Menu

Miss Saigon

Te rozstania i powroty...

chaobella

Ach, te rozstania i powroty… Wietnam, to chyba jedyny kraj, w którym podczas tygodniowej nieobecności potrafi bez śladu zniknąć ulubiona willa, powstać nowa restauracja, a własny dom zmienić kolor. Tym razem, powrót z trzytygodniowej wizyty w ojczyźnie zaowocował nie tyle zmianami architektoniczno-przestrzennymi (choć oczywiście takich nie zabrakło), co obyczajowymi. Pytanie, czy zmieniła się wietnamska rzeczywistość czy też skrzywieniu/wyprostowaniu uległo moje postrzeganie.

Na lotnisku w Sajgonie, odebraliśmy od Vietnam Airlines bagaż w całości i w ciągu kwadransa od przylotu. W Warszawie, Air France traktowała nas per noga, mimo złotej karty podróżnej i zagubionego bagażu na dzień przed wigilią.

Ruszyliśmy na szybkie zakupy, by zaopatrzyć pustą lodówkę. Czas spędzony na tejże operacji: pół godziny łącznie z transportem (motorem). W Warszawie należałoby poświęcić ponad godzinę i sporo nerwów.

Wieczorem świętowaliśmy urodziny koleżanki w pobliskiej restauracji. Nasiadówka pod palmami, zimne wino nad basenem – z niedowierzaniem powtarzaliśmy sobie, że jeszcze dobę temu przytupywaliśmy z zimna na spacerze po warszawskiej Starówce.

Następnego dnia ruszyałam na zakupy na tzw. ruskich targach; tutaj można dostać zarówno wyroby znanych marek za grosze, jak trzykrotnego użytku koszulki, spodenki itd. Szybko odnalazałam ulubionego sprzedawcę, u którego stale zaopatruję się w ubrania do jogi. Facet wyraźnie się ucieszył – poklepaliśmy się nawzajem po plecach. I zaraz się zaczęło:
- Ile kosztuje ta bluzka?
- Sprzedawca: 3 dolary.
- Dam dwa – negocjuje miejscowa klientka.
- Nie, nie, nie mogę! To dobra cena – broni się sprzedawca ( i trudno się z nim nie zgodzić).
- Dam dwa – upiera się kobieta.
Sprzedawca patrzy na mnie i doznaje olśnienia:
- Ale madame (to o mnie...) płaci taką samą cenę, a to stała klientka, więc powinna mieć upust. Ale ja wszystkich równo traktuję.

Reklama dźwignią handlu – sprzedawca zyskuje podwójnie: klientka płaci bez dalszych dyskusji, a za nią podchodzą nowe.

W innym miejscu pytam o cenę sukienki: 15 dolarów. Sprzedawczyni wypytuje, czy mieszkam na stałe w Sajgonie, bo takiej ceny nie zaoferuje turystom. Kłopot w tym, że za chwilę podchodzi młoda Wietnamka i pyta o cenę tej samej sukienki. Sprzedawczyni wije się i udaje, że nie słyszy. Z całym okrucieństwem pozostaję na stanowisku – już wie, że rozumiem po wietnamsku. Sciszonym głosem podaje cenę: 12 dolarów. Wietnamka patrzy z dezaprobatą: może dać 10 albo nic. Kupuje i odchodzi, teraz czas na renegocjację mojej oferty. Sprzedawczyni jest nie w sosie, ale proponuje dalsze zakupy.
- Może torebkę?
- Czemu nie? Ale szukam takiej ze skóry.
- Wszystkie są ze skóry! – zachwala, po czym łapie pierwszą lepszą z brzegu i opala zapalniczką. Torba się nie zajmuje ogniem – to jest dowód na najwyższą jakość skóry!
Widziałam ten sam numer z najwyższej jakości 100% jedwabiem. Nie znam się na fizyce i chemii, ale skórę i jedwab od plastiku łatwo potrafię odróżnić. Wierząc w niezłomną potęgę edukacji, cierpliwie tłumaczę, że chodzi mi o prawdziwą skórę – taką, z jakiej jest zrobiona moja obecna torebka.
- Aaaa, to skóra numer jeden, my mamy tylko skórę numer dwa – uśmiecha się sprzedawczyni.
- A może Mulberry – skóra, oryginał!
- W jakiej cenie ma pani ten orygniał ? – syczę złośliwie.
- Jak dla pani, bo pani mieszka w Sajgonie – to 30 dolarów.
- Jak na oryginał, to zaskakująca cena – cedzę z zadowoleniem (odbywam taką rozmowę co najmniej raz w roku od 11 lat).
- Madame – szepcze sprzedawczyni – to kopia, ale oryginalna kopia!


Po drodze do domu, zatrzymuję się u ulicznego szewca. Pastuje, sznuruje i reperuje buty wprost na chodniku – od rana do zachodu słońca. Podchodzi pomocnik – umorusany pastą, bosonogi  16-18-stolatek. Pokazuję buty z oderwanym paskiem i tłumaczę na migi, co trzeba zrobić. Patrzy na mnie, odrzuca grzywkę na czoło i odpowiada po angielsku: Trzeba zszyc, bo klej nie wystarcza.
Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię.

Po drodze klnę na korki i nieudolną policję drogową. I obiecuję sobie, że w końcu wyrobię sobie kopię zagubionego przed laty prawa jazdy, zamiast, jak zwykle uciekać stróżom prawa.

I jak nie lubić tego kraju?  

  

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • kaminskimateusz

    "Wracam po odbiór nazajutrz ; 3 dolary się należą. Buty przeszyte dratwą powinny przeżyć Syberię. "

    Eeee, w Gdańsku taniej u szewca ;)

  • szary-burek

    Dobre foto na końcu :)

  • fabella

    Ja z dużą radościią mieszkałabym w Wietnamie, ale nie mogę bo mi by mój Podhalański Baca ducha tam wyzionął. Więc sobie zostaję w zimnej Europie, ale doskonale rozumiem i czuję Twój tekst. Rok temu po Singapurze pojechaliśmy z dziećmi po Malezji. Mimo różnic między narodami, kraje te cechuje ulubiony przeze mnie klimat i natura, jak i azjatyckie podejście do rzeczywistości. Kolory, zapachy, wszystko inne jak w Europie. ;) może kiedyś się zdecyduję, jak dzieci będą większe a sierściuchy wieczność mi ukradnie. ;)

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci