Odszedl Horst Faas, legendarny fotoreporter wojny w Wietnamie. Spedzil w nim ponad dekade (1962-1974), szefujac tamtejszemu oddzialowi Associated Press. Jako fotoreporter osiagnal dwukrotnie najwyzsze laury: nagrode Pulitzera w 1964 r. (za zdjecia z Wietnamu) i w 1972 r. (za zdjecia z Bangladeszu).
Czujny i wrazliwy obserwator, dazyl do obiektywnego przedstawienia cierpien obydwu stron konfliktu wietnamsko-amerykanskiego. Swoj zespol 70 fotografow-pasjonatow odprawial nieodmiennie slowami: Jedz i wrcaj z dobrymi zdjeciami. Zaslynal rowniez jako wydawca, dzieki ktoremu swiat obiegly legendarne dzisiaj zdjecia: egzekucji czlonka Vietcongu na ulicy Sajgonu (TUTAJ), czy nagiej dziewczynki uciekajacej ze spalonej napalmem wioski (TUTAJ).
Zmarlego w wieku 79 lat Faas'a zegnaja pelni uznania koledzy: " Nie sadze, by ktokolwiek inny pracowal w Wietnamie, tak dlugo, w tak niebezpiecznych warunkach i z tak wielkim oddaniem, jak Haarst". " Byl odwaznym fotoreporterem i wydawca, dzieki ktoremu swiat ujrzal jedne z najwazniejszych obrazow w historii ubieglego stulecia".
Nadchodzi taki czas, kiedy cisnienie rosnie, glowa peka od marzen, wzrok uparcie bladzi po polce z kolekcja Lonely Planet, a dalsze przekonywanie siebie, ze nawet za rogiem moze byc ciekawie, odbija sie rykoszetem o pragnienie: podrozy!
I oto nadchodzi ten niezwykly czas. Tym razem, wybieram sie do kraju, ktory zapisal sie w moich wspomnienaich chropowatym glosem polskiego korespondenta TVP – Krzysztofa Rogali, relacjonujacego na zywo krwawe zamieszki z Dili w latach 90-tych (kiedy Timor pozostawal pod okupacja indonezyjska). Do dzisiaj pamietam, jak obraz kamery zaczal poczatkowo drgac, potem chaotycznie wirowac, po czym stal sie czarno-bialy i w koncu calkowicie zniknal z wizji. Wszystko to w tle coraz szybciej wypowiadancyh slow o tlumach zamaskowanych bojownikow, uzbrojonych w maczety i niewyczerpane poklady nienawisci. Oslupialy wyraz twarzy prezenterki wieczornych wiadomosci nie pozostawial zludzen....
Dzisiaj Timor promuje sie, jako raj wciaz nieodkryty. Z pewnoscia oferuje jedna z najlepszych na swiecie baz nurkowych, strzezonych przez delfiny i wieloryby. Nie ukrywam, ze ten ostatni argument zawazyl natychmiast na wyborze. Relacja po powrocie.
Ale Sajgon! – slysze od wszystkich polskich gosci, po przezyciu pierwszego dnia w ruchu ulicznym. Wiekszosc przeraza masa pojazdow, nadmiar klaksonow i niezbadane meandry synergii ruchu w przeciwstawnych kierunkach. Od kilku dni, wietnamski „sajgon” trafil na usta swiata, a to za sprawa brytyjskiego Daily Mail, ktory opublikowal na swych lamach zdjecie, ktorego nie powstydzilby sie najlepszy film akcji. Bohaterem jest 37-letni policjant – Nguyen Manh Phan. Podczas rutynowej kontroli drogowej na obrzezach Hanoi, polecil on zatrzymac sie jadacemu pod prad kierowcy autobusu. Ten jednak zignorowal polecenie, wrocil do pojazdu i odjechal. (Jest to calkowicie zrozumiale – bez dumy przyznaje sie, ze grzesze w ten sam sposob). Kierowca nie przewidzial jednak niebywalego poswiecenia dla sluzby, jakim wykazal sie policjant. Tygrysim skokiem dopadl przeciwnika, a raczej maski autobusu i uczepiony wycieraczek, domagal sie okazania dokumentow.
Kierowca kontunuowal jazde przez kolejny kilometr (!), z nadzieja pozbycia sie intruza. Ten jednak nie dawal za wygrana i w zabiej pozycji kontynuowal poscig na czole bestii galopujacej z predkoscia 50 kilometrow na godzine. Dzielny wojownik, z trudem trzymajac sie rogow potwora, krzyczal „Policja, policja” – nie tyle do kierowcy, ktoremu nie sposob bylo zignorowac samoprzylepnego szeryfa, ale do potencjalnych wspolnikow – 30 pasazerow. Chyba jedynie pod ich presja, autobus wreszcie zatrzymal sie.Przebiegly szeryf pozostal w postaci rozgwiazdy, uprzedzajac ewentualna zasadzke. Slusznie, bowiem kierowca okazal sie byc juz na bakier z prawem drogowym – w 2010 r. wyszedl po 4 latach z wiezienia, za spowodowanie smiertelnego wypadku. Tym razem grozi mu kara minimum 3 kolejne latka. Dla czytelnikow o mocny nerwach : TUTAJ jazda na zywo.
Juz wujek Ho Chi Minh dbal o kobiety, troszczac sie o ich higiene osbista. Ten czlowiek nie tylko byl genialnym strategiem, ale bystrym obserwatorem i wiedzial, ze kobiety, juz ponad pol wieku temu, odgrywaly bardzo wazna role w wietnamskim spoleczenstwie.
Zaryzykuje stwierdzenie, ze Wietnam to swoista wyspa osobliwosci w Azji, nie tylko Pld-Wschodniej. Kobiety od dawna imaly sie typowo meskich zadan, jednoczesnie swietnie sobie radzac z typowa rola przypisana ich plci:malzonki, matki i opiekunki ogniska domowego (obejmujacego tutaj 3-pokoleniowe rodziny). Chociaz wciaz pokutuja typowe dla tej czesci swiata przekonania o podrzednym miejscu kobiety na drabinie spolecznej, to z roku na rok widocznie traca na sile; przewaga dziewczynek w sierocincach, selekcja plci przy planowaniu rodziny, nierownosci w wynagrodzeniu i w dostepie do stanowisk politycznych. Jednoczesnie, coraz czesciej slysze smiale wyznania ciezarnych kobiet: - Rodzina meza chciala chlopca, ja dziewczynke, a teraz wszyscy szaleja z radosci, ze moje zyczenie sie spelni. Fakt, ze dziewczynki sie latwiej wychowuja (wciaz pokutuje tutaj model wychowania potulnych dziewczynek i rozpasanych chlopcow), pilnie ucza i solidniej podejmuja sie opieki rodzicow w ich podeszlym wieku.
10 lat temu zaszokowana uslyszalam rade szefa, ktora teraz sama powtarzam z przekonaniem: Panom dziekujemy. Tutejsi mezczyzni w finanasach, to zrodlo klopotow – wedle moich wieloletnich obserwacji, ta regula potwierdza sie w 100%. I chociaz w korupcji obserwuje sie rownouprawnienie na niskim i srednim szczeblu – to juz najwieksze skandale sa dzielem wylacznie panow. W biznesie kobiety zajmuja stanowiska na wszelkich szczeblach – Wietnamki sa przedsiebiorcze, pomyslowe, pracowite i zaradne. Chetnie biora sprawy w swoje rece i otwieraja firmy, firemki, sklepiki, salony, restauracje, czy przenosne drobne stoiska. Jednoczesnie nie dziwia juz kobiety na najwyzszych stanowiskach prezesow firm; mylny bywa jedynie ich wyglad licealistek.
Wietnamki sa dobrze wyksztalcone, chetnie sie ucza i doskonala zawodowa; odkladaja macierzynstwo na czas zyciowej stabilizacji, ale nigdy go nie wykluczaja; nie boja sie ciezkiej pracy i czesto sa glownymi (a z pewnoscia najbardizje stabilnymi) zywicielami rodzin. Przy wszystkich powyzszych zaletach,Wietnamki sa piekne, kobiece i pelne orientalnego uroku.
Jak mawiaja zlosliwi: W raju - Wietnamka jest twoja zona. W piekle - Wietnamczyk jest twoim mezem.
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet! Co ciekawe, tutaj nikt sie obraza na swieto i nie doszkuje w nim seksistowskich tonow – to doskonaly dzien do obdarowania sie kwiatami (takze miedzy kobietami), zbiorowego swietowania z rodzina i znajomymi, tudziez ....do spedzenia wieczoru w gigantycznych korkach. Cieszy sie ono taka popularnoscia, ze .... obchodzi sie je dwukrotnie: 8-go marca - jako Miedzynarodowy Dzien Kobiet i 20-go pazdziernika - jako Wietnamski Dzien Kobiet
Wszystkie zaslyszane przeze mnie wietnamskie kawaly opieraly sie na tym samym, banalnym schemacie: byl sobie Wietnamczyk i Amerykanin .... Niekiedy, na okrase, dodawano Francuza. Wyniku tej konukrencji mozna sie latwo domyslic. Jednak nie ma lepszego ubawu, niz przekonac sie na wlasne oczy, ze ludowe przypowiesci maja wciaz ugruntowane uzasadnienie w rzeczywistosci, nawet 40 lat po wojnie.
Tytulem wstepu: Cu Chi – miejscowosc na poludniu Wietnamu, slynaca z imponujacej sieci tuneli, z ktorych drobni Wietnamczycy z powodzeniem atakowali poteznego amerykanskiego najezdzce. Podziemna siec obejmujaca nawet szpitale, garkuchnie i szkoly, kryla sie kilka metrow pod ziemia. Prowadzily do niej wlazy o srednicy maksymalnie 50 cm – czyli dostosowane jedynie do wietnamskiej tuszy. Dzisiaj kilka z nich powieszono do rozmiarow pozwalajacych szczuplym turystom ich zwiedzenie na czworaka. Wizyta na kolanach w dusznym i sliskim tunelu pozwala w pelni docenic geniusz iwetnamskich wojownikow.
I tak, autokarem wiozacym turystow do Cu Chi, zmierzaja Wietnamczyk (w roli przewodnika) , Francuzi, Polacy i Amerykanin.Zwiedzanie okolicy, demonstarcja golych od uzywanych pol wieku temu defoliantow drzew... - wreszcie turysci dochodza do pokazowych tuneli. - Ten tunel zostal odpowiednio poszerzony, by ulatwic turystom zwiedzanie. Prosze spojrzec – przewodnik podnosi zamaskowana klape wlazu – tutaj mozna powoli opuscic sie nogami w dol. - Ja, ja!- krzyczy Amerykanin. Czy ja moge zaprezentowac? - Taak, prosze – przewodnik uprzejmie sie usuwa. Amerykanin gramoli sie i wije, wciska sie z oporem do wlazu, unosi nad soba zwyciesko klape i pokazujac caly garnitur zebow, krzyczy: - Udalo sie! Wszyscy grzecznie sie usmiechaja, podazajac za przewodnikiem. Ten zas zbliza sie do stanowiska z rzedem AK-46, z ktorych to turysta moze sobie postrzelac i poczuc sie, jak dzielny chlopczyk w dzungli. I juz wiadomo, kto dopadnie pierwszy ciezkiej broni; Amerykanin rzuca sie pedem do pierwszego stanowiska i nawet nie zakladajac nausznikow, puszcza serie z automatu, brawurowo ostrzeliwujac kartonowa postac. - Udalo sie!- wykrzykuje, pozujac jednoczesnie po pamiatkowego zdjecia. A nuz uszczesliwi sparalizowanego na wojnnie wujka w Teksasie... Wietnamskiemu przewodnikowi nie znika uprzejmy usmiech z twarzy. Szybka przekaska z rozgotowanej juki, spotkanie oko w oko z najgorsza woskowa kopia dzielnych wietnamskich wojownikow ukrytych za drzewem i juz wycieczka podaza waska sciezka dalej. Za gaszczami, za krzakami, przewodnik zatrzymuje sie i wyjasnia: - A tutaj, prosze spojrzec na .... - Ja, ja – czy ja moge?- pyta retorycznie pobudzony Amerykanin i nie czekajac na odpowiedz, wskakuje do dolu, by stamtad uslyszec koniec zdania: - ... na system pulapek na wroga – mowi przewodnik z usmiechem. Rzucajac litosciwie do wscieklego Amerykanina balansujacego miedzy kolami nadzianymi zaostrzonymi szpikulcami bambusa: - Udalo sie!
Jak slon wyglada, kazdy wie. Ale czy wiecie, jak pachnie, patrzy i zartuje azjatycki slon? Odpowiedzi na te i wiele innych pytan, znalazlam w Laosie. Koniec roku u polnocnego sasiada to gwarancja rzeskiej pogody;w ciagu dnia jest pieknie i slonecznie, wieczory i poranki to przejmujacy chlod i para lecaca z ust. Jak wtedy potrafi smakowac goraca zupa serwowana na sniadanie na tarasie, z ktorego co rano rozciaga sie ten sam widok: bosonodzy, mlodzi mnisi, udajacy sie po codzienna ofiare. Taki klimat przyciaga specyficznych turystow:w figurujacym na liscie dziedzictwa kultury UNESCO Luang Prabang, nie widac na szczescie polnagich, zaniedbanych pod wzgledem higieny osobnikow wpadajacych na chwile z full moon party w Tajlandii; to raczej mekka rodzin z dziecmi i mlodych podroznikow, smakujacych w urokach kraju, gdzie tempo zycia dostosowuje sie do leniwie plynacego Mekongu.
W promieniu kilkunastu kilometrow od urokliwego miasteczka rozciaga sie dzungla, a w niej.... same skarby. Najwiekszym z nich sa slonie, na ktore tutaj poluje sie wylacznie z aparatem fotograficznym. Na szczegolne uznanie zasluguje Elephant Village – obozowisko zalozone przed 10 laty przez dwoch niemieckich przyjaciol, dzisiaj imponujacy kompleks polozony nad rzeka, gdzie znalzazlo schronienie 12 sloni, postawiono kilka bungalowow i zadbano o program edukacyjny na najwyzszym poziomie. Celem Sliniowej Wioski jest ratowanie niepelnosprawnych sloni i przystosowanie ich do nowej roli, dostosowanej do ich stanu zdrowia: zamiast wyczerpujacej kilkunastogodzinnej pracy przy ciezkim transporcie, kilka godzin spaceru po okolicznym terenie z 1-2 pasazerami na karku.
Czesciowo slepe, czesto fizycznie okaleczone slonie trafily tutaj z roznych czesci kraju. W grupie podopiecznych znajduja sie wylacznie slonice. Tylko one sa w stanie zaakceptowac wiecej, niz jednego opiekuna (zwanego mahout) w zyciu. W przypadku sloni-samcow, wchodzi w rachube jedynie przekazanie zawodu z ojca na syna (ktory wdraza sie do zawodu 10 lat przed oficjalnym przejeciem obowiazkow). Mahout to jedyny szanowany przedstawiciel gatunku ludzkiego, z ktorym slon potrafi sie komunikowac. Komendy sa przekazywane zarowno okrzykami, jak uderzaniami stop w tulow wielkiego uchacza. Skala trudnosci tego zadania jest proporcjonalna do grubosci sloniowej skory.... Zanim wsiadziemy na grzbiet sloni, przechodzimy trening w bazie: wejscie na slonia, zejscie ze slonia, siad na szyii, zgiecie kolan tak, by znalazly sie za uszami slonia – zaliczone! Karmimy bestie, by wkupic sie w laski – nie jest to latwe,bo wielkeigo czworonoga zaspokaja dopiero ok. 200kg zywnosci dziennie! Wreszcie ruszamy – na szczescie, stroma sciezka prowadzaca do rzeki jest sucha – mimo to, trzymamy sie szyi slona niemal zebami.Chwila wahania przed zmoczeniem nog, ale pod stanowcza komenda mahouta, slonie wchodza majestatycznie do wody. Krocza majestatycznie, urozmaicajac siebie trase.... przystankami na toalete. Co i rusz na powierzchnie rzeki wyplywaja pelne siana sloniowe placki. W tym czasie, blizej przygladam sie tym lagodnym bestiom: uszy maja sztywne i zimne, reszte karku ciepla, wysuszona sloncem,pokryta sztywnymi jak trzcina pojedynczymi wlosami i pachnaca....ryba. Nieustannie wilgotne oczy z dlugimi rzesami (!) dodaja im nieodpartego uroku.
Odprowadzamy podopiecznych na nocleg do dzungli, a sami siadamy przy ognisku – to swietna okazja by pogapic sie w rozgwiezdzone niebo, ogrzac zziebniete o tej porze nogi, po czym... odkryc rano, ze buty rozwarstwily sie od ognia. Jest zimo, bardzo zimno – okolo 7 stopni, a naszym bungalowie jak na zlosc zabraklo cieplej wody. To bez znaczenia, zamierzam bowiem spac w butach na nogach i kapturze na glowie.
Rano pobudka o 6-tej rano – jest jeszcze ciemno i starsznie zimo....Zaczynam sie wahac -w programie bowiem mycie sloni w rzece. Wsiadamy do lodki i wszystkim sie udziela magia chwili: zasnuta mgla rzeka, cisza macona jedynie spiewem ptakow i .... szczekaniem zebow. Odbieramy slonie z dzungli, rozgrzewamy sie wspinajac sie na nie, a miejscowi przedonicy rozpczynaja zawody swoich podopiecznych z nami na karku. To faktycznie pozwala zapomniec o zimnie! Kiedy dochodzimy do brzegu, nikt sie nie waha – mimo okrzykow dla zasady, okazuje sie, ze temperatura wody jest znacznie wyzsza, niz powietrza i szok termiczny ustepuje euforii. Czyscimy naszych podopiecznych szczotkami ryzowymi -na sloniowej glowie potrafi sie nagromadzic wiele wszelakiego dobra! Najbardziej przezywajaca te przygode Szwajcarka, wpada w histerie, kiedy slon postanawia usiasc sobie na dnie, zanurzajac ja tym samym po sama szyje. Kiedy inna slonica probuje dolaczyc, dochodzi do niebezpiecznego zblizenia wielkiego zwierza – polaczenie masy dwoch slonic z zeslizgujaca sie, nie umiejaca plywac pasazerka moglo sie skonczyc tragicznie.
Wypucowane slonie polewaja siebie i nas obficie i nie szkodzi , ze prysznic miesza sie z podejrzanym zielonym ladunkiem dryfujacym po powierzchni rzeki...
Jestesmy brudni, mokrzy, zziebnieci, lekko smiedzacy i szczesliwi. To jedna z przygod do zapamietania na reszte zycia.
Rok Smoka to okres udanych przedsiewziec, ciekawych pomyslow i spektakularnych sukcesow. Szczegolnie bedzie sprzyjal ludziom zwiazanym z finansami (usmiech autorki bloga J). To rowniez doskonaly czas dla zawodowych i osobistych projektow: rozpoczete w tym roku, maja ogromne szanse powodzenia.
Kazdy astrologiczny znak chinski wystepuje w pieciu odslonach pod postacia zmieniajacego sie co kazde 12 lat zywiolu: ziemii, drewna, wody, ognia i metalu. Najblizszym 12-tu miesiacom patronuje Wodny Smok. Woda niesie zmiany, zwroty losu, niespodzianki. Smok, symbol potegi i odwagi, sprzyja ludziom, ktorzy beda potrafili dostrzec w nich korzysci. Jesli sie zdobedziemy na odwage i rozmach, efekty moga przerosnac nasze najsmielsze oczekiwania.
Rok Smoka przynosi szczescie i powodzenie dobrym, szlachetnym i uczciwymludziom. Jako, ze jego patronatem szczegolnie objeci sa artysci – to przyslowiowe piec minut dla osob obdarzonych talentem. Smok sprzyja zakladaniu rodziny, a dzieci spod tego znaku charakteryzuje bystry umysl i nieprzecietna osobowosc. Do klanu slynnych Smokow naleza m.inn: charyzmatyczni przywodcy - Joanna D’Arc, Martin Luther King, Wlodzimierz Putin; autorzy nowych trendow - Zygmunt Freud, Salvador Dali; wyjatkowi aktorzy - Shirley Temple, Gregory Peck, Al Pacino, Keanu Reeves ; nieprzecietne gwiazdy sportu: Bruce Lee, Pele; wybitni muzycy: John Lennon, Diana Krall oraz...... kazdy potencjalny Smoczek, ktory pojawi sie na swiecie w 2012 roku.
Czas biegnie nieublaganie, ale wciaz nam pozostaje 358 szczesliwych dni. A zatem, powodzenia w Nowym Roku-Smoku!
Juz za kilka dni, pogonimy strachliwego Krolika, by powitac poteznego, tajemniczego ulubienca chinskiej mitologii: wkrotce wkraczamy bowiem w Rok Smoka. Wedlug kalendarza ksiezycowego, Nowy Rok rozpocznie sie 23-go stycznia 2012 r. Wejscie Smoka swietowac beda przed wszystkim Chiny, Hong-Kong, Tajwan, Wietnam i Singapur – a takze mieszkancy rozproszonych na calym swiecie dzielnic chinskich – od Paryza po Nowy Jork.
Kazdy kraj swietuje inaczej. Oto garsc porad z wietnamskiego podworka, gdzie Tet (od Tet Nguyen Dan – „uczta pierwszego poranka”) jest najwazniejszym swietem i ... najdluzszym okresem nietykalnego prawa do urlopu. Jak kazda tradycja, wietnamska rzadzi sie swoimi prawami. O czym nalezy pamietac w tym szczegolnym okresie? Czego unikac, by nie nadepnac na odcisk straznikom tradycji w czasie obchodow Nowego Roku?
NALEZY: 1. Byc pogodnym, usmiechnietym i zyczliwym – taka postawa zwieksza szanse na jej zachowanie przez caly rok. 2. Zwrocic wszelkie dlugi przed Nowym Rokiem. Jesli rozpoczniesz go pod kreska, podobnie go zakonczysz. 3. Podziel sie bogactwem – w czerwone ozdobne koperty, nalezy wlozyc banknoty (uwaga: swiezutkie, prosto z tasmy produkcyjnej) i podarowac je wybranym, waznym dla nas osobom. Szczegolne wzgledy naleza sie dzieciom, niezameznym czlonkom rodziny oraz podwladnym. Pieniadze w czerwonych kopertach nie tylko zapowiadaja powodzenie, ale rowniez odstaraszaja zle duchy. 4. Otoczyc sie kolorami symbolizujacymi powodzenie: czerwony i zloty sa szczegolnie mile widziane. 5. Nosic nowe ubrania – jako symbol czystosci oraz nowego poczatku.
NIE NALEZY: 1. Przeklinac, narzekac, krytykowac; uzywanie brzydkich slowto zaproszenie zlych duchow w nasze progi. Wszelkie przejawy agresji nie ida w parze ze szczesciem i powodzeniem. 2. Zamiatac – w ten sposob wymiata sie z domu szczescie. 3. Ubierac sie na bialo (kolor smierci i zaloby) lub czarno (negatywny, pesymistyczny kolor). 4. Skladac wizyt w pierwszym dniu nowego roku. Gosc, ktory przekroczy nasze progi jako pierwszy powinien byc szanowana osoba, gwarantujac tym samym bezpieczenstwo i prestiz calej rodzinie przez kolejnych 12 miesiecy.
Jak przystalo na „uczte pierwszego poranka”, jedzenie stanowi wazny element obchodow Nowego Roku. Na tradycyjnym wietnamskim stole nie moze zabraknac banh chung (na polnocy kraju) i banh tet (na poludniu) – ciast z kleistego ryzu z miesno-warzywnym farszem, zawinietych w liscie bananowca.
Kazde domostwo dumnie prezentuje swoje drzewka szczescia: kwitnace o tej porze roku drzewka brzoskwini (na polonocy) lub zoltych forsycji (na poludniu). Rownie popularne sa ... chryzantemy (zolte i czerwone) oraz malowane na kolorowo ....bazie.
Poza drobnymi niuansami, czy powyzszy opis nie przypomina Wam rodzimego podworka tradycji? Chuc Mung Nam Moi – Szczesliwego Nowego Roku!
O tym, co przyniesie nam Rok Wodnego Smoka juz wkrotce...
„W Kambodży, rodzice sprzedają już 5-6-cioletnie dziewczynkiw zamian za opłatę ok. 100 euro.Te same dzieci prostytuują się w domach publicznych za 500 rieli (ok. 0,15 euro).” Somaly Mam, w swojej autobiograficznej książce „Cisza niewinności” (wydanie w języku francuskim: ”Le silence de l’innocence”, 2005 r.; w języku angielskim „ Droga utraconej niewinności”, 2006 r.), poruszająco opisuje swoje dzieciństwo – bitej, gwałconej niewolnicy oraz tragiczne losy innych dziewczynek ; Thomdi, sprzedanej w wieku 9 lat i zmarłej na AIDS w wieku lat 17; Sokhone, sprzedanej w wieku 8 lat i zmarłej na gruźlicę i AIDS w wieku 15 lat i setek innych.
Aby walczyć z handlem ludźmi, Somaly Mam oraz jej mąż – Pierre Legros załoyżli w 1997 r. fundację AFESIP (Agir pour les femmes en situation precaire – Akcja na rzecz kobiet w sytuacji kryzysowej). Ta pozarządowa organizacja działa obecnie w Kambodży, Tajlandii, Wietnamie i Laosie, ratując ofiary niewolnictwa seksulanego i umożliwiając im resocjalizację oraz naukę zawodu. Dotychczas, AFESIP przyjął ponad 4000 osób. Szacowany procent pomyślnie zakończonej resocjalizacji szacuje się na 60% (nie obejmuje on dziewcząt zmarłych lub powracających do domów publicznych z własnej woli lub w wyniku porwań). W samym 2010 r., 339 kobiet i dzieci trafiło do Afesip, 121 podjęło nowe życie, z czego 32 dzięki mikro-kredytom ofiarowanym rpzez Fundację. Obecnie, w placówkach AFESIP przebywa 194 osoby (z rzadka, do placówek trafiają również chłopcy). Więcej o Fundacji : TUTAJ.
Oto relacja jednej z dziewczynek przebywających w centrum Afesip w Phnom Penh (ok. 2005 r): „ Nazywam się Chan Ry. Urodziłam się w wiosce Anlong Goman, prownicji Kandal. Pewnego dnia, jakaś pani przyszła porozmawiać z moją mamą, a potem zabrała mnie, obiecując pracę. Ale kiedy dotarłyśmy do jej domu w Phnonm Penh, zamknęła mnie na klucz. W domu znajdowało się około dziesięciu dziewczynek – Kambodżanek i Wietnamek. Byli tam też strażnicy – trzech lub czterech, którzy zmuszali dziewczynki do przyjmowania klientów. Codziennie musiałam przyjąćdziesięciu-piętnastu klientów, nawet kiedy byłam chora. Klienci byli miejscowi i zagraniczni. Potem, sprzedano mnie ponownie, ale nie znam ceny. Zszyto mnie trzy razy, na żywo (za dziewice klienci są gotowi zapłacić krocie). Czasami klienci przychodzili w grupach. W trzecim domu pracowały starsze dziewczyny – 18-19-sto letnie, ale też bardzo młode w wieku 6-8 lat. Przyjmowałyśmy średnio po 15 klientów dziennie.Zostałam tam dwa miesiące, po czym zabrała mnie policja. Kiedy trafiłam do pierwszego domu, miałam tylko 7 lat. Klienci wolą młode dziewczynki, takie jak ja wtedy. Wszyscy klienci są okropni, ale najgorsi są Kambodżanie. Cudzoziemcy mają dziwne, trudne wymagania – kiedy odmawiałam, przypalali mnie papierosami.”
To tylko jedna z niezliczonych relacji – każda wydaje sie bardziej nieprawdopodobna, okrutniejsza od poprzedniej. Wściekłość, bezsilność, rozpacz można przekuć w realną pomoc Fundacji AFESIP: 5 USD pokrywa koszt miesięcznej opieki psychologicznej dla 1 osoby 10 USD pokrywa miesięczny koszt opieki zdrowotnej dla 1 osoby 25 USD pokrywa miesięczny koszt szkolenia dla jednej osoby w następujących dziedzinach: krawiectwo, fryzjerstwo, tkactwo, obsługa komputera, nauka angielskiego, zarządzanie małym przesiębiorstwem. 54 USD kosztuje miesięczne wyżywienie dla 1 osoby, w postaci 3 pełnowartościowych posiłków dziennie. 135 USD pokrywa wszystkie wyżej wymienione koszty dla 1 osoby oraz zakup ubrań, artykułów higienicznych, zamieszkania i zajęć rekreacyjno-sportowych. 1.270 USD – tyle potrzeba, by zmienić życie jednej kobiety pragnącej zacząć życie na nowo po opuszczeniu Fundacji i zakończeniu nauki zawodu.
Wpłat dokonywać można na następujący rachunek: Nazwa banku: The Foreign Trade Bank of Cambodia Adres banku: No 3, St. 53/114 Kramoun Sar, PHONM PENH Nazwa odbiorcy: AFESIP Numer rachunku: 010-30-060-002959-3 SWIFT: FTCCKHPP
Wcześnie rano, weź
rulon papieru, wieczne pióro i usiądź w cieniu starego drzewa.
Spisz, czego pragniesz dla siebie, dla swoich bliskich i dla świata. Skup się
na teraźniejszości.
Rześki wiatr będzie strącał liście – przyjrzyj się im. Suchy liść spadnie na nierealne oczekiwania, młody listek wskaże cel, na którym
warto się szczególnie skupić. Pomyśl o tych wskazówkach, ale nie pozwól im
podciąć Twoich skrzydeł.
Złóż rulon w zacienionym miejscu. Kiedy rozwiniesz go ponownie za rok, przekonasz
się, że wszystkie liście uschły. Co stanie się z Twoimi marzeniami zależy od
Ciebie.
Jeśli robisz plany w dniu przypadającym na pełnię księżyca, podziel swoje oczekiwania przez trzy.
W ostatni piątek siedzimy sobie w najlepsze na zebraniu w firmie, świadomi, że należy je zakończyć punktualnie o 10-tej, kiedy to pojaiwć się ma intratny klient. Jest 8.50, mamy czas. Ledwie omówiliśmy pierwszy z 15 tematów, uchylają się drzwi i wchodzi oczekiwany za godzinę klient, pytając z uśmiechem, dlaczego zaczęliśmy bez niego. Konsternacja... Cóż, w milczącym akcie solidarności, zwijamy manatki i wychodzimy, zastanawiając się, kto zwariował – klient, czy szef? Zebranie trwa bagatela do 16-tej. Koledzy wychodzą z niego, jak po serii prania wirnikowego. Pytam retorycznie, jak poszło. - Jak cholera! Jakbyśmy rozmawiali w pięciu różnych językach (co zważając na towarzystwo angielsko-wietnamsko-izraelsko-rosyjskie brzmiało całkiem przekonywująco). - Dogadaliście się w końcu? - Tak, ale szło jak po grudzie. Aż zapytałem wietnamską koleżankę, czy przypadkiem dzisiaj nie wypada pełnia księżyca, ale spojrzała na mnie ironicznie i wytknęła, że się po prostu źle przygotowaliśmy. Kiedypożegnaliśmy gości, postukała w klawiaturę telefonu i oznajmiła z ulgą: - Oczywiście, miałeś rację – dzisiaj pełnia księżyca! Nie ma się czym przejmować – kolejne zebranie we wtorek, księżyc będzie w fazie wzrostowej – to idealny czas na budowanie pozytywnych relacji.
I tak rozmyślając nad potęgą natury, wbijam się w ruch uliczny, wprost pod koła autobusu przekonanego, że jemu – jako większemu, choć głupszemu należy się pierwszeństwo. Kierowca wydziera płuca, co szczęśliwie zagłusza moja muzyka. Kończy się na wymianie obraźliwych gestów i ruszamy w swoje strony.
Jak przystało na piątkowy wieczór, planujemy podrygi przy kubańskich rytmach. Jeszcze tylko szybko odebrać dostawę lodówki (między 18-tą a 18.30), która ma zastąpić ryczącego jak helikopter i grzejącego jak szklarnia potwora. Dochodzi 20-ta i nasza tolerancja dla spóźnialstwa przekracza delikatną granicę. Chłodne wino łagodzi jednak grzechy świata. Dochodzi 21-wsza. Nie wytrzymuję i dzwonię do sklepu. O dziwo, przełączają mnie do mówiącego po angielsku pana z działu obsługi klienta. - Czekamy już 3 godziny na dostawę.... - O, madam, proszę się nie martwić, pani produkt dotrze na czas. - Taką też miałam nadzieję, ale już jest po czasie... - Madam, moi pracownicy już jadą. - A o której dojadą w moją okolicę? - O, madam, proszę się nie martwić, nie będzie problemu. - Czy to oznacza, że będą przed 21.30? - O, madam! Nie wiem... - ?? - Ruch na drogach dzisiaj bardzo zły. Baaardzo! - Rozumiem, że będą najpóźniej o 22-iej, kiedy kończycie godziny pracy? - O, tak! Ale, madam, dzisiaj moi pracownicy są bardzo zajęci. Pierwszy dzień wielkiej promocji w sklepie.... - Tak, do tego piątek – zagaduję porozumiewawczo (chłodne wino łagodzi obyczaje). - O, madam – dzisiaj pełnia księżyca! - ?? - Moi pracownicy mieli przyjęcie w sklepie i będą późno. Full moon party, madam... – czyli po kwadransie lania wody przechodzimy do sedna. - Ale proszę się nie martwić, pani dostawa dotrze na czas....
Jest 23-cia, kończymy wino, dzwonek do drzwi – wjeżdża lśniący chromem potwór, a my podziwiamy zza bambusowej dżungli otoczonego tęczowym pierścieniem sprawcę całodziennych kłopotów.
Wiele lat temu, kiedy ruch uliczny w Sajgonie, mimo pozorów dramatu, był zjawiskiem niewinnym, jakdziecię i takoż nieświadomym swojej przyszłości, zaprosiłam odwiedzającego mnie kolegę z Polski na przejażdżkę motorem. Paweł, doskonały nota bene kierowca samochodowy, obdarzony wzrostem, który zapewne potęgował jedynie korek wśród drobnych miejscowych kierowców, wsiadł i na długo zamilkł. Sądziłam, że zastosował się do moich instrukcji: siedź, nie ruszaj się i nie oddychaj. Ale powód okazał się inny. Kiedy wreszcie wydostaliśmy się z ośmiorniczych objęć potwora w postaci ronda przy targu Ben Than, zsiadł i odzyskawszy mowę, oświadczył: „ To było najgorsze doświadczenie w moim życiu”.
Następnego dnia,wrocił z kaskiem i nakazał nie ściągać z głowy, po czym skrupulatnie co roku odpytywał, czy jest w użyciu. Niestety, w tamtych czasach, jazda w kasku nie była obowiązkowa – nosili je jedynie pojedynczy cudzoziemcy, narażając się tym samym na rolę maskotek, które pozkazywało się dzieciom, jak cudaczną małpkę.
Dzisiaj ilość pojazdów w Sajgonie uległa wielokrotnemu procesowi pączkowania,a sytuacja na drogach przyprawia w godzinach szczytu o głeboką nerwicę. Dlatego też ucieszyłam się z zabawnego ukazania problemuTUTAJ . Póki się potrafimy śmiać z tego, co nas normalnie smuci, damy radę!
Jeśli kiedykolwiek narzekałeś na swój los, złą pogodę i nieustannie rzucane przez życie kłody – przyjrzyj się tym ludziom. 60 mln Chińczyków jest niepełnosprawnych. Spośród nich wywodzą się członkowie Chińskiego Artystycznego Zespółu Osób Niepełnosprawnych. Powstał w 1987 r., kiedy grupa zawodowych artystów postanowiła dać szansę młodym amatorom; nie tylko pozbawionym uprzedniego doświadczenia scenicznego, ale również - i przede wszystkim - niepełnosprawnym. Z dnia na dzień, niewidoma, głucha, niepełnosprawna fizycznie lub psychicznie młodzież trafiła ze szkół specjalnych, pól, fabryk, a najczęściej zza zamkniętych szczelnie drzwi domów na deski teatru. Mozolna praca z terapeutami, choreografami i muzykami przyniosła zapierające dech efekty: kliknij TUTAJ.
Komunistyczny rząd Chin chętnie chwali się dokonaniami zespołu, który według władz utożsamia potęgę i niezłomność państwa.
Jak przystało na niedawno określany jako kraj Trzeciego Świata, Wietnam ma ambicje osiągnięcia pozycji azjatyckiego lidera w dziedzinie golfa. Nie chodzi oczywiście o wyniki sportowe, a liczbę powstających pól golfowych i ich amatorów. Dotychczas, tej „sportowej” rozrywce oddawali się głównie miejscowi nuworysze i obcokrajowcy. Od niedawna, grono amatorów powiększyło się o pracowników strefy budżetowej, głównie ministerstw Socjalistycznej Republiki Wietnamu Niepodległość-Wolność-Szczęście.
Skala zjawiska osiągnęła na tyle niepokojące rozmiary, że Minister Transportu wydał oficjalne oświadczenie, w w którym zakazał pracownikom gry w burżuazyjnego golfa. Według niego, rozrywka ta pochłania podwładnym zbyt wiele czasu i tym samym odbija się negatywnie na ich wydajności w pracy. Wiele projektów opóźnia się lub tkwi w zupełnej stagnacji tylko dlatego, że pracownicy spędzają zbyt wiele czasu na trafianiu w biała piłeczkę. Co ciekawe, minister krytykuje zarówno grę w golfa w czasie godzin pracy, jak podczas wakacji. Dodatkowo, tym razem w związku z popularyzowaniem idei środków masowego transportu wobec zalewającej masy samochodów osobowych, rząd wietnamski zobowiązał swoich pracowników do używania przynajmniej raz w tygodniu dotowanych przez miasto autobusów miejskich.
I to byłby, oficjalnie, koniec mody na sukces wietnamskiej budżetówki. Przy sporym nakładzie wysiłków, ten chwalebny stan może potrwać nawet do przedługich trzech miesięcy, po czym upadnie pod ciężarem rozbuchanych obchodów Nowego Roku (Tet).
Wystarczyło wykazać się 10-letnią cierpliwością, pozbyć się wielkiej acz nieuzasadnionej wiary w możliwości polskich placówek dyplomatycznych oraz spuścić zasłonę milczenia na sposób promocji gościnnego występu – by obejrzeć polskich artystów na sajgońskiej scenie. Po cichutku, na zaproszenie Opery HCM City, przybył do nas Śląski Teatr Tańca z Bytomia. Niewidziany przeze mnie od blisko 15 lat, wystąpił ze spektaklem „ Nie całkiem ciemny, nawet kolorowy” w choreografii legendarnego założyciela zespołu – Jacka Łumińskiego. Pokaz cieszył innowacją przekazu, świeżościąi dynamiką tancerzy oraz niespotykaną tutaj techniką. Spektakle tańca nowoczesnego stanowią zawsze pewne ryzyko dla widzów – można je pokochać lub całkowicie odrzucić. Mnie ujęła imponująca technika budowania piramid ludzkich- statycznych, ruchomych, powstających w biegu... Międzynarodowy zespół, różne temperamenty, zmiany nastroju – godzinna uczta artystyczna minęła niepostrzeżenie.
Zachwycona publika, złożona głównie z członków sajgońskiego zespołu baletu, z którym Śląski Teatr Tańca (STT) prowadził 2-tygodniowe warsztaty, entuzjastycznie dziękowała za występ. Konferansjerka zaprosiła zespół na scenę, do rozmowy z publicznością (w tym kraju to szokująca nowość). Zmęczeni, ale promieniujący tancerze usadowili się wygodnie na brzegu sceny, by odpowiedzieć na zasadnicze pytania gospodarzy: 1. Czy podoba wam sie Wietnam? 2. Czy lubicie wietnamskie jedzenie? Tancerze odpowiadali , publika szalała, konsternacja rosła. I to by było na tyle, dziękujemy, do widzenia.
Zespół jest w trakcie miesięcznego tournée po Azji, obejmującego Seul, Sajgon, Pekin i Macau. Przesympatyczni tancerze w kulisach cieszyli się na rychłą podróż i występy w Pekinie i zarzekali się, że nieprędko tkną podstawowe danie ich wietnamskiej monodiety: wołowinę z ryżem trzy razy dziennie (ryba z makaronem zawsze „wychodzi” wcześniej).
Jaka szkoda, że zabrakło promocji STT na pystyni kulturalnej Sajgonu! Poza dyskretną wzmianką w poczcie mailowej i pospiesznie zawieszonym posterem zespołu przy wejściu do „teatru” – zabrakło informacji o występie, którą kilkuosobowa polska publiczność przekazywała sobie jedynie pocztą pantoflową. Nie obyło się bez gaf... Przed wejściem do sali koncertowej umieszczonej za drzwiczkami dla krasnoludków, w świetnie wyposażonym bunkrowatym pomieszczeniu, zaczepiono nas pytając, czy jesteśmy z ambasady. Obawiając się, że odpowiedź negatywna może skutkować zakazem wstępu, przytaknęliśmy. Nasz wybór miejsc w pierwszym rzędzie tylko utwierdził organizatorów w mylnym przekonaniu o nadaniu odpowiedniej rangi wydarzeniu artystycznemu. Kiedy nas ponownie zapytano o ambasadorskie pochodzenie, przyznaliśmy,że nie mamy z nim nic wspólnego i gotowi jesteśmy ustąpić miejsc spóźnionym ambasdorskim gościom. Ci jednak nie przybyli, więc pozostało robić dobrą minę do ustawionej w naszym kierunku kamery i gospodarza wyjątkowo uprzejmie ściskającego nam dłonie na powitanie.
Ambasadorzy wszystkich krajów przybywajcie – poziom kultury drastycznie spada nam we krwi!
Już wkrótce, cichy, dyskretny i tani zastrzyk zastąpi plutony egzekucyjne, wykonujące wyroki śmierci w Wietnamie. Nowy dekret wejdzie w życie (sic!) w listopadzie br. Do tego czasu, władze penitencjarne mają zapewnić warunki do wykonywania śmiercionośnych zastrzyków, a Ministerwstwo Zdrowia zapewnić dostawę trzech głównych skladników zastrzyku. Śmiercionośna mikstura składa się z 5 g barbituranu tiopental, 100 mg zwitoczającego mięśnie bromku pancuronium (słynny Pavulon) oraz 100 mg chlorku potasu. Przed wykonaniem ostatniego zastrzyku, skazany musi być w stanie narkozy, w wyniku uprzedniego podania leków usypiających. To ogromny postęp wobec strzałów, których echo dochodzi co jakiś czas do uszu graczy na luksusowym polu golfowym w Sajgonie...
Ministerstwo Spraw Publicznych oświadczyło, że koszt wprowadzenia nowych zasad wykonywania kary śmierci nie wiąże się z dodatkowymi kosztami, gdyż „liczba wyroków jest niewielka, poniżej 100 przypadków rocznie”. Wprowadzone zostały również zmiany dotyczące zasad pochówku skazanych: dotychczas chowano ich na wydzielonych cmentarzach, teraz rodziny bedą mogły pochować ciała w dowolnym miejscu, „pod warunkiem, że nie będzie to stanowiło zagrożenia dla porządku publicznego i bezpieczeństwa państwa”.
Kara śmierci obejmuje w Wietnamie m.inn. następujące przestępstwa: morderstwo, przemyt narkotyków, korupcję, falszerstwo pieniędzy, terroryzm, wandalizm mienia nalezacego do armii. W 2009 r., z powyższej listy usunięto gwałt, a obecnie trwają starania o usunięcie m.inn. korupcji i fałszerstwa pieniędzy.
Nie istnieją oficjalne dane dotyczące liczby wyroków śmierci w Wietnamie (podane przez prasę dane mówią np. o odroczeniu 83 egzekucji i wykonaniu 8 w 2009 r.). Natomiast, publicznie informuje się o liczbie objętych amestią: 17.000 osób w ubiegłym oraz 10.000 w bieżącym roku. Zwolennicy utrzymania kary śmierci cytują szczególnie okrutne morderstwa, które zbulwersowały ostatnio wietnamską opinię publiczną: - Dekapitację młodej kobiety podczas napadu rabunkowego dokonanego przej jej .... 26-letniego narzeczonego; skazanego w listopadzie 2010 r. i oczekującego na wykonanie wyroku. - Napad na sklep jubilerski w sierpniu br. przez 18-latka, którego proces jest w toku; podczas napadu, zamordował malżeństwo właścicieli i ich kilkumiesięczną córkę. Uratowano jedynie starszą córkę, której napastnik odciął rękę.
Niepoprawni optymiści mają nadzieję, że powyższe zmiany to wstęp do zniesienia w przyszłości kary śmierci.
Co w trawie piszczy – każdy wie... Ale, czy wiecie co widzieć-słyszeć-i czuć może pasażer tajskiej taksówki? Odpowiedź poniżej wraz z pozdrowieniami z Bangkoku.
Miało być tak pięknie… Wietnam w krótkiej przyszłości stanie się drugim Singapurem – słyszę nieustannie od 9 lat. Czas mija, refren się nie zmienia. Reczywistość za to, i owszem, dostaje zadyszki od ciągłego biegu: naprzód, nieraz w bok, czasem potykając się – dookoła, omijając rozliczne przeszkody.
Wystarczy przyjrzeć się faktom – twierdzą zwolennicy teorii singapurskiej: - liczba samochodów na drogach wzrosła o minimum 1000 % - liczba inwestycji lokalnych i zagranicznych bije co roku rekordy - rozwój infrastruktury widoczny jest gołym okiem - powszechna dostępność towarów i usług - wzrost wynagrodzeń i wyraźny wzrost poziomu życia mieszkańców
To tylko pozory - ripostują trzeźwo myślący (niesłusznie zwani pesymistami): - kraj dusi się w korkach i spalinach - korupcja bije rekordy w tempie znacznie przekraczającym przyrost inwestycji - stan ekonomii (kiedy już uda się wydostać przybliżone do rzeczywistości dane) przyprawia o ciarki, a poziom inflacji o ból głowy, - internet kosztuje grosze, w przeciwieństwie do publicznej edukacji i służby zdrowia - wzrost wynagrodzeń idzie w parze ze wrostem postawy roszczeniowej oraz spadkiem efektywności
Wietnam ma ogromny potencjał turystyczny: chwalą optymiści, jeśli nie utoną akurat na nieserwisowanej łodziprzemierzającej Zatokę Ha Long, będącą częścią dziedzictwa naturalnego UNESCO.
Imponujące tempo inwestycji w infrastrukturę zachwyca tych, którzy mieli szczęście nie paść ofiarą zapdającego się mostu (powód: skorumpowany zakup wadliwych materiałów od kolegi brata szefa).
Poziom życia ludnościnigdy nie był wyższy w historii kraju: wille warte 2 miliony dolarów i nowiutkie audi są jednak rzadko owocem uczciwej pracy.
Edukacja nigdy nie stała na lepszym poziomie:przepaść między poziomem nauczania na zagranicznych i państowych uniwersytetach jest dramatyczna, często tragikomiczna.
Pozostaje nadzieja, że Wietnam obudzi się, zanim pochłonie sam siebie w kompulsywnym ataku zamozachwytu. I choć nadzieja jest piękną rzeczą, to marzenia o drugim Singapurze w Wietnamie należy włożyć między bajki.
Czy i wam zdarza się donosić do firmy? Nie wiem, co macie na sumieniu i z czego wynika wasza niedola. Wiem jednak, co popycha australjskiego inżyniera pracującego dla „zagranicznej” firmy w Sajgonie do tak desperackiego kroku.
Już na rozmowie o pracę usłyszał: - Nasza firma nie oferuje pracownikom żadnych dodatkowych apanaży poza wynagrodzeniem. Przytaknął z pewnym zrozumieniem, domyślając się, że za ubezpieczenie zdrowotne przyjdzie samemu zapłacić. - Komputer musi sobie pan sam zapewnić – sprecyzował przedstawiciel pracodawcy. - ?? - My nie wysposażamy pracowników w taki sprzęt. Zresztą, sam pan rozumie – na placu budowy byłoby to ryzykowne. Po tygodniu pracy w bunkrze na placu budowy, faktycznie okazało się, że nawet właściciel wielomilionowego projektu został okradziony J.
W pierwszym dniu nowej pracy, inżynier przygotował sobie zestaw pierwszej potrzeby: ołówek, gumkę, zestaw flamastrów, ryzę papieru, notes oraz rzeczony komputer.
Drugiego dnia skompletował: kubek, słoiczek z kawą i słoiczek z cukrem. Taktownie nie zapytałam o łyżeczkę. Natomiast dowiedziałam się, że pracodawca zapewnia wodę!
Trzeciego dnia (nie wiedzieć czemu, tak późno!) przygotował dwie rolki papieru toaletowego.
I na tym polega przewaga wietnamskiego socjalizmu nad polskim, sprzed lat: u nas się papier toaletowy pracodawcy kradło, tutaj się donosi.