Menu

Miss Saigon

Módl się i leć!

chaobella

Kiedy próbujesz dokonać rezerwacji online na lot z indonezyjskim przewoźnikiem, szybko wpadasz pod zimny prysznic: wpisana w google nazwa każdego z nich odsyła cię najpierw do rejestru katastrof lotniczych , tudzież czarnych list przewoźników, z którymi nie należy podróżować.  W tychże optymistycznych okolicznościach przyrody, rezerwuje lot z Lion Air – po raz pierszy od ich ostatniej katastrofy, która nastąpiła na tydzień po pierwszych wakacjach na Bali w 2004 r. Niewiele się zmieniło: w schowku na magazyny pokładowe i instrukcje bezpieczeństwa, znajduje ponownie niezbędnik pasażera:  laminowana karta z menu modlitewnym w trzech językach, dla wyznawców wszystkich głównych religii, poza tą niemile widzianą w krajach muzułmańskich. W przeciwieństwie do lotu sprzed lat, nie dostaję przekąski w postaci kleistgo ryżu z mięsem w liściu bananowca. Przekaz jest jasny: módl się i leć!

 

Tę podróż trzeba odbyć mimo ryzyka: za kazdym razem, widok indonezyjskich wysp Komodo i Flores zawsze zapiera dech w piersiach.  



Tym razem, wyprawa jest krótka i skondensowana; w planach nurkowanie i wspinaczka.
Rafa koralowa w okolicach Komodo jest jedną z najpiękniejszych na świecie, a wielu ekspertów w dziedzinie oceanografii twierdzi, że dzierży palmę pierwszeństwa. Fakt – takich kolorów i rozmiarów, jakmi zadziwia, nie spotkałam nigdzie indziej! Dzienniczek nurkowań się zapełnia i rozpada, ale dopiero teraz zapisuje w nim: „nurkowanie w pralce wirnikowej”. Takie się bowiem odnosi wrażenie poddając najpierw bardzo silnym prądom, a następnie warując przy dnie, uczepionym skały, patrząc, jak prąd dyryguje stadami ryb. Setki tuńczyków, dziesiątki barakud i tysiące drobniejszego zwierza przemieszcza się falami, warstwami, w pionie i poziomie, przyprawiając o istny zawrót głowy. A tę trudno utrzymać na karku z powodu potwornego prądu.  Rekiny podpływają na tyle blisko, że można im zajrzeć do paszczy... Módl się i nurkuj!
Po istnym National Geographic na żywo, kolejne zejście pod wodę rozczarowuje: płyniemy ponad pół godziny przez .... podwodne pole kamieni. Poza nimi, nie ma nic. Ale, kiedy pojawia sie ona, rozpływamy się w zachwycie. Ogromna, 3.5 metrowa manta, wyprzedza mniejsze koleżanki, by na osobnej scenie zaserwować nam półgodzinny pokaz tańca. Z niepowtarzalną gracją, frunie majestatycznie, pozwalając podpłynąć blisko, zbyt blisko.



Emocje nurkowe tylko pozornie uspokaja chłodne piwo Bintang – połączone z wrażeniami spod wody i widokiem na skąpaną w zachodzącym słońcu zatokę Labuanbajo, mocno uderza do głowy.

Adrenalina na najwyższym poziomie domaga się zwiększonych dawek. Płyniemy zatem na wysepkę Rinca – podbnie, jak słynne Komodo, upodobały ją sobie ogromne, wszystokżerne potwory. Nieodłączne dwumetrowe szpikulce w rękach przewodników potwierdzają, że mimo pozornego spokoju, jesteśmy otoczeni nieprzewidywalnymi bestiami, które potrafią po kolacji z człowieka zostawić jedynie niesmaczny aparat fotograficzny. Zrobiło się naprawdę gorąco, kiedy jednego z dragonów wybudziły z letargu bielutkie dziecięce pośladki, kuszące bestie przez uchylone drzwi toalety. Strażnicy jednak byli czujni i szybko uziemili bestię szpicem w kształcie ogromnej procy. Matka dziecięcia nawet nie zdała sobie sprawy z akcji ratowniczej, ubrała dziecko, a my wszyscy wypuściliśmy głośno powietrze z napiętych płuc.

 

Dragony przyczyniły się do ciekawego spotkania. Kiedy pstrykałam zdjęcia pod wielkim posterem reklamującym park na Komodo, poszarpanym tak straszliwie, jakby trafił pod żelazne szczęki czołowej atrakcji turystycznej wyspy – podszedł starszy pan w typowej, indonezyjskiej koszuli i zagadnął, skąd przybywam. Jak zwykle, wziął Poland za Holland, ale kiedy już zrozumiał, radości nie było końca:
- Z Polski, z samej Polski pani jest ?!  - padło po angielsku.
I zaraz dodał po polsku:
- Ja też jestem Polakiem, chociaż już 47 lat na Flores. A gdzie mieszkasz w Polsce?
- W Warszawie – ucinam, by było prościej. Ale pochodzę z Tarnobrzegu – wyjaśniam, bez nadziei na zrozumienie.
- Nie może być! Toż to moje rodzinne miasto! – cieszy się, ściskając do bólu moje ramię.
I tak poznałam legendarnego Polaka, którego wszyscy znają na Flores: ojciec Stanisław Wyparło. Co ciekawe, każdy mieszkaniec potrafi wymówić bezbłednie jego nazwisko. Ksiądz od lat buduje kościoły na tej chrześcijańskiej wyspie jednego z największych krajów muzułmańskich. Dzięki niemu powstają szkoły, świetlice dla dzieci i przychodnie. Słynie z działań na rzecz integracji między wyznawcami różnych religii. Nie zaburza to jednak jego surowego osądu muzułmańskich ekstremistów i terrorystów. To on, między innymi, pomagał Wojciechowi Tochmannowi (pisarz, dziennikarz Gazety Wyborczej) w odnalezieniu śladów Beaty Pawlak (reporterki GW) – jedynej polskiej ofiary zamachu na Bali w 2002 r i ... specjalistki od terroryzmu.  



Położone na zachodnim wybrzeżu Labuanbajo nie pozwala wyjechać – uzależnia widokami na zatokę o każdej porze dnia, które o zachodzie słońca grożą przedawkowaniem ochów i achów, a aparatowi wyzionięciem ducha.



Pod słodkim przymusem, czas jednak ruszyć na podbój nieznanego. Odlot do Ende, na wschodnim krańcu wyspy, o 14.35.
- Przyjadę po was o 14.30 – mówi Kancek, nasz lokalny przewodnik.
- Nie, nie, to zbyt późno!– oponuję.
- Tutaj należy być na lotnisku w porze planowanego przylotu. To czas na kawę w kawiarni z widokiem na pas startowy. Kiedy samolot wyląduje, wtedy można powoli udać się do odprawy.
Tak też się dzieje, a godzinę póżniej lądujemy w zachmurzonym Ende. To baza wypadowa do miejsca, które mnie prześladuje od 10 lat: Kelimutu – nieczynny wulkan, na którego szczycie na poziomie 1.640 metrów, uformowały się trzy jeziora o różnych kolorach.    
Pogoda kiepska – istnieje ryzyko, że kolorowe tafle jezior skryją się w chmurach. Ruszamy o 7 rano, wbrew instrukcjom: „ pobudka o 4-tej, wyjazd o 4.30, by zdążyć na wschód słońca”. Dzięki temu, w drodze do celu (z poziomu 1.200 metrów),mijamy nieliczne grupki turystów schodzących ze szczytu i cieszymy się samotoną wędrówką.
Na ten moment trudno się przygotować – po krótkiej wspinaczce na czworaka i przekroczeniu barierek ochronnych – stajemy twarzą w twarz z ... przepaścią, na dnie której rozciąga się ogromna zielona tafla jeziora Tiwu Nuwa Muri. Tutaj, wedle wierzeń, trafiają dusze poczciwych ludzi i dzieci. Na lewo od siostrzanego jeziora, oddzielona skałą, znajduje się kolejna perełka: to Tiwu Ata Polo o turkusowej  tafli. Tutaj trafiają dusze niepoczciwców. 



Sporo dalej i wyżej, znajduje się ostatnie z gorących jezior: czarodziejskie Tiwu Aba Mbupu o czarnej tafli, odbijającej światło tak, że z czasem zastanawiam się, czy w dole jest woda, czy tylko ogromne lustro. Odosobnione i przerażające jezioro jest domem dla dusz starych ludzi.

Siedzimy na szczycie, popijamy czarną kawę serwowaną przez dwóch miejscowych sprzedawców: dzielimy się czekoladą, wypalamy goździkowego papierosa i z całkowitym zrozumieniem, wymieniamy w swoich językach  uwagi na temat potęgi wiecznego piękna natury.

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • hornet99

    Niesamowite!:) Dziękuję:)

  • Gość *.internetdsl.tpnet.pl

    Hej Beata!, wieki do Ciebie nie zaglądałam, ale widzę, że wszystko po staremu:) wietnam, rajskie wakacje, wietnam... pozdrawiam serdecznie z Warszawy, Ola

  • Gość: [chaobella] *.vdc.vn

    Nieznajomym czytelnikom dziekuje, a znajomych i nieznajomych pozdrawiam :-).

  • Gość *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    A u nas ciągle pada.... fajnie się czyta. Prosimy o więcej. Pozdrowionka z Łobza:)

© Miss Saigon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci