Juz za kilka dni, pogonimy strachliwego Krolika, by powitac poteznego, tajemniczego ulubienca chinskiej mitologii: wkrotce wkraczamy bowiem w Rok Smoka. Wedlug kalendarza ksiezycowego, Nowy Rok rozpocznie sie 23-go stycznia 2012 r. Wejscie Smoka swietowac beda przed wszystkim Chiny, Hong-Kong, Tajwan, Wietnam i Singapur – a takze mieszkancy rozproszonych na calym swiecie dzielnic chinskich – od Paryza po Nowy Jork.
Kazdy kraj swietuje inaczej. Oto garsc porad z wietnamskiego podworka, gdzie Tet (od Tet Nguyen Dan – „uczta pierwszego poranka”) jest najwazniejszym swietem i ... najdluzszym okresem nietykalnego prawa do urlopu. Jak kazda tradycja, wietnamska rzadzi sie swoimi prawami. O czym nalezy pamietac w tym szczegolnym okresie? Czego unikac, by nie nadepnac na odcisk straznikom tradycji w czasie obchodow Nowego Roku?
NALEZY: 1. Byc pogodnym, usmiechnietym i zyczliwym – taka postawa zwieksza szanse na jej zachowanie przez caly rok. 2. Zwrocic wszelkie dlugi przed Nowym Rokiem. Jesli rozpoczniesz go pod kreska, podobnie go zakonczysz. 3. Podziel sie bogactwem – w czerwone ozdobne koperty, nalezy wlozyc banknoty (uwaga: swiezutkie, prosto z tasmy produkcyjnej) i podarowac je wybranym, waznym dla nas osobom. Szczegolne wzgledy naleza sie dzieciom, niezameznym czlonkom rodziny oraz podwladnym. Pieniadze w czerwonych kopertach nie tylko zapowiadaja powodzenie, ale rowniez odstaraszaja zle duchy. 4. Otoczyc sie kolorami symbolizujacymi powodzenie: czerwony i zloty sa szczegolnie mile widziane. 5. Nosic nowe ubrania – jako symbol czystosci oraz nowego poczatku.
NIE NALEZY: 1. Przeklinac, narzekac, krytykowac; uzywanie brzydkich slowto zaproszenie zlych duchow w nasze progi. Wszelkie przejawy agresji nie ida w parze ze szczesciem i powodzeniem. 2. Zamiatac – w ten sposob wymiata sie z domu szczescie. 3. Ubierac sie na bialo (kolor smierci i zaloby) lub czarno (negatywny, pesymistyczny kolor). 4. Skladac wizyt w pierwszym dniu nowego roku. Gosc, ktory przekroczy nasze progi jako pierwszy powinien byc szanowana osoba, gwarantujac tym samym bezpieczenstwo i prestiz calej rodzinie przez kolejnych 12 miesiecy.
Jak przystalo na „uczte pierwszego poranka”, jedzenie stanowi wazny element obchodow Nowego Roku. Na tradycyjnym wietnamskim stole nie moze zabraknac banh chung (na polnocy kraju) i banh tet (na poludniu) – ciast z kleistego ryzu z miesno-warzywnym farszem, zawinietych w liscie bananowca.
Kazde domostwo dumnie prezentuje swoje drzewka szczescia: kwitnace o tej porze roku drzewka brzoskwini (na polonocy) lub zoltych forsycji (na poludniu). Rownie popularne sa ... chryzantemy (zolte i czerwone) oraz malowane na kolorowo ....bazie.
Poza drobnymi niuansami, czy powyzszy opis nie przypomina Wam rodzimego podworka tradycji? Chuc Mung Nam Moi – Szczesliwego Nowego Roku!
O tym, co przyniesie nam Rok Wodnego Smoka juz wkrotce...
„W Kambodży, rodzice sprzedają już 5-6-cioletnie dziewczynkiw zamian za opłatę ok. 100 euro.Te same dzieci prostytuują się w domach publicznych za 500 rieli (ok. 0,15 euro).” Somaly Mam, w swojej autobiograficznej książce „Cisza niewinności” (wydanie w języku francuskim: ”Le silence de l’innocence”, 2005 r.; w języku angielskim „ Droga utraconej niewinności”, 2006 r.), poruszająco opisuje swoje dzieciństwo – bitej, gwałconej niewolnicy oraz tragiczne losy innych dziewczynek ; Thomdi, sprzedanej w wieku 9 lat i zmarłej na AIDS w wieku lat 17; Sokhone, sprzedanej w wieku 8 lat i zmarłej na gruźlicę i AIDS w wieku 15 lat i setek innych.
Aby walczyć z handlem ludźmi, Somaly Mam oraz jej mąż – Pierre Legros załoyżli w 1997 r. fundację AFESIP (Agir pour les femmes en situation precaire – Akcja na rzecz kobiet w sytuacji kryzysowej). Ta pozarządowa organizacja działa obecnie w Kambodży, Tajlandii, Wietnamie i Laosie, ratując ofiary niewolnictwa seksulanego i umożliwiając im resocjalizację oraz naukę zawodu. Dotychczas, AFESIP przyjął ponad 4000 osób. Szacowany procent pomyślnie zakończonej resocjalizacji szacuje się na 60% (nie obejmuje on dziewcząt zmarłych lub powracających do domów publicznych z własnej woli lub w wyniku porwań). W samym 2010 r., 339 kobiet i dzieci trafiło do Afesip, 121 podjęło nowe życie, z czego 32 dzięki mikro-kredytom ofiarowanym rpzez Fundację. Obecnie, w placówkach AFESIP przebywa 194 osoby (z rzadka, do placówek trafiają również chłopcy). Więcej o Fundacji : TUTAJ.
Oto relacja jednej z dziewczynek przebywających w centrum Afesip w Phnom Penh (ok. 2005 r): „ Nazywam się Chan Ry. Urodziłam się w wiosce Anlong Goman, prownicji Kandal. Pewnego dnia, jakaś pani przyszła porozmawiać z moją mamą, a potem zabrała mnie, obiecując pracę. Ale kiedy dotarłyśmy do jej domu w Phnonm Penh, zamknęła mnie na klucz. W domu znajdowało się około dziesięciu dziewczynek – Kambodżanek i Wietnamek. Byli tam też strażnicy – trzech lub czterech, którzy zmuszali dziewczynki do przyjmowania klientów. Codziennie musiałam przyjąćdziesięciu-piętnastu klientów, nawet kiedy byłam chora. Klienci byli miejscowi i zagraniczni. Potem, sprzedano mnie ponownie, ale nie znam ceny. Zszyto mnie trzy razy, na żywo (za dziewice klienci są gotowi zapłacić krocie). Czasami klienci przychodzili w grupach. W trzecim domu pracowały starsze dziewczyny – 18-19-sto letnie, ale też bardzo młode w wieku 6-8 lat. Przyjmowałyśmy średnio po 15 klientów dziennie.Zostałam tam dwa miesiące, po czym zabrała mnie policja. Kiedy trafiłam do pierwszego domu, miałam tylko 7 lat. Klienci wolą młode dziewczynki, takie jak ja wtedy. Wszyscy klienci są okropni, ale najgorsi są Kambodżanie. Cudzoziemcy mają dziwne, trudne wymagania – kiedy odmawiałam, przypalali mnie papierosami.”
To tylko jedna z niezliczonych relacji – każda wydaje sie bardziej nieprawdopodobna, okrutniejsza od poprzedniej. Wściekłość, bezsilność, rozpacz można przekuć w realną pomoc Fundacji AFESIP: 5 USD pokrywa koszt miesięcznej opieki psychologicznej dla 1 osoby 10 USD pokrywa miesięczny koszt opieki zdrowotnej dla 1 osoby 25 USD pokrywa miesięczny koszt szkolenia dla jednej osoby w następujących dziedzinach: krawiectwo, fryzjerstwo, tkactwo, obsługa komputera, nauka angielskiego, zarządzanie małym przesiębiorstwem. 54 USD kosztuje miesięczne wyżywienie dla 1 osoby, w postaci 3 pełnowartościowych posiłków dziennie. 135 USD pokrywa wszystkie wyżej wymienione koszty dla 1 osoby oraz zakup ubrań, artykułów higienicznych, zamieszkania i zajęć rekreacyjno-sportowych. 1.270 USD – tyle potrzeba, by zmienić życie jednej kobiety pragnącej zacząć życie na nowo po opuszczeniu Fundacji i zakończeniu nauki zawodu.
Wpłat dokonywać można na następujący rachunek: Nazwa banku: The Foreign Trade Bank of Cambodia Adres banku: No 3, St. 53/114 Kramoun Sar, PHONM PENH Nazwa odbiorcy: AFESIP Numer rachunku: 010-30-060-002959-3 SWIFT: FTCCKHPP
Wcześnie rano, weź
rulon papieru, wieczne pióro i usiądź w cieniu starego drzewa.
Spisz, czego pragniesz dla siebie, dla swoich bliskich i dla świata. Skup się
na teraźniejszości.
Rześki wiatr będzie strącał liście – przyjrzyj się im. Suchy liść spadnie na nierealne oczekiwania, młody listek wskaże cel, na którym
warto się szczególnie skupić. Pomyśl o tych wskazówkach, ale nie pozwól im
podciąć Twoich skrzydeł.
Złóż rulon w zacienionym miejscu. Kiedy rozwiniesz go ponownie za rok, przekonasz
się, że wszystkie liście uschły. Co stanie się z Twoimi marzeniami zależy od
Ciebie.
Jeśli robisz plany w dniu przypadającym na pełnię księżyca, podziel swoje oczekiwania przez trzy.
W ostatni piątek siedzimy sobie w najlepsze na zebraniu w firmie, świadomi, że należy je zakończyć punktualnie o 10-tej, kiedy to pojaiwć się ma intratny klient. Jest 8.50, mamy czas. Ledwie omówiliśmy pierwszy z 15 tematów, uchylają się drzwi i wchodzi oczekiwany za godzinę klient, pytając z uśmiechem, dlaczego zaczęliśmy bez niego. Konsternacja... Cóż, w milczącym akcie solidarności, zwijamy manatki i wychodzimy, zastanawiając się, kto zwariował – klient, czy szef? Zebranie trwa bagatela do 16-tej. Koledzy wychodzą z niego, jak po serii prania wirnikowego. Pytam retorycznie, jak poszło. - Jak cholera! Jakbyśmy rozmawiali w pięciu różnych językach (co zważając na towarzystwo angielsko-wietnamsko-izraelsko-rosyjskie brzmiało całkiem przekonywująco). - Dogadaliście się w końcu? - Tak, ale szło jak po grudzie. Aż zapytałem wietnamską koleżankę, czy przypadkiem dzisiaj nie wypada pełnia księżyca, ale spojrzała na mnie ironicznie i wytknęła, że się po prostu źle przygotowaliśmy. Kiedypożegnaliśmy gości, postukała w klawiaturę telefonu i oznajmiła z ulgą: - Oczywiście, miałeś rację – dzisiaj pełnia księżyca! Nie ma się czym przejmować – kolejne zebranie we wtorek, księżyc będzie w fazie wzrostowej – to idealny czas na budowanie pozytywnych relacji.
I tak rozmyślając nad potęgą natury, wbijam się w ruch uliczny, wprost pod koła autobusu przekonanego, że jemu – jako większemu, choć głupszemu należy się pierwszeństwo. Kierowca wydziera płuca, co szczęśliwie zagłusza moja muzyka. Kończy się na wymianie obraźliwych gestów i ruszamy w swoje strony.
Jak przystało na piątkowy wieczór, planujemy podrygi przy kubańskich rytmach. Jeszcze tylko szybko odebrać dostawę lodówki (między 18-tą a 18.30), która ma zastąpić ryczącego jak helikopter i grzejącego jak szklarnia potwora. Dochodzi 20-ta i nasza tolerancja dla spóźnialstwa przekracza delikatną granicę. Chłodne wino łagodzi jednak grzechy świata. Dochodzi 21-wsza. Nie wytrzymuję i dzwonię do sklepu. O dziwo, przełączają mnie do mówiącego po angielsku pana z działu obsługi klienta. - Czekamy już 3 godziny na dostawę.... - O, madam, proszę się nie martwić, pani produkt dotrze na czas. - Taką też miałam nadzieję, ale już jest po czasie... - Madam, moi pracownicy już jadą. - A o której dojadą w moją okolicę? - O, madam, proszę się nie martwić, nie będzie problemu. - Czy to oznacza, że będą przed 21.30? - O, madam! Nie wiem... - ?? - Ruch na drogach dzisiaj bardzo zły. Baaardzo! - Rozumiem, że będą najpóźniej o 22-iej, kiedy kończycie godziny pracy? - O, tak! Ale, madam, dzisiaj moi pracownicy są bardzo zajęci. Pierwszy dzień wielkiej promocji w sklepie.... - Tak, do tego piątek – zagaduję porozumiewawczo (chłodne wino łagodzi obyczaje). - O, madam – dzisiaj pełnia księżyca! - ?? - Moi pracownicy mieli przyjęcie w sklepie i będą późno. Full moon party, madam... – czyli po kwadransie lania wody przechodzimy do sedna. - Ale proszę się nie martwić, pani dostawa dotrze na czas....
Jest 23-cia, kończymy wino, dzwonek do drzwi – wjeżdża lśniący chromem potwór, a my podziwiamy zza bambusowej dżungli otoczonego tęczowym pierścieniem sprawcę całodziennych kłopotów.
Wiele lat temu, kiedy ruch uliczny w Sajgonie, mimo pozorów dramatu, był zjawiskiem niewinnym, jakdziecię i takoż nieświadomym swojej przyszłości, zaprosiłam odwiedzającego mnie kolegę z Polski na przejażdżkę motorem. Paweł, doskonały nota bene kierowca samochodowy, obdarzony wzrostem, który zapewne potęgował jedynie korek wśród drobnych miejscowych kierowców, wsiadł i na długo zamilkł. Sądziłam, że zastosował się do moich instrukcji: siedź, nie ruszaj się i nie oddychaj. Ale powód okazał się inny. Kiedy wreszcie wydostaliśmy się z ośmiorniczych objęć potwora w postaci ronda przy targu Ben Than, zsiadł i odzyskawszy mowę, oświadczył: „ To było najgorsze doświadczenie w moim życiu”.
Następnego dnia,wrocił z kaskiem i nakazał nie ściągać z głowy, po czym skrupulatnie co roku odpytywał, czy jest w użyciu. Niestety, w tamtych czasach, jazda w kasku nie była obowiązkowa – nosili je jedynie pojedynczy cudzoziemcy, narażając się tym samym na rolę maskotek, które pozkazywało się dzieciom, jak cudaczną małpkę.
Dzisiaj ilość pojazdów w Sajgonie uległa wielokrotnemu procesowi pączkowania,a sytuacja na drogach przyprawia w godzinach szczytu o głeboką nerwicę. Dlatego też ucieszyłam się z zabawnego ukazania problemuTUTAJ . Póki się potrafimy śmiać z tego, co nas normalnie smuci, damy radę!
Jeśli kiedykolwiek narzekałeś na swój los, złą pogodę i nieustannie rzucane przez życie kłody – przyjrzyj się tym ludziom. 60 mln Chińczyków jest niepełnosprawnych. Spośród nich wywodzą się członkowie Chińskiego Artystycznego Zespółu Osób Niepełnosprawnych. Powstał w 1987 r., kiedy grupa zawodowych artystów postanowiła dać szansę młodym amatorom; nie tylko pozbawionym uprzedniego doświadczenia scenicznego, ale również - i przede wszystkim - niepełnosprawnym. Z dnia na dzień, niewidoma, głucha, niepełnosprawna fizycznie lub psychicznie młodzież trafiła ze szkół specjalnych, pól, fabryk, a najczęściej zza zamkniętych szczelnie drzwi domów na deski teatru. Mozolna praca z terapeutami, choreografami i muzykami przyniosła zapierające dech efekty: kliknij TUTAJ.
Komunistyczny rząd Chin chętnie chwali się dokonaniami zespołu, który według władz utożsamia potęgę i niezłomność państwa.
Jak przystało na niedawno określany jako kraj Trzeciego Świata, Wietnam ma ambicje osiągnięcia pozycji azjatyckiego lidera w dziedzinie golfa. Nie chodzi oczywiście o wyniki sportowe, a liczbę powstających pól golfowych i ich amatorów. Dotychczas, tej „sportowej” rozrywce oddawali się głównie miejscowi nuworysze i obcokrajowcy. Od niedawna, grono amatorów powiększyło się o pracowników strefy budżetowej, głównie ministerstw Socjalistycznej Republiki Wietnamu Niepodległość-Wolność-Szczęście.
Skala zjawiska osiągnęła na tyle niepokojące rozmiary, że Minister Transportu wydał oficjalne oświadczenie, w w którym zakazał pracownikom gry w burżuazyjnego golfa. Według niego, rozrywka ta pochłania podwładnym zbyt wiele czasu i tym samym odbija się negatywnie na ich wydajności w pracy. Wiele projektów opóźnia się lub tkwi w zupełnej stagnacji tylko dlatego, że pracownicy spędzają zbyt wiele czasu na trafianiu w biała piłeczkę. Co ciekawe, minister krytykuje zarówno grę w golfa w czasie godzin pracy, jak podczas wakacji. Dodatkowo, tym razem w związku z popularyzowaniem idei środków masowego transportu wobec zalewającej masy samochodów osobowych, rząd wietnamski zobowiązał swoich pracowników do używania przynajmniej raz w tygodniu dotowanych przez miasto autobusów miejskich.
I to byłby, oficjalnie, koniec mody na sukces wietnamskiej budżetówki. Przy sporym nakładzie wysiłków, ten chwalebny stan może potrwać nawet do przedługich trzech miesięcy, po czym upadnie pod ciężarem rozbuchanych obchodów Nowego Roku (Tet).
Wystarczyło wykazać się 10-letnią cierpliwością, pozbyć się wielkiej acz nieuzasadnionej wiary w możliwości polskich placówek dyplomatycznych oraz spuścić zasłonę milczenia na sposób promocji gościnnego występu – by obejrzeć polskich artystów na sajgońskiej scenie. Po cichutku, na zaproszenie Opery HCM City, przybył do nas Śląski Teatr Tańca z Bytomia. Niewidziany przeze mnie od blisko 15 lat, wystąpił ze spektaklem „ Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy” w choreografii legendarnego założyciela zespołu – Jacka Łumińskiego. Pokaz cieszył innowacją przekazu, świeżościąi dynamiką tancerzy oraz niespotykaną tutaj techniką. Spektakle tańca nowoczesnego stanowią zawsze pewne ryzyko dla widzów – można je pokochać lub całkowicie odrzucić. Mnie ujęła imponująca technika budowania piramid ludzkich- statycznych, ruchomych, powstających w biegu... Międzynarodowy zespół, różne temperamenty, zmiany nastroju – godzinna uczta artystyczna minęła niepostrzeżenie.
Zachwycona publika, złożona głównie z członków sajgońskiego zespołu baletu, z którym Śląski Teatr Tańca (STT) prowadził 2-tygodniowe warsztaty, entuzjastycznie dziękowała za występ. Konferansjerka zaprosiła zespół na scenę, do rozmowy z publicznością (w tym kraju to szokująca nowość). Zmęczeni, ale promieniujący tancerze usadowili się wygodnie na brzegu sceny, by odpowiedzieć na zasadnicze pytania gospodarzy: 1. Czy podoba wam sie Wietnam? 2. Czy lubicie wietnamskie jedzenie? Tancerze odpowiadali , publika szalała, konsternacja rosła. I to by było na tyle, dziękujemy, do widzenia.
Zespół jest w trakcie miesięcznego tournée po Azji, obejmującego Seul, Sajgon, Pekin i Macau. Przesympatyczni tancerze w kulisach cieszyli się na rychłą podróż i występy w Pekinie i zarzekali się, że nieprędko tkną podstawowe danie ich wietnamskiej monodiety: wołowinę z ryżem trzy razy dziennie (ryba z makaronem zawsze „wychodzi” wcześniej).
Jaka szkoda, że zabrakło promocji STT na pystyni kulturalnej Sajgonu! Poza dyskretną wzmianką w poczcie mailowej i pospiesznie zawieszonym posterem zespołu przy wejściu do „teatru” – zabrakło informacji o występie, którą kilkuosobowa polska publiczność przekazywała sobie jedynie pocztą pantoflową. Nie obyło się bez gaf... Przed wejściem do sali koncertowej umieszczonej za drzwiczkami dla krasnoludków, w świetnie wyposażonym bunkrowatym pomieszczeniu, zaczepiono nas pytając, czy jesteśmy z ambasady. Obawiając się, że odpowiedź negatywna może skutkować zakazem wstępu, przytaknęliśmy. Nasz wybór miejsc w pierwszym rzędzie tylko utwierdził organizatorów w mylnym przekonaniu o nadaniu odpowiedniej rangi wydarzeniu artystycznemu. Kiedy nas ponownie zapytano o ambasadorskie pochodzenie, przyznaliśmy,że nie mamy z nim nic wspólnego i gotowi jesteśmy ustąpić miejsc spóźnionym ambasdorskim gościom. Ci jednak nie przybyli, więc pozostało robić dobrą minę do ustawionej w naszym kierunku kamery i gospodarza wyjątkowo uprzejmie ściskającego nam dłonie na powitanie.
Ambasadorzy wszystkich krajów przybywajcie – poziom kultury drastycznie spada nam we krwi!
Już wkrótce, cichy, dyskretny i tani zastrzyk zastąpi plutony egzekucyjne, wykonujące wyroki śmierci w Wietnamie. Nowy dekret wejdzie w życie (sic!) w listopadzie br. Do tego czasu, władze penitencjarne mają zapewnić warunki do wykonywania śmiercionośnych zastrzyków, a Ministerwstwo Zdrowia zapewnić dostawę trzech głównych skladników zastrzyku. Śmiercionośna mikstura składa się z 5 g barbituranu tiopental, 100 mg zwitoczającego mięśnie bromku pancuronium (słynny Pavulon) oraz 100 mg chlorku potasu. Przed wykonaniem ostatniego zastrzyku, skazany musi być w stanie narkozy, w wyniku uprzedniego podania leków usypiających. To ogromny postęp wobec strzałów, których echo dochodzi co jakiś czas do uszu graczy na luksusowym polu golfowym w Sajgonie...
Ministerstwo Spraw Publicznych oświadczyło, że koszt wprowadzenia nowych zasad wykonywania kary śmierci nie wiąże się z dodatkowymi kosztami, gdyż „liczba wyroków jest niewielka, poniżej 100 przypadków rocznie”. Wprowadzone zostały również zmiany dotyczące zasad pochówku skazanych: dotychczas chowano ich na wydzielonych cmentarzach, teraz rodziny bedą mogły pochować ciała w dowolnym miejscu, „pod warunkiem, że nie będzie to stanowiło zagrożenia dla porządku publicznego i bezpieczeństwa państwa”.
Kara śmierci obejmuje w Wietnamie m.inn. następujące przestępstwa: morderstwo, przemyt narkotyków, korupcję, falszerstwo pieniędzy, terroryzm, wandalizm mienia nalezacego do armii. W 2009 r., z powyższej listy usunięto gwałt, a obecnie trwają starania o usunięcie m.inn. korupcji i fałszerstwa pieniędzy.
Nie istnieją oficjalne dane dotyczące liczby wyroków śmierci w Wietnamie (podane przez prasę dane mówią np. o odroczeniu 83 egzekucji i wykonaniu 8 w 2009 r.). Natomiast, publicznie informuje się o liczbie objętych amestią: 17.000 osób w ubiegłym oraz 10.000 w bieżącym roku. Zwolennicy utrzymania kary śmierci cytują szczególnie okrutne morderstwa, które zbulwersowały ostatnio wietnamską opinię publiczną: - Dekapitację młodej kobiety podczas napadu rabunkowego dokonanego przej jej .... 26-letniego narzeczonego; skazanego w listopadzie 2010 r. i oczekującego na wykonanie wyroku. - Napad na sklep jubilerski w sierpniu br. przez 18-latka, którego proces jest w toku; podczas napadu, zamordował malżeństwo właścicieli i ich kilkumiesięczną córkę. Uratowano jedynie starszą córkę, której napastnik odciął rękę.
Niepoprawni optymiści mają nadzieję, że powyższe zmiany to wstęp do zniesienia w przyszłości kary śmierci.
Co w trawie piszczy – każdy wie... Ale, czy wiecie co widzieć-słyszeć-i czuć może pasażer tajskiej taksówki? Odpowiedź poniżej wraz z pozdrowieniami z Bangkoku.
Miało być tak pięknie… Wietnam w krótkiej przyszłości stanie się drugim Singapurem – słyszę nieustannie od 9 lat. Czas mija, refren się nie zmienia. Reczywistość za to, i owszem, dostaje zadyszki od ciągłego biegu: naprzód, nieraz w bok, czasem potykając się – dookoła, omijając rozliczne przeszkody.
Wystarczy przyjrzeć się faktom – twierdzą zwolennicy teorii singapurskiej: - liczba samochodów na drogach wzrosła o minimum 1000 % - liczba inwestycji lokalnych i zagranicznych bije co roku rekordy - rozwój infrastruktury widoczny jest gołym okiem - powszechna dostępność towarów i usług - wzrost wynagrodzeń i wyraźny wzrost poziomu życia mieszkańców
To tylko pozory - ripostują trzeźwo myślący (niesłusznie zwani pesymistami): - kraj dusi się w korkach i spalinach - korupcja bije rekordy w tempie znacznie przekraczającym przyrost inwestycji - stan ekonomii (kiedy już uda się wydostać przybliżone do rzeczywistości dane) przyprawia o ciarki, a poziom inflacji o ból głowy, - internet kosztuje grosze, w przeciwieństwie do publicznej edukacji i służby zdrowia - wzrost wynagrodzeń idzie w parze ze wrostem postawy roszczeniowej oraz spadkiem efektywności
Wietnam ma ogromny potencjał turystyczny: chwalą optymiści, jeśli nie utoną akurat na nieserwisowanej łodziprzemierzającej Zatokę Ha Long, będącą częścią dziedzictwa naturalnego UNESCO.
Imponujące tempo inwestycji w infrastrukturę zachwyca tych, którzy mieli szczęście nie paść ofiarą zapdającego się mostu (powód: skorumpowany zakup wadliwych materiałów od kolegi brata szefa).
Poziom życia ludnościnigdy nie był wyższy w historii kraju: wille warte 2 miliony dolarów i nowiutkie audi są jednak rzadko owocem uczciwej pracy.
Edukacja nigdy nie stała na lepszym poziomie:przepaść między poziomem nauczania na zagranicznych i państowych uniwersytetach jest dramatyczna, często tragikomiczna.
Pozostaje nadzieja, że Wietnam obudzi się, zanim pochłonie sam siebie w kompulsywnym ataku zamozachwytu. I choć nadzieja jest piękną rzeczą, to marzenia o drugim Singapurze w Wietnamie należy włożyć między bajki.
Czy i wam zdarza się donosić do firmy? Nie wiem, co macie na sumieniu i z czego wynika wasza niedola. Wiem jednak, co popycha australjskiego inżyniera pracującego dla „zagranicznej” firmy w Sajgonie do tak desperackiego kroku.
Już na rozmowie o pracę usłyszał: - Nasza firma nie oferuje pracownikom żadnych dodatkowych apanaży poza wynagrodzeniem. Przytaknął z pewnym zrozumieniem, domyślając się, że za ubezpieczenie zdrowotne przyjdzie samemu zapłacić. - Komputer musi sobie pan sam zapewnić – sprecyzował przedstawiciel pracodawcy. - ?? - My nie wysposażamy pracowników w taki sprzęt. Zresztą, sam pan rozumie – na placu budowy byłoby to ryzykowne. Po tygodniu pracy w bunkrze na placu budowy, faktycznie okazało się, że nawet właściciel wielomilionowego projektu został okradziony J.
W pierwszym dniu nowej pracy, inżynier przygotował sobie zestaw pierwszej potrzeby: ołówek, gumkę, zestaw flamastrów, ryzę papieru, notes oraz rzeczony komputer.
Drugiego dnia skompletował: kubek, słoiczek z kawą i słoiczek z cukrem. Taktownie nie zapytałam o łyżeczkę. Natomiast dowiedziałam się, że pracodawca zapewnia wodę!
Trzeciego dnia (nie wiedzieć czemu, tak późno!) przygotował dwie rolki papieru toaletowego.
I na tym polega przewaga wietnamskiego socjalizmu nad polskim, sprzed lat: u nas się papier toaletowy pracodawcy kradło, tutaj się donosi.
Jeśli robisz interesy w Wietnamie, pamiętaj o popularnej zasadzie gry na pieniądze: ostatnia faktura za wykonanie usługima dla klienta charakter symboliczny i nie wymaga uregulowania. Ignorantom z Zachodu, zwłaszcza podejumjącym się samobójczej współpracy z lokalnymi firmami na północy kraju, tłumaczę: ta niecna praktyka jest częścią „kultury biznesowej” Azji Płd-Wschodniej.
Pewnien oporny klient – miejscowy developer - zwodził nas miesiącami, najpierw negocjując warunki spłaty dwuletnich należności, potem będąc w wiecznej podróży słubowej, wreszcie, oświadczając wprost, że możemy mu, mówiąc delikatnie, niewiele zrobić. Ruszyła więc machina prawna i parę tygodni później sąd arbitrażowy otrzymał nasze pękate dossier. Po analizie i zatwierdzeniu wniosku, należało wybrać jednego z trzech arbitrów. Polecono nam tego, którego apetyt na łapówki mieści się w granicach normy. Drugiego przekupił klient. Pozostało rozgryzienie trzeciego – wygląda na to, że klient próbował przekupić, ale my obiecaliśmy wiecej. Zgodnie z oczekiwaniem oraz - co nie bez znaczenia - na podstawie dokumentów prawnych przemawiających ewidentnie na naszą korzyść, ogłoszono wyrok: klient musi zapłaić zaległą należność i odsetki karne. Wezwaliśmy klienta do wykonania przelewu- ale w zamian dostaliśmy jedynie apelację od prawomocnego wyroku sądu arbitrażowego.
Dwa miesiące póżniej, siedzimy na sali rozpraw sądu w Mieście Ho Chi Minha. Wysiadła klimatyzacja, powietrze chłodzi więc warczący zajadle wiatraczek. Po chwili, na naszych oczach, kabel zajmuje się ogniem i wiatraczek zamiera. W kościelnych niemal ławeczkach, przebieramy nogami, podnosząc je żwawo z powodu karaluchów. W połowie mowy, obrońcy klienta rozdzwania się telefon, wypełniając piwniczne pomieszczenie łzawym żeńskim śpiewem. Sędzia przywraca personel do porządku, sam zabiera głos i już po jego tonie, można się domyślić treści decyzji: grzmi, gestykuluje, by kilkanaście minut później, ogłosić wyrok na naszą korzyść. Ten człowiek nie dostał od nas ani grosza i przywrócił mi wiarę w istnienie resztek przyzwoitości i ucziwości w tym skorumpowanym kraju. Próbowaliśmy porozmawiać z klientem, obcenym w sądzie, ale z taką mocą wpatrywał się w płyty chodnika w naszej obecności, że próba dialogu spełzła na niczym.
Uzbrojeni w prawomocne decyzje, udajemy się do komornika. Komornik ma kiepską płacę i nie przemęcza się niepotrzebnie. W tradycyjny sposób, budzimy w nim poczucie misji, obiecując złote góry w przypadku ściągnięcia długu, a tymczasem przekazując motywującą, okrągła zaliczkę. Komornik nie traci czasu – działa więc wyłącznie na podstawie informacji dostarczonych mu przez poszkodowanego. I tak, czując potencjał śledczy u mojej głównej księgowej, powierzam jej misję detektywistyczną. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Całymi dniami szuka informacji o rachunkach bankowych klienta, jego dobrach ruchomych i i trwających inwestycjach. Na trzech namierzonych rachunkach, udaje się zablokować 7 tys. dolarów, czyli raptem 4% długu. Wieczorem, księgowa udaje się dyskretnie na przejadżkę wokół biura klienta; na podstawie spisanych numerów rejestracyjnych samochodów, policja teraz ustala ich status prawny, by następnie przekazać łup poszkodowanemu. Nazajutrz mijam księgową ubraną w dość niecodzienny sposób – „na bogato”. Rusza służbowym samochodem do biura sprzedaży klienta i podaje się za potencjalnego klienta zainteresowanego zakupem mieszkania. Przy wymaganej zapłacie depozytu, prosi o rachunek bankowy firmy. Prośba budzi zdziwienie wśród obsługi – przecież wszyscy płacą gotówką! Po chwili okazuje się, że „z przyczyn technicznych”, nie można udzielić informacji o rachunku bankowym. Cóż, sprzyja nam czynnik ludzki w postaci zdeterminowanego sprzedawcy, który zupełnie prywatnie przesyła wzór umowy i numer rachunku potencjalnemu nabywycy. Z nowymi danymi w zębach, biegniemy do komornika, by zablokował rachunek, zanim wyparują z niego zdeponowane środki. Komornik kwituje nasze gorące informacje westchnięciem: Ach, wreszcie znależliście ten rachunek...
Księgowa odmłodniała, nabrała elegancji i pewności siebie, a ja już powoli tracę orientację w składzie drużyn policjantów i złodziei.
Polska społeczność w Sajgonie rośnie odwrotnie proporcjonalnie do słupka przyrostu naturalnego w ojczyźnie. Dziesięć lat temu było nas pięcioro, dzisiaj pewnie dziesięć razy tyle. Na pożegnalnej imprezie jednej z polskich par, padło znienacka: - Dlaczego ty o nas nie piszesz? Tłumaczyłam, że pewnie ani czytelników, ani mnie, nie interesuje saga wypadków Polaków na obczyźnie. Zrozumienie moich argumentów w oczach rozmówcy było niewielkie. - Przecież tyle się dzieje! Mieliśmy konsula, a dzisiaj nawet po konsulacie nie pozostał ślad. Pisałaś o tym? - Nie... - A o tym, że Ania miała wernisaż obrazów? - Nie... - A o tym, że my wyjedżamy z Wietnamu – zapytał gospodarz? - Też nie.... - To o czym ty w ogóle piszesz?!
Jako, że obecny rok niesie ze sobą falę masowych wyjazdów cudzoziemców z Wietnamu, kilka dni później, spotykamy się ponownie z okazji pożegnania pary polskojęzycznych Czechów. - Może uda nam się spotkać gdzieś w świecie za 10 lat – pada znad patelni z paellą. - Ciekawe, jak będzie wyglądało nasze życie... – nostalgiczny nastrój udziela się wraz z ubywającym winem. - Ania będzie znaną malarką, Alicja będzie miała dom, Gabrysia własny hotel, a ona marską wątrobę...
Wszystko zostało zatem powiedziane – następny wpis o Polakach w Sajgonie pojawi się za 10 lat w celu weryfikacji powyższych zobowiązań.
Ze specjalną dedykacją dla Mirka (będącego dzisiaj sobowtórem Gorbaczowa, a w młodości Marlona Brando) i Gabi (która postanowiła wypisać się z pewnej totalitarnej insytucji).
Kiedy próbujesz dokonać rezerwacji online na lot z indonezyjskim przewoźnikiem, szybko wpadasz pod zimny prysznic: wpisana w google nazwa każdego z nich odsyła cię najpierw do rejestru katastrof lotniczych , tudzież czarnych list przewoźników, z którymi nie należy podróżować. W tychże optymistycznych okolicznościach przyrody, rezerwuje lot z Lion Air – po raz pierszy od ich ostatniej katastrofy, która nastąpiła na tydzień po pierwszych wakacjach na Bali w 2004 r. Niewiele się zmieniło: w schowku na magazyny pokładowe i instrukcje bezpieczeństwa, znajduje ponownie niezbędnik pasażera:laminowana karta z menu modlitewnym w trzech językach, dla wyznawców wszystkich głównych religii, poza tą niemile widzianą w krajach muzułmańskich. W przeciwieństwie do lotu sprzed lat, nie dostaję przekąski w postaci kleistgo ryżu z mięsem w liściu bananowca. Przekaz jest jasny: módl się i leć!
Tę podróż trzeba odbyć mimo ryzyka: za kazdym razem, widok indonezyjskich wysp Komodo i Flores zawsze zapiera dech w piersiach.
Tym razem, wyprawa jest krótka i skondensowana; w planach nurkowanie i wspinaczka. Rafa koralowa w okolicach Komodo jest jedną z najpiękniejszych na świecie, a wielu ekspertów w dziedzinie oceanografii twierdzi, że dzierży palmę pierwszeństwa. Fakt – takich kolorów i rozmiarów, jakmi zadziwia, nie spotkałam nigdzie indziej! Dzienniczek nurkowań się zapełnia i rozpada, ale dopiero teraz zapisuje w nim: „nurkowanie w pralce wirnikowej”. Takie się bowiem odnosi wrażenie poddając najpierw bardzo silnym prądom, a następnie warując przy dnie, uczepionym skały, patrząc, jak prąd dyryguje stadami ryb. Setki tuńczyków, dziesiątki barakud i tysiące drobniejszego zwierza przemieszcza się falami, warstwami, w pionie i poziomie, przyprawiając o istny zawrót głowy. A tę trudno utrzymać na karku z powodu potwornego prądu.Rekiny podpływają na tyle blisko, że można im zajrzeć do paszczy... Módl się i nurkuj! Po istnym National Geographic na żywo, kolejne zejście pod wodę rozczarowuje: płyniemy ponad pół godziny przez .... podwodne pole kamieni. Poza nimi, nie ma nic. Ale, kiedy pojawia sie ona, rozpływamy się w zachwycie. Ogromna, 3.5 metrowa manta, wyprzedza mniejsze koleżanki, by na osobnej scenie zaserwować nam półgodzinny pokaz tańca. Z niepowtarzalną gracją, frunie majestatycznie, pozwalając podpłynąć blisko, zbyt blisko.
Emocje nurkowe tylko pozornie uspokaja chłodne piwo Bintang – połączone z wrażeniami spod wody i widokiem na skąpaną w zachodzącym słońcu zatokę Labuanbajo, mocno uderza do głowy.
Adrenalina na najwyższym poziomie domaga się zwiększonych dawek. Płyniemy zatem na wysepkę Rinca – podbnie, jak słynne Komodo, upodobały ją sobie ogromne, wszystokżerne potwory. Nieodłączne dwumetrowe szpikulce w rękach przewodników potwierdzają, że mimo pozornego spokoju, jesteśmy otoczeni nieprzewidywalnymi bestiami, które potrafią po kolacji z człowieka zostawić jedynie niesmaczny aparat fotograficzny. Zrobiło się naprawdę gorąco, kiedy jednego z dragonów wybudziły z letargu bielutkie dziecięce pośladki, kuszące bestie przez uchylone drzwi toalety. Strażnicy jednak byli czujni i szybko uziemili bestię szpicem w kształcie ogromnej procy. Matka dziecięcia nawet nie zdała sobie sprawy z akcji ratowniczej, ubrała dziecko, a my wszyscy wypuściliśmy głośno powietrze z napiętych płuc.
Dragony przyczyniły się do ciekawego spotkania. Kiedy pstrykałam zdjęcia pod wielkim posterem reklamującym park na Komodo, poszarpanym tak straszliwie, jakby trafił pod żelazne szczęki czołowej atrakcji turystycznej wyspy – podszedł starszy pan w typowej, indonezyjskiej koszuli i zagadnął, skąd przybywam. Jak zwykle, wziął Poland za Holland, ale kiedy już zrozumiał, radości nie było końca: - Z Polski, z samej Polski pani jest ?!- padło po angielsku. I zaraz dodał po polsku: - Ja też jestem Polakiem, chociaż już 47 lat na Flores. A gdzie mieszkasz w Polsce? - W Warszawie – ucinam, by było prościej. Ale pochodzę z Tarnobrzegu – wyjaśniam, bez nadziei na zrozumienie. - Nie może być! Toż to moje rodzinne miasto! – cieszy się, ściskając do bólu moje ramię. I tak poznałam legendarnego Polaka, którego wszyscy znają na Flores: ojciec Stanisław Wyparło. Co ciekawe, każdy mieszkaniec potrafi wymówić bezbłednie jego nazwisko. Ksiądz od lat buduje kościoły na tej chrześcijańskiej wyspie jednego z największych krajów muzułmańskich. Dzięki niemu powstają szkoły, świetlice dla dzieci i przychodnie. Słynie z działań na rzecz integracji między wyznawcami różnych religii. Nie zaburza to jednak jego surowego osądu muzułmańskich ekstremistów i terrorystów. To on, między innymi, pomagał Wojciechowi Tochmannowi (pisarz, dziennikarz Gazety Wyborczej) w odnalezieniu śladów Beaty Pawlak (reporterki GW) – jedynej polskiej ofiary zamachu na Bali w 2002 r i ... specjalistki od terroryzmu.
Położone na zachodnim wybrzeżu Labuanbajo nie pozwala wyjechać – uzależnia widokami na zatokę o każdej porze dnia, które o zachodzie słońca grożą przedawkowaniem ochów i achów, a aparatowi wyzionięciem ducha.
Pod słodkim przymusem, czas jednak ruszyć na podbój nieznanego. Odlot do Ende, na wschodnim krańcu wyspy, o 14.35. - Przyjadę po was o 14.30 – mówi Kancek, nasz lokalny przewodnik. - Nie, nie, to zbyt późno!– oponuję. - Tutaj należy być na lotnisku w porze planowanego przylotu. To czas na kawę w kawiarni z widokiem na pas startowy. Kiedy samolot wyląduje, wtedy można powoli udać się do odprawy. Tak też się dzieje, a godzinę póżniej lądujemy w zachmurzonym Ende. To baza wypadowa do miejsca, które mnie prześladuje od 10 lat: Kelimutu – nieczynny wulkan, na którego szczycie na poziomie 1.640 metrów, uformowały się trzy jeziora o różnych kolorach. Pogoda kiepska – istnieje ryzyko, że kolorowe tafle jezior skryją się w chmurach. Ruszamy o 7 rano, wbrew instrukcjom: „ pobudka o 4-tej, wyjazd o 4.30, by zdążyć na wschód słońca”. Dzięki temu, w drodze do celu (z poziomu 1.200 metrów),mijamy nieliczne grupki turystów schodzących ze szczytu i cieszymy się samotoną wędrówką. Na ten moment trudno się przygotować – po krótkiej wspinaczce na czworaka i przekroczeniu barierek ochronnych – stajemy twarzą w twarz z ... przepaścią, na dnie której rozciąga się ogromna zielona tafla jeziora Tiwu Nuwa Muri. Tutaj, wedle wierzeń, trafiają dusze poczciwych ludzi i dzieci. Na lewo od siostrzanego jeziora, oddzielona skałą, znajduje się kolejna perełka: to Tiwu Ata Polo o turkusowej tafli. Tutaj trafiają dusze niepoczciwców.
Sporo dalej i wyżej, znajduje się ostatnie z gorących jezior: czarodziejskie Tiwu Aba Mbupu o czarnej tafli, odbijającej światło tak, że z czasem zastanawiam się, czy w dole jest woda, czy tylko ogromne lustro. Odosobnione i przerażające jezioro jest domem dla dusz starych ludzi.
Siedzimy na szczycie, popijamy czarną kawę serwowaną przez dwóch miejscowych sprzedawców: dzielimy się czekoladą, wypalamy goździkowego papierosa i z całkowitym zrozumieniem, wymieniamy w swoich językachuwagi na temat potęgi wiecznego piękna natury.
Jeszcze będzie przepięknie – pocieszyła się w duchu – tyle, że nie teraz. Zdecydowała się na wyjazd w ostatniej chwili....Miniaturowy samolot na ekranie przelatywał właśnie nad Pragą, kiedy Lulę zaczął dopadać sen – dzielnie, acz nieskutecznie z nim walczyła na raptem godzinę przed lądowaniem.
Sny przewijały się z prędkością rozpędzonej ruletki; Sajgon i Phu Quoc, upał i pora deszczowa, śniadoskórzy i skośnoocy, zielone palmy i rozpalona słońcem pustynia, aromatyczna kawa i zielona herbata, foki i krowy, aromatyczna kawa...Otworzyła oczy, poruszyła nozdrzami – zapach najprawdziwszego cappucino z nutką cynamonu powoli budził ją ze snu. Za oknem, nieśmiałe słońce siłowało się z gęstymi chmurami. Zanurzyła palec w filiżance, oblizała, zamykającoczy, by w pełni rozkoszować się słodką, leciutką pianką. To było najlepsze cappucino od czasu włoskiego majstersztyku na Phu Quoc. Odstawiła filiżankę - kofeina zaczynała powoli krążyć we krwi, wyrywając ją stopniowo z błogostanu. Spojrzała na zegarek – była ósma piętnaście. To niemożliwe – poszła spać o jedenastej! Pamiętała, że przestawiła zegarek, zgodnie ze zmianą stref czasowych, jeszcze na pokładzie samolotu. Wyskoczyła z łóżka na równe nogi. Musiała przespać prawie dobę; jest ranek – następnego dnia! Sięgnęła po kolejny łyk gorącej kawy, kiedy dostrzegła kopertę włożoną pod porcelanowy spodek. Miała złe przeczucie, co do listu, którego nawet nie zamknięto, najwyraźniej pisząc go w pośpiechu. Powstrzymując ciekawość, stanęła w otwartym oknie, wzięła głeboki oddech, by opanować narastającą złość na z góry oczywistą treść listu, po czym gwałtownie rozdarła kopertę.
Na złożonej w pół kartce papieru, czarnym flamastrem narysowano fokę siedzącą na rowerze – zagadka, której Lula nie zdążyła rozwiązać przed wyjazdem z Sajgonu. Uśmiechnęła się z czułością – to miła forma pożegnania. Sięgnęła ponownie po kopertę – och, to nie koniec! .....
*********************************** Ciąg dalszy ...... tutaj nie nastąpi :-). Jeśli polubiliście Lulę, mam nadzieję, że będziecie mieli okazję przeczytać wszystkie jej przygody w papierowej wersji.
- Dzisiaj mamy spotkanie z potencjalnym inwestorem – Tom mierzwił potarganą już czuprynę. Podoba mu się nasza działalność i byłby gotowy sypnąć groszem – albo bezpośrednio, albo poprzez pomoc w wyposażeniu naszych placówek. Rozumiesz – gruba ryba.... I chciałem cię prosić, żebyś dołączyła do nas na zebraniu – jesteś nowa, wygadana, no i mógłbym pochwalić się naszymi dokonaniami w kwestii procedur ISO...
- Ależ, ja dopiero zaczęłam czytać o tym, jak ugryźć problem. Mój raport z ostatniej misji mówi głównie o udoju w rękawicach ogrodniczych i ryzyku urazów kończyn w wyniku poślizgu na oborniku – broniła się Lula. - Krok po kroku, od czegoś trzeba zacząć – uspokajał Tom. Facet ma się pojawić około dziesiątej. Zawołam cię, kiedy przyjdzie czas na prezentację, pewnie godzinę później. Ach, zapomniałbym o jednym! Czy nadal masz ten profesorski kostium, którym oczarowałaś nas w pierwszym dniu pracy? - Taaak, pamiętam, że cieszył się dużym uznaniem – skrzywiła się ironicznie Lula. - Otóż to! Na dzisiejsze, oficjalne spotkanie, będzie jak znalazł. Zrób się na bóstwo, moja droga. Facet jest Włochem, więc sama rozumiesz... zawiesił znacząco głos i wrócił do domu, w którego oknie stała już złowieszczo kontrolująca sytuację małżonka. Robienie się na bóstwo było wykluczone w warunkach galopującej wilgotności i powietrzu nieskażonym najlżejszym podmuchem wiatru. Wciśnięta w kostium i buty na obcasach, Lula czuła się, jak żółw: za mały, by pozbyć sie skorupy, za duży, by całkowicie się w niej ukryć. Jej ulubiony kierowca już czekał za bramą i aż gwizdnął na jej widok. Ograniczone możliwości komunikacji nie pozwalały im na głębszą konwersację, ale cmokanie z podziwu należało zinterpretować jednoznacznie – wyglądała zacnie i gdyby nie mokre włosy, które zamierzała wysuszyć na wietrze, mogłaby ponownie ubiegać się o profesorski tytuł. Niełatwo było wsiąść na motor w długiej, wąskiej spódnicy – bez narażania garderoby na uszczerbek, a honoru na splamienie. Nieoceniony kierowca zademonstrował jej pozycję, którą nieraz widywała na ulicy; należało usiąść jak amazonka – na boku siedzenia, z nogami założonymi jedna na drugą – z gracją wskazującą na wieloletnie doświadczenie w przejażdzkach na jednym półdupku. Za trzecim podejściem udało się, choć o gracji nie mogło być mowy; trzymała się kierowcy tak kurczowo, że przypominała posturą raczej jadącego na oklep jednonogiego kowboja, niż zacną damę. Dotarła do biura przed czasem i na widok zdumionej miny pana Chau przypomniała sobie, że ostatni element jej toalety wymagał wciążretuszu. W lustrze z trudem rozpoznała swoją głowę – włosy zdażyły wyschnąć, ale wyglądem przypominały trafioną przez piorun miotłę; splątane nimiłosiernie, stojące niemal dęba tworzyły ciekawą kompozycję z nienagannym kostiumem. Pan Chau pojawił się dyskretnie, donosząc lekko przybrudzony grzebień. Niezwykła rzecz, zważywszy na jego łysą głowę. Rozczulona tym przejawem troski, Lula zabrała się żywo do roboty. Po wyczesaniu kilku kołtunów i wyrzuceniu trzech garści włosów do kosza, zaczynała wyglądać jak człowiek. Upinaławłosy w kok, kiedy usłyszała ostateczny wyrok: - Och, teraz panienka znów wygląda jak pani profesor!
Tom, również elegancko ubrany, czekał już w swoim gabinecie na ważnego gościa. Pan Chau parzył świeżą kawę, a recepcjonistka poprawiała idealnie ułożone kwiaty w wazonie. O punkt dziesiątej, rozległ się dzwonek i wszystkie oczy, w całej niedyskrecji, zwróciły się w stronę drzwi. - Dzień dobry – rozległ się melodyjny głos. Nazywam się Fabio Scotto i mam spotkanie z panem Tomem. Gość miał ciepły głos, siwe włosy i rozpiętą pod szyją koszulę. Tom wyszedł na spotkanie, uprzednio zostawiając na oparciu krzesła marynarkę. - Fabio! Cieszę się, że wreszcie udało nam się spotkać. Zapraszam do mojego biura – powiedział, przepuszczając gościa i dając znak panu Chau, że nadszedł czas na kawę. Zainteresowanie personelu zniknęło wraz z gościem, jedynie Luli pozostawało czekać na sygnał. Nie wiedziała, czym ma mu zaimponować, więc oddała się pogawędce z panem Chau. - Pan Fabio to jeden z najdłużej mieszkajacych w Wietnamie obcokrajowców; jest tutaj od piętnastu lat i zarządza włoską firmą importującą maszyny poszukiwane przez największych asów w naszym kraju. Od fabryk, przez szpitale, aż po kopalnie. To bardzo porządny człowiek – zawyrokował. - Czy Tom zna go równie dobrze, co pan? – zapytała z nutą ironii? - Tego nie wiem. Pan Tom mnie o nic nie pytał, ale ja znam kierowcę pana Fabio i stąd moje informacje – wyjaśnił skromnie. Kawa zaczynała rozbudzać wszystkie zmysły i kiedy Lula już ulegała ochocie na przedpołudniową porcję aromatycznej kofeiny, otworzyły się drzwi gabinetu szefa i usłyszała słodki głos Toma: - Lula, pozwól na chwilę. Chciałbym ci przedstawić naszego gościa. Lula chciała mieć ten moment za sobą – weszła energicznie do gabinetu, niezbyt dyplomatycznie spostrzegając: - Bardzo mi miło: chętnie poznam człowieka, którego kierowca dobrze się o nim wyraża. Tom uśmiechnął się niepewnie, czekając na reakcję gościa, który zgodnie z oczekiwaniami Luli, wybuchnął śmiechem, uderzając się w uda. - Fabio, jak już wspominałem, zainteresowany jest współpracą z nami, co się doskonale składa, bo każda pomoc nam się przyda, a co dopiero wsparcie ze strony tak doświadczonego biznesmena. - Myślę, że powinniśmy zacząć pracować nad wspólnymi projektami jak najszybciej. Jeśli jesteście gotowi, proponuję pierwsze techniczne zebranie u mnie w biurze, we wtorek rano. - Doskonale – zgodził się Tom. Lula, zarezerwuj sobie czas, a my tymczasem udajemy się na nieformalną cześć spotkania w restauracji obok. - Ależ, Tom! Jak możesz pozbawić nas tak uroczego towarzystwa na czas obiadu? Ech, ci Francuzi i ich maniery wobec dam – westchnął Fabio. Czy zechce pani do nas dołączyć?
Włoska restauracja Pendolasco, w wolnym tłumaczeniu Luli – „Dzyndzylisko” - ukryta była w gąszczu bambusów i bananowców. Zacienione podwórko prowadziło do eleganckiego wnętrza, żywcem przypominającego tradycyjną środziemnomorską trattorię. Fabio był najwidoczniej stałym bywalcem – kelnerzy pozdrawiali go, odgadując kulinarne zachcianki, podtykając najnowsze wina i świeżo upieczone pieczywo. Wreszcie pojawił się sam właściciel, gromko pozdrawiając gościa po włosku i galanteryjnie podejmując jego towarzyszy. - Zapraszam do naszego najlepszego stolika – będziecie mieli święty spokój, o co w porze obiadu niełatwo – zachęcał. Zasiedli przy nakrytym już dla trzech osób stole, na którym chłodziło się białe wino. W koszyczku na pieczywo znajdowały się wszelkie zabójcze dla linii smakołyki: świeżo upieczony chleb z oliwkami, bułeczki z suszonymi pomidorami i pałeczki z kminkiem. - Proszę, zaczynajcie, moi drodzy – zachęcał Fabio. Pozwolicie, że polecę wam najlepsze dania szefa kuchni? - Ależ oczywiście!- odparł z ulgą Tom, studiując pierwszą z dziesięciu stron menu. - A zatem spaghetti bolognese dla pana i dla mnie. A dla pani, hmmm... co powiedziałaby pani na penne puttanesca? – zwrócił się do Luli Fabio. Lula poczuła, że dławi się kminkowym paluszkiem. Nie znała włoskiego, choć domyślała się znaczenia, porównując włoskie słowa do francuskich i hiszpańskich. W tym właśnie był cały kłopot. „Penne” kojarzyło jej się z oglądanym niegdyś filmem hiszpańskim, w którym, niezbyt wyszukanym językiem, koledzy komentowali miłosne podboje w wieku szczenięcym. Cieszący się najmniejszym powodzeniem bohater został zdiagnozowany przez bezwzględnych kumpli, poprzez określenie jego męskości mianem „penne”. Nie znała na tyle języka, by zorientować się, co dokladnie miało to oznaczać, ale jedno było pewne: nie był to komplement, a w kontekście kulinarnym nie powodował bynajmniej wzrostu apetytu. Fabio zauważył rozterkę na jej twarzy i zapytał: - Nie odpowiada pani penne, czy puttanesca? Lula siegnęła po szklankę wody, by pokryć zmieszanie. Niewątpliwie melodyjna nazwa oznaczała dla niej jedno: „dziwkarski zwis” i mimo najszczerszych starań, nie potrafiła wyobrazić sobie konsumpcji takiego kuriozum. - Euuh, czy mogłabym zamówić gnocchi z sosem serowym? – zapytała, pamiętając, że najlepszą formą obrony jest atak. - Doskonały wybór! – ucieszył się Fabio. W takim razie spaghetti bolognese dla Toma, gnocchi dla pani, a dla mnie penne puttanseca – zadecydował. - Moi drodzy, pierwsza dostawa sterylizatorów do mleka nadejdzie w sobotę. Tak, jak proponowałem – spotkajmy się we wtorek w moim biurze. Będę już wiedział w jakim stanie są maszyny i ile z nich będę mógł wam podarować. Oczywiście, mówimy o początku współpracy. Będziecie mieli czas je przetestować przed kolejna dostawą za miesiąc. A teraz, proponuję wznieść toast za spotkanie i powodzenie we współpracy – Fabio wzniósł kieliszek. - Za współpracę – powtórzyli zgodnie na trzy głosy. - I zdrowie pięknych pań – dodał Fabio, schylając galanteryjnie głowę. Kelner pojawił się z wypełnioną tacą i zapytał, naśladując włoski zaśpiew: - Penne puttanesca? Lula odczyuła nagłą potrzebę poszukania pod stołem przypadkiem zrzuconej serwetki. Kiedy wreszcie podniosła głowę, zobaczyła prawdziwą twarz kuriozum: na talerzu Fabia piętrzył się rurkowy makaron z sosem pomidorowym, sowicie posypanym kaparami i drobniutkim czosnkiem... Jej ulubiona kompozycja! Gnocchi okazały się być nieco bardziej wyrafinowanymi kopytkami z mile drażniącym powonienie roztopionym serem. - Czy pani przyjechała do Wietnamu sama, czy z rodziną? – dopytywał Fabio. - Sama i proszę... Mam na imię Lula – proszę sobie oszczędzić grzeczności, zwłaszcza, że pewnie jestem w wieku pana córki – nie wiedzieć czemu, miała ochotę drażnić tego pewnego siebie Włocha. - Faktycznie, moja córka skończyła właśnie osiemnaście lat, czyli tyle, ile ty miałaś jakieś dwa lata temu. - Raczej dziesięć lat temu – sprecyzowała Lula. - Doprawdy? Czy wszystkie Polki wyglądają tak uroczo i wiecznie młodo? – dopytywał tonem słodkim, jak reklama olejku do niemowlęcych pośladków. - Absolutnie wszystkie – skwitowała z powagą Lula. Podobnie, jak Wietnamki, Włoszki i Kamerunki. Jak bowiem wiadomo, na świecie nie ma brzydkich kobiet... - Och, cóż za trafna uwaga! - .... tylko wina czasem brak – dokończyła Lula. - Nnno, cóż. W takim razie, wypijmy zdrowie pięknych kobiet zanim zabraknie wina – powiedział Fabio, wypełniając gościom kieliszki. Pyszne jedzenie znikało z talerzy w tempie wprost proporcjonalnym do postępu lekkiego rauszu w głowie rozgrzanej upałem. Panowie oddali się dyskusji o interesach, w których Lula miała dopiero wkrótce zacząć uczestniczyć; nie miało to mieć wiele wspólnego z opieką nad dużym zwierzem, ale pozwalało jej na poznanie nowego, choć niezbyt ekscytującego świata. Tak naprawdę, marzyła jej się sjesta – choćby wzorem koleżanek z biura, na podłodze, z encyklopedią pod głową. Och, zdrzemnąć się, choćby na dziesięć minut... Czuła, że zasypia z otwartymi oczami, a jej głowa niepokojąco ulega prawom grawitacji. - Alora, que faciamo? – usłyszała gromki głos Fabia i nie panując nad pierwszym skojarzeniem, jakie podchwycił jej język na dźwięk skądinąd znajomego wyrażenia, wypaliła: - Faciamo l’amore! Fabio spojrzał wyraźnie zaintrygowany, po czym, maskując wybuch śmiechu, dodał: - Niezwykle kusząca oferta, ale myślałem raczej o deserze... – zawiesił głos, skutecznie odwracając uwagę Toma. Na co masz ochotę: tiramisu, mus czekoladowy, czy ciasteczka z owocem pasji? - Ja poproszę... – wtrąciła Lula. - Taaak, dla pani ciasteczka z owocem pasji – oświadczył kelnerowi Fabio. Może to niezbyt rozsądne, ale z pewnością bezpieczniejsze... Lula czuła, że się płoni – wiele by dała, by nastąpiło w tej chwili trzęsienie ziemii, albo przynajmniej awaria prądu, która zmusiłaby gości do opuszczenia lokalu. Nie tylko nie nastąpił koniec świata, ale padł kolejny komplement pod jej adresem: - Tom, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak cennym nabytkiem jest Lula – powiedział teatralnym szeptem Fabio. - Och, stary – Tom wyraźnie się rozluźnił pod wpływem wina – czego ona nie potrafi! Doi krowy gołymi rękami, uprawia jazdę ślizgową na oborniku, zajada się kurzymi zarodkami i uprawia czary. Nawet moja doświadczona w materii żona jej się obawia. Zgadzam się – to prawdziwa perła. Lot Luli po równi pochyłej zbliżał się do niebezpiecznej strefy pod poziomem morza i zgodnie z najbanalniejszą receptą na wyjście z patowej sytuacji, oświadczyła: - Przepraszam, ale muszę wracać do biura. Mam zebranie z Fredem w sprawie raportu o naszych podopiecznych na Phu Quoc. Spieramy się co do krytyki techniki udoju... - Ale przecież Fred jest chory.... – powiedział Tom, po czym dodał pod obstrzałem lodowatego spojrzenia Luli; - ... był chory, dziś rzeczywiście obiecał pojawić się w biurze po południu. - Miło mi było cię poznać – zwróciła się do Fabia. - Ależ cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział, szarmancko całując ją w dłoń.
W biurze panowała już piątkowa laba, poparta przeświadczeniem, że szef już się tego dnia nie pojawi. Jedynie mróweczka Lan pilnie stukała w klawiaturę. Wyraźnie się ucieszyła na widok Luli: - Nie widziałam cię całe wieki, albo ciebie nie ma, albo by jesteśmy w rozjazdach. - Faktycznie, a zapowiada się, że będzie jeszcze większy ruch w interesie – westchnęła Lula i rozjerzawszy się po biurze, zaproponowała: - Muszę dokończyć raport, ale może miałabyś ochotę na drinka po pracy? Dzisiaj piątek, znam przyjemny bar w okolicy. - Oj, nie mogę. Dzisiaj nie mogę. Jest piątek, nie mogę – Lan dukała zakłopotana. Nie wiedziałam wcześniej, nie przewidziałam więc żadnego wyjścia... Muszę wracać do domu. - Możemy wyjść wcześniej, nikogo już nie ma... – oponowała Lula. - Nie, nie, naprawdę nie mogę. Może w następnym tygodniu, też w piątek? – zaproponowała Lan. - Spróbujmy zatem w następny piątek – ucieszyła się Lula. Może i dobrze – powinnam zająć się przeprowadzką. Jutro się przenoszę na swoje! - Doprrrawdy? – Tai wyrósł nagle jak spod ziemii. Opuszczasz pałac Toma? Cóż za afrrront! Masz rrrację – nie ma to, jak być na swoim. Jeśli potrzebujesz pomocy, możesz na mnie liczyć. Jestem zajęty od dziesiątej do dwunastej i potem od czterrrnastej trzydzieści do piętnastej... To znaczy, o czterrrnastej mam pierwszego pacjenta, czyli ... - Dziękuję, Tai, ale poradzę sobie sama – przerwała ten niebezpieczny monolog. Mam raptem dwie walizki; obrócę motorem w godzinę. - Motorrrem?! Jeździsz motorrem? – Tai nie krył zdziwienia. - Próbuję... Nie szło mi łatwo, ale nie tracę nadziei – westchnęła Lula. - Brrrawo, odważna kobieta! - spojrzał na nią z uznaniem. Więc, tak jak mówiłem, będę zajęty do piętnastej trzydześci, ale jeśli mogę w czymkolwiek pomóc – zrrrobię to z największą przyjemnością.
Wybiła szesnasta. Pan Chau, z uroczystą miną, oświadczył znad otwartej kroniki : - Pan Tom zadzwonił o piętnastej dwadzieścia i poinformował firmę, że dzisiaj pracuje z ważnym klientem, więc nie należy już spodziewać się go w biurze. I ściągając okulary w złotej oprawce, dodał: - Nie należy to do moich kompetencji, więc nie wyrażę swojego zdania. Ale wydaje mi się, że nie byłoby rażącym naruszeniem prawa.... - ... gdybyśmy poszli do domu – dokończył Tai, pakując się w ekspresowym tempie. Wygląda na to, że pacjent z ekstrrrakcją trrrafi pod sklapel jeszcze przed wieczorrrem.
Niewielki piętrowy domek, o błękitnej fasadzie, od razy urzekł Lulę; na dachu powiewały pióropusze palm kokosowych, na podwórku kwitły bugenwile, oplatając bramę purpurowo-białym szalem. Na podwórku stał mężczyna w nieokreślonym wieku: gdyby nie nieumiejętnie ukryta łysina, mógłby być dwudziestolatkiem. Uśmiechał się szeroko i zapraszał do środka. - Piękna żona – skwitował gospodarz, podając Fredowi filiżankę herbaty. - Dziękuję, ale to nie moja żona – jesteśmy kolegami z pracy i pomagam Luli znaleźć mieszkanie – wyjaśnił Fred, ku uciesze Luli.
- Och, jaka szkoda! – kontynuował właściciel. - Ja też żałuję – przytaknął Fred. - Państwo pozwolą, że się przedstawię; mam na imię Dat. Doktor Dat, powtórzył – podajac obojgu swoją wizytówkę. Pracuję w dziale naukowym koncernu energetycznego. A to moja żona i dzieci – wskazał dumnie pozostałych domowników. - Ja mam na imię Lula, mój kolega nazywa się Fred. Dopiero przyjechałam do Wietnamu i poszukuję małego lokum w tej okolicy. - A pani jest sama, czy z rodziną? – zapytał Dat. - Sama, rodzina została w Polsce. To znaczy, rodzice i rodzeństwo. Na własną rodzinę muszę jeszcze poczekać.
- Ale, ale! Cóż pani mowi? Z Polski? - uderzył dłońmi w uda. Ja studiowałem w Moskwie, całe dziesięć lat. To znaczy, mieszkałem tam dziesięć lat, bo doktorat zrobiłem w trzy. Och, Moskwa to był dla nas raj – dobrobyt, piękne kobiety... – zafrasował się, patrząc na żonę, po czym przypominając sobie, że nie mówi po angielsku, kontynuował. - Poznałem tam piękna kobietę – Olenę. Ech, cóż to była za krasawica! Ależ, skoro pani z Polski, to może pani mówi po rosyjsku? Może się napijemy czegoś mocniejszego? Taka niespodzianka! Fred mrugnął do Luli – negocjacje, zanim się na dobre zaczęły, zapowiadały się owocnie. Dat zniknął w kuchni, by pojawić sie po chwili z butelką podejrzanie ciemnego napitku. Rozlał go do półlitrowych kufli z plastiku i uroczyście oznajmił:
- To domowej roboty nalewka, według receptury mojego ojca. Na zdarowie, moi mili! Mot, hai, ba, joooo! – krzyknął gromko i stuknął w kufle gości z taką mocą, że najmłodsze dziecko zaczęło głośno płakać. Fred poprawił nienagannie nażelowane włosy i szepnął do Luli: - Moja droga, czas przejść do negocjacji – i głośniej, do gospodarza: Może moglibyśmy obejrzeć dom? - Och, oczywiście – zapraszam! – Dat wyraźnie się ucieszył, wstając i spoglądając na swój pusty kufel, zastrzegł: - Ale najpierw napijmy się. Za zdrowie gości i przyjaźń polsko-wietnamską. Mot, hai, ba, joooo! – kufle ponownie stuknęły, narażając się na poważne uszkodzenie. Małżonka i goście nie nadążali za tempem gospodarza. Ten odchrząknął kilkakrotnie, głośno odsapnął i patrząc mglistym wzrokiem w dal, powiedział: - Pani mi przypomina moją koleżankę ze studiów – piękna, rosyjska doktorantka na wydziale ekonomii.Miała takie, jak pani blond włosy i niebieskie oczy... Ech, cóż to były za czasy – rozmarzył się. Fred spojrzał przytomnie na brąz czuprynę Luli i zajrzawszy w jej ciemne oczy, zaproponował, jak echo: - A może moglibyśmy obejrzeć dom? - Och, oczywiście! Proszę za mną. Na parterze, poza salonem z ciężkimi meblami, uwierającymi w pośladki po piętnastominutowej nasiadówce, znajdował się pokój, ochrzczony przez Lulę graciarnią; właściciele przechowywali tam kolekcję mioteł, miotełek do kurzu, dwie drabiny, dziecięcy samochód bez dwóch kółek, materace i uszkodzone karnisze. Kuchnia, wychodząca na salon, składała się z turystycznego palnika, zlewu, ciągu szafek kuchennych z materiału podejrzanie przypominającego wzmocnioną tekturę i dziury w ziemii, która najwidoczniej służyła do mycia naczyń częściej, niż pusty zlew. - Kuchnia jest w pełni wyposażona – wyjaśnił Dat. Jest lodówka, pralka i kuchenka gazowa. Macie dzieci? - Taaak, ja mam dwójkę – odpowiedział Fred, ale Lula jeszcze nie ma rodziny. Gospodarz spojrzał na nich, wyraźnie próbując zrozumieć tok myślenia gości. - Ooo, to na początek, niewielka kuchnia wam wystarczy. Zresztą cudzoziemcy rzadko gotują w domu, prawda? Schody, wyłożone terakotą kładzioną zapewne w czasach kryzysu, mieniły się kilkoma odcieniami: co parę schodków, biały zastąpiony był beżowym, ten z kolei jasnym różem, który to zwieńczony został żółtym wykończeniem. Na pierwszym piętrze, podłoga była na powrót beżowa. Po prawej stronie dwie sypialnie; niewielkie, ale ustawne pokoje z szafami wnękowymi o podejrzanie kartonowej strukturze, za to z pięknymi, stylowymi zasłonami. - Dom jest nowoczesny, mamy klimatyzację i wiatraki; nie w każdym pokoju, bo przecież dla dzieci naturalny klimat jest najzdrowszy – wyjaśnił Dat, dodając: - Tutaj mamy sypialnie z żoną, obok śpią dzieci. Wy możecie urządzić się podobnie. Fred spojrzał porozumiewawczo na Lulę, równie skonfudowaną. Korytarz prowadził do gabinetu pana domu, w którym piętrzyły się książki techniczne, przykurzone papiery i kolejny samochodzik dziecięcy – tym razem z kompletem kół. W końcu korytarza stała szafa w starym, indochińskim stylu, a na jej szczycie ołtarzyk rodzinny: fotografie gospodarzy i ich rodziców oraz potomstwa. Obok, oświetlony mrugającymi czerwonymi lampkami, uśmiechał się korpulentny Budda z porcelany, noszący na wydatnym brzuchu i łysej głowie ślady pozostawione przez gekony i spopielone kadzidełka ofiarne. - Moja żona jest buddystką, a ja komunistą – zadeklarowałgospodarz, wskazując na stojący obok zdjęć rodziny, portret Ho Chi Minh’a, którego Lula początkowo uznała za założyciela rodu. Schody prowadziły na kolejne piętro, w całosci zajęte przez taras: naturalnych rozmiarów palmy w doniczkach, krzaki bazylii, bugenwile, jaśmin i gigantyczne szeflery. Lekka bryza ciągnęła od rzeki, która leniwie toczyła się sto metrów dalej. - Biorę! – szepnęła Lula. Wracajmy dopiąć szczegóły, zanim podejmą nas kolejnym kieliszkiem tego korzennego alkoholu. Dat już czekał na dole, nalewając gościom kolejną porcję podejrzanego napitku. – Dom jest niewielki, ale funkcjonalny i przyjemny. Sam nadzorowałem projekt i budowę kilka lat temu – dumnie obwieścił Dat i dodał: - Siadajcie, moi mili – napijmy się za spotkanie i za przyjaźń między Wietnamem, a byłym okupantem, którego pokonaliśmy pod Dien Bien Phu – mrugnął porozumiewawczo do Freda. Dochodziła dziewiąta i należało podjąć kolejną próbę powrotu do celu wizyty. - Dom mi się podoba, choć wymaga odświeżenia i kilku drobnych napraw – zaczęła Lula. - O, tak – to bardzo dobry dom. Szkoda, że będziemy musieli się wkrótce wyprowadzić – zamyślił się Dat. - Panie Dat, przejdźmy do konkretów: za ile pan chce wynająć dom? – Fred kuł żelazo, póki gorące. - Ustaliliśmy z żoną, że cena wyjściowa wynosi pięćset dolarów. Lula szybko oszacowała swój budżet, uznając, że cena jest do zaakceptowania, kiedy Fred, zaszczycając małżonkę godnym Don Juana uśmiechem, powiedział po wietnamsku: - Hmmm, myślę, że czterysta to dobra cena. - Taaak, czterysta to dobra cena, ale Hindusi zgodzili się płacić pięćset – powiedział Dat. - Hindusi?! – zdziwiła się Lula. - Tak, Hindusi, którzy wynajmą ten dom, zgodzili się na pięćset dolarów – wyraźnie cieszył się Dat. - Chwileczkę, czegoś tutaj nie rozumiem – powiedział Fred. Ten dom jest już wynajęty? - O, tak – to bardzo dobry dom, bardzo funkcjonalny. Wczoraj podpisaliśmy umowę z hinduskim małżeństwem. Lula poczuła nagle, że litr podejrzanego likieru uderza jej do głowy. Mogła to być równie dobrze stłumiona złość. Tudzież poczucie, że osławione różnice kulturowe mają w zanadrzu jeszcze niejedną niespodziankę. - Czyli państwa dom nie jest już do wynajęcia? – powtórzyła najwolniej i najspokojniej, jak umiała. - Nie, już nieaktualne – machnął ręką Dat, a małżonka ponownie uśmiechnęła się. Fred, wyraźnie zirytowany, przeczesywał palcami idealnie ułożone włosy, mlasnął niecierpliwie i wstając, oświadczył: - Bardzo miło było państwa poznać. Myślę, że zaszło jakieś nieporozumienie – sądziliśmy, że wasz dom jest do wynajęcia. - Och, cała przyjemność po naszej stronie – kłaniał się Dat. Może jeszcze kieliszeczek nalewki? - Nnnie, dziękujemy. Dziękujemy za gościnę. Dobrej nocy. – wydukała załamana Lula.
************************************************ Ranek, jak zwykle, oznaczał pustki w biurze, mimo tykającej na zegarze dziewiątej. Dopiero pół godziny później, w drzwiach stanął Fred: - Dzwonił do mnie Dat, nasz przemiły gospodarz domu do niewynajęcia! Prosił mnie o twój numer... Jeśli masz zamiar spędzić kolejny wieczór na piciu tego zajzajeru, to niestety, ale na mnie dzisiaj nie licz. Telefon Luli zaterkotał parę sekund później: - Allo, tawariszczka Lula?! – głos po drugiej stronie wydawał się znajomy, ale trudny do identyfikacji. - Da, eta ja – odpowiedziała, nie będąc jednak pewna, czy powinna podawać się za tawariszczkę. - Mówi Dat. Doktor Dat. Pamiętasz mnie, a?- kontynuował po rosyjsku. - Ah, Dat! Miło pana słyszeć. Fred wspominał, że prosił pan o mój numer telefonu – teraz zaczynała kojarzyć fakty. - Tak, dzwoniłem już do męża... - Fred jest kolegą z pracy – ja nie mam męża – powtórzyła Lula. - O, wsio rawno! Dzwoniłem do męża, .... to znaczy do towarzysza Freda, bo mam pewną propozycję. - Taaak? – Lula podejrzewała, że powinna szybko wymyślić dyplomatyczną odmowę w razie zaproszenia na degustację kolejnej nalewki. - Nuuuu, rozmawialiśmy z żoną i się wahamy... Podpisaliśmy już umowę z Hidusami, ale mojej żonie ty się bardziej podobasz. Mnie zresztą też, moja droga. Może mogłabyś zajrzeć dzisiaj do nas, a? Porozmawiamy, napijemy się i coś uradzimy. - Oczywiście, mogę być za godzinę.... – Lula próbowała ukryć niepohamowany entuzjazm. - W pariadkie – czekamy zatem u nas w domu – zakończył Dat.
Zachodziło słońce i spokojna okolica wydawała się iście wakacyjną destynacją; dzieciaki w mundurkach skautowskich niespiesznie wracały do domu, sprzedawcy rozkaładali swoje stoiska z jedzeniem, licealistki w białych ao dai jechały na rowerach z gracją, pozwalając wiatrowi wachlować ich długie włosy. Błękitny domek wydawał się jeszcze bardziej przytulny w popołudniowym, miękkim świetle. Krzewy na podwórku, świeżo skropione deszczem, uginały się pod ciężarem nowego wysypu kwiatów, palmy na dachu kołysały lekko ciemnozielonymi pióropuszami, kontrastującymi z pomarańczowym niebem. Na podwórku już czekał Dat. - A, witam obywatelkę! Proszę, proszę do środka. W salonie, w tym samym miejscu i tej samej pozie, siedziała jego małżonka, serdecznie się uśmiechając. Nalała wszystkim po filiżance zielonej herbaty i zapraszajacym gestem, wskazała Luli miejsce przy stole, po czym zwróciła się do męża. Jej twarz była wciąż uśmiechnięta, ale w tonie głosu czuć było stanowczość i Lula coraz bardziej nabierała przekonania, że w tym domu, to ona jest szefem. Dat wtrącił słowo i ponaglony przez żonę, zwrócił się do Luli: - Tak, jak wspominałem, nasz dom już był wynajęty. Nowi lokatorzy podpisali umowę i mieli wprowadzić się pod koniec miesiąca... A może kieliszeczek czegoś mocniejszego? – przerwał. - Nie, nie – dziękuję. Wolę herbatę – proszę powiedzieć żonie, że jest wyjątkowo smaczna – Lula kuła żelazo, póki gorące. Małżonka zaszczyciła ją uśmiechem, skinęła głową na znak podziękowania i ponagliła męża. - Więc, tak jak mówiłem – do wczoraj, dom był już zajęty. Ale po waszej wczorajszej wizycie, zaczęliśmy się wahać. Was jest tylko dwójka, a Hindusi mają troje dzieci. - Tak, jak już mówiłam – Fred to mój kolega z pracy; pomaga mi szukać mieszkania, ale to nie jest mój mąż... – Lula miała wrażenie, że przeistacza się w samonakręcającą się katarynkę. Dat, jakby pierwszy raz słysząc, zwrócił się do żony, tłumacząc na wietnamski tę ostatnią rewelację. Wymienili ze sobą kilka zdań i Dat, prostując plecy i odchrząkując trzy razy, oświadczył: - Jednym słowem, jeśli jesteś wciąż zainteresowana – wolelibyśmy wynająć dom tobie. Rachunek jest prosty: jeden lokator zamiast pięciu – większy porządek, mniej strat, mniej problemów. Lula uśmiechnęła się od ucha do ucha, przybierając najmilszy wyraz twarzy, na jaki było ją stać.
- Jestem jak najbardziej zainteresowana i zależy mi na czasie. Chciałabym się przeprowadzić choćby jutro. Ale..., pomówmy o szczegółach. - Potrzebujemy z żoną kilku dni na przeprowadzkę – powiedzmy w niedzielę dombyłby wolny. - A co w takim razie z hinduską rodziną? – zapytała. - Nuuu, jakoś to odwołamy.... – podrapał się po głowie Dat. Tutaj jest umowa – musisz wpisać swoje dane, zostawić nam zadatek i wprowadzić się za parę dni. Umowa była sporządzona na dwóch stronach i tylko jeden szczegół przykuł uwagę Luli: cena wynosiła pięćset dolarów, podczas gdy wczoraj była mowa o czterystu. - Jeśli chodzi o cenę.... – zaczęła, na co Dat od razu powiedział, machając ręką: - O, to poprzednia umowa; Hindusi zgodzili się płacić pięćset, ale tobie wynajmiemy za czterysta. Już poprawiam! Lula zaczęła się zastanawiać, gdzie jest pułapka; nie była dobra w negocjacjach i nie potrafiła się targować. Kiedy jednak oferta z dnia na dzień staje się nie tylko aktualna, ale i tańsza, należało wzmóc czujność. - Bardzo doceniam wasz gest, ale ... muszę zapytać: dlaczego chcecie odwołać umowę z ludźmi, którzy nie tylko zarezerwowali dom pierwsi, ale są gotowi płacić wyższy czynsz? Dat uśmiechnął się niepewnie, zwrócił do żony, która w podobnie zmieszany sposób obdarzyła Lulę przepraszajacym uśmiechem, i powiedział: - Wiesz, od razu nam się spodobałaś: miła dziewczyna, do tego mówi po rosyjsku... Nie masz rodziny, więc będzie spokój... I moja żona bardzo cię lubi... - Dziękuję, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego wolicie mnie, tracąc sto dolarów miesięcznie! – drążyła Lula. Dat sapnął, ponownie odchrząknął i oświadczył: - Mnie to aż tak nie przeszkadzało, ale żona nie polubiła hinduskiej rodziny... Oni są mili, ale jacyś tacy sztywni... A do tego, cały problem w tym, że.... jakby to powiedzieć....? Chodzi o to, że ten Hindus wygląda jak terrorysta... Rozumiesz? Jak Bin Laden!
Lula próbowała pozostać poważna wobec tych kuriozalnych rewelacji i z pełnym przekonaniem, że mimowolnie gra na strunie uprzedzeń rasowych, powiedziała: - Doskonale! W takim razie, podpisujmy – jutro przyjdę z zadatkiem i spiszemy ostateczną, poprawioną umowę. Dat wyraźnie się ucieszył, przekazał żonie dobrą wiadomość, uścisnął Luli rękę i zaznaczył: - Och, nie ma pośpiechu z zadatkiem; jesteśmy umówieni! Zaraz odwołamy Bin Ladena! Na dźwięk nazwiska terrorysty, małżonka wstała zza stołu, uśmiechnęła się do Luli i podała jej delikatną jak porcelana dłoń, mówiąc po angielsku: Dziękuję bardzo.
Lula Słyszała w życiu różne komplementy – mniej lub bardziej prawdziwe, ale ten najnowszy był szczególnej wagi: nie była podobna do Bin Ladena! Ostatni z tej kategorii padł w Afryce, kiedy na wieść, że pochodzi z Polski, wskazano portret Jana Pawła II, ciesząc się i tłumacząc, że musi być rodzoną córką słynnego rodaka.
Sajgon huczał, wył i trąbił; powrót do miasta, po kiku dniach spędzonych na wyspie, okazał się nie lada wyzwaniem. Pokonanie piętnastu kilometrów dzielących lotnisko od domu wydawało się wiecznością. Niezliczona masa ludzka („Czy to możliwe, że populacja miasta uległa w międzyczasie podwojeniu?”) przemieszczała się różnymi środkami transportu w zróżnicowanym tempie; konwersujące ze sobą pary na motorach snuły się leniwie, ignorując wszystkich wokół i beztrosko powodując korki; szaleni młodzieńcy śmigali zygzakiem, siejąc popłoch wśród staruszek, próbujących przedostać się na drugą stronę ulicy; potężne ciężarówki z cysternami benzyny trąbiły jak szalone, by utorować drogę własnej głupocie lub uszkodzonym hamulcom. Lula przyglądała się chaosowi z rosnącym przerażeniem. To, co początkowo ją bawiło, napawało teraz bezgranicznym zdziwieniem i wręcz grozą. - Sądziłam, że niedziela to najbezpieczniejszy dzień na drogach – zauważyła Lula. - Tak, ale wcześnie rano i w południe, jak zresztą każdy inny dzień – zafrasował się pan Chau. Ale, ale! Mam dla panienki niespodziankę. Pokażę, kiedy dojedziemy do domu pana Toma. On jest teraz tak bardzo zajęty i wygląda na bardzo zmęczonego, odkąd został ojcem; to już dobre 48 godzin – dodał z kronikarską skrupulatnością.
Pod domem Toma panowała grobowa cisza, wygaszone były światła i wyglądało na to, że gospodarzy nie ma w domu. Pan Chau położył palec na ustach i wyszeptał: - Odkąd urodziło się dziecko, pani Elsa bardzo dba o jego spokój. Wszyscy są w domu, ale dziecko potrzebuje ciszy – wyrecytował. Wy, na Zachodzie, macie inne podejście do wychowywania dzieci. Pan Chau odprowadził Lulę do jej domku i wciąż szepcąc, wskazał przykryty brezentem przedmiot przy śmietniku: - Oto niespodzianka dla panienki! Zrzucił pokrowiec gestem zawodowego odsłaniacza pomników ku czci i dumnie wyrecytował: - Na tym motorze jeździłem ja, moja żona i moje córki. Jest mały i idealny do nauki dla początkującego kierowcy. Jeśli panienka sobie życzy, możemy zacząć natychmiast. - Panie Chau! Ależ mnie pan zaskoczył! Natychmiast, teraz, wieczorem? – dopytywała Lula. - Na naukę nigdy nie jest za późno, a o tej porze ulica jest pusta.
Luli nie trzeba było powtarzać dwa razy – zostawiła bagaż przed drzwiami i stąpając jak czapla, by zapewnić ciszę nowonarodzonemu, podążyła za przemieszczającym się z gracją lisa przewodnikiem, pchającym motor w stronę ulicy. Była ósma wieczorem i poza kilkoma spacerujacymi licealistkami z książkami w ręku, nie było żywego ducha. Dziewczęta, ubrane w gustowne piżamki dla dzieci w wieku przedszkolnym, zasiadły pod uliczną lampą i zaczęły wzajemnie się odpytywać. Pan Chau grzecznie przedstawił im Lulę, informując, że właśnie zaczyna pierwszą lekcję jazdy. Dziewczyny uśmiechnęły się, życzyły powodzenia i wróciły do książek.
Pan Chau zaczął fachowo – od technicznego opisu motoru, jego rodzinnej historii, wad i zalet: - To stary model Hondy, mniejszy od większości, które jeżdżą po Sajgonie. Ale, jak mówiłem, do nauki jest najlepszy. Wynajmę go panience na parę miesięcy, a potem mogę wymienić na większy. Wszystko zależy od postępów ucznia – poklepał Lulę po plecach. Lula poznała tajniki techniczne, z których zapamiętała najbardziej istotne: gaz, hamulec, światła i zbiornik na benzynę. Pan Chau jeszcze wykładał teorię silnika i drogę hamowania, ale Lula chciała jak najszybciej zacząć jazdę. Przywykła, co prawda, do masy motorów i ich kierowców w wieku od dziesięciu do osiemdziesięciu lat, ale wizja dołączenia do tej zmotoryzowanej społeczności nie przestawała jej ekscytować. Wreszcie będzie mogła być niezależna, wolna i dyspozycyjna wedle własnych potrzeb. Będzie mogła zapomnieć o taksówkach, poszukiwaniach kierowców motorowych w jadłodalniach, jechać do miasta choćby o północy! - Zaczynajmy! – powiedziała z radością. - Proszę usiąść, odpalić motor, dojechać do zakrętu, pokonać go i wrócić do mnie – polecił z profesorską miną pan Chau. Lula podeszła ostrożnie do motoru, próbując nawiązać z nim nić porozumienia, po czym, uprzytamniając sobie, że nie ma do czynienia z żywym zwierzem, siadła niepewnie, jak siada się na wystawowej sofie w sklepie meblarskim. Pan Chau poprawił jej posturę: dłonie musiały obejmować zarówno kierownicę, jak hamulce ręczne. Nogi, zwarte kolanami, tkwiły oparte o metalowe stópki, tak by jednocześnie panować nad hamulcem nożnym. Gaz w prawej ręce, hamulec w lewej – wszystko jasne. Odpaliła motor z kopa, dodała delikatnie gazu i ruszyła, podpierając się zwieszonymi nad ziemią nogami. Dojechała do zakrętu, pokonała go łagodnym łukiem, lewą stopą zaryła w żużlu i wróciła dumnie do nauczyciela, odnotowując po drodze, że szybkościomerz podskoczył do pięciu kilometrów. - Bardzo ładnie – pochwalił pan Chau, ale proszę się nie bać i dodać gazu oraz nie dotykać nogami ziemii. I jeszcze jedno – dodał, wskazując z przepraszającym uśmiechem na kolana Luli: - W Wietnamie kobiety jeżdżą ze złączonymi kolanami, na wypadek, gdyby wiatr zadarł im spódnice. - Ależ, ja mam spodnie! – oburzyła się na ten seksistowski przepis. - Jak panienka uważa, ale złączone kolana wygładają skromniej. - Zajmę się tym później – zawyrokowała. Na razie chcę umieć prowadzić i móc przeżyć na drodze. Nie czekając na kolejne instrukcje pana Chau, odpaliła ponownie motor, dodała gazu i unosząc nad ziemią nogi, dojechała do zakrętu. Tam, nabrawszy pewności siebie, skręciła w uliczkę, przejechała zygzakiem, śmiejąc się głośno, po czym zawróciła, kładąc tym razem stopy na wyznaczonym do tego miejscu i, dodając ponownie gazu, wjechała na prostą prowadzącą do wyglądającego jej pana Chau. - Brawo, brawo! Pojętny uczeń z panienki. Proszę teraz ćwiczyć przez kolejną godzinę i pamiętać, że do umiejętności jazdy należy dodać ostrożność na drodze. Do zobaczenia jutro – pan Chau ukłonił się i wsiadł do samochodu, z którego jeszcze zdążył dorzucić: - Oczywiście nie ma mowy, by panienka jechała do biura motorem. Najpierw proszę ćwiczyć w spokojnej okolicy, a za tydzień sam będę ponaglał. Lula była absolutnie zachwycona nową zabawką – może nie wyglądała poważnie; właściwie należałoby ją nazwać motorynką, do tego te kluczyki z breloczkiem w postaci pluszowego misia.... Ale cieszyło poczucie wolności, nawet przy prędkości siedmiu kilometrów na godzinę. Przejechała jeszcze po okolicy, w tempie pozwalającym na honorowe mijanie spacerowiczów. Nie musiała już szorować nogami po ziemii i tym samym obwołała się geniuszem motoryzacji, po czym zdała sobie sprawę, że umiera z głodu. Obok machała do niej pani sprzedąjaca jaja z zarodkami, na co Lula przełknęła nerwowo ślinę, dodała gazu i ruszyła na rekonesans za kolejnym punktem strategicznym, jakim było skrzyżowanie ze światłami, aktualnie zepsutymi i wskazującymi niezmiennie żółte. A tam czekała na nią niespodzianka w postaci sprzedawcy kukurydzy! Wstępne śledztwo olfaktyczne nie wykazało powodów do niepokoju: kukurydza wygladała na prawdziwą, tak też pachniała. I to jak pachniała! Gorącą, posypaną solą i polaną masłem, zaserwowano jej na papierowej tacce, kolejną pakując, jako, że sprzedawca nie miał drobnych i przekonał Lulę, by wzięła dwie sztuki. Warto było – choć ziarna parzyły, a topiące masło lało się po brodzie, Lula była zachwycona tą nieprzewidzianą końcówką i tak wypełnionego po brzegi weekendu. Po drugiej stronie ulicy, młoda kobieta wyciskała sok z trzciny cukrowej; dwumetrowej długości kawałki trafiały pod ręczną prasę, sok ściekał do kadzi, w której mieszano go ze świeżą lemonką i lodem. Taką imponującą mieszankę zaproponowano Luli. Ech, co to był za smak! Słodki, ale jednocześnie kwaskowy, świetnie łagodził poparzone kukurydzą dziąsła. Ta improwizowana kolacja kosztowała Lulę pięć tysięcy dongów, czyli równowartość jednej trzeciej dolara. Pożegnała się ze sprzedawcami, wsiadła na motor i z prędkością całych piętnastu kilometrów na godzinę ruszyła w drogę do domu. Wyłączyła silnik przed bramą, wprowadziła motor, pozostawiając go przy śmietniku i upewniwszy się, że dom Toma nie wykazuje oznak życia, wyczerpana padła na łóżko. Obudziło ją ciepło i niewygoda; spała bowiem w dziwnej pozycji – plecami na łóżku, a nogami na ziemii. W boku wyraźnie ją coś uwierało i promieniowało ciepłem. Lula przetarła oczy – spała głęboko, ale zaledwie godzinę. Uwierało ją nie ziarnko grochu, ale wciąż ciepła kolba kukurydzy. Rzuciła się na nią z apetytem, odnotowując z wyrzutem sumienia, że masło kapie na pięknie haftowaną pościel. Dochodziła północ, a Lula absolutnie nie była w nastroju do spania – wypoczęta, najedzona i pełna energii, przypomniała sobie o istnieniu basenu, tuż pod oknem. Księżyc był w pełni – szkoda byłoby przegapić taką atrakcję. Szybko wycierając maślane ręce w spodnie, chwyciła ręcznik i strój kąpielowy. Woda była idealnie rześka – Lula zatkała nos i wskoczyła do basenu, poddając się trwającemu ułamek sekundy skrzyżowaniu gorąca z zminem, powietrza z wodą. Przepłynęła kilka długości i spojrzała w niebo – księżyc oświetlał hojnie całą okolicę: dachy okolicznych domów, palmy kokosowe. Nawet śmietnik w księżycowej poświacie prezentował się zjawiskowo. Kolejnych kilka długości – tym razem na plecach; nie tracąc w ten sposób spektaklu natury. - Jest cudownie! – powiedziała ni to do siebie, ni to do łysego księżyca.
Nie chcąc budzić sąsiadów, przepłynęła jeszcze raz, jak okręt podwodny, zupełnie bezdźwiękowo, ganiąc się za poprzednią brawurę skoku na bombę. Dom Toma wydawał się jednak pogrążony w głebokim śnie. Lula zaczynała marznąć – otuliła się w ręcznik i obeszła raźnym krokiem basen. Dopiero teraz, w pełnym świetle księżyca, jej wzrok padł na przykryty brezentowym ochraniaczem motor – nową zabawkę. Uśmiechnęła się do siebie, pogłaskała maszynę jak zwierzę i dopiero wtedy zauważyła wielką plamę na cementowej posadzce. - Rany boskie! Benzyna wycieka – pomyślała spanikowana i przypomniała sobie wiecznie popalającego papierosy strażnika. Nie widziała go dzisiaj, ale na pewno jest w okolicy, jak co nocy. Obeszła dom, zajrzała do stróżowki – ani śladu po żywym duchu. Otworzyła bramę – za nią też nikogo nie było. Przytrzymując opadający ręcznik, wróciła do motoru, by dokładniej się przyjrzeć wyciekowi. Ulegała lekkiej panice – garaż był przytulony do jej domku, ale był pozbawiony drzwi: jeśli strażnik nie zauważy tej cholernej plamy i rzuci zapałke – tragedia gotowa. A przecież, po drugiej stronie spała niewinnie cała trzyosobowa rodzina. Lula zaczeła na serio się obawiać najgorszego. Strażnik wciąż się nie pojawiał, a ona nie mogła dłużej czekać. Przynajmniej wypchnie motor na tył posesji – jeśli dojdzie do dramatu, to straty będą ograniczone. Zdjęła pokrowiec i zaczęła pchać motor w stronę bramy. Szło opornie – dopiero teraz zauważyła, że maszyna nie była w pozycji „luz”. Przekręciła kluczyk i delikatnie, nie chcąc hałasować, nacisnęła nogą na sprzęgło. Była na trzecim biegu – jeszcze trzy kopnięcia w sprzęgło i powinno być na luzie. Nacisnęła raz – bez rezultatu; bosa noga błądziła po sprzęgle. Schyliła się więc, by zmienić bieg ręką. Najwyraźniej udało się, bo motor zaczął warczeć. Nie poczuła, że wciąż śliska od kukurydzianego masła ręka, zamiast przytrzymywać neutralnie kierownicę, znalazła się na gazie. Podniosła się, szybko, by wyłączyć silnik. Próba utrzymania równowagi z jedną ręką na pedale sprzęgła, a drugą na uchwycie gazu, przy jednoczesnym opadającym z talii ręczniku, nie powiodła się. Silnik pracował pełną parą, budząc zapewne całą okolicę. Lula szybko wsiadła na motor, by opanować rumaka. Nacisnęła ponownie sprzęgło – zaskoczyło! Była już na trójce. Jeszcze raz – wyświetliła się dwójeczka i Lula odetchnęła z ulgą. Ha! Nie była w końcu w ciemię bita. Podniosła się na siedzeniu, by przytrzymać opadający ręcznik. Lewa stopa pośliznęła się na sprzęgle, zmieniając bieg na pierwszy. Motor zawył i wyrwał do przodu. Lula spanikowała, nie wiedząc co się dzieje. Nacisnęła hamulec, motor przyspieszył. Wył coraz głośniej i zrywami przemieszczał się do przodu. Na śliskiej i mokrej trawie, niełatwo byłoby manewrować nawet zawodowemu kierowcy. Kolejny zryw wprawił Lulę w furię – powoli traciła orientację, co się dzieje z maszyną i na ile ma nią wpływ. Kolejne podejście do zmiany biegu i kolejny rzut do przodu. Lula pociła się mocno i powoli gubiła się w gąszczu techniki: lewa ręka – gaz, prawa ręka – hamulec. Do licha, więc czemu próbowała odwrotnie?! Do tej pory maszyna warczała i rwała do przodu przy próbie zmiany biegów. - No tak, pomyliłam się! - pomyślała i cisnąc pedał hamulca, użyła jednocześnie ręcznego, by wreszcie zmienić bieg na luz. Motor wystrzelił do przodu jak rasowy rumak, Lula jeszcze próbowała hamować nogami po mokrej trawie, testując w pośpiechu odwrotną kombinację: prawa ręka – gaz, lewa ręka – hamulec. Szamotanina przypominała walkę z duchami – Lula zmierzała wprost do basenu. Nie, nie! Tylko nie to! Kolejny rzut rumaka do przodu, ostatni ryk; Lula orząc stopami trawę ląduje o dwa kroki od basenu, głową w świeżo posadzonych gardeniach, zaś motor, ostatnim rumaczym skokiem, trafia w krzaki i milknie. Nie, nic jej nie boli, nie wpadła z motorem do basenu, wciąż nie wie, po której stronie kierownicy jest gaz, a gdzie hamulec i ma to dokładnie gdzieś. Grunt, że nic się nie stało. - Co tam, do cholery, się dzieje?! – na balkonie stała rozczochrana Elsa. - Uhhhm, to ja, Lula – powiedziała, wstając i owijając się ręcznikiem.
- Przecież widzę, że to ty. Ale co się tam, do cholery, dzieje? – krzyczała zirytowana. - Miałam mały wypadek na motorze, o mało nie wpadłam do basenu – w ostatniej chwili udało mi się wyhamować na trawie – wyjaśniła Lula i dodała: - Przepraszam za hałas, ale chciałam nas ustrzec od pożaru i kiedy zobaczyłam plamę benzyny w garażu.... - Co mnie obchodzi jakiś pożar? Co to za brednie, do cholery? – Elsa była już najwyraźniej obudzona. - Elsa, przepraszam za to zamieszanie...Z tego wszystkiego zapomniałam ci pogratulować – nie widziałam jeszcze małej, ale musi być słodka – Lula wysłała całe ciepło świata do kobiety rzucającej piorunami. - Nie mam teraz czasu na takie głupoty, jest północ. Idź wreszcie spać – rzuciła i trzasnęła drzwiami. Lula poczuła, jakby ktoś jej dał w twarz. W ciemności rozrzedzonej poświatą księżyca, zauważyła stojącego przy oknie Toma – patrzył, potrząsając głową i rozkładając przepraszająco ręce.
W biurze panował poniedziałkowy rozruch: dziewczyny raczyły się śniadaniem – tym razem wyjatkowo ostra woń wypełniała zastałe od dwóch dni powietrze zamkniętego wnętrza, nieskażonego klimatyzacją. Pan Chau, anioł stróż, pojawił się znikąd, wyciągając na dłoni... ulubione czekoladki Luli: - Dzień dobry. Jak się panienka miewa? I jak miewa się motor? Proszę się poczęstować i opowiedzieć, jak się udała nauka jazdy. Zagryzając porcję marcepanu i czekolady, Lula wyznała: - Och, bardzo dobrze! Poznałam cała okolicę – gdyby nie motor, nie znalazłabym sprzedawcy kukurydzy i soku z trzciny cukrowej. Wracałam z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę! - Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Proszę kontynuować naukę, a w następny weekend powinna pani przyjechać na motorze do pracy. Jeśli będą jakieś problemy z pojazdem, proszę mi dać znać – Tom jeździć potrafi, ale nienajlepszy z niego mechanik. Pan Chau otworzył swoją kronikę, przerzucił kilkanaście stron i wyrecytował: - Pan Tom miał dzisiaj awarię silnika w motorze marki Honda Wave. Naprawa została przeprowadzona w zakładzie pana Nguyen Tri Pham, pod adresem 43/2 Hai Ba Trung, w pierwszej dzielnicy. Koszt naprawy: 120.000 dongów. Pan Tom był ustatysfakcjonowany wynikiem naprawy. Tom wyraźnie jej unikał od wczorajszego incydentu o północy. Rankiem, kiedy Lula miała nadzieję, że wyjaśni osobiście, na spokojnie, zaszłe zdarzenie – dom był zamnknięty na cztery spusty. W garażu stał samochód – nie zostało jednak po nim śladu, kiedy piętnaście minut później wychodziła do pracy. Nie znosiła zamiatania śmieci pod dywan i czekała cierpliwie na jego przybycie. Tom pojawił się dopiero przed południem i przywitawszy się z całym personelem, zaprosił Lulę do swojego biura. - Słuchaj, nie wiem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmiało albo komicznie, albo tragicznie – zaczął, wyraźnie zatroskany. Gdybym był dyplomatą, powiedziałbym, że moja żona przechodzi kryzys emocjonalny albo depresję poporodową. Jako weterynarz, dopatrywałbym się typowego dla samic zachowania, służącego ochronie potomstwa. Jako zwykły facet, mogę powiedzieć jedno: mojej żonie odbiło! - Ależ Tom....- próbowała wtrącić Lula. - Nie przerywaj, wiem, co mówię – znam ją od paru lat. Jest słodka, kiedy chce coś osiągnąć, ale kiedy ma już zdobycz w rękach, pokazuje prawdziwą, często nienajpiękniejszą twarz. Czy wiesz, że miałem naszą córkę w ramionach tylko po urodzeniu, tydzień temu?! Elsa wpadła w paranoję – nie pozwala oglądać dziecka, dom jest zamknięty na klucz, podobnie jej sypialnia. Najpierw nasłuchałem się o złym, który patrzy z oczu obcych ludzi – pamiętaj, ona wychowała się na Karaibach i wierzy w cała masę przesądów. Potem zostałem oskarżony o niewierność – usłyszałem całą listę zarzutów, wraz z imionami domniemanych kochanek; dla twojej informacji, byłaś tam zarówno ty, jak córka pana Chau, którą widziałem trzy razy w życiu i która ma jakieś czternaście lat. Jestem załamany. Kiedy wczoraj rzucała w ciebie piorunami, stałem bezradnie, jak dziecko – ale każda moja próba interwencji kończy się karczemną awanturą. Daję sobie jeszcze jakiś czas, ale na razie obawiam się najgorszego – straciłem żonę i dziecko, zanim je poznałem. - Tom, to się zdarza – Lula była mocno poruszona zarówno wyznaniem Toma, jak jego wyglądem; był przybity, blady, z podkrążonymi oczyma i przeraźliwie smutnym wzrokiem. Daj sobie i wam więcej czasu, niedługo wszystko powinno wrócić do normy. - Próbuję sam w to uwierzyć, a tymczasem muszę gasić drobne pożary, zanim przeistoczą się w prawdziwą tragedię – westchnął. Głupio mi prosić cię o ... - Nie przejmuj się – wiem, że dla dobra wszystkich, powinnam się wyprowadzić. Nie wiem, czy uda mi się znaleźć coś w ekspresowym tempie, ale do końca tygodnia obiecuję zniknąć Elsie z pola widzenia. - Dziękuję, czuję się jak kretyn, ale sama widzisz, że próbuję stawić czoła kretyńskiej sytuacji – powiedział Tom. O wilku mowa – dzwoni Elsa. Uciekaj, zanim wyczuje cię na odległość.