Menu

Miss Saigon

Nowe

Rok Psa czy pieski rok?

chaobella

Według chińskiego kalendarza, wkroczyliśmy niedawno (16.02.2018 r.) w Nowy Rok pod patronatem Psa. Potrwa on krócej niż zwykle, do 04.02.2019 roku.
Chińskie i anglojęzyczne horoskopy wróżą spokojny rok, w skupieniu na bliskich, budowaniu relacji z nimi i dbaniu o przyjaciół. Przewagę spraw duchowych nad materializmem. Okazje do budowania trwałych podwalin dla rodziny, kariery i wszelkich życiowych planów.
Co znamienite, polskie media przepowiadają iście pieski rok – pod znakiem depresji, kataklizmów, wzrostu ekstremizmu religijnego i politycznego, katastrof naturalnych i lotniczych. Rok Psa źle miałby wróżyć związkom i miłości w ogóle. Należy oczekiwać, że każdy będzie miał pod górkę. Na pocieszenie pozostaje nam jednak oddanie się dziedzinom, którym sprzyja Pies: majsterkowaniu, mechanice, ogrodnictwu i gotowaniu; bardziej wymagający mogą spróbować sił w tańcu, skoku w dal, podnoszeniu ciężarów i ... ikebanie.
Proponuję skroić sobie kolejnych 12 księżycowych miesięcy wedle własnych oczekiwań i potrzeb, by za rok móc stwierdzić, jak pewna przepełniona pozytywną energią koleżanka z pracy: „Dla mnie każdy rok jest dobry”.year_of_the_dog1


Wirus Zika dotarł do Wietnamu

chaobella

No i doczekaliśmy się wirusa Zika w Wietnamie. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło dzisiaj zdiagnozowanie dwóch przypadków – w Nha Trang (nadmorski resort) i Sajgonie. Jedną z ofiar jest kobieta w ciąży.
Ogłoszono alarm sanitarny, wzmożono dezynsekcje w okolicy oraz kontrole na lotniskach. Równocześnie poinformowano, że „gorącą” dzielnicą dla wirusa jest .... moja okolica.
Paniom, które planują ciążę proponuję przeczekać, albo udać się do apteki. Tabletki „po” są w Wietnamie dostępne bez recepty (tak jak wszystkie leki) i kosztują 2 dolary.

mosquito

Poezja klusek

chaobella

Są tuczące, napakowane konserwantami i glutamianem sodu, ale pożądane przez większość Azjatów - kluski! Makaron z maki pszennej i ryżowej, na zimno, na ciepło, na gorąco aż do poparzenia ust. Najlepiej smakuje lekko siorbany. 
Tylko kluski, a jak pięknie można je sfilmować! Sami popatrzcie na reklamę Marka Toia dla znanej wietnamskiej marki Hao Hao.

 Ci, którzy odwiedzili Wietnam, odnajdą znajome krajobrazy, a pozostałych zapraszam do Wietnamu - nie tylko na kluski.   

  

VIETNAM / DIRECTED AND SHOT BY MARK TOIA from Mark Toia on Vimeo.

Powrót z rebusem

chaobella

Po długiej przerwie spowodowanej nadmiarem pracy, Wietnamskim Nowym Rokiem i egzotyczną podróżą, wracam dzisiaj na chwilę, a na dłużej już wkrótce.

W międzyczasie zagadka: Do jakiego kraju prowadzi Was poniższy rebus? (Bliscy znajomi proszeni są o wstrzymanie się od głosu).

sc3
                                                                                                       +

 sc1

  

Lato czeka, wzywa nas z daleka!

chaobella

Uciekając z tropikalnych upałów do rześkiego polskiego lata, mam niebywałą szansę wpaść spod przysłowiowego deszczu pod rynnę; prognozy pogody zapowiadają w kraju-raju nawet 36 stopni C!

W amerykańskim Dniu Niepodległości, z nadzieją, że terroryści nie będą zainteresowani tak pospolitym kierunkiem, jak Sajgon-Paryż, przelecę 10.000 km by wpaść w objęcia rodziny, przyjaciół, czereśni, długich dni, naleśników z jagodami, mazurskich lasów i jezior. Zapowiada się uczta dla ducha i ciała, czego Wam wszystkim również życzę!

Do zobaczenia wkrótce.

joga

 czeresnie2

 

Europejsko-Wietnamski Festiwal Filmów Dokumentalnych

chaobella

Po raz kolejny rusza w Wietnamie Europejsko-Wietnamski Festiwal Filmów Dokumentalnych. To nie lada gratka dla miłośników filmu, w dodaktu z wolnym wstępem na projekcje.

I tak W Hanoi 10-19 czerwca i w HCMC 11-20 czerwca, dzięki wsparciu europejskich ambasad, przedstawione zostaną dzieła twórców z Polski, Danii, Niemiec, Francji, Izraela, Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii, Szwecji i oczywiście Wietnamu. Dodatkowo, 13-14/06 przedstawione zostaną filmy młodych artystów z Azji Płd-Wschodniej: Kambodży, Birmy, Laosu, Tajlandii i Malezji.  

Wśród najczęściej poruszanej tematyki społecznej, pojawi się kwestia cierpienia młodych rodziców wychowujących poważnie chore dziecko w polskiej etiudzie „Nasza klątwa” w reż. Tomasza Śliwińskiego.     

Pełny repertuar znajdziecie TUTAJ:

 

Noworoczny przegląd prasy-cz.I

chaobella

image2

image3

 

W cieniu tragicznych wieści z Francji, postanowilam zajrzeć do lokalnej prasy.Z Nowym Rokiem, nowym rokiem, czyli sajgońskiej prasy przegląd numer 1.

 

Rekiny podgryzają internet


Położone na dnie oceanu łącze zaopatrujące w internet kraje azjatyckie znowu szwankuje. Tym razem znaleziono winnego – to nie system, to rekiny! Ponoć uprawiają tę dywersję od 2009 roku.

W Hanoi ruszył pierwszy publiczny autobus wyłącznie dla kobiet

Patrząc na kobiety w maskach na twarzy, w getrach, rekawiczkach i kapeluszach oraz kaskach, odnieść można wrażenie teleportacji do egzotycznych krain. Zniesiono zakaz zawierania małżeństw tej samej płci
 Nie oznacza to jeszcze legalizacji małżeństw homoseksualnych, ale i tak stawia Wietnam na pozycji lidera w tej kwestii w tej czeęści świata. Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że nowy ambasador USA w Wietnamie jest gejem.

Jazda taxi będzie tańsza


Korporacje taksówkarskie łaskawie obniżyły ceny w reakcji na rekordowo niską cenę ropy. Taksówkarze to równi goście – wystarczyło 13 kolejnych obiniżek cen paliwa, kilka oficjalnych ponagleń ministra transportu i grożenie palcem ministra finansów.

Hanoi grozi wyludnienie! 


Ponad 6.500 gospodarstw domowych zostanie przesiedlonych z hanojskiej starówki, by ratować wpisany na listę dziedzictwa światowego kompleks architektoniczny. Kolejki do piwa i pho powinny się nieco skurczyć. 


Wodolotem do Mui Ne


Zamiast 6 godzinnej podróży na trasie 200 km pociągiem klasy wątpliwej, czy też 9-godzinnej jazdy autobusem w pozycji horyzontalnej, amatorzy kitesurfingu i plaży w Mui Ne będą mogli skorzystać z ... wodolotu. Jak za zimnej wojny, w nieznane najpierw ruszyli Rosjanie. Cena za pokonanie 300 km – 250 USD ob obcego, 175 USD od swojego, czyli jedynie 20 razy więcej niż pociąg. Okazja!


Zamalowali nam pocztę!

Jeden ze sztandarowych zabytków Sajgonu - budynek Poczty autorstwa G. Eiffel’a został właśnie odnowiony. Teraz już nikt nie zgubi do niego drogi – żarzy się złotą żółcią, ale wg szefa Poczty, kolor zmyje się w deszczu. Cóż, cukierkowo różowy kościół przy Hai Ba Trung, oślepia mimo wielu lat hojnych pór deszczowych.

 

 

Poradnik małego buddysty

chaobella

Nasza kadrowa – pani Hanh, która sama w sobie zasługuje na powieść w odcinkach, wyznała mi kiedyś, że jest zaangażowaną buddystką, a na grzecznościowe pytanie, jakie ma plany na weekend, odparła : -Będę w pagodzie.

Kiedyś więc, dla przełamania lodów, pokazałam jej moją ówczesną lekturę: Thích Nhất Hạnh “ No Death, No Fear”. Nawisko słynnego mistrza zen z Wietnamu nic jej nie mówiło, a na widok 200-stronicowej książki, westchnęła: - Nie mogę czytać, bo po pierwszej stronie od razu zasypiam. Jednak kilka tygodni później, dumnie oświadczyła, że jej pagodowa starszyzna jak najbardziej podziwia mistrza i tym poniekąd uznała mnie za wtajemniczoną w meandry jej wiary, a może nawet za adeptkę buddyzmu. Praktyka buddyzmu w wydaniu pani Hanh jak najbardziej obejmuje akcje charytatywne, ale jej codzienne przejawy sprowadzają się głównie do przestrzegania kodeksu zasad, który reguluje zarówno dietę w piątki, jak wybór kolejnego wcielenia.

Niedawno, z porozumiewawczym uśmiechem, podarowała mi małą żółtą książeczkę pod tytułem „Prawo przyczynowości” – po wietnamsku, chińsku i angielsku. Cóż to jest za pozycja! Zbiór naiwnych powiastek  w stylu czarnej Wołgi porywającej niewinne dzieciątka z wymownymi obrazkami ilustrującymi zasady przyzwoitości, myślenia, higieny i stosunków społecznych. To fascynujące, jak szerokie spektrum zagadnień obejmuje ta kilkunastostronicowa biblia: z jednej strony uniwersalne zasady moralne, z drugiej – przyczyny garba, koślawych nóg i zajęczej wargi.

Oto kilka perełek:

1. Konsekwencją podsycania bliskich do nienawiści będzie atak tygrysa lub ukąszenie węża.              

Wątpliwość Niewiernego Tomasza: co spotka buddystów z Katowic lub Oslo za ten niecny postępek?

2. Ufundowanie w poprzednim życiu budowy mostu lub naprawy drogi zapewni komfort przemieszczania się godnym środkiem transportu w kolejnym wcieleniu.

Teraz już rozumiem inwazję chińskich firm budowlanych na świecie!    

3. Dlaczego nieszczęśnik jest niewolnikiem w obecnym życiu? Nie odwdzięczył się bowiem za uzyskaną przysługę.

Ech, w tym przykładzie jak na dłoni widać problem korupcji w tej części Azji – usługa za usługę, pomogę ci, bo potem ty mnie pomożesz. Intrygujące jest również poruszenie kwestii niewolnictwa w komunistycznych krajach w 2014 roku!

Żarty żartami, ale poddawanie w wątpliwość buddyjskiej doktryny grozi ogłuchnięciem na przynajmniej jedno ucho.

     

 

Festiwal Sztuki w Hue - 2014

chaobella
 
 

Już tradcyjnie, jak co dwa lata od 1998 roku, cesarskie miasto Hue otworzy historyczne podwoje festiwalowi sztuki.  Co wieczór, w XIX-wiecznej cytadeli, występować będą goście z Wietnamu oraz 20-stu krajów dookoła świata. Od 12-go do 20-go kwietnia,  publiczność ósmej edycji festiwalu będzie mogła delektować się bogatym menu. W  ofercie tegorocznego programu znajdują się koncerty, występy tańca,  wystawy, pokazy latawców, instalacje artystyczne, pokazy sztuki ulicznej, wartsztaty (np. kaligrafii) i targi. Organizatorzy obiecują również zajęcia dla niepełnosprawnych, zawody sportowe oraz wycieczki po okolicy.

Jak przystało na bogatą historię Hue, nie zabraknie pokazów tradycyjnej wietnamskiej sztuki dworskiej, w charakterystycznych dla tego regionu kostiumach (m.inn. tradycyjne ao dai w fioletowym odcieniu).

Wśród rozmaitych
atrakcji, warto zanotować  m.inn. :

12/04                     Uroczysta ceremonia inauguracji festiwalu, o godz. 20.00

13/04                     Pokaz „Noc orientu”

14/04                     Wielki pokaz „Ao dai”

16, 18/04              Spektakle teatralne

16/04                     Koncert muzyki dworskiej

18/04                     Pokaz tradycji Nam Giao (uroczystych poświęceń)

19/04                     „Noc cesarska” – pokaz tradycji dworskich zakończony królewskim bankietem

20/04                     Ceremonia zamknięcia festiwalu,. o godz. 20.00

 



Na szczególną uwagę zasługuje festiwal sztuki ulicznej; popołudniami, ulice miasta zapełnią się zagranicznymi artystami, m.inn. z Brazylii, Japonii, Indii, Norwegii, Mongolii, Australii, Rosji, Argentyny, Węgier i Polski (Orkiestra OSP z Nadarzyna). Szczegółowy program znajdziecie TUTAJ.

Koneserów (nie tylko sztuki) z pewnością ucieszy wiadomość, że w tym roku, festiwalowi w Hue towarzyszyć będzie promocja gastronomii.
Jak przystało na dworskie miasto, sm
aczna i delikatna kuchnia Hue powstała, by zadowolić nawet królewskie podniebienia.  Oprócz kuchni wietnamskiej, można będzie spróbować dań z Laosu, Kambodży, Tajlandii, Birmy, Singapuru, Malezji, Indonezji, Japonii, Koreii i Chin.

A zatem, ucztę zmysłów czas zacząć!  

Żenię się.... niechcący

chaobella

Są tacy, którzy ślub planują z pompą wiele miesięcy naprzód; inni wolą spontaniczne ceremonie w stylu Las Vegas, a jeszcze innych sama wizja przeraża tak bardzo, że żyją w wolnych związkach z obawy przed ogarnięciem logistyki przyjęcia (zwłaszcza, jeśli miałoby się powtarzać co kilka lat). 
Mój dobry francuski kolega - nazwijmy go Paul - mieszka od kilku lat ze swoją wietnamską dziewczyną – nazwijmy ją Hong. Ona mówi rodzinie, że mieszka w akademiku, on się nie musi nikomu tłumaczyć. Nic nie zakłócało sielanki, aż do niedawnej wizyty rodziców chłopaka w Wietnamie. Chcąc sprawić wszystkim przyjemność, postanowił  zorganizować uroczystą kolację w wyjątkowym miejscu. Jak pomyślał, tak zrobił, a raczej – zlecił zadanie specjalne Hong. Ona przyklasnęła i zaczęła dzwonić do restauracji na uroczej wysepce Than Da. Paul co jakiś czas pytał o postęp w logistyce, ale jako, że wszystko wydawało się być pod kontrolą, nie wnikał w szczegóły, bądź co bądź, planowanej kolacji dla czworga.
Pięć dni później, Hong poprosiła go o odebranie sukienki zamówionej na kolację – w końcu nie co dzień podejmuje się rodziców chłopaka, w dodatku przybyłych z dalekiej Francji. Paul wpadł do krawca po pracy, machinalnie zapłacił i dopiero porozumiewawcze spojrzenie wlaściciela pracowni oraz nieoczekiwana waga paczki ze strojem wzbudziła jego podejrzenia. Odbierał bowiem tradycyjny, kobiecy kostium ślubny! Uśmiechnął się pod nosem – w końcu nie tak dawno bawił się przez całą noc na przyjęciu zorganizowanym przez znajomych cudzoziemców, gdzie część gości paradowala w  wietnamskich strojach ślubnych – ot, nostalgiczny i elegancki wybór kostiumu na pożegnanie się z krajem.
Następnego dnia, wraz z Hong, udał się do restauracji – ot, sprawdzić, czy faktycznie miejsce zadowoli rodziców. Zamiast stolika dla czworga,
zastał
bogato udekorowaną salę na sto osób. Styl nie pozostawiał cienia złudzeń. Spojrzał na Hong, która rozpłynęła się w dumnym uśmiechu: tak pięknie sobie poradziła z życiowym zadaniem, w zaledwie pięć dni! Ma też nadzieję, że Paul’owi spodoba się jego tradycyjny strój ślubny – w drodze powrotnej, wpadną do krawca do przymiarki.
Cóż było robić? W akcie paniki, Paul obdzwonił dziesięciu najlepszych znajomych, z których tylko co drugi mógł się zjawić w ekspresowym tempie na niespodziewanym ślubie nazajutrz. 

Kiedy, niczego nieświadoma, zapytałam Paula w poniedziałek, co słychać, usłyszałam:
- No cóż, jak by to powiedzieć...., wygląda na to, że niechcący się ożeniłem...



Poprosię McProsię

chaobella

40 lat po zakończeniu wojny z USA, Wietnam wyciągnał rękę do imperialistycznego kapitalisty i byłego wroga; w HCM City, na rogu ulic Dien Bien Phu (jakże wymownie) i Nguyen Binh Khiem, McDonald’s szumnie otworzył swoją 38-ą franczyzę w Azji i 10.000-czną placówkę w regionie. 



Jego konkurencja już tutaj jest : KFC, Burger King i Pizza Hut będą musiały podzielić między siebie 90-milionową populacje konsumentów. Przynaję uczciwie:wszystkie te przybytki znam jedynie z widzenia i słyszenia. Moja noga postała w McDonaldzie raz – w czeskiej Pradze, o 4 rano, kiedy po całonocnej podróży nie sposób było znaleźć otwartą restaurację.

Wybór Wietnamu był oczywisty dla dyrekcji McDonald’s – to jeden z największych krajów w regionie, z bardzo młodą populacją i rosnącym apetytem na zachodnie atrakcje. Podobnie jak Chiny, Wietnam pozostaje komunistyczny w różnych aspektach, ale na pewno nie w sensie ekonomicznym.   

Wizyta w najsłynniejszej hamburgerowni świata to symbol statusu społecznego i prosty przejaw ciekowości– Wietnamczycy nie robią sobie złudzeń, co do jakości posiłków. Droższe (Big Mac kosztuje ok. 2 euro) i mniej wyrafinowane niż większość dań serwowanych przez lokalne restauracje i garkuchnie,
McDonald’s ma szanse podbić rynek otwartymi przez 24 godziny drzwiami oraz systemem drive-thru, do którego już w dniu otwarcia stanęły kolejki motorów. W odpowiedzi na miejscowe preferencje,  stworzono także McPork’a (czytaj: McProsię).  

Co ciekawe, krajowa licencja McDonald’s, w wyniku długotrwałego i przejrzystego procesu, trafiła w ręce… Henry’ego Nguyen’a - zięcia wietnamskiego Premiera (na zdjęciu, w środku). Wychowany w USA, ponoć całe życie marzył o otworzeniu wietnamskiej sieci McDonald’s, gdzie jako nastolatek zarabiał na życie. Dynamiczny 40-letni biznesman jest przekonany, że to dopiero początek ekspansji sieci w całym kraju.  


W świetle rosnącego problemu otyłości wsród dzieci i młodzieży, pojawienie się McDonald’s wydaje się niepokojący. Miejmy nadzieję, że po pierwszym zachłyśnięciu się nowością, miejscowe świeze sajgonki i aromatyczne pho zwyciężą ze sztucznym i importowanym menu.

  

(McDonald’s spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem cudzoziemców w Sajgonie – na zdjęciu kubańska piosenkarka Lissette)

Drogówka się opłaca

chaobella

Pod presją konieczności podejmowania postanowień noworocznych, zaczęłam od najprostszych; znajdę wreszcie porzucone nonszalancko prawo jazdy, które przyszło mi zdobyć w pocie ponad 10 lat temu. Pot był dosłowny – jako, że test z jazdy odbywał się z dyżurnym, niepierwszej świeżości kaskiem na głowie.

Dekada spędzona w Wietnamie zrobiła swoje: płacenie drogówce wydaje się tak oczywiste, jak pora deszczowa w maju. W zależności od skali występku, stopnia uporu policjanta i naszego wolnego czasu,  z kłopotów drogowych wydostajemy się za około 200.000 -500.000 dongów (ok. 10-25 USD). To stawka za święty spokój. Dopiero jednak niedawno trafiłam na oficlajny dekret z oficjalną listą mandatów dla niepoprawnych kierowców dwuśladów. I co się okazuje? Ze przepłacamy!
Jednocześnie, dzisiaj podliczyłabym się na jakieś 2.500.000 VND (punkty 5,6,7, 8,15,20), głownie dlatego, że wiozłam delikatną porcelanę ....
Skandalicznie niski  mandat za brak prawa jazdy nie działa zbyt motywująco do kontynuowania poszukiwań w przepastnych szufladach tego unikatowego certyfikatu.

Do moich ulubionych kategorii poniżej należy jazda na jednym kole oraz jazda bez trzymanki.  Zaś najgorsza plaga: skręcanie bez użycia sygnału świetlnego wyceniono na marne 10-20 USD. Co gorsza, niegdzie nie znalazł się występek, który nieraz posuwa mnie do chęci popełnienia zbrodni z premedytacją: wyjeżdżania na pełnym gazie z drogi zależnej na głowną patrząc jedynie przed siebie, w myśl zasady ”po nas choćby potop”.

A co Wy macie na sumieniu?

Te rozstania i powroty...

chaobella

Ach, te rozstania i powroty… Wietnam, to chyba jedyny kraj, w którym podczas tygodniowej nieobecności potrafi bez śladu zniknąć ulubiona willa, powstać nowa restauracja, a własny dom zmienić kolor. Tym razem, powrót z trzytygodniowej wizyty w ojczyźnie zaowocował nie tyle zmianami architektoniczno-przestrzennymi (choć oczywiście takich nie zabrakło), co obyczajowymi. Pytanie, czy zmieniła się wietnamska rzeczywistość czy też skrzywieniu/wyprostowaniu uległo moje postrzeganie.

Na lotnisku w Sajgonie, odebraliśmy od Vietnam Airlines bagaż w całości i w ciągu kwadransa od przylotu. W Warszawie, Air France traktowała nas per noga, mimo złotej karty podróżnej i zagubionego bagażu na dzień przed wigilią.

Ruszyliśmy na szybkie zakupy, by zaopatrzyć pustą lodówkę. Czas spędzony na tejże operacji: pół godziny łącznie z transportem (motorem). W Warszawie należałoby poświęcić ponad godzinę i sporo nerwów.

Wieczorem świętowaliśmy urodziny koleżanki w pobliskiej restauracji. Nasiadówka pod palmami, zimne wino nad basenem – z niedowierzaniem powtarzaliśmy sobie, że jeszcze dobę temu przytupywaliśmy z zimna na spacerze po warszawskiej Starówce.

Następnego dnia ruszyałam na zakupy na tzw. ruskich targach; tutaj można dostać zarówno wyroby znanych marek za grosze, jak trzykrotnego użytku koszulki, spodenki itd. Szybko odnalazałam ulubionego sprzedawcę, u którego stale zaopatruję się w ubrania do jogi. Facet wyraźnie się ucieszył – poklepaliśmy się nawzajem po plecach. I zaraz się zaczęło:
- Ile kosztuje ta bluzka?
- Sprzedawca: 3 dolary.
- Dam dwa – negocjuje miejscowa klientka.
- Nie, nie, nie mogę! To dobra cena – broni się sprzedawca ( i trudno się z nim nie zgodzić).
- Dam dwa – upiera się kobieta.
Sprzedawca patrzy na mnie i doznaje olśnienia:
- Ale madame (to o mnie...) płaci taką samą cenę, a to stała klientka, więc powinna mieć upust. Ale ja wszystkich równo traktuję.

Reklama dźwignią handlu – sprzedawca zyskuje podwójnie: klientka płaci bez dalszych dyskusji, a za nią podchodzą nowe.

W innym miejscu pytam o cenę sukienki: 15 dolarów. Sprzedawczyni wypytuje, czy mieszkam na stałe w Sajgonie, bo takiej ceny nie zaoferuje turystom. Kłopot w tym, że za chwilę podchodzi młoda Wietnamka i pyta o cenę tej samej sukienki. Sprzedawczyni wije się i udaje, że nie słyszy. Z całym okrucieństwem pozostaję na stanowisku – już wie, że rozumiem po wietnamsku. Sciszonym głosem podaje cenę: 12 dolarów. Wietnamka patrzy z dezaprobatą: może dać 10 albo nic. Kupuje i odchodzi, teraz czas na renegocjację mojej oferty. Sprzedawczyni jest nie w sosie, ale proponuje dalsze zakupy.
- Może torebkę?
- Czemu nie? Ale szukam takiej ze skóry.
- Wszystkie są ze skóry! – zachwala, po czym łapie pierwszą lepszą z brzegu i opala zapalniczką. Torba się nie zajmuje ogniem – to jest dowód na najwyższą jakość skóry!
Widziałam ten sam numer z najwyższej jakości 100% jedwabiem. Nie znam się na fizyce i chemii, ale skórę i jedwab od plastiku łatwo potrafię odróżnić. Wierząc w niezłomną potęgę edukacji, cierpliwie tłumaczę, że chodzi mi o prawdziwą skórę – taką, z jakiej jest zrobiona moja obecna torebka.
- Aaaa, to skóra numer jeden, my mamy tylko skórę numer dwa – uśmiecha się sprzedawczyni.
- A może Mulberry – skóra, oryginał!
- W jakiej cenie ma pani ten orygniał ? – syczę złośliwie.
- Jak dla pani, bo pani mieszka w Sajgonie – to 30 dolarów.
- Jak na oryginał, to zaskakująca cena – cedzę z zadowoleniem (odbywam taką rozmowę co najmniej raz w roku od 11 lat).
- Madame – szepcze sprzedawczyni – to kopia, ale oryginalna kopia!


Po drodze do domu, zatrzymuję się u ulicznego szewca. Pastuje, sznuruje i reperuje buty wprost na chodniku – od rana do zachodu słońca. Podchodzi pomocnik – umorusany pastą, bosonogi  16-18-stolatek. Pokazuję buty z oderwanym paskiem i tłumaczę na migi, co trzeba zrobić. Patrzy na mnie, odrzuca grzywkę na czoło i odpowiada po angielsku: Trzeba zszyc, bo klej nie wystarcza.
Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię.

Po drodze klnę na korki i nieudolną policję drogową. I obiecuję sobie, że w końcu wyrobię sobie kopię zagubionego przed laty prawa jazdy, zamiast, jak zwykle uciekać stróżom prawa.

I jak nie lubić tego kraju?  

  

Nie zdradzaj, biedaku!

chaobella

Przez dekadę spędzoną w Wietnamie, nigdy nie słyszałam o dekrecie regulującym niemoralne prowadzenie się małżonków, aż rozpętała się burza medialna wokół środków karania niewiernych.
Otóż, kilka miesięcy temu ogłoszono, że pożycie pozamałżeńskie spotka się z karą pieniężną w wysokości od 10 do 48 USD (czyli dwukrotność wcześniej obowiązującego przedziału 5-25 USD). Grzesznikami według nowego prawa są zamężni obywatele, którzy jednocześnie żyją w bigamicznym związku. Wyjaśnienia oczywiście wymaga pojęcie bigamii. Choć jasne z punktu widzenia prawa, wydaje się łatwym łupem nadużyć. Bo bigamistą może zostać określona osoba żyjąca „tak jak w związku małżeńskim” bez jego formalizacji. Wyobraźnia zaczyna więc hulać: chociaż ustawa uderza w niemoralne związki między rodzicami i dziećmi, teściami i małżonkami dzieci, kuzynostwem i rodzeństwem, równie dobrze dotyczy nieformalnych związków pozamałżeńskich czy par tej samej płci. Czy pod ten sam przepis podpadną pary umawiające się na romantyczne lub płatne schadzki bez wiedzy ich małżonków?
Ustawa nie precyzuje w jaki sposób nielegalne związki będą wykrywane, ani jaki sposób ich „natychmiastowego zakończenia” zadowoli władze. Ciekawe, w jaki sposób zostaną przeszkolone specjalne jednostki; być może zostaną wysłane na szkolenie do szariackich regionów Afganistanu...

Co ciekawe, na stronie miejscowego dziennika informującego o kontrowersyjnej ustawie miga reklama skąpo odzianych dziewcząt promujących ... portal randkowy „Tajskie pocałunki”.   

Tajfun Haiyan ominął Wietnam

chaobella

Jak juz wiadomo, potężny tajfun Haiyan ominął Wietnam szerokim łukiem.  
A jednak, przez cały ubiegły tydzień z niepokojem spoglądaliśmy w niebo. Eskalacja paniki przebiegała stopniowo. Najpierw, w ubiegłą środę, po raz pierwszy na taką skalę, władze nawoływały o zachowanie najwyższych środków ostrożności. Grzmiały media, uliczne głośniki, policja i ubezpieczyciele. Po południu odwołano zajęcia w szkołach i zalecono pozostanie w bezpiecznym miejscu. Patrzyłam w niebieskie niebo i nie mogłam powstrzymać się od przejażdżki rowerem. Jedynie wyludnione ulice wskazywały na wyjątkowość sytuacji. Co rzadkie w Sajgonie, niebo wieczorem przybrało piękny różowy kolor, by później pokryć się skrzącymi gwiazdami. W końcu spadł deszcz. Zanim zaryglowałam wszystkie okna, przestało  padać. A zatem tak wygląda groźny tajfun?!
Deszcz wrócił nad ranem – z nieba lało się bez przerwy przez 6 godzin – nic wyjątkowego pod koniec pory deszczowej. A jednak, w połączeniu z wysokim poziomem rzeki – w mieście Ho Chi Minh’a nastąpił przysłowiowy sajgon. Zalane ulice stanęły w gigantycznych korkach – posłuszeństwa odmawiały motory i samochody, pojawiały się ...czółna.  Istny armagedon. Sami popatrzcie:


 (wiecej zdjec TUTAJ)

Kiedy już otrząsnęliśmy się z tropikalnych atrakcji, media zaczęły trąbić o tajfunie stulecia. Haiyan miał uderzyć w Filipiny i tradycyjne dotrzeć rykoszetem do centrum i północy Wietnamu. To zdarza się co roku – pomyśleliśmy. Kiedy jednak BBC powtarzało kilka razy dziennie, że najgorsze zacznie się w niedzielę, a znajomi dookoła świata przysyłali zaniepokojone maile, zaczęliśmy się obawiać najgorszego. Kiedy już dowiedzieliśmy się, do jakiej tragedii doszło na Filipinach, w Sajgonie nieskazitelnie błękitne niebo wydawało się śmiać nam w twarz. Choć władze ewakuowały 600.000 osób na północy kraju, tajfun wyhamował na trasie do Wietnamu. Padało i wiało na północy i w centrum kraju, my na południu – z konsternacją śledziliśmy BBC powtarzające wciąż alaramujące wiadomości o nieuniknionej katastrofie.

Władze wykazały się wyjątkową w historii zapobiegliwością  - Haiyan nas ominął, ale skala zniszczeń na Filipinach przypomina, że ostrożności nigdy za wiele.
Chciałam podkreślić, że Wietnam przekazał 100.000 dolarów pomocy filipińskim ofiarom. Tyle samo, co regionalna i światowa potęga – Chiny....  

  

Kalejdoskop reklamowy

chaobella

Z nimi źle, bez nich.... trudno wyobrazić sobie codzienny krajobraz. Bywa, że łakomie spojrzymy na apetyczne negliże albo wyszukane artystycznie projekty, ale zazwyczaj narzekamy na zalew reklamami, uznając je  za paskudny dodatek do rzeczywistości.  

Wietnamskie władze przez długi czas uznawały reklamy na przejaw imperialistycznej ingerencji – po zakończeniu wojny z USA w 1975 r., banery na wiele lat zniknęły z ulic Sajgonu. W czasach globalnej  wioski, większość tutejszych reklam niczym nie różni się od ich odpowiedników w bardziej rozwiniętych krajach. Ostatnie bastiony antyreklamowe padają – miejscowe władze właśnie zezwoiły na bezprecedensowe zamieszczanie reklam na autobusach!

Niedawno trafiłam na stare zdjęcia Sajgonu ze staromodnymi reklamami w tle i wyraźnie się rozczuliłam... Sami popatrzcie.

Bambus twój wróg!

chaobella

Parafrazując  przebój sprzed lat: Bambusowe pole rosło wokół nas....

Trzy lata temu, wprowadzając się do domu z pasmem ziemii udającym ogródek, postanowiliśmy wyczarować na nim ... tropikalny las. Kilka sadzonek bambusowych drzew trafilo wprost do ziemii i pozostawało wyczekiwać, czy zieloni goście zadomowią się na dobre.  Rzeczywistość  przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Bambusy są najszybciej rosnącymi roślinami na świecie. Rekord Guinessa należy należy do jedngo z tysiąca gatunków bambusa, który rośnie 91 cm dziennie! Najwyższe drzewa osiągają 40 metrów w tropikach i 20-30 metrów w klimacie umiarkowanym.
Cykl życia drzew bambusowych to zaledwie ok. 10 lat. Dzięki temu, cieszą się one opinią najbardziej ekologicznego materiału budowlanego.  Doskonała adaptacja klimatyczna (bambusy potrafią przetrwać nawet przy -29 stopniach C!) pozwala na obsadzenie nawet niezbyt użytkowych ziem. Dekadę później, kiedy drzewo obumiera, drewno bambusowe rozpoczyna swój proces reinkarnacji. Bambusowe pnie potrafią osiągnąć do 20 cm średnicy i charakteryzują się wyjątkową odpornością i sprężystością. Z bambusowego drewna powstają mosty, domy, dachówki, rusztowania, łodzie, meble, rowery, deskorolki, papier , a nawet tekstylia. Pędy bambusa trafiają na nasze stoły, gęste listowie  skutecznie chroni przed słońcem, a sama roślina jest symbolem długowieczności w Azji.  Rzecz doprawdy doskonała!

A jednak bambus potrafi mieć wrogów. Kilka miesięcy temu, nasi sąsiedzi zaczęli narzekać na nasz strzelisty ogród. Otóż, bambusy – rzecz niesłychana – tracą liście. Targane tropikalnymi wiatrami, kołyszą się z gracją kilkanaście metrów nad ziemią i obsypują okolicę jaskrawozielonymi listkami. To zresztą doskonała podściółka  - chroni rozgrzaną ziemię od tropikalnego słońca i zatrzymuje wilgoć. A jednak, potrafi to rozzłościć zwolenników domów z betonu.
I tak, któregoś pięknego dnia, grzecznie uśmiechnięty pan pojawił się na naszym podwórku, gdzie – drogą kompromisu – miał przyciąć bambusy po sąsiedzkiej stronie. Zapachniało sporem Kargulów z Pawlakami. To drzewo rośnie w naszą, a to w sąsiada stronę...
Kiedy już zakończyliśmy selekcję, pan przystąpił do dzieła, wyjmując z kieszeni .... sekator do róż. Z przejęciem obserwowałam jego zmagania i topniejącą w południowym słońcu wiarę, że może się udać. Po 10 minutach, z tajemniczym uśmiechem na twarzy, człowiek nisko się skłonił i zniknął, by po chwili pojawić się z siekierką. Ten wybór zapowiadał nieuchronnie tragiczny koniec; ostrze groźnie błyskało między żylastymi łydkami oprawcy. W czysto humanitarnym odruchu, zaproponowałam mu zestaw dwóch pił ręcznych.  Z widoczną ulgą chwycił piłkę do drewna i zaczął wycinać. Pięć metrów ściętego bambusa to namiastka dżungli na podwórzu. Pomnożona przez 15 sztuk, ścinka utworzyła swoistą leśną górę. Oprawca zarzucił las na plecy i udał się na wrogi teren za międzą. Efekt interwencji był zgodny z oczekiwaniami i naszym własnym doświadczeniem w tym zakresie: amatorskie oko nie ujrzałoby żadnej różnicy pomiędzy lekko przeczesanym buszem.

Wróg nie dawał za wygraną – nie dość, że nie osiągnął celu, to jeszcze utracił twarz. Tydzień później, w pewne popołudnie, nad sąsiedzkim murem, na wysokości siedmiu metrów, zasiadł oprawca – montując tym razem siatkę. Cóż, będzie zasłaniać niebo, ale jako że nie padło na najgorzy wybór wzornictwa, uznałam to za ciekawe urozmaicenie krajobrazu.  Wyglądało to jednak na typowo miejscową robotę – szybko sklecone elementy tańczyły na wietrze, co i rusz obsypując nimi okolicę. Siatkarz działał na dwa fronty – montował instalację i wycinał wszystko, co przekraczało jej poziom. Zadrżałam, obawiając się prawdziwej rzezi bambusów.   Wiatr wiał coraz mocniej i zaczęłam się zastanawiać, czy mizerny siatkarz nie odleci w nieznane. Ale najgorsze miało dopiero nadejść...
Niebo zasnuło się czarnymi chmurami, zagrzmiało, zahuczalo, po czym doszło do typowego w porze deszczowej oberwania chmury. Nie od razu zorientowałam się, że odgłosom natury towarzyszą niezidentyfikowane dźwięki. Błyski, syki i pospolite ruszenie wzbudziło moją podejrzliwość. Wybiegłam na podwórze, by ze zgrozą ujrzeć siedzącego okrakiem na siedmiometrowej siatce człowieka, operującego w strugach deszczu.... lutownicą! Fakt, należało połatać elementy konstrukcji, ale przy burzy z piorunami, zakrawało to na samobójstwo. Co ciekawe, za ścianą słychać było nerwowe ponaglanie sąsiadki – najwidoczniej umówiła się na umowę o dzieło i nie zamierzała spocząć przed końcem roboty. Pytanie, czy dzieło ujrzy koniec przed końcem wykonawcy... Facet uwijał się między kroplami deszczu, ślizgając się pośladkami po mokrej oprawie siatki. Z prawdziwą ciekawością badacza, zaczęłam się zastanawiać, czy nie spadnie na wycięte pole bambusowych kikutów. Jak wiadomo, bambusowe pułapki są niezwykle cenioną bronią w czasie wojen w tropikach. A jeśli spadnie na naszą stronę? Czy będę oskarżona o atak na wroga? Przerażona, zamknęłam sie na cztery spusty w domu i postanowiłam wyjść dopiero rano.

Na tle błękitnego nieba, ścięte, gołe kikuty sprawiały dramatyczne wrażenie... Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kiedyś ..., że może uda się im odbić.  Obiecałam sobie nie patrzeć  na pole hańby przez tydzień. Nie wiem, w jakim tempie rosną moje bambusy, ale po 2 tygodniach gołe trzonki obsypały się liścmi i sięgnęły pierwszego piętra. Dzisiaj, po 2 miesiącach od ataku wroga, moje poletko zastosowało się do zasady olimpijskiej – wyżej, dalej, lepiej. Ścinka podziałała na nie odmładzająco; są mocniejsze i  gęstsze, a siatka okazała się świetnym wsparciem dla ich wzrostu.
Ślinka mi cieknie w oczekiwaniu na kolejne odsłony bambusowej tragikomedii... 


Zmarł legendarny generał Giap

chaobella
W wieku 102 lat, 4.10.2013 r. zmarł legendarny generał Giap. Odszedł w otoczeniu rodziny, w wojskowym szpitalu w Hanoi, gdzie przebywał od 3 lat. 

Giap opuścił biuro polityczne  w 1982 r. a oficjalnie wycofał się z polityki w 1991 r. Do końca lat 90-tych, pozostawał jednak uważnym obserwatorem życia politycznego kraju i niejednokrotnie zabierał głos, krytykując m.inn. korupcję władzy oraz degradację środowiska spowodowaną niekontrolowanym procesem modernizacji kraju.

Zapraszam do ponownej lektury o generale : TUTAJ oraz słynnego wywiadu z nim przeprowadzonego przez Orianę Fallaci : TUTAJ 


Miss Saigon na facebook'u

chaobella

Drodzy Czytelnicy,

Miss Saigon udziela się również na facebook’u – ot, znak czasów... 

Blox pozostaje głównym źródłem artykułów, podczas gdy wersja na facebook’u obejmuje również krótkie notki i zdjęcia z życia codziennego w Wietnamie.

Zapraszam TUTAJ !


Ale Sajgon! (zapnijcie pasy bezpieczeństwa)

chaobella
Jeśli macie wolne 3 minuty i 41 sekund, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Sajgonie. 
Ku zadowoleniu jednych i rozpaczy innych, miasto rozwija się z każdym rokiem, o dziwo, wciąż zachowując swój niepowtarzalny urok. 

Zadanie specjalne dla tych, którzy byli w Sajgonie i przeżyli: spróbujcie nazwać przynajmniej trzy przedstawione sztandarowe symbole miasta. 

Zapnijcie pasy bezpieczeństwa i w drogę!

Kliknij TUTAJ 





© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci