczętuje podpisanie umowy. Witaj w tropikach! – wymięty człowiek o potarganej czuprynie szczerzył się w uśmiechu. Tom – ze zdjęcia z jałówką!
- Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt zmęczona, bo mamy zamiar pokazać ci dzisiaj Sajgon nocą. Całą paczką fajnych ludzi, właczając mnie samego – roześmiał się szczerze. Wiesz, kwestia złapania bestii za rogi już pierwszej nocy.

Lekko otumaniona Lula usadowiła się wygodnie w wypieszczonej terenówce, zaraz za siedzeniem pana Chau, by dopiero wtedy rozpocząć trzeźwą ocenę sytuacji.  Najwyraźniej, zmieszanie miała wypisane na twarzy.
- Nie bój się, pan Chau jest doskonałym kierowca – przeprowadzi nas przez wrota piekieł, jak mało kto – Tom najwyraźniej cieszył się lekkim otępieniem pasażerki.

piątek, 25 lutego 2011

Zgodnie z obietnicą producenta buraczanych tabletek nasennych, Lula zamierzała słodko przespać podróż przez siedem stref czasowych Azji, Afryki i Europy.

Korytarzem toczył się kolczasty owoc duriana, najwidoczniej źle ukryty w luku bagażowym. Woń będąca mieszaniną zgniłej cebuli ze zbyt naturalnym zapachem osobników zaniedbanych pod względem higieny, zataczała coraz szersze kręgi, by, w swej kolczastej formie, wylądować wprost pod nogami Luli. Na pokładzie panowała ciemność, chroniąca nielegalnych przewoźników zakazanych owoców i przypadkowe ofiary niepopełnionych przestępstw. Wstrzymując oddech, przymierzyła się do dyskretnego kopniaka w kolczastą kulę, kiedy nocną ciszę przerwał jedwabisty, damski głos:
- Szanowni państwo, prosimy o uwagę. Na pokładzie nastąpiło zwiększone zapotrzebowanie na tlen – proszę postępować zgodnie z instrukcjami, które ogłosi personel pokładowy. Za chwilę maski tlenowe wypadną automatycznie... 
Lula rozejrzała się uważnie wokół siebie, napotykając równie niespokojny wzrok kilkorga, cierpiących na bezseność, pasażerów, usiłujących wydobyć więcej informacji na temat zbliżającej się nieuchronnie katastrofy. Nadaremnie – stewardessy kroczyły korytarzem z niezmąconym spokojem, przecierając zmęczone z niewyspania oczy, narażone dodatkowo na rażące światło, które rzęsiście oświetliło pokład w związku z komunikatem o dekompresji.
- Należy chwycić maskę znajdującą się najbliżej państwa i pociągnąć zdecydowanie do siebie. Następnie należy nałożyć maskę regulując docisk paskami i oddychać normalnie.

Stewardessa przepłynęła z gracją korytarzem, mimo skarpetek bezładnie zrolowanych wokół nieobutych stóp.
- O co chodzi? – przerażony pasażer chwycił ją za rękę. Gdzie są maski? 
- Słucham?
- Co się dzieje, do diabła?! Spadamy? – potrząsał z całą siła drobną, azjatycką dłonią.
- W czym mogę pomóc? – zapytała niezbyt przytomnie stewardessa.
- Dekompresja na pokładzie, a pani pyta się w czym może pomóc? – irytował się przerażony pasażer.
- Czy może pan powtórzyć?
- Spadamy, do cholery! Wszyscy śpią. Ruszcie się – trzeba ratować ludzi, zanim się uduszą!
- Czy pan sobie życzy coś do picia lub do jedzenia? O tej porze, podajemy jedynie kanapki i zupki w proszku. Do wyboru mamy trzy smaki: wołowy, krewetkowy i wieprzowy.

Lula już szykowała się do moralnego wsparcia pasażera – w końcu nie po raz pierwszy automatyczny komunikat samoczynnie włączał się na trasie miejscowych linii lotniczych -, kiedy światło zgasło, a stewardessy zniknęły w sobie jedynie wiadomym zakamarku pokładu, gdzie nikt wreszcie nie mógł im zawracać głowy zbędnymi pytaniami.
- Ja poproszę zupkę krewetkową i kieliszek wina, by uczcić brak katastrofy – wtrąciła przytomnie Lula do jedynej, wciąż obecnej, jedwabiście kroczącej piękności.
Jednocześnie, uprzedzając ewentualne problemy, włącznie z ekstradycją na poziomie dziesięciu tysięcy metrów, gdzieś w okolicach Madrasu, sprawnie wycelowała nogą w kłopotliwy owoc, który potoczył się wprost pod nogi wychodzącego z toalety wąsacza. Zanim zdążyła się ukryć, usłyszała w ciemności znajomy głos:
- Widzę, że pani nie próżnuje; najpierw przemyt zakazanych durianów, a teraz, dla odwrócenia uwagi, wywołanie dekompresji na pokładzie... Czy pani zdarza się zachowywać przyzwoicie?
Lula poczuła, że chętnie zapadłaby się pod ziemię, gdyby nie świadomość, że na tej wysokości oznaczało to pokonanie dystansu dłuższego niż czas niezbędny na wyjaśnienie.
- Cóż za zbieg okoliczności – zauważyła niezbyt przekonywująco. Widziała wąsacza po raz trzeci w życiu i wbrew zasadzie „ Do trzech razy sztuka”, każde spotkanie było w mniejszym lub większym stopniu katastrofą.
- Jeśli pozwoli się pani przekupić i zaprosić na lampkę szampana, byłbym skłonny wyrzec się nieodpartej chęci donosu europejskim celnikom na temat przemytu durianów....
 - Ależ to zupełnie niepotrzebne – ten owoc nie należy do mnie. Mogę to udowodnić – zaperzyła się. Jednak w drodze wyjątku .... i w ramach przeprosin za nasze pierwsze, niefortunne spotkanie, nie pogardzę szampanem. Nie ukrywam, że wobec pigułek nasennych z buraka stanowi niezwykle kuszącą alternatywę.
- Pozostało nam osiem godzin lotu; czy uda sie pani w tak krótkim czasie streścić swoją wietnamską historię? – zapytał wąsacz, niebezpiecznie mrużąc czarne oczy.
- Cóż, chyba jestem to panu winna... Ale będzie to pana kosztowało więcej, niż jedną lampkę szampana – zauważyła pokojowo Lula.
- A zatem za spotkanie na wysokości – powiedział uroczyście wąsacz, którego wieloczłonowego imienia Lula nie potrafiła sobie przypomnieć. Zwłaszcza, kiedy z błąkającym się pod południowym wąsem uśmiechem, próbował z rosnącym, w miarę wchłanianych bąbelków, powodzeniem hipnotyzować ją mocnym, jak ciemna kawa wzrokiem.  

poniedziałek, 21 lutego 2011

Lulę od zawsze ciągnęło w szeroki świat – pasje zaszczepił jej ojciec, obdarowując globusem, nad którym spędzała całe noce; nie do końca wierzyla, że ziemia jest okrągła, ale nie potrafiła się oprzeć magii egzotycznych nazw, a dziecięca wyobraźnia gorączkowo szukała podobieństw z ukochanym światem zwierząt; Papua Nowa Gwinea jawiła się jako dinozaur, Filipiny przypominały siedzącego psa, Sri Lanka wykluwające się pisklę, a Wietnam potężnego smoka.

Kilka lat później, Lula wygrała szkolny konkurs na temat prewencji największych plag XX wieku. Miała 12 lat i niewielką wiedzę o gruźlicy, czy żółtej febrze - popełniła więc wyciskający łzy wiersz o umierających z głodu Murzynkach.

Po odbiór nagrody spóźniła się – padła ofiarą przekonywującej teorii siostry o sposobach walki z upałem. Siostra, świeżo po lekturze mitów greckich, odkryła, że najlepszym sposobem walki z wysoką temperaturą jest zwolnienie tempa, wzorem starożytnych. Stąd i Lula przez kilka dni kroczyła z powagą, ważąc każdy krok. Takim majestatycznym przemarszem zaszczyciła sekretariat dyrektora, by dowiedzieć się, że pozostała jedynie ostatnia pozycja – „Atlas zwierząt hodowlanych”. I szybko zakochała się w midgałowych oczach jałówki indyjskiej spoglądającej łagodnie ze strony numer 23.

CDN.

************************************************************************************************************

Jak się nie ma, co się lubi – to się lubi, co się ma J.  Formula bloga ulega tymczasowej zmianie – za usterki przepraszamy.

wtorek, 01 lutego 2011


Na zdjeciu: Mimi - wietnamski kotek z kroliczym ogonem, czyli kompromisowy patron nadchodzacego roku


Wietnam ponownie okazal sie niezwyciezony. Wbrew tradycji wielkiego sasiada, nadchodzacy Nowy Rok ksiezycowy trafi we wladanie Kota, mimo chinskiego patronatu Krolika. Podczas gdy od Singapuru po Pekin, handlowcy zacieraja rece sprzedajac bizuterie ozdobiona kroliczymi uszami, w Wietnamie kroluja kocie ogony i tajemnicze kocie oczy.
Juz trzeciego lutego pozegnamy sie z wladczym i gniewnym Tygrysem, by powitac bardziej potulnego zwierza. Obydwie kultury zgadzaja sie, co do charakterystyki nadchodzacego roku. Jaki wiec on bedzie?
Astrolodzy obiecuja 12 spokojnych miesiecy, obfitujacych w radosne wydarzenia.  Dobry czas wroza artystom, projektantom wnetrz oraz wszystkim tym, ktorych praca polega na uprzyjemnianiu zycia innym. To wazne, bo czeka nas ponoc rok zabawy i odpoczynku; odkryjemy na nowo proste radosci, docenimy zycie rodzinne i przyjaciol. Wielu zakocha sie do szalenstwa, a malzenstwa zawarte w tym roku maja nalezec do wyjatkowo szczesliwych.
W pracy powinnismy stawiac na szeroko pojeta wspolprace – z podwladnymi i szefami nalezy wiec zachowac poprawne stosunki, bo zycie zawodowe w duzej mierze ma zalezec od nieformalnych spotkan.W interesach nie spodziewajmy sie wielkiej i szybko zbitej fortuny – raczej pozytywnego rozwoju zdarzen, w normalnym tempie. Kot jest strachliwy i ostrozny, wiec zamiast spekulacji na gieldzie, wybierze raczej bezpieczne oszczedzanie w gotowce.
Niektorzy, zapobiegawczy przedstawiciele tego gatunku, juz sie szykuja na przywitanie nowego roku
J
 



CHUC MUNG NAM MOI!
SZCZESLIWEGO NOWEGO ROKU KROLICZEGO KOTA  

czwartek, 06 stycznia 2011

Nie ma to, jak życie w tropikach - pomyślałam, patrząc przez okno na zasnute ciężko niebo. To nie Warszawa – uszczypnęłam się dla pewności, to Sajgon!
Styczeń to początek najlepszej na południu Wietnamu pory roku, trwającej raptem dwa miesiące: jest słonecznie, rześko, lekka bryza w ciągu dnia, miły chłodek wieczorem, słupek rtęci w okolicach 27⁰C.
Zakorzeniony w Polsce system kuszenia wiosny paradowaniem od 1-go marca w wiosennym płaszczu, kazał mi solennie pożegnać się z pośmierdującą od wiecznej wilgoci peleryną przeciwdeszczową, wyrzucić do kosza rozpadłe od deszczu buty, tudzież nowiutką torebkę, z której opadła od wilgoci skóra, zanim zdążyłam ją pokazać światu. Wiosna! Teraz wyrwą się do słońca przygięte ulewami palmy, posmutniały jaśmin i nieśmiały hibiscus.
Nic z tego – po południu rozlega się znajomy pomruk za oknem, potem kolejny i po chwili już wiadomo: pora deszczowa opuści nas, kiedy zechce, bez względu na kalendarz i dąsy. Kapuśniaczek – myślę sobie, wycierając spływające wodą siedzenie motoru. Ręce ślizgają się po mokrej kierownicy, z kasku spływa brudna strużka wody, kolejna po plecach.... Po drodze ludzie w panice zatrzymują się, by wdziać peleryny, a sprzedawcy tychże klną pod nosem, że zmienili towar na okulary przeciwsłoneczne. Mnie pozostaje głupia duma, która nie zrekompensuje przemoczonego ubrania i przekonanie, że magiczne myślenie zatrzyma deszcz. Daremnie... Kolejny dzień pozbawia od rana złudzeń; sprawdzam trzy razy, czy mój budzik ma rację, wskazując  6.30, choć za oknem szarówka. Wieczorem powtórka z rozrywki – niebo serwuje potężną ulewę. Tym razem chowam dumę do kieszeni i przepraszam się z peleryną przeciwdeszczową.
- Czy kiedykolwiek widzieliście deszcz w styczniu?! – pytam nazajutrz kolegów z pracy.
Smutne przeczenie głową.
- A ja pamiętam, dawno temu, kiedy byłam taka mała – księgowa unosi  dłoń do połowy uda. Padało w pierwszy dzień nowego roku...Zły omen...
Zbiorowe potakiwanie głowami potwierdza jedynie anomalię pogodową – nowy rok, według kalendarza księżycowego, to początek-połowa lutego, czyli tak, jakby w Polsce śnieżyło w połowie wakacji.
- To chyba ostatnie podrygi bestii ... – wyrokuje kolega.
Kończący się w lutym Rok Tygrysa cieszy się złą sławą patrona siejącego zniszczenia wszelakie. Pozostaje wierzyć lub.... zacząć się uczyć lepić bałwana pod palmą.



Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wietnamska młodzież nie ukrywa ambicji posiadania: w najbliższej przyszłości modnych skuterów, w dalszej – samochodów i willi. Niektórzy sięgają wyżej – 19-letni Tu pragnie zostać milionerem i jako taki, posiadać prywatny odrzutowiec.  Aby osiągnąć wymarzony status materialny, potrzebne są pieniądze i ta zależność wydaje się warunkować każdą życiową decyzję dzisiejszych nastolatków.

Poglądy młodzieży odzwierciedlają ewolucję całego wietnamskiego społeczeństwa. Wraz z szybkim tempem wzbogacania się kraju, radykalnie wzrastają oczekiwania. Od postępującej ekspansji ekonomicznej oczekuje się poprawy systemu nauczania i opieki zdrowotnej, jednocześnie szacując efekty uboczne: wzrost populacji, cen nieruchomości i postępującą przepaść ekonomiczną między najlepiej i najgorzej uposażonymi warstwami społecznymi. Ankietowani są gotowi do wyrzeczeń, doskonale zdając sobie sprawę z ograniczeń, jakie niesie za sobą abmitna kariera: rozluźnienie więzów rodzinnych i ograniczenie życia towarzyskiego. W przyszłym społeczeństwie wietnamskim zanikać będą jego wciąż charakterystyczne cechy: postawy obywatelskiej, solidarności i tradycji wielopokoleniowych rodzin.

Wietnamska młodzież wydaje się rozdarta między pragnieniem jak najszybszego osiąagnięcia zachodnich stadardów życia i przekonaniem o konieczności zachowania narodowo-kulturowych tradycji. Wietnam, podobnie jak kilka innych azjatyckich krajów, powoli opanowuje ten swoisty taniec na linie.

22:17, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010

Ruszyla kolejna edycja konkursu na najlepszy blog roku 2010 - obejmuje on wszystkie blogi polskojezyczne, w dziesieciu  roznych kategoriach. Pieciolatka Miss Saigon, stanela do biegu w kategorii Podroze i szeroki swiat.

Uwaga, dopasowane do ciala ao dai krepuje ruchy i nie pozwala biec pelna para - stad apel do czytelnikow:
Jesli goscicie tutaj po raz pierwszy, czy tez wpadacie regularnie, w poszukiwaniu inspiracji, informacji, odskoczni, czy oddechu i potraficie je tutaj odnalezc, zapraszam do glosowania na Miss Saigon - szczegoly juz wkrotce.



09:57, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

Młodzi Wietnamczycy podchodzą do kwestii wykształcenia niezwykle praktycznie; powinno się ono przekładać na możliwość znalezienia lukratywnej posady, zapewniającej dobre wynagrodzenie i stabiliność zatrudnienia. To nie wszystko – wykształcenie jest bowiem postrzegane jednocześnie jako wrota do awansu społecznego oraz znalezienia odpowiedniego partnera życiowego. Tego typu postawę młodzież dziedziczy po rodzicach, którzy w wykształceniu upatrywali jedynej możliwości awansu społecznego w czasach komunistycznej równości klasowej. Młodzi nie kryją, że ich wybór obleganych kierunków studiów (finanse, bankowość) wynika z presji rodziców i nie ma nic wspólnego z zainteresowaniami przyszłych studentów; którym raczej marzy się aktorstwo, sport zawodowy czy reklama. 

Rodzice zachęcają (czy wręcz przymuszają) dzieci do dodatkowych studiów, kursów i szkoleń. Uczniowie i studenci spędzają na nauce wiele czasu, od najmłodszych lat. Nierzadkim widokiem są nastolatki uczące się o północy, nieraz na ulicy, w świetle latarni. Jednocześnie, przyznają, że wietnamski model nauczania jest przestarzały i  nieefektywny. Co ciekawe, poziom niezadowolenia wzrasta w momencie przejścia z poziomu średniej do wyższej edukacji. Studenci zdają sobie sprawę, iż jest to ostani etap, po którego zakończeniu, trafią na rynek pracy, którego obecne wymogi nie przystają do standardów nauczania większości wyższych uczelni.  Osobiście zdarzyło mi się rozmawiać z absolwentką 5-letniej filologii angielskiej, której znajomość języka ograniczała się do kilku słów, na poziomie wczesnych klas szkoły podstawowej. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się zagraniczne uczelnie, powstające w Wietnamie; mimo wysokiego czesnego, najbardziej popularne mają zawsze komplet. Ich zakres nauczania jest jednak ograniczony i obejmuje głównie biznes i zarządzanie oraz nowczesne technologie (np. grafikę komputerową). Tradycyjne kierunki techniczne, medyczne, prawnicze pozostają na wysokim poziomie na państwowych uczelniach. Stypendia zagraniczne cieszą się ogromnym powodzeniem – zarówno rodzice, jak i uczniowie doceniają ich znaczenie; pozwalają zdobyć cenne doświadzczenie i znajomość języka. 
Nastolatki objęte ankietą nieraz były w stanie dokładnie określić rodzaj pracy, jaki na nie czeka po ukończeniu studiów; w państowych lub prywatnych firmach, gdzie zatrudnieni są ich rodzice lub posiadają odpowiednie koneksje.

Wszyscy badani podkreślają wartość wykształcenia, którego brak, może doprowadzić, według ankietowanych, do bezdomności, przestępstw i - co ciekawe – poważnych chorób, np. AIDS. 

00:06, chaobella , Nowe
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Definicja rozrywki przeciętnego wietnamskiego nastolatka może wydawać się jego zachodniemu koledze niezbyt atrakcyjna. Obejmuje bowiem: oglądanie telewizji, przesiadywanie z kolegami w kawiarniach, jazdę motorem po mieście i, przede wszystkim, surfowanie po internecie i gry komputerowe.  Kilku badanych chłopców wymienia grę w piłkę nożną, ale znakomita większość wybiera tzw. rozrywkę pasywną. Dochód (a raczej jego brak) jest głównym czynnikiem wpływającym na sposób spędzania wolnego czasu, w wiekszości sprowadzającego się do prostych i szeroko dostępnych opcji. Zadziwiający jest w Wietnamie brak dostatecznej popularyzacji sportu, przy jednoczesnym, ogólnonarodowym zainteresowaniu wszelkimi krajowymi i regionalnycmi imprezami sportowymi wysokiego szczebla. 

Ankietowani nastolatkowie z Hanoi deklarują chęć podróżowania, podczas, gdy Sajgończycy wydają się mniej zainteresowani tego typu rozrywką.  Tylko dwie badane wyrażają chęć podróży do Tajlandii (‘by zobaczyć te piękne plaże widziane w telewizji”), inna wspomina Singapur, gdzie babcia namawia ją na podjęcie studiów. Natomiast mieszkańcy Hanoi  marzą o odwiedzeniu dalekich krajów: Wielkiej Brytanii (by obejrzeć na żywo mecze piłka nożnej!), Korei  Południowej i Stanów Zjednoczonych. Przyznają, że podróżowanie jest synonimem wolności i okazją do poszerzenia wiedzy i doświadczenia. Zdają sobie sprawę, iż z powodów finansowych - nie będą mogli sobie na nie pozwolić. Co ciekawe, podróżowanie jest postrzegane jako przywilej młodości, który znika wraz z życiową stabilizacją.

09:26, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

Jak wygląda dzisiejsze pokolenie młodych Wietnamczyków ?
Czy ich wizja świata zależy od płci?
Czym różnią się równieśnicy z południa i północy kraju?

Szacuje się, że młodzież stanowi ok. 50% populacji 85-milionowego Wietnamu. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka w dużym stopniu opiera się na młodych i do nich jest adresowana. Jacy są dzisiejsi młodzi Wietnamczycy? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć jedna z firm badających  opinie społeczne. Objęła ona badaniem dwie grupy młodzieży: z Hanoi i HCM City, każda z nich złożona z nastolatków w wieku 15-19 lat. Badani pochodzą ze zróżnicowanych grup społeczno-ekonomicznych, na podstawie miesięcznego dochodu gospodarstwa domowego: Klasa A – średni dochód miesięczny ok. 700-1.000 USD, Klasa B –ok. 350-650 USD, Klasa C – ok. 200-300 USD. Zdecydowana więszość pochodzi z tradycyjnie funkcjonujących rodzin, aczkolwiek jedna badana miała rozwiedzionych rodziców (niezwykła rzadkość w Wietnamie).
Zasadniczo, nastolatki z Hanoi i HCM City mają podobny punkt widzenia na większość poruszanych tematów. Jednak mieszkańcy południa wydają się bardziej otwarci w niektórych kwestiach - głównie seksu i zwiazków partnerskich - niż ich bardziej konserwatywni koledzy z północy kraju.

Przyjrzyjmy się najważniejszym dziedzinom życia i ich percepcji przez wietnamską młodzież:
RODZINA
ROZRYWKA
WYKSZTAŁCENIE I KARIERA
SEKS I ŻYCIE UCZUCIOWE
AMBICJE I WIZJA PRZYSZŁOŚCI

Cz. I: RODZINA
Więzy rodzinne są niezmiernie ważne w Wietnamie, co potwierdził wywiad z badanymi grupami. Wszyscy bez wyjątku, czują się zobowiązani do „spłacenia długu” wobec swoich rodziców – za  wydatki na wykształcenie, wychowanie i wyżywienie dzieci – poprzez pomoc finansową w ich późniejszym wieku. Wielu badanych, glównie, dziewczęta, deklarowało gotowość podjęcia tymczasowej pracy, by wspomóc materialnie rodziców.

Chociaż poczucie odpowiedzialności za rodzinę jest bardzo wyraźne, młodzi – zwłaszcza chłopcy – planują w dorosłym wieku żyć na własny rachunek, poza rodzinnym domem.  Dung, 18-latek z HCM City, opowiadał o swoim domu, gdzie mieszka wraz z rozleglą rodziną. Przyznaje, że funkcjonowanie  w tak dużym gronie prowadzi nieuchronnie do konfliktów i nie pozwala na zachowanie prywatności. 

Wyprowadzka z rodzinnego domu jest synonimem swobodniejszego życia. Dziewczęta są dużo bardziej zależne od rodziców, ale większość z nich deklaruje po ślubie przeprowadzkę do rodziny przyszłego męża.

Posiadanie dzieci wydaje się naturalną częścią stabilizacji w dorosłym życiu, w jasno wytyczonej kolejności: zdobycie wykształcenia, małżenstwo, założenie rodziny. Najbardziej popularny model: to rodzice i dwójka dzieci mieszanej płci. Nierzadko jednak słychać u młodych deklaracje sprzeczne z tradycją: chęć posiadania jednego dziecka (bezdzietność z wyboru jest postrzegana jako kuriozum), czy córki w tradycyjnie opartym na synach modelu azjatyckiej rodziny. 

Istnieje ogromny dysonans między tradycyjną lojalnością wobec rodziny i pragnieniem niezależności.  Wielu aknietowanych wspominało o chęci założenia własnego domu po ślubie, zamiast pozostania w wielopokoleniowej rodzinie.  Jednocześnie, młodzi doceniają wygodę i materialne bezpieczeństwo, jakie niesie za sobą życie z rodzicami – z ograniczoną odpowiedzialnością za dom i lepszymi warunkami do nauki i pracy.

11:29, chaobella , Nowe
Link Komentarze (1) »
środa, 24 listopada 2010

Najwieksza tragedia od czasow Czerwonych Khmerow – krzycza we wtorek 23/11 rano miedzynarodowe media.
- Znow dzien swiateczny w Kambodzy – westchnelam w poniedzialek, widzac wspolpracownikow z Phnom Penh w trybie offline.

Caly kraj hucznie obchodzil trzydniowe Swieto Wody (Bnon Om Kuk), zegnajac pore deszczowa. Na brzegu Mekongu, w centrum stolicy, zgromadzily sie tlumy, by, jak co roku podziwiac parade tradycyjnych lodzi khmerskich. Ich widok pozwala zapomniec, ze zyjemy w XXI wieku – preza sie z iscie krolewskim majestatem. Parade zreszta regularnie odzwiedza rodzina krolewska.
Na urokliwym wybrzezu gromadza sie tlumy zarowno mieszkancow Phnom Penh, jak licznych przybyszow z prowincji – takie swieto nie zdarza sie codzien. Przekrzykuja sie sprzedawcy pieczonej szaranczy, ananasow na patyku i zimnych napojow, gra muzyka, a ulice zapelniaja sie przechodniami w swiateczny, niespiesznym nastroju.
Otwarto z tej okazji nowy, podwieszany 50-metrowy most, laczacy miasto z wyspa Koh Pich. Z zalozenia jednokierunkowy, w poniedzialek stal sie wyjatkowo glownym kanalem komunikacyjnym w tej okolicy, na co wladze przymknely laskawie oko, nie chcac zmuszac swietujacych do pokonywania 200 metrow dzielacych od kolejnego mostu.

Wsrod kolorowych fajerwerkow, okolo 10-tej wieczorem, na zatloczonym do granic mozliwosci moscie, z  niejasnych powodow, wybuchla panika. Napierajacy z obu stron ludzie probowali sie z niego natychmiast wydostac, tratujac innych, skaczac do wody lub ginac pod naporem silniejszych. W kilka minut, stratowano 378 osob. Ponad 700 jest rannych. Wiekszosc z nich to kobiety i dzieci, czesto przybysze z prownicji, ktorzy pod naporem tlumu, bali sie ratowac skaczac do rzeki – nie umieli plywac, ale tez nie wiedzieli, ze woda w tej czesci Mekongu siega zaledwie do pasa.

Swiadkowie podaja kilka teorii eskalacji paniki: plotke o rychlym zalamaniu mostu pod naporem tlumu; strach przed spaleniem przez sztuczne ognie stalowych lin podtrzymujacych zwieszany most;  wreszcie pogloske o masowym zatruciu pokarmowym, czy o uzbrojonym gangu grasujacym na moscie. Byc moze wszystkie sa sluszne. Byc moze wszystkie sa plotka.
Ci, ktorzy przezyli, wspominaja absolutna niemoc wobec naperajacego tlumu i brak powietrza pod rosnaca masa zywych i martwych cial.

Wszystkie szpitale w Phnom Penh wypelnione sa poszkodowanymi, ich rodzinami i cialami ofiar. Na zaslanym tysiacami butow, kapeluszy i butelek moscie mijaja sie zolnierze i policja. Na wybrzezu modla sie rodziny ofiar i mnisi buddyjscy.

„ To najwieksza tragedia od upadku rezimu czerwonych Khmerow 31 lat temu” – oglosil premier Hun Sen, wywodzacy sie z tegoz wlasnie rezimu. Rzad obiecal pomoc materialna rodzinom ofiar (1.000 USD) i rannym (200 USD).

Smutna refleksja masuwa sie sama: tego typu wypadki zdarzaja sie glownie w krajach slabo rozwinietych.  Zal, ze Kambodza musi zmierzyc sie z kolejna, niezrozumiala, masowa smiercia.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20