| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Click for Ho Chi Minh, Viet Nam Forecast Miss Saigon

Promote Your Page Too
czwartek, 10 marca 2011

Nie wiadomo, kto wymyślił powiedzenie „Ale Sajgon!” – istnieje jednak spore prawdopodobieństwo, że jego autor poznał rzeczone miasto, przez które samochód próbował się przedrzeć ze zmiennym szczęściem.
Droga prowadząca z lotniska do domu Toma była jednym, wielkim pasmem rozkopów i wizją biblijnego chaosu; tysiące ludzi przemieszczało się we wszystkich kierunkach, nie respektując żadnych zasad ruchu drogowego lub raczej interpretując je na własną modłę, która sprowadzała się do zasady: jeśli mi pasuje, działam zgodnie z prawem.
Czerwone światło na drogach pełniło raczej rolę ozdobnika, na który mało kto zwracał zresztą uwagę; zarówno pasażerowie, jak i kierowcy, mieli niesamowitą zdolność patrzenia w kierunku odwrotnym do kierunku jazdy.  Zbita masa rowerów, motorów, rykszy, samochodów, autobusów i ciężarówek przemieszczała się w ślimaczym tempie, trąbiąc przy tym niemiłosiernie. Nikt nie zwracał uwagi na kolumne pojazdów podążającą pod prąd, a te z kolei całkowicie ignorowały pojedynczych przechodniów, machających wesoło do pozostałych uczestników ruchu.
Zdumiona, Lula zaczęła nerwowo przypominać sobie strukturę organizacji pszczelich społeczności – tutaj jednak nie było mowy o logice, a pierwszeństwo miał zawsze większy lub glośniejszy pojazd.   
- Będzie ci brakowało wielu rzeczy w Wietnamie, ale z pewnością nie będziesz mogła narzekać na brak mocnych wrażen – zagadnął Tom, patrząc ze współczuciem na przejętą Lulę.
- Czy tutaj nie zdarzają sie wypadki, Tom?! Przecież brak tutaj jakiegokolwiek sensu, nie mówiąc o zasadach bezpieczeństwa!
- Wiesz, to tylko tak wygląda .... cholera jasna!!!  - krzyknął Tom, ratując się w ostatniej chwili przed rozwaleniem nosa o szybę.

Pan Chau cisnął z całych sił na hamulec, po czym wyskoczył z samochodu i zniknął z pola widzenia. Dopiero po dobrej chwili, Lula dojrzała go pochylonego nad chłopcem wijącym się na ziemii.
- Rany boskie! Szybko, wypadek! Musimy mu pomóc!
Oboje wysiedli z samochodu, całkowicie blokując ruch na drodze. Przed maską ich blyszczącej terenówki leżał chłopak, trzymając się za brzuch. Wokół zaczynali gromadzić się gapie, pokazując sobie wzajemnie palcami ofiarę wypadku i ciesząc się z tej taniej rozrywki.
Pan Chau pomaga podnieść się chłopakowi, choć ten narzeka na ból brzucha. Żadnych strat, gołym okiem, nie widać - motor jest cały, choć leży, na masce samochodu ani śladu wgniecenia.
- Tom, widziałam w samochodzie apteczkę. Musimy mu pomóc!
Tom zamienił z panem Chau parę słów, po czym zniknął w samochodzie, by po chwili wrócić bez apteczki, ale z paroma banknotami w dłoni. Ku osłupieniu Luli, poturbowany chłopak przyjął dyskretnie wsunięte do dłoni banknoty, podniósł się, otrzepał, przywrócił motor do pionu, szczerze się roześmiał – ni to do siebie, ni to do zgromadzonej publiczności - , po czym na drugim biegu, wbił się ponownie w masę zmierzającą w przeciwnych sobie kierunkach.
- Dałem chlopakowi sto tysięcy. Narzekał, że rozdarła mu się nogawka nowych spodni. Do tego, upadek zniszczył naklejkę „Jesteśmy miszczami” na motorze. Za resztę kupi piwo sobie i kumplom i będzie śmiał się do rozpuku, że trafił na frajera.
Lula poczuła, że robi jej się duszno i resztę trasy spędziła w milczeniu, z nosem przy szybie, zaciskając nerwowo pięści i zapierając się instynktownie kolanami o siedzienie.

Rozkopana droga stopniowo ustępowała miejsca całkiem równym ulicom, często zacienionym ponad stuletnimi drzewami. Teraz dopiero mogła przyjrzeć się mieszkańcom Sajgonu: pięknym dziewczętom w białych tunikach i stożkowych kapeluszach, prowadzącym niespiesznie rowery; trzyosobowym rodzinom mieszczącym się na jednym motorze; ponętnym kobietom o nieskazitelnie prostej sylwetce i nieodmiennie długich, kruczoczarnych włosach; kierowcom rikszy, o smukłych, umięśnionych nogach i ich pasażerkom – starszym paniom, kryjącym się od słońca pod parasolem; dzieciakom grającym w piłkę na chodniku; staruszkom  podobnym do Ho Chi Minha, grającym niespiesznie w warcaby na stołeczkach rodem z baśni o Siedmiu Krasnoludkach; truchtającym kobietom z dymiącymi garnkami zawieszonymi na nosidłach; sprzedawcom kudłatych piesków upchanych w wystawionych na południowe słońce klatkach; robotnikom korzystającym ze sjesty między gęsiennicami koparki; fryzjerowi pod gołym niebem, uwijającym się w ukropie przy zadbanym kliencie; sprzedawczyniom kokosów, kłócącymi się o klienta; kierowcom taksówek oddającym mocz pod murem, nie przerywając przy tym konwersacji; turystom w obowiązkowych klapkach i szortach, zwiedzającym miasto w grupach; dziewczynkom z miskami zupy, przebiegającym z gracją przez ulicę.

Wokół, pięły się domy o jaskrawych kolorach – szerokie na dwa-trzy metry i wysokie na kilka pięter, sprawiały wrażenie postawionych na sztorc wagonów. Słupy wzdłuż ulic uginały się od przewodów elektrycznych, niebezpiecznie zwisających na poziomie średnio wyrośniętego przechodnia.

Trudno uznać, że miasto ma duszę, ale z całym przekonaniem nie brakuje mu energii. Lula czuła, że mimo kontrastu z jej wyobrażeniami, Sajgon przyciąga jak magnes. Zwłaszcza, kiedy znaleźli się w jego pięknej, rezydencyjnej części; przed kutą bramą zacienioną palmami kokosowymi, pan Chau lekko uderzył w klakson i oczom Luli okazał się widok żywcem wyjęty z kartki pocztowej. W cieniu potężnych mangowców i delikatnie poruszanych na wietrze palm kokosowych, stał dom z przyjaźnie otwartymi na ościerz drzwiami, strzeżonymi jedynie przez dwa drewniane, ręcznie malowane żurawie. W środku ogrodu, w świetle zachodzącego słońca, pobłyskiwał błękit wody w fikuśnie wykręconym w ósemkę basenie.
Na progu domu pojawiła sie piękna, czarnoskóra kobieta w kwiecistej sukience.
- Witaj w Wietnamie, moja droga! – mocno uścisnęła dłoń Luli, która dopiero teraz zauważyła spory brzuszek rysujący się pod sukienką gospodyni.
- Lula, to Elsa – moja druga połowa – wyjaśnił Tom. Przyjechałaś niemalże na akcję porodową – mamy termin na przyszły tydzień, ale w tym klimacie wszystko może ulec zmianie.
- Tom nie mógł się ciebie doczekać – wtrąciła przyjaźnie hebanowa piękność. Nie przestawał o tobie mówić. Zaczynałam być zazdrosna! – wybuchła szczerym śmiechem Elsa. 
- Kochanie, wiesz, że doczekać to ja się nie mogę, i owszem, ale ciebie – Tom pogładził czule wystający, kwiecisty brzuch. Mała się nie spieszy z przyjściem na świat, ale na jej miejscu robiłbym to samo. Po co z własnej woli opuszczać tak przyjemne miejsce? Wiem, o czym mówię .... – tym samym, Tom wprowadził Lulę w szczegóły swego życia intymnego.
- Zamiast słuchać tego erotomana-gawędziarza, chodź – pokażę ci twój pokój – zaproponowała Elsa.

Pokój okazał sie być.... osobnym domkiem, położonym po drugiej stronie basenu, sprytnie ukrytym pod ulubionymi palmami kokosowymi. Lula, co prawda, pamiętała, że w wypadkach spowodowanych spadającymi znienacka kokosami, ginie w Azji więcej ludzi, niż w wypadkach samochodowych, ale nie mogła się oprzeć wrażeniu obezwładniającej jej radości. 

- To najlepszy hotel w mieście. Zanim znajdziesz swoje lokum, czuj się jak u siebie w domu. Będziemy blisko, a jednocześnie każde z nas pozostanie niezależne. Zwłaszcza teraz, kiedy powiększy nam się rodzina, wspólne życie mogłoby być dla ciebie uciążliwe.
- A teraz odpocznij po podróży – Tom chce koniecznie pokazać ci miasto nocą. W końcu nie codzień przyjeżdża się na drugi koniec świata – Elsa najwyraźniej podbijała serce Luli.

czwartek, 03 marca 2011

- Madam, madam! Taxi? Tuk-tuk? – Lula ledwo przeciskała się przez tłum pasażerów i oczekujących, siedmiopokoleniowych rodzin. Jakiś tysiąc osób kłębił się na skrawku tymczasowej poczekalni.
- Nie, dziękuję, czeka na mnie samochód – Lula nerwowo rozglądała się za oczekującym jej Tomem.
- Samochód, madam? Ja też mam samochód! Bardzo dobra taksówka. Niedrogo! Taki sam samochód, jak pani, madam. Taki sam, ale inny – lepszy, madam!

Po plecach Luli spłynęła pierwsza strużka potu – byla ósma rano, w powietrzu wisiała zapowiedź piekielnie upalnego dnia. I ta wilgoć – koszula lepiła się do pleców, włosy do czoła, uchwyt torby do rąk, a stopy ślizgały się po podeszwach sandałów. Po 20 godzinach w podróży, do Luli powoli docierało, że jest na drugim końcu świata i że przyleciała tu bez wahania, urzeczona zdjęciem. A konkretnie – zdjęciem jałówki. Miała jasnobeżową sierść i te same migdałowe, wilgotne oczy, które przed laty hipnotyzowały ją ze strony 23 Atlasu zwierząt hodowlanych. 
Kiedy Lula dowiedziała się, że Weterynarze Świata poszukują pracowników w Wietnamie, przypomniała sobie, podziwiany w dzieciństwie, charakterystyczny kształt kraju, wygiętego w smocze „S” i już wiedziała, że los pewnie ma co do niej jakiś większy plan.
Tom, który się z nią skontaktował – opowiadał o życiu i pracy w Wietnamie, kusząc i malując na łączach telefonicznych coraz piękniejsze obrazy. Nie wiedział jednak, że dysponował bronią dużo bardziej skuteczną: do umowy o pracę wysłanej przesyłką ekspresową, dołączył zdjęcie z terenu. Przystojny, uśmiechnięty człowiek głaskał po szyi wpatrzoną w niego istotę, skąpaną w miękkim świetle zachodzącego słońca.
Lula poczuła, że po raz pierwszy w życiu, uległa miłości od pierwszego wejrzenia: zakochała się! W migdałowookiej jałówce z fotografii.

Toma jednak wciąż nie było pośród rodzin z dziećmi, rodzin bez dzieci, przedstawicieli agencji turystycznych z imionami pasażerów na tabliczkach, hordy taksówkarzy i sprzedawców baloników. Lula sięgneła po papierosa i zaczęła wdychać tytoń zmieszany z zapachem nowego kraju. Był dosyć nijaki w tym, mimo wszystko, sterylnym otoczeniu. Ciekawość jednak ciążyła jej niezmiernie i gdyby nie 30 kg niezbędnego bagażu, ruszyłaby pewnie na podbój Sajgonu.

Przyglądała się chciwie ludziom. Mężczyźni wyglądali niemal identycznie - setka drobnych, czarnowłosych i czarnookich postaci w niebieskich koszulach i za dużych butach. Wszyscy  mieli idealnie przycięte włosy i monotonny wyraz skośnych oczu, ale już obuwie  bywało różne: od zadartych czubów na grubej podeszwie, przez jasnobeżowe klapki sanitariuszy, po rozdeptane sandały, czy wręcz bose nogi. Panowie uśmiechali się i pokazywali sobie nawzajem co ciekawsze okazy przybyszów: na widok co drugiego wybuchali serdecznym śmiechem i chociaż Lula nie rozumiala ich mowy, dołączała się dyskretnie do obserwacji, przyznając w głębi ducha, że przedmiot salw śmiechu był najczęściej uzasadniony, a sam śmiech niewinny.
Kobiety wydawały się większym skupiskiem osobliwości: począwszy od uroczych dziewczynek uczesanych w ciasne warkocze z kokardami w radzieckim stylu, poprzez pewne swej urody młode kobiety – równie czarno i skośnookie, co mężczyźni, za to z większa fantazją w uczesaniu -, aż po urocze starsze panie w odświętnych strojach z aksamitu, wachlujące się znoszonymi stożkowymi kapeluszami z liści bambusa.

Kontemplację przerwał Luli widok przygladającego się jej człowieka o szczerym uśmiechu. Po chwili wahania, wyraźnie zmierzał w jej kierunku:
- Pani Lula? Przyjechała pani do Weterynarzy Świata? Witamy w Wietnamie! – przywitał się po francusku. 
Lula nie mogła się oprzeć wrażeniu, że przemiły człowiek ma głos 50-latka i fizjonomię chłopca. Ubrany w nieskazitelnie bialą koszulę, ze skórzaną teczką w ręce, wyglądał na bardzo ważnego człowieka.
- Mam na imię Chau i bardzo się cieszę, że mogę panią poznać. Proszę za mną, czeka na nas samochód.
Lula poczuła się jak dama, choć wciąż nie znana jej była rola pana Chau. Za szybą samochodu dojrzała kierowcę niezdarnie szamoczącego się z pasami bezpieczeństwa i gramolącego się do wyjścia. Wymięty i miotający się w walce z materią, wydawał się całkowitym przeciwieństwem dystyngowanego pana Chau – skromnego człowieka, któremu nawet nie przeszło przez myśl podkreślenie własnej funkcji, co do której Lula nie miała wątpliwości; ten człowiek wydawał się urodzonym prezesem, ewentualnie – generałem na zasłużonej, przedwczesnej emeryturze.
Z zadumy nad przemiłym narodem wyrwało ją tąpnięcie w łopatki:

- Lula? Ależ się cieszę, że jesteś – wiedziałem, że moje zdjęcie przypieczętuje podpisanie umowy. Witaj w tropikach! – wymięty człowiek o potarganej czuprynie szczerzył się w uśmiechu. Tom – ze zdjęcia z jałówką!
- Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt zmęczona, bo mamy zamiar pokazać ci dzisiaj Sajgon nocą. Całą paczką fajnych ludzi, właczając mnie samego – roześmiał się szczerze. Wiesz, kwestia złapania bestii za rogi już pierwszej nocy.

Lekko otumaniona Lula usadowiła się wygodnie w wypieszczonej terenówce, zaraz za siedzeniem pana Chau, by dopiero wtedy rozpocząć trzeźwą ocenę sytuacji.  Najwyraźniej, zmieszanie miała wypisane na twarzy.
- Nie bój się, pan Chau jest doskonałym kierowca – przeprowadzi nas przez wrota piekieł, jak mało kto – Tom najwyraźniej cieszył się lekkim otępieniem pasażerki.

piątek, 25 lutego 2011

Zgodnie z obietnicą producenta buraczanych tabletek nasennych, Lula zamierzała słodko przespać podróż przez siedem stref czasowych Azji, Afryki i Europy.

Korytarzem toczył się kolczasty owoc duriana, najwidoczniej źle ukryty w luku bagażowym. Woń będąca mieszaniną zgniłej cebuli ze zbyt naturalnym zapachem osobników zaniedbanych pod względem higieny, zataczała coraz szersze kręgi, by, w swej kolczastej formie, wylądować wprost pod nogami Luli. Na pokładzie panowała ciemność, chroniąca nielegalnych przewoźników zakazanych owoców i przypadkowe ofiary niepopełnionych przestępstw. Wstrzymując oddech, przymierzyła się do dyskretnego kopniaka w kolczastą kulę, kiedy nocną ciszę przerwał jedwabisty, damski głos:
- Szanowni państwo, prosimy o uwagę. Na pokładzie nastąpiło zwiększone zapotrzebowanie na tlen – proszę postępować zgodnie z instrukcjami, które ogłosi personel pokładowy. Za chwilę maski tlenowe wypadną automatycznie... 
Lula rozejrzała się uważnie wokół siebie, napotykając równie niespokojny wzrok kilkorga, cierpiących na bezseność, pasażerów, usiłujących wydobyć więcej informacji na temat zbliżającej się nieuchronnie katastrofy. Nadaremnie – stewardessy kroczyły korytarzem z niezmąconym spokojem, przecierając zmęczone z niewyspania oczy, narażone dodatkowo na rażące światło, które rzęsiście oświetliło pokład w związku z komunikatem o dekompresji.
- Należy chwycić maskę znajdującą się najbliżej państwa i pociągnąć zdecydowanie do siebie. Następnie należy nałożyć maskę regulując docisk paskami i oddychać normalnie.

Stewardessa przepłynęła z gracją korytarzem, mimo skarpetek bezładnie zrolowanych wokół nieobutych stóp.
- O co chodzi? – przerażony pasażer chwycił ją za rękę. Gdzie są maski? 
- Słucham?
- Co się dzieje, do diabła?! Spadamy? – potrząsał z całą siła drobną, azjatycką dłonią.
- W czym mogę pomóc? – zapytała niezbyt przytomnie stewardessa.
- Dekompresja na pokładzie, a pani pyta się w czym może pomóc? – irytował się przerażony pasażer.
- Czy może pan powtórzyć?
- Spadamy, do cholery! Wszyscy śpią. Ruszcie się – trzeba ratować ludzi, zanim się uduszą!
- Czy pan sobie życzy coś do picia lub do jedzenia? O tej porze, podajemy jedynie kanapki i zupki w proszku. Do wyboru mamy trzy smaki: wołowy, krewetkowy i wieprzowy.

Lula już szykowała się do moralnego wsparcia pasażera – w końcu nie po raz pierwszy automatyczny komunikat samoczynnie włączał się na trasie miejscowych linii lotniczych -, kiedy światło zgasło, a stewardessy zniknęły w sobie jedynie wiadomym zakamarku pokładu, gdzie nikt wreszcie nie mógł im zawracać głowy zbędnymi pytaniami.
- Ja poproszę zupkę krewetkową i kieliszek wina, by uczcić brak katastrofy – wtrąciła przytomnie Lula do jedynej, wciąż obecnej, jedwabiście kroczącej piękności.
Jednocześnie, uprzedzając ewentualne problemy, włącznie z ekstradycją na poziomie dziesięciu tysięcy metrów, gdzieś w okolicach Madrasu, sprawnie wycelowała nogą w kłopotliwy owoc, który potoczył się wprost pod nogi wychodzącego z toalety wąsacza. Zanim zdążyła się ukryć, usłyszała w ciemności znajomy głos:
- Widzę, że pani nie próżnuje; najpierw przemyt zakazanych durianów, a teraz, dla odwrócenia uwagi, wywołanie dekompresji na pokładzie... Czy pani zdarza się zachowywać przyzwoicie?
Lula poczuła, że chętnie zapadłaby się pod ziemię, gdyby nie świadomość, że na tej wysokości oznaczało to pokonanie dystansu dłuższego niż czas niezbędny na wyjaśnienie.
- Cóż za zbieg okoliczności – zauważyła niezbyt przekonywująco. Widziała wąsacza po raz trzeci w życiu i wbrew zasadzie „ Do trzech razy sztuka”, każde spotkanie było w mniejszym lub większym stopniu katastrofą.
- Jeśli pozwoli się pani przekupić i zaprosić na lampkę szampana, byłbym skłonny wyrzec się nieodpartej chęci donosu europejskim celnikom na temat przemytu durianów....
 - Ależ to zupełnie niepotrzebne – ten owoc nie należy do mnie. Mogę to udowodnić – zaperzyła się. Jednak w drodze wyjątku .... i w ramach przeprosin za nasze pierwsze, niefortunne spotkanie, nie pogardzę szampanem. Nie ukrywam, że wobec pigułek nasennych z buraka stanowi niezwykle kuszącą alternatywę.
- Pozostało nam osiem godzin lotu; czy uda sie pani w tak krótkim czasie streścić swoją wietnamską historię? – zapytał wąsacz, niebezpiecznie mrużąc czarne oczy.
- Cóż, chyba jestem to panu winna... Ale będzie to pana kosztowało więcej, niż jedną lampkę szampana – zauważyła pokojowo Lula.
- A zatem za spotkanie na wysokości – powiedział uroczyście wąsacz, którego wieloczłonowego imienia Lula nie potrafiła sobie przypomnieć. Zwłaszcza, kiedy z błąkającym się pod południowym wąsem uśmiechem, próbował z rosnącym, w miarę wchłanianych bąbelków, powodzeniem hipnotyzować ją mocnym, jak ciemna kawa wzrokiem.  

poniedziałek, 21 lutego 2011

Lulę od zawsze ciągnęło w szeroki świat – pasje zaszczepił jej ojciec, obdarowując globusem, nad którym spędzała całe noce; nie do końca wierzyla, że ziemia jest okrągła, ale nie potrafiła się oprzeć magii egzotycznych nazw, a dziecięca wyobraźnia gorączkowo szukała podobieństw z ukochanym światem zwierząt; Papua Nowa Gwinea jawiła się jako dinozaur, Filipiny przypominały siedzącego psa, Sri Lanka wykluwające się pisklę, a Wietnam potężnego smoka.

Kilka lat później, Lula wygrała szkolny konkurs na temat prewencji największych plag XX wieku. Miała 12 lat i niewielką wiedzę o gruźlicy, czy żółtej febrze - popełniła więc wyciskający łzy wiersz o umierających z głodu Murzynkach.

Po odbiór nagrody spóźniła się – padła ofiarą przekonywującej teorii siostry o sposobach walki z upałem. Siostra, świeżo po lekturze mitów greckich, odkryła, że najlepszym sposobem walki z wysoką temperaturą jest zwolnienie tempa, wzorem starożytnych. Stąd i Lula przez kilka dni kroczyła z powagą, ważąc każdy krok. Takim majestatycznym przemarszem zaszczyciła sekretariat dyrektora, by dowiedzieć się, że pozostała jedynie ostatnia pozycja – „Atlas zwierząt hodowlanych”. I szybko zakochała się w midgałowych oczach jałówki indyjskiej spoglądającej łagodnie ze strony numer 23.

CDN.

************************************************************************************************************

Jak się nie ma, co się lubi – to się lubi, co się ma J.  Formula bloga ulega tymczasowej zmianie – za usterki przepraszamy.

wtorek, 01 lutego 2011


Na zdjeciu: Mimi - wietnamski kotek z kroliczym ogonem, czyli kompromisowy patron nadchodzacego roku


Wietnam ponownie okazal sie niezwyciezony. Wbrew tradycji wielkiego sasiada, nadchodzacy Nowy Rok ksiezycowy trafi we wladanie Kota, mimo chinskiego patronatu Krolika. Podczas gdy od Singapuru po Pekin, handlowcy zacieraja rece sprzedajac bizuterie ozdobiona kroliczymi uszami, w Wietnamie kroluja kocie ogony i tajemnicze kocie oczy.
Juz trzeciego lutego pozegnamy sie z wladczym i gniewnym Tygrysem, by powitac bardziej potulnego zwierza. Obydwie kultury zgadzaja sie, co do charakterystyki nadchodzacego roku. Jaki wiec on bedzie?
Astrolodzy obiecuja 12 spokojnych miesiecy, obfitujacych w radosne wydarzenia.  Dobry czas wroza artystom, projektantom wnetrz oraz wszystkim tym, ktorych praca polega na uprzyjemnianiu zycia innym. To wazne, bo czeka nas ponoc rok zabawy i odpoczynku; odkryjemy na nowo proste radosci, docenimy zycie rodzinne i przyjaciol. Wielu zakocha sie do szalenstwa, a malzenstwa zawarte w tym roku maja nalezec do wyjatkowo szczesliwych.
W pracy powinnismy stawiac na szeroko pojeta wspolprace – z podwladnymi i szefami nalezy wiec zachowac poprawne stosunki, bo zycie zawodowe w duzej mierze ma zalezec od nieformalnych spotkan.W interesach nie spodziewajmy sie wielkiej i szybko zbitej fortuny – raczej pozytywnego rozwoju zdarzen, w normalnym tempie. Kot jest strachliwy i ostrozny, wiec zamiast spekulacji na gieldzie, wybierze raczej bezpieczne oszczedzanie w gotowce.
Niektorzy, zapobiegawczy przedstawiciele tego gatunku, juz sie szykuja na przywitanie nowego roku
J
 



CHUC MUNG NAM MOI!
SZCZESLIWEGO NOWEGO ROKU KROLICZEGO KOTA  

czwartek, 06 stycznia 2011

Nie ma to, jak życie w tropikach - pomyślałam, patrząc przez okno na zasnute ciężko niebo. To nie Warszawa – uszczypnęłam się dla pewności, to Sajgon!
Styczeń to początek najlepszej na południu Wietnamu pory roku, trwającej raptem dwa miesiące: jest słonecznie, rześko, lekka bryza w ciągu dnia, miły chłodek wieczorem, słupek rtęci w okolicach 27⁰C.
Zakorzeniony w Polsce system kuszenia wiosny paradowaniem od 1-go marca w wiosennym płaszczu, kazał mi solennie pożegnać się z pośmierdującą od wiecznej wilgoci peleryną przeciwdeszczową, wyrzucić do kosza rozpadłe od deszczu buty, tudzież nowiutką torebkę, z której opadła od wilgoci skóra, zanim zdążyłam ją pokazać światu. Wiosna! Teraz wyrwą się do słońca przygięte ulewami palmy, posmutniały jaśmin i nieśmiały hibiscus.
Nic z tego – po południu rozlega się znajomy pomruk za oknem, potem kolejny i po chwili już wiadomo: pora deszczowa opuści nas, kiedy zechce, bez względu na kalendarz i dąsy. Kapuśniaczek – myślę sobie, wycierając spływające wodą siedzenie motoru. Ręce ślizgają się po mokrej kierownicy, z kasku spływa brudna strużka wody, kolejna po plecach.... Po drodze ludzie w panice zatrzymują się, by wdziać peleryny, a sprzedawcy tychże klną pod nosem, że zmienili towar na okulary przeciwsłoneczne. Mnie pozostaje głupia duma, która nie zrekompensuje przemoczonego ubrania i przekonanie, że magiczne myślenie zatrzyma deszcz. Daremnie... Kolejny dzień pozbawia od rana złudzeń; sprawdzam trzy razy, czy mój budzik ma rację, wskazując  6.30, choć za oknem szarówka. Wieczorem powtórka z rozrywki – niebo serwuje potężną ulewę. Tym razem chowam dumę do kieszeni i przepraszam się z peleryną przeciwdeszczową.
- Czy kiedykolwiek widzieliście deszcz w styczniu?! – pytam nazajutrz kolegów z pracy.
Smutne przeczenie głową.
- A ja pamiętam, dawno temu, kiedy byłam taka mała – księgowa unosi  dłoń do połowy uda. Padało w pierwszy dzień nowego roku...Zły omen...
Zbiorowe potakiwanie głowami potwierdza jedynie anomalię pogodową – nowy rok, według kalendarza księżycowego, to początek-połowa lutego, czyli tak, jakby w Polsce śnieżyło w połowie wakacji.
- To chyba ostatnie podrygi bestii ... – wyrokuje kolega.
Kończący się w lutym Rok Tygrysa cieszy się złą sławą patrona siejącego zniszczenia wszelakie. Pozostaje wierzyć lub.... zacząć się uczyć lepić bałwana pod palmą.



Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wietnamska młodzież nie ukrywa ambicji posiadania: w najbliższej przyszłości modnych skuterów, w dalszej – samochodów i willi. Niektórzy sięgają wyżej – 19-letni Tu pragnie zostać milionerem i jako taki, posiadać prywatny odrzutowiec.  Aby osiągnąć wymarzony status materialny, potrzebne są pieniądze i ta zależność wydaje się warunkować każdą życiową decyzję dzisiejszych nastolatków.

Poglądy młodzieży odzwierciedlają ewolucję całego wietnamskiego społeczeństwa. Wraz z szybkim tempem wzbogacania się kraju, radykalnie wzrastają oczekiwania. Od postępującej ekspansji ekonomicznej oczekuje się poprawy systemu nauczania i opieki zdrowotnej, jednocześnie szacując efekty uboczne: wzrost populacji, cen nieruchomości i postępującą przepaść ekonomiczną między najlepiej i najgorzej uposażonymi warstwami społecznymi. Ankietowani są gotowi do wyrzeczeń, doskonale zdając sobie sprawę z ograniczeń, jakie niesie za sobą abmitna kariera: rozluźnienie więzów rodzinnych i ograniczenie życia towarzyskiego. W przyszłym społeczeństwie wietnamskim zanikać będą jego wciąż charakterystyczne cechy: postawy obywatelskiej, solidarności i tradycji wielopokoleniowych rodzin.

Wietnamska młodzież wydaje się rozdarta między pragnieniem jak najszybszego osiąagnięcia zachodnich stadardów życia i przekonaniem o konieczności zachowania narodowo-kulturowych tradycji. Wietnam, podobnie jak kilka innych azjatyckich krajów, powoli opanowuje ten swoisty taniec na linie.

22:17, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010

Ruszyla kolejna edycja konkursu na najlepszy blog roku 2010 - obejmuje on wszystkie blogi polskojezyczne, w dziesieciu  roznych kategoriach. Pieciolatka Miss Saigon, stanela do biegu w kategorii Podroze i szeroki swiat.

Uwaga, dopasowane do ciala ao dai krepuje ruchy i nie pozwala biec pelna para - stad apel do czytelnikow:
Jesli goscicie tutaj po raz pierwszy, czy tez wpadacie regularnie, w poszukiwaniu inspiracji, informacji, odskoczni, czy oddechu i potraficie je tutaj odnalezc, zapraszam do glosowania na Miss Saigon - szczegoly juz wkrotce.



09:57, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

Młodzi Wietnamczycy podchodzą do kwestii wykształcenia niezwykle praktycznie; powinno się ono przekładać na możliwość znalezienia lukratywnej posady, zapewniającej dobre wynagrodzenie i stabiliność zatrudnienia. To nie wszystko – wykształcenie jest bowiem postrzegane jednocześnie jako wrota do awansu społecznego oraz znalezienia odpowiedniego partnera życiowego. Tego typu postawę młodzież dziedziczy po rodzicach, którzy w wykształceniu upatrywali jedynej możliwości awansu społecznego w czasach komunistycznej równości klasowej. Młodzi nie kryją, że ich wybór obleganych kierunków studiów (finanse, bankowość) wynika z presji rodziców i nie ma nic wspólnego z zainteresowaniami przyszłych studentów; którym raczej marzy się aktorstwo, sport zawodowy czy reklama. 

Rodzice zachęcają (czy wręcz przymuszają) dzieci do dodatkowych studiów, kursów i szkoleń. Uczniowie i studenci spędzają na nauce wiele czasu, od najmłodszych lat. Nierzadkim widokiem są nastolatki uczące się o północy, nieraz na ulicy, w świetle latarni. Jednocześnie, przyznają, że wietnamski model nauczania jest przestarzały i  nieefektywny. Co ciekawe, poziom niezadowolenia wzrasta w momencie przejścia z poziomu średniej do wyższej edukacji. Studenci zdają sobie sprawę, iż jest to ostani etap, po którego zakończeniu, trafią na rynek pracy, którego obecne wymogi nie przystają do standardów nauczania większości wyższych uczelni.  Osobiście zdarzyło mi się rozmawiać z absolwentką 5-letniej filologii angielskiej, której znajomość języka ograniczała się do kilku słów, na poziomie wczesnych klas szkoły podstawowej. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się zagraniczne uczelnie, powstające w Wietnamie; mimo wysokiego czesnego, najbardziej popularne mają zawsze komplet. Ich zakres nauczania jest jednak ograniczony i obejmuje głównie biznes i zarządzanie oraz nowczesne technologie (np. grafikę komputerową). Tradycyjne kierunki techniczne, medyczne, prawnicze pozostają na wysokim poziomie na państwowych uczelniach. Stypendia zagraniczne cieszą się ogromnym powodzeniem – zarówno rodzice, jak i uczniowie doceniają ich znaczenie; pozwalają zdobyć cenne doświadzczenie i znajomość języka. 
Nastolatki objęte ankietą nieraz były w stanie dokładnie określić rodzaj pracy, jaki na nie czeka po ukończeniu studiów; w państowych lub prywatnych firmach, gdzie zatrudnieni są ich rodzice lub posiadają odpowiednie koneksje.

Wszyscy badani podkreślają wartość wykształcenia, którego brak, może doprowadzić, według ankietowanych, do bezdomności, przestępstw i - co ciekawe – poważnych chorób, np. AIDS. 

00:06, chaobella , Nowe
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Definicja rozrywki przeciętnego wietnamskiego nastolatka może wydawać się jego zachodniemu koledze niezbyt atrakcyjna. Obejmuje bowiem: oglądanie telewizji, przesiadywanie z kolegami w kawiarniach, jazdę motorem po mieście i, przede wszystkim, surfowanie po internecie i gry komputerowe.  Kilku badanych chłopców wymienia grę w piłkę nożną, ale znakomita większość wybiera tzw. rozrywkę pasywną. Dochód (a raczej jego brak) jest głównym czynnikiem wpływającym na sposób spędzania wolnego czasu, w wiekszości sprowadzającego się do prostych i szeroko dostępnych opcji. Zadziwiający jest w Wietnamie brak dostatecznej popularyzacji sportu, przy jednoczesnym, ogólnonarodowym zainteresowaniu wszelkimi krajowymi i regionalnycmi imprezami sportowymi wysokiego szczebla. 

Ankietowani nastolatkowie z Hanoi deklarują chęć podróżowania, podczas, gdy Sajgończycy wydają się mniej zainteresowani tego typu rozrywką.  Tylko dwie badane wyrażają chęć podróży do Tajlandii (‘by zobaczyć te piękne plaże widziane w telewizji”), inna wspomina Singapur, gdzie babcia namawia ją na podjęcie studiów. Natomiast mieszkańcy Hanoi  marzą o odwiedzeniu dalekich krajów: Wielkiej Brytanii (by obejrzeć na żywo mecze piłka nożnej!), Korei  Południowej i Stanów Zjednoczonych. Przyznają, że podróżowanie jest synonimem wolności i okazją do poszerzenia wiedzy i doświadczenia. Zdają sobie sprawę, iż z powodów finansowych - nie będą mogli sobie na nie pozwolić. Co ciekawe, podróżowanie jest postrzegane jako przywilej młodości, który znika wraz z życiową stabilizacją.

09:26, chaobella , Nowe
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

Jak wygląda dzisiejsze pokolenie młodych Wietnamczyków ?
Czy ich wizja świata zależy od płci?
Czym różnią się równieśnicy z południa i północy kraju?

Szacuje się, że młodzież stanowi ok. 50% populacji 85-milionowego Wietnamu. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka w dużym stopniu opiera się na młodych i do nich jest adresowana. Jacy są dzisiejsi młodzi Wietnamczycy? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć jedna z firm badających  opinie społeczne. Objęła ona badaniem dwie grupy młodzieży: z Hanoi i HCM City, każda z nich złożona z nastolatków w wieku 15-19 lat. Badani pochodzą ze zróżnicowanych grup społeczno-ekonomicznych, na podstawie miesięcznego dochodu gospodarstwa domowego: Klasa A – średni dochód miesięczny ok. 700-1.000 USD, Klasa B –ok. 350-650 USD, Klasa C – ok. 200-300 USD. Zdecydowana więszość pochodzi z tradycyjnie funkcjonujących rodzin, aczkolwiek jedna badana miała rozwiedzionych rodziców (niezwykła rzadkość w Wietnamie).
Zasadniczo, nastolatki z Hanoi i HCM City mają podobny punkt widzenia na większość poruszanych tematów. Jednak mieszkańcy południa wydają się bardziej otwarci w niektórych kwestiach - głównie seksu i zwiazków partnerskich - niż ich bardziej konserwatywni koledzy z północy kraju.

Przyjrzyjmy się najważniejszym dziedzinom życia i ich percepcji przez wietnamską młodzież:
RODZINA
ROZRYWKA
WYKSZTAŁCENIE I KARIERA
SEKS I ŻYCIE UCZUCIOWE
AMBICJE I WIZJA PRZYSZŁOŚCI

Cz. I: RODZINA
Więzy rodzinne są niezmiernie ważne w Wietnamie, co potwierdził wywiad z badanymi grupami. Wszyscy bez wyjątku, czują się zobowiązani do „spłacenia długu” wobec swoich rodziców – za  wydatki na wykształcenie, wychowanie i wyżywienie dzieci – poprzez pomoc finansową w ich późniejszym wieku. Wielu badanych, glównie, dziewczęta, deklarowało gotowość podjęcia tymczasowej pracy, by wspomóc materialnie rodziców.

Chociaż poczucie odpowiedzialności za rodzinę jest bardzo wyraźne, młodzi – zwłaszcza chłopcy – planują w dorosłym wieku żyć na własny rachunek, poza rodzinnym domem.  Dung, 18-latek z HCM City, opowiadał o swoim domu, gdzie mieszka wraz z rozleglą rodziną. Przyznaje, że funkcjonowanie  w tak dużym gronie prowadzi nieuchronnie do konfliktów i nie pozwala na zachowanie prywatności. 

Wyprowadzka z rodzinnego domu jest synonimem swobodniejszego życia. Dziewczęta są dużo bardziej zależne od rodziców, ale większość z nich deklaruje po ślubie przeprowadzkę do rodziny przyszłego męża.

Posiadanie dzieci wydaje się naturalną częścią stabilizacji w dorosłym życiu, w jasno wytyczonej kolejności: zdobycie wykształcenia, małżenstwo, założenie rodziny. Najbardziej popularny model: to rodzice i dwójka dzieci mieszanej płci. Nierzadko jednak słychać u młodych deklaracje sprzeczne z tradycją: chęć posiadania jednego dziecka (bezdzietność z wyboru jest postrzegana jako kuriozum), czy córki w tradycyjnie opartym na synach modelu azjatyckiej rodziny. 

Istnieje ogromny dysonans między tradycyjną lojalnością wobec rodziny i pragnieniem niezależności.  Wielu aknietowanych wspominało o chęci założenia własnego domu po ślubie, zamiast pozostania w wielopokoleniowej rodzinie.  Jednocześnie, młodzi doceniają wygodę i materialne bezpieczeństwo, jakie niesie za sobą życie z rodzicami – z ograniczoną odpowiedzialnością za dom i lepszymi warunkami do nauki i pracy.

11:29, chaobella , Nowe
Link Komentarze (1) »
środa, 24 listopada 2010

Najwieksza tragedia od czasow Czerwonych Khmerow – krzycza we wtorek 23/11 rano miedzynarodowe media.
- Znow dzien swiateczny w Kambodzy – westchnelam w poniedzialek, widzac wspolpracownikow z Phnom Penh w trybie offline.

Caly kraj hucznie obchodzil trzydniowe Swieto Wody (Bnon Om Kuk), zegnajac pore deszczowa. Na brzegu Mekongu, w centrum stolicy, zgromadzily sie tlumy, by, jak co roku podziwiac parade tradycyjnych lodzi khmerskich. Ich widok pozwala zapomniec, ze zyjemy w XXI wieku – preza sie z iscie krolewskim majestatem. Parade zreszta regularnie odzwiedza rodzina krolewska.
Na urokliwym wybrzezu gromadza sie tlumy zarowno mieszkancow Phnom Penh, jak licznych przybyszow z prowincji – takie swieto nie zdarza sie codzien. Przekrzykuja sie sprzedawcy pieczonej szaranczy, ananasow na patyku i zimnych napojow, gra muzyka, a ulice zapelniaja sie przechodniami w swiateczny, niespiesznym nastroju.
Otwarto z tej okazji nowy, podwieszany 50-metrowy most, laczacy miasto z wyspa Koh Pich. Z zalozenia jednokierunkowy, w poniedzialek stal sie wyjatkowo glownym kanalem komunikacyjnym w tej okolicy, na co wladze przymknely laskawie oko, nie chcac zmuszac swietujacych do pokonywania 200 metrow dzielacych od kolejnego mostu.

Wsrod kolorowych fajerwerkow, okolo 10-tej wieczorem, na zatloczonym do granic mozliwosci moscie, z  niejasnych powodow, wybuchla panika. Napierajacy z obu stron ludzie probowali sie z niego natychmiast wydostac, tratujac innych, skaczac do wody lub ginac pod naporem silniejszych. W kilka minut, stratowano 378 osob. Ponad 700 jest rannych. Wiekszosc z nich to kobiety i dzieci, czesto przybysze z prownicji, ktorzy pod naporem tlumu, bali sie ratowac skaczac do rzeki – nie umieli plywac, ale tez nie wiedzieli, ze woda w tej czesci Mekongu siega zaledwie do pasa.

Swiadkowie podaja kilka teorii eskalacji paniki: plotke o rychlym zalamaniu mostu pod naporem tlumu; strach przed spaleniem przez sztuczne ognie stalowych lin podtrzymujacych zwieszany most;  wreszcie pogloske o masowym zatruciu pokarmowym, czy o uzbrojonym gangu grasujacym na moscie. Byc moze wszystkie sa sluszne. Byc moze wszystkie sa plotka.
Ci, ktorzy przezyli, wspominaja absolutna niemoc wobec naperajacego tlumu i brak powietrza pod rosnaca masa zywych i martwych cial.

Wszystkie szpitale w Phnom Penh wypelnione sa poszkodowanymi, ich rodzinami i cialami ofiar. Na zaslanym tysiacami butow, kapeluszy i butelek moscie mijaja sie zolnierze i policja. Na wybrzezu modla sie rodziny ofiar i mnisi buddyjscy.

„ To najwieksza tragedia od upadku rezimu czerwonych Khmerow 31 lat temu” – oglosil premier Hun Sen, wywodzacy sie z tegoz wlasnie rezimu. Rzad obiecal pomoc materialna rodzinom ofiar (1.000 USD) i rannym (200 USD).

Smutna refleksja masuwa sie sama: tego typu wypadki zdarzaja sie glownie w krajach slabo rozwinietych.  Zal, ze Kambodza musi zmierzyc sie z kolejna, niezrozumiala, masowa smiercia.

poniedziałek, 08 listopada 2010

Po latach sceptycyzmu wobec tradycyjnej medycyny, moje zainteresowanie alternatywnymi metodami  leczenia wzrastalo proporcjonalnie do lat spedzonych w Wietnamie.  Z racji nieustajacych, entuzjastycznych doniesien znajomych o sukcesach terapii u lekarzy duzyrujacych w Centrum Chinskiej Medycyny Naturalnej w Sajgonie, postanowilam przyjrzec sie zjawisku z bliska.
Po przebrnieciu przez system kartkowo-migowy w rejestracji, siedze oto przed gabinetem lekarza, ktorego od pacjentow dziela zaledwie ruchome drzwiczki, rodem  z teksanskiego baru – coz, pojecie intymnosci przez wietnamska publiczna sluzba zdrowia to temat na osobna opowiesc.
Pacjentowi i lekarzowi, co chwila przerywa ktorys z oczekujacych, by stanac wyczekujaco nad obojgiem, przynoszac wlasna karteczke z numerkiem i dac do zrozumienia, ze jest ona pilniejsza, niz wszystkie dotad wbite na zelazny palak. Tym sposobem i ja moglam przyjrzec sie mniej widocznej z zewnatrz  czesci gabinetu: szesc lozek, na ktorych leza pacjenci, a to pod pulsujaca czerwonym swiatlem lampa, a to z iglami powbijanymi w czolo, plecy, albo w okolice ust.
Nabieram nadziei na tradycyjna metode wyleczenia sypiacych sie po latach cwiczen plecow oraz, za sprawa porady Madrzejszego, zlagodzenie nawracajacego latami bolu brzucha. Postanawiam nie wyjawiac powodu wizyty, liczac na przenikliwosc wszechwidzacego lekarza. Na prozno – kiedy nadchodzi moja kolej, sympatyczna pani doktor pyta:
- Jaki ma pani problem?
Odpowiadam karnie, jak na spowiedzi. Lekarka bada puls obu rak, kaze pokazac (specjalnie na te okazje wyszorowany do trzeciej warstwy) jezyk.
- Miala pani robione przeswietlenie zoladka?
- Nie... – odpowiadam zaskoczona trafnoscia pytania.
- Nie powinna pani jesc kapusty, cebuli i czosnku – wylicza.
To latwe, sama do tego doszlam wiele lat temu.
- Czy czuje pani pieczenie w zoladku po posilku?
- Nie... – odpowiadam.
Pani doktor stuka pospiesznie w klawiature komputera, by po chwili wydrukowac liste lekow. Tlumaczy dawkowanie, choc nie ich dzialanie. To normalka - w Wietnamie, z lekarzem i nauczycielem ( i wieloma innymi  „autorytetami”) nie dyskutuje sie, ale wykonuje ich polecenia.
- Pani doktor, jest jeszcze jeden problem – przypominam o sypiacych sie plecach, patrzac z nadzieja na cieple czerwoe swiatlo, pod ktorym zapewne za chwile sie znajde.
- Hmm, bola pania kosci, czy miesnie ? – pyta lekarka, nie spuszczjac wzroku z klawiatury.
- Euhhh, miesnie,... chyba.
- No dobrze, wydrukuje nowa recepte – wzdycha, posylajac mi pojednawczy usmiech.
Po chwili wrecza mi nowa recepte na najblizsze dwa tygodnie leczenia. Zegnamy sie, przescigajac w usmiechach.

Podchodze do kasy:
- Siedem tysiecy – pada.
Moje zdziwienie siega zenitu. Leki w Wietnamie sa bardzo tanie, ale siedem tysiecy, to jakies 30 centow... Co prawda, imponujaco mieszane i kruszone na miejscu ziola nie moga byc drogie, ale powyzsza suma wydaje sie cokolwiek zanizona.
- Siedemdziesiat tysiecy? – pytam pomocniczo.
Pani wystukuje kwote na kalkulatorze: 700.000 dongow – 36 dolarow! Zastanawiam sie, czy tyle mam przy sobie... Place w lekkim stuporze (sama wizyta kosztowala raptem 80.000), po czym udaje sie po odbior lekow. Pigulki o rozmiarze polowy kciuka pietrza sie na ladzie, przybywaja kolejne, mniejsze – wreszcie wypelnia sie cala torebka; przypomina to wyprawke na piknik dla 3-osobowej rodziny.

W domu zaczynam odczytywac opisy specyfikow i oczy robia mi sie coraz bardziej okragle:
- lek na wrzody zoladka (nigdy nie mialam!),
- lek na wzmocnienie odpornosci, stosowany glownie przy leczeniu AIDS,
- lek na obizenie cholesterolu (zawsze mialam za niski),
- lek na zapalenie pluc,
- lek na reumatyzm („ Bola pania kosci, czy miesnie?” – rozbrzmiewa w mojej glowie).

Pakunek z lekami laduje w najnizszej szufladzie w kuchni – pod torbami na smieci. Lekarzu, lecz sie sam...


PS. Powyzsze doswiadczenie nie neguje mojego pozytywnego stosunku do tradycyjnej medycyny Wschodu, aczkolwiek nadwereza jej wizerunek. Zyczac wszystkim pacjentom powrotu do zdrowia wszelkimi dostepnymi metodami...

piątek, 15 października 2010

Zlosliwosc rzeczy martwych, prawo Murphy'ego, dziurawa pamiec, palec losu.... - nie wiadomo, kogo winic za zamilkniecie Miss Saigon. Ot, raptem wczoraj, odzyskalam haslo dostepu do wlasnego konta i moglabym sie teoretycznie rozpisac, ale..... czas sie pakowac w pospiechu.

A zatem w ramach przeprosin za nieplanowane usterki - zagadka ze stereotypow:
Jak sie ma sushi, ryczacy lew, kawa, tango, salsa do kolejnej przerwy w nadawaniu? 

Pierwsza trafna odpowiedz zostanie nagrodzona satysfakcja zwyzciezcy :-). 

Do zobaczenia w listopadzie!

07:54, chaobella , Nowe
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 września 2010

Czy to kwestia plynacego wartkim strumieniem sosu rybnego w miejscowej kuchni, czy calorocznego naslonecznienia,  albo nawet slynacych z dzialajacych dobroczynnie na mozg bananow obfitujacych w Krainie Ryzu, pozostaje pod nieustannym wrazeniem fenomenu wietnamskiej pamieci doskonalej. Oczywiscie, moj punkt widzenia moze byc wybiorczy, subiektywny i wynikajacy z czystych przypadkow, ale faktom nie da sie zaprzeczyc.

Scenka pierwsza
Kilka tygodni temu, siedze sobie ze znajomymi w kawiarence na rogu mojej ulubionej ulicy Dong Khoi; towarzystwo w liczbie ok. 15 osob, przyciemnione swiatla, na zewnatrz ciemna noc, jak przystalo na godzine 18.15. Wychodze w obawie przed nadciagajaca burza, odpalam motor, kiedy slysze za plecami:
- Madame, madame! Widzialem cie w kawiarni i czekalem, az wyjdziesz - to uliczny sprzedawca gazet z odzysku; wyprasowane zelzakiem i opakowane w folie wygladaja jak nowe.
- Och! Jak milo cie widziec! - ciesze sie szczerze na spotkanie z czlowiekiem, ktory przez kilka lat pracy w poprzedniej firmie, zapewnial dostawe prasy.
- O tak, bardzo milo! Mam pani ulubiona gazete - mowi, wyciagajac z przepastnej kupki swiezutka Polityke, Wprost i jakies glupie pisemko w ojczystym jezyku. Polska, Polska - pamietam! 
Doznaje lekkiego stuporu, przerwanego konkretem:
- 50.000 za kazde.
Hmmm, z Wprost patrzy wykrecona nienawiscia twarz przesladowanego przez swiat maluczkiego czlowieka, Polityke zdobia wasy nowego prezydenta..... Waham sie.
- Ok, madame, dla ciebie trzy sztuki za 50.000! Cena specjalna, ta sama, co zawsze - promieni sie sprzedawca, lejac miod na me serce. 

Scenka druga
Nastepnego dnia, wychodze z kliniki, w ktorej ostatnio pojawilam sie jakis rok temu. 
- Taxi, madame? - pyta pomocny straznik.
- Tak, ale ....... - nie zdazylam dokonczyc, bo usluzny czlowiek jest juz na ulicy i macha na przejezdzajace pojazdy.
Mam karte jednej z wielu korporacji i to wlasnie chcialam powiedziec pomocnemu czlowiekowi. Trudno - nie dokanczam mysli, bo oto na podjezdzie pojawia sie taksowka Mai Linh, a straznik dumnie oswiadcza:
- Mai Linh, madame - pamietam!

Scenka trzecia
Restauracja goszczaca dziennie kilkaset klientow, ostanio bylam w niej pol roku temu. Nie zdazylam sie umoscic w fotelu, kiedy pojawia sie usmiechniety kelner, recytujac: 
- Specjalne cappuccino, 3/4 pianki, 1/4 kawy? 
Zlamalabym mu serce, zamawiajac cokolwiek innego. Nie ma powodu - to najlepsze cappucino w Sajgonie, a obsludze zapewne wszczepia sie specjalnie zaprogramowany chip, rejestrujacy preferencje klientow.

Scenka czwarta
Organizuje wlasnie bilety lotnicze na wakacje, sprawdzam wymogi wizowe w dalekich krajach. Jeden z wymogow: paszport musi byc wazny co najmniej rok od daty planowanej podrozy. Niby nie powinnam sie martwic, ale wole sie upewnic - szukam paszportu w torebce, w plikach sluzbowych, w dziurawej pamieci. Wreszcie, bez wiekszej nadziei, pojawiam sie w dziale personalnym firmy i dziele sie zmartwieniem z kolezankami.
- Poczekaj, zaraz sprawdzimy w twojej teczce personalnej - mowi szefowa kadr.
Oddycham z ulga, kiedy ksiegowa z naprzeciwka odpowiada: 
- Nie martw sie, twoj paszport jest wazny do 2017 roku.
Patrze na nia, jak zakleta i faktycznie, przypominam sobie te kluczowa date.
- ??? Skad TY to pamietasz?! - pytam wbita w ziemie.
- Oh, sama o tym wspomnialas w grudniu, kiedy kupowalas bilet do Polski - odpowiada, zaskoczona moim zdziwieniem.  

Nie przypadkiem matematyczny Nobel trafil w tym roku do wietnamskiego naukowca - ten narod ma wlaczona opcje zapamietywania na najwyzszym poziomie.

wtorek, 14 września 2010

Potraktowana po macoszemu przez polskie media, wizyta premiera Tuska w Wietnamie, spotkala sie tutaj z niezwykle cieplym przyjeciem. Mialam przyjemnosc wziac udzial w spotkaniu polskiej delegacji rzadowej z wietnamskimi absolwentami polskich uczelni oraz niewielka grupa miejscowej Polonii.
I tak, 9 wrzesnia, w hotelu Melia w Hanoi, pod czujnym okiem panow z BOR-u, oczekiwalismy na pojawienie sie premiera, przybywajacego bezposrednio z roboczego spotkania z premierem Wietnamu, z ktorym rozmawial o wspolnej przyszlosci gospodarczej obydwu krajow. 
Na uroczysty bankiet zaproszono ponad 300 osób, w zdecydowanej większości wietnamskich absolwentów polskich uczelni, z ktorych wielu zajmuje eksponowane stanowiska w miejscowej administracji wysokiego szczebla.
Sz
efowa protokołu dyplomatycznego rozpoczela ceremonie uhonorowania Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Oderu Zasługi  RP postaci zasłużonych dla rozwoju stosunków polsko-wietnamskich. Odznaczeni zostali:
- Pham Khoi Nguyen, Minister Srodowiska i zasobów naturalnych Wietnamu, absolwent Geologii na AGH w Krakowie (1968 r.)
- Nguyen The Thao, Prezydent Miasta i Przewodniczący Komitetu Ludowego Miasta Hanoi, absolwent Architektury Politechniki Krakowskiej (1976 r.)
- Nguyen Van Xuong, Ambasador Wietnamu w Polsce w latach 2006-2010.


Od lewej: Nguyen The Thao, Pham Khoi Nguyen, Donald Tusk, Ambasador R. Iwaszkiewicz podczas ceremonii odznaczenia 

 
Od lewej: Nguyen Van Xuong, Nguyen The Thao, premier Tusk      Toast z uhonorowanymi goscmi


Następnie premier wygłosił przemównienie, w którym nie zabrakło osobistych akcentów i wyraźnej sympatii do jego odbiorców:

„ To jest wielka satysfakcja dla mojego kraju, dla moich rodaków i dla mnie osobiście, że jest taki kraj, tysiące kilometrów od Polski, dumny kraj, który wywalczył swoją niepodległość niezwykle krwawymi ofiarami. Dumny i rozwijający się w sposób dziś imponujący.
Z
e jest taki kraj, w którym grona elity w tak dużym stopniu składają się z absolwentów polskich uczelni.
Niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie przybywam i gdzie słyszę w ustach ministrów, urzędników państwowych, prezydentów miast albo zwykłych ludzi na ulicach, polskie „dzień dobry”. A tu, w Hanoi, mogłem wiele razy usłyszeć te słowa i inne, bardzo ciepłe słowa, które kierujecie pod adresem Polaków.
Fakt, że tak wielka wspólnota polskich Wietnamczyków – bo tak was nazywamy - i także Wietnamczyków żyjących w Polsce, że tak wielka wspólnota rozumie dobrze problemy i ambicje i Wietnamu, i Polski - to wielka nadzieja dla obu krajów.

Chcę wam powiedzieć, że dzisiejsze moje spotkania z przywódcami Wietnamu potwierdzają potrzebę budowania relacji polsko-wietnamskich na jak najwyższym i jak najlepszym szczeblu (...). 
 
Chcemy powiedzieć, że nasze losy- Polaków i wasze –Wietnamczyków, nasze wspólne losy, są do siebie bardzo podobne. Przeszliśmy, oba narody przeszły, bardzo trudną drogę. Ale dlatego dzisiaj możemy być tak dumni ze swojej niepodległości i z tego, że świat patrzy z takim podziwem na to, w jakim tempie Polacy i Wietnamczycy nadrabiają zaleglości, nadrabiają stracony czas.

Dzisiaj, z moją malżonką, chodząc po ulicach Hanoi, zobaczyliśmy miasto jedno z najpiękniejszych i niezwykle fascynujących. Wiem, że takich miejsc w Wietnamie jest dużo więcej. Myślę, że będziemy bardzo dobrymi ambasadorami wietnamskiej tradycji, kultury, wietnamskiej ambicji i wietnamskiego postępu w naszym kraju i w całej Europie.  Zyskaliście nasze serca i mam nadzieję, że także wy o Polsce i Polakach zawsze będziecie myśleć jak najlepiej.  
Niech żyje Wietnam, niech żyje Polska, niech żyje nasza przyjaźń!


Po zakończeniu przemówienia, premier, ambasador i odznaczeni  wznieśli toast, po czym rozległo się spontanicznie zaintonowane przez wietnamskich gości  „Sto lat ”.

Kolejna część spotkania przebiegła w mniej formalnej atmosferze, wśród wspomnień studenckich lat przez 60-letnich dzisiaj sympatyków naszego kraju i zachwytów nad serwowanymi pierogami i bigosem. Uwaga, mieszkancow Szczecina powinno ucieszyc, ze wietnamscy  studenci tamtejszej politechniki, z nieskrywana lezka w oku wspominaja klub studencki "Pinokio" :-).
 
Impreza integracyjna trwala jeszcze dlugo po opuszczeniu spotkania przez premiera, nastapily nawet proby uatrakcyjnienia jej amatorskim karaoke, ktore szczesliwie spalily na panewce.
To bylo moje drugie (pierwsze mialo miejsce w 2003 r., w Sajgonie) spotkanie z wietnamskimi studentami i za kazdym razem jest ono prawdziwa przyjemnoscia. Ci ludzie, dzisiaj w wiekoszci na wysokich szczeblach wladzy lub biznesu, szczerze wzruszaja sie na wspomnienie kraju, o ktorym mowia " moja druga ojczyzna", czesto w pieknej polszczyznie, ktorej nie mieli okazji uzywac od 40 lat.  To nasi najlepsi ambasadorowie. 
   


Premier Tusk z malzonka podczas spotkania z miejscowa Polonia

środa, 01 września 2010


Podczas zorganizowanego w sierpniu Międzynarodowego Kongresu Matematytów w Hyderabadzie (Indie), przyznano medale Fields’a najlepszym młodym (poniżej 40-go roku życia) matematykom na świecie. Jednym z czterech wyróżnionych jest 38-letni profesor Ngô Bo Châu – za udowodnienie tzw. podstawowego lematu dotyczącego istotnych problemów algebraicznych, nad którym matematycy męczyli się przez ponad 20 lat, a Ngô udowodnił go przez sprowadzenie do stosunkowo prostego problemu geometrycznego bliskiego fizyce matematycznej. Odkrycie to zostało zakwalifikowane przez magazyn Time jako jedno z 10-ciu najważniejszych dokonań w nauce w 2009 r.

Ngô Bo Châu urodził się w w Hanoi, w profesorskiej rodzinie (ojciec w dziedzinie matematyki, matka w dziedzinie medycyny). Wyjątkowo uzdolniony nastolatek wziął udział w Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej w 1988 i 1989 roku, gdzie jako jedyny osiągnął wynik 42/42 punkty.

Châu wyjechał z Wietnamu studiować na prestiżowej Ecole Normale Supérieure w Paryżu. Dalszą karierę naukową kontynuował we Francji: doktoryzował się na Université Paris-Sud, habilitował na Université Paris-Sud 11 i tam też obronił profesurę w 2005 r. W tym samym czasie uzyskał tytuł profesorski w Wietnamie, stając się najmłodszym (33- letnim) posiadaczem tego tytułu w kraju. Obecnie wykłada w Instytucie Zaawansowanych Nauk w Princetone oraz, okazjonalnie, w Instytucie Matematyki Uniwersytetu w Hanoi. Od września bieżącego roku, będzie wykładał na Univercity of Chicago.

Wszystkie krajowe media z dumą podkreślały osiągnięcia wybitnego matematyka, a głowy (w liczbie trzech) państwa pospieszyły z gratulacjami, proponując profesorowi czynny udział w rozwoju zaawansowanych studiów matematycznych w Wietnamie.



Ngô Bo Châu podczas ceremoni Hyderabadzie, sierpien 2010 r.

środa, 25 sierpnia 2010

Generał Giap obchodził 23-go sierpnia 100-tne urodziny. Uczczono je z należytą stuletniemu bohaterowi narodowemu atencją, podkreślając bezprecedensowy wkład geniuszu militarnego w historię Wietnamu. Trudno zaprzeczyć faktom: pod dowództwem Giap'a, wietnamskie wojsko pokonało dwie światowe potęgi: Francję i USA. 

Giapa kochano i nienawidzono, ale nikt nie może odmowić mu talentu, czy wręcz geniuszu militarnego. W biednym, zacofanym kraju, potrafił świetnie wyszkolić całe odzdziały. Doskonale dobieral sobie współpracowników, którzy szybko zarażali się entuzjazmem generała. Logistyka rodem ze Średniowiecza okazała się skuteczniejsza, niż najlepiej zorganizowane armie świata.  Generał Giap opierał swoje strategie na podstawie identyfikacji najsłabszego punktu wroga. Walcząc z armią USA, nie sposób nie docenić jej potegi; talent Giapa polegał na celnym odnalezieniu jej slabości. A tych było wiele: brak odporności na tropikalny klimat, nieznajomość terenu, brak poparcia cywilów.  A przede wszystkim: niesprawiedliwa okupacja kraju.  
Mówi się, że strateg i taktyk Giap nigdy się nie pomylił w swojej 30-letniej karierze wojskowej. To on zmusił dziesięciu francuskich i amerykańskich generałów do popełnienia strategicznych błędów, które doprowadziły do porażki wroga. Giap studiował sztukę militarną na podstawie analiz m.inn. wielkiej wojny ojczyźnianej, chińskiej wojny z Japonią i wojen napoleońskich.   Vo Nguyen Giap przeżył swoich największych wrogów i przyjaciół, a jego imię na zawsze pozostanie zapisane w Historii.

 

Urodzinowe zdjecie w Hanoi: Gen. Giap i gratulujacy mu Nong Duc Manh, I Sekretarz Partii.

TUTAJ znajdziecie słynny wywiad z Gen. Giap'em przeprowadzony przez O.Fallaci w 1969 r.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Wietnam będzie musiał jeszcze poczekać na tego typu inwestycje ..... Tymczasem, Singapur chwali się najnowszą perełką architektoniczną, którą miałam okazję podziwiać z daleka podczas ostatniej wizyty w sterylnym kraju.

Oficjalne otwarcie kompleksu Marina Bay Sands miało miejsce 23 czerwca, a zaszczyciła je sama Diana Ross koncertem na żywo. Hotel posiada 2.560 pokoi o zwykłym i podwyższonym luksusowym standardzie. Zbudowany nakładem 5,7 mld USD, zdetronizował konkurencję z Dubaju i pozostaje dzisiaj najdroższym hotelem na świecie. Kompleks złożony z trzech budynków połączonych 350 metrowym mostem w kształcie łodzi powstał wedle projektu architektonicznego Moshe Safdie.



Oto garść faktów i cyfr, którymi Marina Bay Sands chętnie się dzieli:
Powierzchnia: 845.000 m²
I
lość pięter: 70
Personel: 10.000 osób
Planowany dochód: 70 mln USD rocznie
Wstęp do kasyna: 70 USD
Liczba gości w kasynie: 25.000 dziennie
Wysokość drzew w podniebnym ogrodzie: do 83 metrów



Osobiście, nie potrafiłabym się oprzeć podniebnemu basenowi: choć wydaje się nie mieć granic, woda spływa z brzegów na kolejny poziom, z którego jest ponownie pompowana do głównego zbiornika. Mierzy, bagatelka, 150 metrów, czyli trzykrotność olimipjskiej długości! Polożony na  wysokości 200 metrów, wymaga od pływaków nie tylko kondycji, ale i odporności na lęk wysokości. Hotel zapewnia, że liczne zabezpieczenia uniemożliwiają jakikolwiek nieszczęśliwy upadek z wysokości 55-ego piętra....

Tym, którzy planują wizytę w Singapurze, radzę się pospieszyć z rezerwacją: specjalna oferta już od 270 USD za nocleg. Zycząc państwu miłego pobytu... J.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Historia zatacza (kwadratowe) koło, wg PAP:
USA negocjują z Wietnamem porozumienie o współpracy nuklearnej, które pozwoli temu azjatyckiemu krajowi korzystać z amerykańskiej technologii i produkować paliwo nuklearne poprzez wzbogacanie u siebie uranu - podał w czwartek "Wall Street Journal".
Umowa - kontynuuje dziennik - może wywołać napięcie w stosunkach USA z Chinami, które graniczą z Wietnamem. Komentuje się ją jako przykład bardziej stanowczej ostatnio polityki Waszyngtonu w Azji Wschodniej, gdzie niektóre kraje obawiają się rosnącej potęgi Chin. Porozumienie nuklearne z Wietnamem nie było uprzednio konsultowane z Pekinem.

Ewentualne porozumienie z wciąż komunistycznym Wietnamem spotyka się z krytycznymi głosami w USA. Zdaniem krytyków, stoi ono w sprzeczności z deklarowaną przez prezydenta Baracka Obamę polityką walki z rozprzestrzenianiem broni i technologii nuklearnej. Administracja Obamy wymaga, by kraje zainteresowane współpracą atomową z USA wyrzekły się prawa do wzbogacania na swym terenie uranu na potrzeby cywilnej energetyki atomowej.
Prawo takie mają kraje-sygnatariusze traktatu o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej (NPT), chociaż technologie produkcji paliwa do reaktorów atomowych można też wykorzystać do produkcji broni nuklearnej.

W zawartej niedawno umowie USA ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi rząd tego kraju zgodził się kupować paliwo do reaktorów za granicą, zamiast produkować je u siebie. Podobnie ma być w planowanym porozumieniu USA z Jordanią.

Wietnam jednak uzyskał prawo do wzbogacania uranu na swoim terenie. Departament Stanu twierdzi, że kraj ten nie stwarza takiego ryzyka proliferacji, jak kraje Bliskiego Wschodu. Krytycy zwracają uwagę, że kraje arabskie mogą teraz argumentować, iż USA stosują podwójną miarę w polityce współpracy nuklearnej.

 


Wietnamski Premier - Nguyen Tan Dung z Barackiem Obama podczas Swiatowego szczytu bezpieczenstwa nuklearnego. 
Waszyngton, kwiecien 2010 r.
 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19