Menu

Miss Saigon

Kochane słoneczko

chaobella

Modlimy się o deszcz,  z nadzieją, że przegoni upały, odświeży powietrze i w końcu pozwoli żyć! Już o poranku, temperatura osiąga 29°, a potem tylko rośnie: do 36° oficjalnie, faktycznie jest pewnie z 54°C.  Do tego oblepiająca wilgoć. Od tygodnia, wpatruję się w prognozę pogody jak w obraz: już od (ostatniego) poniedziałku burze i deszczyk! Nic z tego: owszem, zachmurzyło się, ale poza obiecującymi pomrukami, z nieba nie spada ani jedna kropla deszczu. Przynajmiej zaczyna od czasu do czasu powiewać wietrzyk, czasem nawet pożądny wiatr: to na pewno znak rychłej ulewy!  Bywa, że liście zrywa z drzew, zwierzęta przezornie chowają się w domach, a jednak okazuje się, że znów daliśmy się nabrać... Sprawdzam raz jeszcze prognozę, przyglądam się uważnie symbolom pogody: fakt, nikt nie obiecywał deszczu, a jedynie grzmoty i błyskawice. Na grzmotach się skończyło... Od soboty znowu słoneczko i tylko 34 stopnie – czyli spore ochłodzenie! Póki co, zaczarowując rzeczywistość, nabyłam płytę z odgłosami natury: Deszcze i Burze. Część burzowa faktycznie daję złudzenie zapowiedzi ochłody, ale Deszcze bardziej przypominają szum zepsutego telewizora w czasach PRL-u. A zatem skazani jesteśmy na grzmoty, a póżniej znowu słoneczko.

To dobrze, słońce to symbol życia, nadzieii, wzrostu, optymizu! Jak tylko spadnie upragniony deszczyk i zaczniemy brodzić po kolana w wodzie, narzekać na odpadający ze ścian tynk i gnijące pranie, jeszcze zatęsknimy za kochanym ciepełkiem.

Zdaję sobie sprawę, że tekst ten nie spotka się ze zrozumieniem rodaków nad Wisłą, z racji czego bolejąc,  dodatkowo się pocę.   

Dobrych powtórek nigdy dosyć: zapraszam do lektury bardzo adekwatnego tekstu poniżej, aczkolwiek on także nie spotka się ze zrozumieniem rodaków z krainy wiecznej zimy.

"Dziennik Chryzantema Dupino w Pensylwanii" , Zoé Valdés, "Cud w Miami ", wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2004


Dwunasty sierpnia
Dziś przeniosłem się do mojego nowego domu w Pensylwanii. To skromy, ale wygodny dom, z kominkiem w każdym pokoju. Kominki są bardzo romantyczne!Marzyłem o takim romantycznym i spokojnym miejscu. Jakiż tu spokój! Wszystko tu jest higieniczne, ładne i przytulne... Góry są takie majestatyczne! Aż trudno mi usiedzieć w miejscu, mam ochotę bez przerwy podziwiać górskie szczyty, całe w śniegu. Jak dobrze, że uwolniłem się w końcu od upału,wilgoci, ruchu ulicznego, huraganów i tego ciągłego kubańskiego podrygiwania. Miami?!?! To jest życie. Życie w świętym spokoju z dala od błędów.

Czternasty października
Pensylwania jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem w życiu. Liście drzew miały już wszystkie odcienie czerwieni, były pomarańczowe, złote i srebrzyste, a jak pachną! Cudownie jest oglądać cztery pory roku. Wyszedłem na spacer do lasu i po raz pierwszy w życiu widziałem jelenia. One są takie zwinne, takie eleganckie... to jest jedno z najwspanialszych zwierząt, jakie Bóg stworzył. To jeden z Jego najlepszych pomysłów. Nie wątpię, że to ma coś wspólnego z rajem. Mam nadzieję, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Słodkie i przyjemne.

Jedenasty listopada
Niedługo rozpocznie się sezon polowań na jelenie. Nie mogę sobie wyobrazić jak człowiek może chcieć zabić to naprawdę boskie stworzenie. Nadeszła zima. Przypomina delikatną melodie delikatnego cudzołóstwa. Mam nadzieje, że wkrótce spadnie śnieg. To jest życie. Życie w miłości bliźniego. Bez zazdrości i politykierstwa.

Drugi grudnia
W nocy spadł śnieg. Obudziłem się i zobaczyłem krajobraz przykryty białą kołderką. Jak na pocztówce... albo w filmie. Wyszedłem zeby odśnieżyć schodki i ścieżkę przed domem. Tarzałem się szczęśliwy w śniegu, potem urządziliśmy sobie z sąsiadami bitwę na śnieżki. Wygrałem. Kiedy przejechał pług musiałem znowu  odśnieżyć. Co za piękne zjawisko - śnieg! Jak kulki bawełny fruwające wolno w powietrzu. Jakie to wspaniałe miejsce. W Pensylwanii to jest życie. Takie, o jakie chodziło starożytnym Grekom. Sztuka i zabawa.

Dwunasty grudnia
Znowu w nocy padał śnieg. Jestem zachwycony. Pług znów zapaskudził mi ścieżkę. No, trudno, co mogę poradzić, i tak miałem uprzątnąć kupy tych nielicznych ptaków, które nie odleciały, bo im się nie chciało. To jest życie.

Dziewiętnasty grudnia
W nocy znów padał śnieg. Nie mogłem do końca odśnieżyć ścieżki, bo znowu przejechał pług, i teraz nie mogę wyjść do pracy - drzwi się nie otwierają pod naporem zlodowaciałego śniegu. Trochę jestem zmęczony odgarnianiem śniegu, który chyba nigdy nie przestanie padać. Co za życie!

Dwudziesty drugi grudnia
W nocy dla odmiany spadł śnieg, albo raczej to białe gówno. Ręce mam poharatane, całe w pęcherzach od łopaty. Wydaje mi się,że ten pług obserwuje mnie zza rogu i czeka, aż odśnieżę, żeby ruszyć w trasę. Kurwa jego mac! Życie tutaj w zimie jest gówno warte.

Dwudziesty piąty grudnia
Wesołych świąt, całych w bieli! I to, kurwa, naprawdę całych w bieli, bo pełno tu tego białego gówna, żeby to szlag trafił! Jak dorwę tego skurwysyna, kierowcę pługu, to przysięgam - własnymi
rękami zaduszę. Nie rozumiem dlaczego nie posypują ulic solą, żeby się szybciej roztapiał ten jebany lód.

Dwudziesty siódmy grudnia
W nocy znów srało na biało. Juz trzy dni jestem uwięziony w domu. Wychodzę tylko po to żeby odśnieżyć, po tym, jak przejedzie pług. Nigdzie nie mogę wyjść przez te zasrane śnieżyce. Samochód stoi
zakopany pod kupa błotnistego śniegu. W wiadomościach powiedzieli, że wieczorem ma spaść jeszcze dziesięć cali. Nie do wiary!

Dwudziesty ósmy grudnia
Ten obłąkany spiker z wiadomości się pomylił! Nie spadło dziesięć cali śniegu. Spadły trzydzieści cztery cale! Pierdolona biała sraka. Jak tak dalej pójdzie, to to wszystko nie zdąży się do lata
roztopić. Okazało się, że pług się popsuł gdzieś niedaleko, i ten pojebany kierowca przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę. Bezczelny! Powiedziałem mu, że połamałem już sześć przy próbach odgarnięcia lodu, który zostaje po jego pługu. Walnąłem go łopatą przez łeb. Zasłużył sobie, gównojad jeden.

Czwarty stycznia
Wreszcie dzisiaj udało mi się wyjść z domu. Pojechałem kupić coś do jedzenia i jakiś pierdolony jeleń stanął mi na drodze i go zabiłem. Kurwa mać! Naprawa samochodu będzie mnie kosztowała trzy tysiące dolarów! Nie rozumiem, dlaczego myśliwi nie wytłukli ich wszystkich w zeszłym roku. Ja bym sobie z nimi poradził. Sezon polowań powinien trwać cały rok. Pierdlona kraksa.

Piętnasty marca
Poślizgnąłem się dzisiaj na lodzie, który ciągle jeszcze leży na ulicach tego pierdolonego miasta, i złamałem nogę. Jakbym miał bazookę, strzeliłbym sobie w łeb. Koszmarni Eskimosi. W nocy śniło mi się, że sadzę palmy.

Drugi maja
Jak tylko lekarz zdjął mi gips, zaprowadziłem samochód do warsztatu. Mechanik powiedział, że wszystko jest przerdzewiałe od spodu z powodu kurwajegomać soli, którą obsypali tu ulice. Kto, do kurwy nędzy, wpada na takie pomysły?!?! Nie znają bardziej cywilizowanych sposobów roztapiania lodu?

Dziesiąty maja
Przeprowadzam się z powrotem do Miami. Tam to dopiero się żyje! Cudownie! Ciepło, wilgoć, ruch uliczny, huragany i Kuba. Jak słowo daje, każdy, komu strzeli do łba pomysł, żeby zamieszkać w jakiejś jebanej Pensylwanii, odciętej od świata, odgrodzonej lodem, musi być porządnie rąbnięty, prawdziwy szaleniec ze śniegiem zamiast mózgu. W Miami to dopiero jest życie!"

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [choochro] 213.231.198.*

    wszędzie dobrze gdzie nas nie ma :) uśmiałam się do łez :)

  • nina.mazur

    Cytat cudny :)
    Juz go wczesniej czytalam, ale zawsze tak samo zabawny jest.

    Tu przypomnialam sobie, jak narzekalam na.. nudna pogode w Kalifornii!!!!

    Gdziez ah gdziez ja wtedy mialam glowe.... zachcialo mi sie odmian, no to teraz mam :)
    Dobrze chociaz tyle, ze w Buenos Aires snieg nie pada... inaczej mialabym jak ten pan z Pensylwanii :)

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci